Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Wyprowadzę się z mieszkania komunalnego, jak zdążę zbudować dom. Kto budował dom, wie, jakie to jest drogie przedsięwzięcie” – mówi posłanka PiS Anna Paluch
Posłanka Prawa i Sprawiedliwości Anna Paluch od ponad 30 lat zajmuje mieszkanie komunalne w Krościenku. Lokal znajduje się samym centrum turystycznej miejscowości położonej nad Dunajcem. Miesięczne opłaty wynoszą 116 zł.
Z najnowszego oświadczenia majątkowego wynika, że w 2025 roku Anna Paluch otrzymała 148,3 tys. uposażenia poselskiego oraz 42,3 tys. diety parlamentarnej. To daje prawie 200 tys. zł brutto rocznie. Równocześnie posłanka PiS pobiera emeryturę — to kolejne 87,4 tys. zł.
Łącznie daje to średnio niemal 23 tys. zł przychodów miesięcznie.
17 czerwca na antenie Radia Kraków pytana o to, dlaczego wciąż zajmuje mieszkanie komunalne, Paluch odpowiedziała, że nie skończyła jeszcze domu, który buduje. A do tego „zarabia skromnie”, bo kwoty, które każdy może sprawdzić w oświadczeniu majątkowym, to wynagrodzenie brutto.
Posłanka PiS zaprzeczała, że na przydział mieszkania czekają naprawdę ubogie rodziny. Tłumaczyła, że to gmina pozbyła się wszystkich lokali komunalnych w Krościenku, wyprzedając je dotychczasowym najemcom.
„Kiedy pani zwolni to mieszkanie? Obiecywała pani” – dopytywał dziennikarz.
„Jak zdążę zbudować. Kto budował dom, wie, jakie to jest drogie przedsięwzięcie. My zarabiamy średnią krajową” – odpowiedziała Anna Paluch.
Anna Paluch twierdzi, że jest ofiarą reprywatyzacji. Lokal komunalny zajęła, gdy straciła zakładowe mieszkanie po ojcu. Już przed wyborami parlamentarnym w 2023 roku obiecywała, że niebawem odda mieszkanie, bo kończy budowę domu. To było trzy lata temu. A łopaty pod inwestycję zostały wbite w 2021 roku. W najnowszym oświadczeniu majątkowym Paluch twierdzi, że na miejscu trwają prace wykończeniowe. Nowa nieruchomość ma być warta 800 tys. zł.
Posłanka PiS, zwana „Podhalańską baronową”, nie widzi nic zdrożnego w zajmowaniu mieszkania, które powinno być przeznaczone osobom, które znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, a ich dochody są zbyt niskie, aby wynająć mieszkanie na wolnym rynku. Anna Paluch nie spełnia żadnego z tych kryteriów. Co więcej, prawo mówi wprost, że najemcą gminnego lokalu komunalnego nie może być ktoś, kto ma własną nieruchomość mieszkalną w tej samej gminie.
Na koniec 2025 roku na przydział mieszkania komunalnego w kraju czekało 45 tys. gospodarstw domowych. Najwięcej i najdłużej czeka się w dużych miastach, w mniejszych gminach raczej kilkanaście miesięcy (o ile gmina inwestuje w mieszkania, a nie tylko je wyprzedaje). Średnio w kolejce spędza się 3,5 roku, ale rekordziści potrafią czekać na klucze od gminy po kilkanaście lat.
Przeczytaj także:
Wciąż nie mamy oficjalnie opublikowanej treści porozumienia. Amerykańska prasa dzieli się dziś jednak tekstem umowy, do której dotarli dziennikarze Bloomberga. Warunki, na jakie zgodził się Trump, nie stawiają go w dobrym świetle
W nocy czasu polskiego Bloomberg opublikował treść Memorandum of Understanding (MoU) między Iranem i USA, czyli wstępnego porozumienia o zakończeniu wojny.
W kolejnych godzinach treść dokumentu potwierdziły inne media. Irańska agencja prasowa Tasnim cytowała anonimowego urzędnika, który twierdzi, że niektóre fragmenty są zacytowane niedokładnie — bez wyszczególnienia jakie.
Ze strony amerykańskiej nie pojawiło się jednak dotychczas żadne dementi na temat tekstu. Ewentualne szczegółowe różnice mogą wynikać z tłumaczenia. Angielski tekst, zaprezentowany przez Bloomberga, najpewniej jest faktyczną treścią memorandum.
To czternastopunktowy dokument, który potwierdza właściwie wszystkie dotychczasowe przecieki. Czyli: podpisanie dokumentu kończy wojnę na wszystkich frontach, w tym w Libanie; Amerykanie zdejmują swoją blokadę morską Iranu; strony mają kolejne 60 dni na wynegocjowanie pełnego porozumienia. Chyba że obie zgodzą się na przedłużenie. To podstawowe informacje, które de facto już znaliśmy.
Z dokumentu dowiadujemy się też jednak o kilku szczegółach, o których dotychczas nie pisano szeroko:
Wiemy na pewno, że pierwsze irańskie tankowce minęły dziś linię amerykańskiej blokady.
Iran i USA czekają bardzo trudne negocjacje. Na dziś trudno wyobrazić sobie, by udało się je przeprowadzić w ciągu zapowiadanych w memorandum 60 dni. Jednym z kluczowych czynników będzie sytuacja pomiędzy Izraelem i Libanem, o czym pisaliśmy szerzej wczoraj.
Po upublicznieniu treści umowy, trudno widzieć te warunki inaczej niż jako porażkę USA. Wystarczy spojrzeć na warunki, jakich Amerykanie domagali się przed wojną, w lutym tego roku. Wówczas negocjatorzy i dyplomaci z USA otwarcie mówili nie tylko o radykalnym ograniczeniu irańskiego programu atomowego, ale też np. o znacznym ograniczeniu programu rozwoju rakiet balistycznych, czy zaprzestaniu wsparcia dla regionalnych sojuszników Iranu, takich jak Hamas i Hezbollah.
W MoU nie ma o tych dwóch tematach ani słowa. USA zobowiązało się za to do uwolnienia zablokowanych irańskich środków i zorganizowania ogromnego funduszu odbudowy. Trudno nie zauważyć, że są to warunki gorsze niż te, które Amerykanie chcieli uzyskać przed wojną. A jednym z głównych punktów obecnego porozumienia jest odblokowanie żeglugi w cieśninie Ormuz, która nie była zablokowana przed wojną.
Oczywiście do przekazania Iranowi ogromnych środków na odbudowę jest jeszcze bardzo daleko. Byłoby to bardzo trudne bez zniesienia sankcji. A to zależy od przebiegu dalszych negocjacji. Te dalej będą przebiegać w atmosferze nieufności. Z tego właśnie powodu dojście dziś do jakiegokolwiek porozumienia trzeba uznać za sukces. Ale jego treść najprawdopodobniej odzwierciedla twardą powojenną rzeczywistość: władze Iranu ustały tę konfrontację i w stosunkach z USA czują się pewnie, a Donald Trump musiał to zaakceptować.
To wszystko nie znaczy, że irańskie władze mogą dziś odetchnąć z ulgą i pławić się w swoim sukcesie. Wzajemna nieufność oznacza, że świadomość, że konfrontacja może szybko powrócić, istnieje.
Władze Republiki Islamskiej wiedzą też, że mierzą się z poważnymi problemami gospodarczymi, a droga do uzyskania miliardów dolarów od Amerykanów jest długa. W dzisiejszym przemówieniu przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf mówił, że Iran musi zejść z drogi konfrontacji i zająć się poprawą warunków gospodarczych w kraju.
Warto przypomnieć: w styczniu wybuchły w Iranie jedne z największych w historii protestów społecznych. A katalizatorem była m.in. wysoka inflacja. Wówczas władze krwawo stłumiły protesty.
Podpisanie MoU nie oznacza więc, że Iran zniknie z prasowych nagłówków.
Przeczytaj także:
„Sąd Okręgowy w Krakowie postanawia oddalić protest referendalny Edwarda Nowaka” – przekazał sędzia Piotr Maziarz. Decyzja przesunęła datę wyborów prezydenta Krakowa z niekorzystnego dla polityków, wakacyjnego sierpnia na koniec września.
Po referendum w Krakowie, w wyniku którego odwołano prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego, polityka Koalicji Obywatelskiej, do sądu wpłynęły cztery protesty wyborcze związane z łamaniem ciszy wyborczej. Dwa z nich złożyły osoby prywatne, jeden — prezes fundacji, a kolejny — grupa 15 osób.
Jak informuje „Gazeta Krakowska”, w przypadku dwóch ostatnich sąd zdecydował, że nie będzie ich rozpatrywać, ponieważ wniesiono je po terminie. 17 czerwca rozpatrzył jednak pierwszy protest, który wniósł Edward Nowak, opozycjonista z czasów PRL.
„Czuję się obrońcą demokracji, a wolne wybory są jej najważniejszym aktem. Zależy mi też na Krakowie. Nie chcę, by władzę przejęli w nim ludzie, którzy posługują się takimi metodami. Minimalna nadwyżka frekwencyjna, która zdecydowała o tym, że referendum okazało się ważne, została wygenerowana z naruszeniem ciszy wyborczej” – mówił. Sądowi okazał blisko 4 GB danych cyfrowych, ponad 300 plików graficznych i analitycznych oraz prawie 800 stron opisu dowodowego.
Komisarz wyborcza Dagmara Daniec-Cisło wskazywała, że dowody — które ograniczały się głównie do screenów z mediów społecznościowych, wpisów i do płatnych reklam — nie musiały mieć istotnego wpływu na wynik referendum, bowiem nie wiadomo, do ilu rzeczywistych głosujących dotarły.
Sąd częściowo przychylił się do tej argumentacji. „Na podstawie tych materiałów nie da się ustalić, do jakiej grupy mieszkańców dotarły. Nie sposób racjonalnie założyć, że odbiorcami byli tylko mieszkańcy Krakowa. Wnioskodawca nie przedstawił dowodów pozwalających na rozróżnienie, czy materiał dotarł do osób, które mogły uczestniczyć, czy także tych, które nie mogły głosować. Nawet jeśli na wydrukach tych postów są liczby odbiorców, nie wynika z tego, że do takiej liczby trafiły w czasie ciszy referendalnej” – podniósł sąd.
Jednocześnie przyznał, że część materiałów naruszała ciszę referendalną. Jak wskazuje „Gazeta Wyborcza”, materiały Łukasza Gibały, posty doradcy prezydenta Nawrockiego Marcina Możdżonka, czy członków PiS Arkadiusza Mularczyka, Michała Wosia, Janusza Kowalskiego, czy Dariusza Mateckiego zdaniem sądu były naruszeniem ciszy wyborczej. „Ale wnioskodawca nie wykazał ani nie uprawdopodobnił, czy publikacje te miały istotny wpływ na wynik głosowania 24 maja” – zaznaczył sąd. I dodał:
Rozważenia wymaga kwestia zniesienie ciszy. Obecnie cisza staje się fikcją, wobec rozwoju internetu.
Prowadzący sprawę sędzia Piotr Maziarz oddalił protest Edwarda Nowaka. Wyrok nie jest jednak prawomocny — pan Nowak ma siedem dni, by oddać sprawę do sądu apelacyjnego, co najpewniej uczyni.
I nawet jeśli kolejna instancja sądu nie przyzna mu racji, termin wyborów prezydenckich w Krakowie ulegnie przesunięciu. Do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia protestów przed sąd premier nie zarządzi wyborów. A te muszą odbyć się 90 dni od dnia ogłoszenia o ważności wyborów, co powoduje, że zamiast sierpniowego głosowania w czasie wakacji i wyludnionego miasta, wybory prezydenta Krakowa odbędą się pod koniec września albo na przełomie września i października, w ; czasie politycznie lepszym, kiedy krakowianie wrócą po wakacjach do miasta.
Krakowianie odwołali prezydent Aleksandra Miszalskiego w drodze referendum 24 maja. Do urn poszło 29,9 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców. To o ok. 4 procent więcej niż wymagany próg.
Nadwyżka wyniosła dokładnie 17 673 głosy.
Choć formalnie wybory nie zostały rozpisane, kolejne partie już ogłaszają swoich kandydatów. Na razie wiadomo, że w wyborach wystartują:
Mówi się też o starcie Rafała Komarewicza (Centrum) oraz Pawła Śliza (Polska 2050). Wielkim nieobecnym na tej liście jest niezależny radny i lider ugrupowania Kraków dla Mieszkańców Łukasz Gibała, który w 2024 roku tylko nieznacznie przegrał z Aleksandrem Miszalskim i wsparł finansowo inicjatywę referendalną. Niewykluczone jednak, że odpuści start i będzie kandydował dopiero w kolejnych wyborach w 2029 roku.
Prezydent, który zostanie teraz wybrany, ma dokończyć obecną kadencję samorządową, czyli będzie rządził najwyżej trzy lata. Kandydaci, by oficjalnie zgłosić swój udział, muszą zebrać przynajmniej 3 tysiące podpisów osób uprawnionych do głosowania.
Przeczytaj także:
„Jeśli złamano prawo, to będzie prokurator. Jeśli złamano dobry obyczaj, to będzie odpowiedzialność polityczna” – stwierdził premier Donald Tusk. Zapowiedział konsekwencje dla tych, którzy przyzwalali lub korzystali w warszawskim szpitalu z „saloniku VIP” dla polityków KO.
Rząd w trybie ekspresowym przyjął projekt ustawy, która pozwoli zbierać dane o wszystkich wynagrodzeniach konkretnych medyków w różnych placówkach za pomocą numer PESEL danego medyka. Choć trudno w to uwierzyć, to do tej pory nie było to możliwe. Dziś bowiem Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji otrzymuje ze szpitali i przychodni informacje o wynagrodzeniach pracowników, ale zanonimizowane. Dlatego nie sposób przypisać kontraktów do jednej osoby i ustalić łączną wysokość wynagrodzenia przypadającego na konkretnego medyka.
Projekt ustawy we wtorek został przyjęty przez rząd i jak zapewnił w środę premier Donald Tusk na spontanicznie zwołanej konferencji prasowej, ogłosił, iż „marszałek Włodzimierz Czarzasty zapewnił, że ustawę uda się przyjąć w trybie absolutnie ekspresowym”.
Projekt nie jest wpisany w harmonogram obecnego posiedzenia Sejmu, który rozpoczął się w środę i potrwa do piątku — ale nie jest wykluczone, że pojawi się tam ad hoc.
Ekspresowe przyjęcie przez rząd projektu ustawy, o której w środowisku lekarskim mówi się od kilku miesięcy, jest efektem skandalu, jaki upublicznił portal Zero.pl.
Chodzi bowiem o młodego lekarza-rezydenta Dawida Kacprzyka, który zarabiał horrendalne sumy na abstrakcyjnych i fałszywych dyżurach na SOR w warszawskim Szpitalu Południowym, którym kierował, trwających nawet 96 godzin ciągiem.
Kacprzyk był radnym dzielnicowym i członkiem Koalicji Obywatelskiej. Został już usunięty ze struktur KO, ale afera ma drugie dno — w środę Patryk Słowik na łamach Zero.pl poinformował, że młody działacz partii stworzył nieformalną sieć dla kolegów z partii pozwalającą na omijanie kolejek w służbie zdrowia.
„Błyskawiczne przyjęcia, wykonywanie pakietów kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu badań w bardzo krótkim czasie, możliwość przebywania w innym pomieszczeniu niż ogół pacjentów. W warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin” – poinformował 17 czerwca na portalu Zero.pl Patryk Słowik.
Wykorzystywanie znajomości i politycznych konszachtów jest sporym problemem dla Koalicji Obywatelskiej — zwłaszcza że rządowa większość i tak boryka się ze spadkiem poparcia w sondażach i póki co przegrywa walkę o większość parlamentarną w nadchodzących w 2027 roku wyborach do Sejmu i Senatu.
Donald Tusk ogłosił politykę zero tolerancji. Przekazał, że:
Wiadomo jedno — dojdzie do zmian w warszawskich strukturach KO. Nazwiska polityków, którzy korzystali z „saloników VIP” zna już Narodowy Fundusz Zdrowia. Tusk twierdzi, że pozna je również opinia publiczna.
„Każdy, kto znalazł się w takiej sytuacji, będzie musiał publicznie wytłumaczyć się, jak było naprawdę. Chcę to wyjaśnić do samego spodu” – ogłosił Tusk. I zapewnił:
Jeśli złamano prawo, to będzie prokurator. Jeśli złamano dobry obyczaj, to będzie odpowiedzialność polityczna.
Premier i szef Koalicji Obywatelskiej jasno podkreślił, że chce, by za ten polityczno-obyczajowy skandal odpowiedzieli konkretni politycy z Warszawy, pod których auspicjami działa szpital.
„Jeśli saloniki VIP rzeczywiście miały miejsce, to muszą polecieć głowy” – ogłosił premier. I dodał, że jego ludzie kontaktowali się z warszawskim samorządem z pytaniem, jakie działania podjęto m.in. wobec dyrekcji szpitala.
Na pytanie, czy zdymisjonowany zostanie Marcin Kierwiński, który kieruje warszawskimi strukturami Koalicji Obywatelskiej, Tusk odpowiedział jednym słowem: „Nie”.
„System jest do zmiany, do radykalnej zmiany” – ogłosił premier. Zaapelował, by historia o nadużyciach, jakich dopuścił się Kacprzyk, nie stała się podwaliną do konfliktów między pacjentami a medykami, a punktem wyjścia do zmian w systemie publicznej opieki zdrowotnej.
„Nie ma żadnego powodu, by udawać, że można dalej tak jechać„ – mówił premier. Po poznaniu skali nieprawidłowości (dane te miałby dostarczyć NIK), Tusk zapowiada plan szerokich zmian systemowych. Wśród nich m.in. stworzenie górnego pułapu zarobków, czyli maksymalnej pensji, jaką miałby zarabiać medyk, zakaz łączenia praktyk prywatnych i tych w publicznym sektorze czy ograniczenie liczby szpitali, których zdaniem premiera w Polsce” jest za dużo”.
Czy to się uda? „Zanim wprowadzę te zmiany, muszę wiedzieć, że nie będzie to oznaczało radykalnego wydłużenia kolejek. Muszę znaleźć taki sposób, by lekarze nie pracowali mniej, ale nie drenowali przy tym systemu i nie wykorzystywali go” – ogłosił premier.
Skandal w Warszawie z jednej strony stawia pytania o błędy w sektorze zdrowotnym i dziury systemowe. Z drugiej — jest pożarem, i to kolejnym, który wybuchł wewnątrz partii.
Tusk dopiero co wyciągał polityczną gaśnicę w Krakowie, gdzie odwołano prezydenta i byłego posła KO, Aleksandra Miszalskiego, po zaledwie dwóch latach rządów. W Krakowie trwa polityczna kampania prezydencka, a osobiście wskazana przez Donalda Tuska kandydatka, senatorka Monika Piątkowska, jest szeroko krytykowana.
We Wrocławiu Jacek Sutryk walczy z prokuratorskimi zarzutami dotyczącymi kupienia dyplomu w Collegium Humanum i wręczanymi w tym celu łapówkom. W Poznaniu z kolei dochodzi do personalnych zatargów w obrębie KO, czego symbolem są rezygnacje wiceprezydentów Poznania i wybory ich następców, które wywołały burze w wielkopolskiej KO — na tyle poważne, iż przegłosowanie wotum zaufania dla prezydenta stało pod znakiem zapytania. We wtorek Jacek Jaśkowiak został obrzucony tortem przez jednego z mieszkańców, a poziom społecznego niezadowolenia Poznaniaków rośnie.
Przeczytaj także:
Liderzy G7 podpisali wspólną deklarację wsparcia dla Ukrainy. Dość nieoczekiwanie okazało się, że „za” jest nawet Donald Trump, który w zamian żąda pomocy w porządkach po wojnie z Iranem.
Liderzy państw G7 zadeklarowali (w nocy z 16 na 17 czerwca) w Évian-les-Bains we Francji, że zwiększą wsparcie wojskowe dla Ukrainy i wzmocnią sankcje wobec Rosji.
W dokumencie zapowiedziano większe dostawy systemów obrony powietrznej, dodatkowych wyrzutni i pocisków przechwytujących, a także uzbrojenia dalekiego zasięgu. G7 ma też rozważyć rozszerzenie licencji, które pozwoliłyby Ukrainie zwiększyć własną produkcję wojskową.
Ukraina od miesięcy domaga się większej liczby systemów i pocisków Patriot, bo Rosja regularnie atakuje miasta, infrastrukturę energetyczną i obiekty cywilne rakietami oraz dronami. Jednak kraje Zachodu – w tym USA, które uszczupliły swój arsenał w wojnie z Iranem – nie są w stanie szybko zwiększyć produkcji.
Liderzy G7 zapowiedzieli również dalsze wsparcie odporności energetycznej Ukrainy przed kolejną zimą. Rosyjskie ataki na elektrownie, sieci przesyłowe i ciepłownictwo pozostają jednym z głównych narzędzi prowadzenia wojny przez Rosję i zarazem uderzają w ludność cywilną Ukrainy.
Deklaracja przewiduje też dalsze próby unieszkodliwienia rosyjskiej gospodarki wojennej. G7 zapowiedziała zaostrzenie sankcji przeciwko Rosji, w tym wobec sektora ropy i gazu, który finansuje budżet Kremla i rosyjską armię.
Donald Trump przez długi czas wysyłał sprzeczne sygnały w sprawie Ukrainy, a europejscy przywódcy obawiali się, że Waszyngton może ograniczyć presję na Moskwę.
Tym razem G7 mówi o „nowej dynamice” na froncie i postępach, jakie osiąga Ukraina na polu walki. Kijów chce wykorzystać tę sytuację do uzyskania większego wsparcia, zanim Rosja odbuduje przewagę. Mimo regularnych i bolesnych uderzeń w kluczową infrastrukturę na terenie Rosji – nieraz ponad 1000 km od Ukrainy – Rosja stara się modernizować własne środki rażenia.
Ta dość niespodziewana zbieżność będzie miała jednak swoją cenę, donosi „Politico”. Według portalu „Trump naciskał na partnerów z G7, by okazali poparcie dla porozumienia z Iranem i zaoferowali pomoc w rozminowaniu cieśniny Ormuz, zanim wiceprezydent JD Vance przyleci do Genewy, aby sfinalizować porozumienie o zawieszeniu broni z Teheranem.”
Według „Politico” Trump potrzebuje wsparcia państw G7 i innych sojuszników przy rozminowaniu cieśniny Ormuz. Z kolei europejscy przywódcy oczekują jasnego poparcia USA dla Ukrainy. Liderzy G7 zasygnalizowali gotowość do pomocy, ale pod warunkiem, że operacja zostanie uzgodniona także z innymi prócz USA stronami zaangażowanymi w porozumienie z Iranem.