Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Tylko co czwarty z dziesięciu pytanych przeczytał przynajmniej jedną książkę w 2025 roku. Liczby porażają, ale Biblioteka Narodowa uspokaja: tyle samo Polaków nie czytało również przed rokiem.
„Wskaźniki czytelnictwa w Polsce na stabilnym poziomie” – ogłasza Biblioteka Narodowa, która opublikowała właśnie najnowsze statystyki za 2025 rok.
Wynika z nich, że przeszło połowa Polaków (59 proc.) po 15 roku życia przez cały rok nie sięgnęła nawet po jedną książkę.
Identyczne wskaźniki Biblioteka Narodowa podawała przed rokiem. W ostatniej dekadzie odsetek osób, które przeczytały przynajmniej jedną książkę nie przekroczyła 43 procent. „Rekord” ten odnotowano tylko dwa lata temu.
Popularne w sieci wyzwania, tj. „jedna książka w tydzień” czy choćby „jedna książka w miesiąc” są dla nielicznych. BN podała, że zaledwie siedem procent osób przeczytało przed rokiem więcej niż siedem książek w rok.
Czego dowiadujemy się z raportu?
Im jesteśmy starsi, tym po książki sięgamy rzadziej. A co czytamy? Głównie kryminały i sensację, romanse, prozę obyczajową z rysem historycznym i fantastykę oraz szkolny kanon lektur. „W 2025 roku tylko jeden autor, George Orwell, został wymieniony przez więcej niż jeden procent czytelników. Z literatury najnowszej, podobnie jak w poprzednich dwóch latach, szerszym zainteresowaniem czytelniczym cieszyła się proza Jakuba Żulczyka i Szczepana Twardocha” – podaje Biblioteka Narodowa.
Podium najpotyczniejszych autorów ubiegłego roku otwiera, niezmiennie od 2019 roku, Remigiusz Mróz. Tuż za nim jest Stephen King, a dalej: Henryk Sienkiewicz.
Z plusów: rośnie popularność bibliotek publicznych – coraz więcej ankietowanych przez Bibliotekę Narodową, w porównaniu do lat ubiegłych, deklaruje, że wypożycza stamtąd książki albo korzysta z innych elementów oferty bibliotek. Nawet co piąty czytający deklaruje, że do biblioteki chodzi.
Wciąż bardziej popularne jest pożyczanie książek od rodziny i znajomych lub dostawanie ich w prezencie. Aż 43 procent deklaruje, że czyta to, co sobie wybierze i kupi. Liczba ta jednak mocno spada – przed rokiem nawet co druga osoba kupowała interesujący ich tytuł.
„Po książki sięga się pod wpływem przymusu zewnętrznego związanego z nauką czy wykonywaną pracą zawodową, ale też mniej lub bardziej zinternalizowanych potrzeb i nawyków. Nikt nie rodzi się czytelnikiem – tego, co czytanie książek czyni potrzebnym, uczymy się w grupach, w których kształtujemy się jako istoty społeczne: przede wszystkim w rodzinach, kręgach towarzyskich i szkołach różnego szczebla” – komentują autorzy raportu, Roman Chymkowski, Izabela Koryś i Zofia Zasacka.
„W tej perspektywie czytanie książek jest z jednej strony funkcją trajektorii biograficznych poszczególnych jednostek, na które osoby te mają wpływ, ale też same podlegają wielorakim uwarunkowaniom społecznym, w tym kulturowym i ekonomicznym, a z drugiej – znakiem wskazującym na odgrywaną rolę społeczną, aspiracje, styl życia, a niekiedy także status” – dodają autorzy raportu.
Przeczytaj także:
„Nie chcę, żeby to się wydarzyło, ale najprawdopodobniej się stanie” – napisał prezydent USA na platformie Truth Social dodając, że domniemaną całkowitą anihiliację społeczeństwa w Iranie może zatrzymać tamtejszy reżim. Jeśli tylko przystanie na jego warunki. Ultimatum mija we wtorek w nocy.
Prezydent Stanów Zjednoczonych opublikował we wtorek popołudniu (7 kwietnia) wpis na portalu Truth Social. Ogłosił w nim, że „tej nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci”.
„Jednakże teraz, gdy mamy całkowitą i zupełną zmianę reżimu, w której dominują inne, mądrzejsze, mniej zradykalizowane umysły, być może wydarzy się coś rewolucyjnie wspaniałego? Kto wie?” – dodał Donald Trump. „Przekonamy się dziś wieczorem, w jeden z najważniejszych momentów długiej i złożonej historii świata. 47 lat wymuszeń, korupcji i śmierci wreszcie dobiegnie końca. Niech Bóg błogosławi wspaniały naród Iranu!” – napisał na Truth Social.
Donald Trump straszy Iran całkowitą zagładą zmuszając ich w ten sposób do otwarcia cieśniny Ormuz. Robi to nie po raz pierwszy – zaledwie w poniedziałek, 6 kwietnia, groził Iranowi zbombardowaniem wszystkich ichniejszych elektorwni i mostów. „Cały kraj można zniszczyć w jedną noc i będzie to jutrzejsza noc” – ogłosił podczas konferencji prasowej w Białym Domu Donald Trump. Podobne zapowiedzi publikował 2 kwietnia.
Trump grozi zbombardowaniem irańskiej infrastruktury cywilnej od 21 marca. Postawił Iranowi ultimatum, którego termin upływa we wtorek o 20 (czyli około 2 w nocy z wtorku na środę). Zablokowanie Cieśniny Ormuz doprowadziło bowiem do wzrostu cen paliw w Stanach Zjednoczonych, co przekłada się na słabnące poparcie dla Republikanów i samego Białego Domu.
Iran nie zamierza ulegać Trumpowi. Jak podaje agencja AP, Sekretarz Najwyższej Rady ds. Młodzieży, Alireza Rahimi, w oficjalnym wystąpieniu transmitowanym przez irańską telewizję państwową, zaapelował do„wszystkich młodych ludzi, sportowców, artystów, uczniów, studentów i ich wykładowców”, by ci stali się żywą tarczą i otoczyli elektrownie i inne obiekty infrastruktury krytycznej.
Prezydent Iranu Masud Pezeszkian poinformował we wtorek w serwisie X, że aż 14 milionów obywateli zgłosiło się do walki za pośrednictwem mediów państwowych i kampanii SMS-owych. „Ja również byłem, jestem i pozostanę gotowy oddać życie za Iran” – napisał Pezeszkian.
Przeczytaj także:
„Polski rolnik, polskie pole, polski chleb na polskim stole. Niech żyje polska wieś, niech żyje Polska” – ogłosił Karol Nawrocki. Prezydent przygotował projekt ustawy o „ochronie produkcyjnej wsi”. Chce też, by Tusk zaskarżył zapisy umowy handlowej z krajami Mercosur do TSUE, co już wcześniej zrobił europarlament – a wykluczył premier.
Miała być w lutym, powstała w kwietniu. Karol Nawrocki ogłosił we wtorek (7 kwietnia) prezydencki projekt ustawy o ochronie funkcji produkcyjnej wsi.
„Nowe prawo, które przygotowałem, mówi jasno: chów zwierząt, prace polowe, ruch maszyn to nie są uciążliwości, które trzeba tłumaczyć. To jest produkcja żywności, to jest służba narodowi. Musimy skończyć z sytuacją, w której rolnik musi się bronić czy tłumaczyć z tego, że pracuje. Wprowadzamy zasadę, że jeśli rolnik działa zgodnie z prawem, ma prawo pracować, a ciężar udowodnienia ewentualnych nadużyć nie spoczywa już na nim” – mówi w oświadczeniu opublikowanym na YouTube prezydent.
Nawrocki rozpoczął cytatem z kardynała Wyszyńskiego, mówił, że ma silnego państwa bez silnej wsi, bo „siła Polski zaczyna się tam, gdzie bije serce jej ziemi – na polskiej wsi”.
Konkretów projektu jeszcze nie znamy. Prezydent w swoim projekcie zapisał jednak, by sądy nakładały na rolnika zakaz działalności lub ograniczały ją tylko w ostatecznie, gdy inne metody zawiodą, a produkcja realnie zagraża zdrowiu lub środowisku. „Nowe ramy prawne mają sprzyjać unowocześnianiu technologii w rolnictwie oraz wzmacniać pozycję gospodarstw rodzinnych, zapobiegając sytuacjom, w których decyzje sądowe wypychają rolnictwo z terenów wiejskich. Dodatkowo, zanim sprawa trafi do sądu, strony będą miały obowiązek podjęcia próby polubownego rozwiązania sporu, czyli mediacji”.
Nawrocki chce też, by osoby kupujące nieruchomości na wsi oświadczały (najprawdopodobniej podpisując stosowny dokument), iż mają świadomość, że w ich sąsiedztwie prowadzona jest działalność rolnicza i że ta może być uciążliwa. „Każdy, kto decyduje się żyć na wsi, musi rozumieć, że wieś nie jest skansenem. Wieś pracuje, wieś produkuje, wieś żyje. To przywrócenie elementarnej uczciwości” – orzekł prezydent Karol Nawrocki.
O projekcie prezydenta głośno było w lutym, kiedy posłowie PiS Krzysztof Ciecióra i Anna Gembicka, zasiadający w prezydenckiej Radzie Rolnictwa i Obszarów Wiejskich, ogłosili koniec prac nad projektem i ogłosili wprowadzenie ułatwień dla rolników oraz inne traktowanie w zakresie emisji ewentualnych uciążliwości odorowych czy hałasowych.
To efekt głośnej sprawy Szymona Kluki, właściciel chlewni w Grodzisku pod Łodzią, którego sąsiedzi pozwali za uciążliwe zapachy i hałasy z jego gospodarstwa. Mężczyzna gospodarstwo prowadził od lat, sąsiedzi wprowadzili się niedawno. Sąd przyznał rację sąsiadom rolnika, sprawa trafiła nawet do Sądu Najwyższego – który również rację przyznał mieszkańcom Grodziska.
Sprawa szybko urosła do rangi politycznej. PSL zapowiedział pracę nad projektem ustawy o funkcji produkcyjnej wsi. Ludowcy zaprosili nawet Klukę do prac nad jej zapisami. Ale sprawa ucichła. Na tapet wziął ją więc prezydent – również odwołując się do jednostkowego przypadku rolnika spod Łodzi.
Nawrocki podczas wtorkowego obwieszczenia ogłosił również opracowanie treści skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. umowy handlowej z Merkosur. Pismo skierował do premiera Donalda Tuska. „Rząd to obiecywał. Do dziś tej obietnicy nie spełnił. Wieś nie może dłużej czekać. (...) Wszystko jest gotowe. Wystarczy tylko działać. Trzeba wykorzystać wszystkie drogi i możliwości, by umowę z Merkosur zatrzymać” – ogłosił prezydent. Tyle że premier jeszcze w marcu mówił, że skargi składać nie zamierza, bo zrobił to już Parlament Europejski (w styczniu). Wcześniej, w marcu, uchwałę w sprawie skargi TSUE przyjął polski Sejm.
Przeczytaj także:
Victor Orban zadeklarował, że będzie niczym ezopowa mysz – niepozorna, choć zdolna do uratowania lwu życia, kiedy zajdzie taka potrzeba. Owym lwem ma być oczywiście Władimir Putin, któremu premier Węgier jesienią deklarował pomoc „w każdy możliwy sposób” – ujawnił „Bloomberg”.
Amerykański serwis „Bloomberg” dotarł do zapisu rozmowy, jaką Władimir Putin przeprowadził z Victorem Orbanem 17 października 2025 roku. Z opublikowanego 7 kwietnia tekstu wynika, że premier Węgier zadeklarował głowie Kremla, że będzie oddany i lojalny przywódcy Rosji, a także skory do pomocy i wsparcia – jak tylko potrafi.
„Wczoraj nasza przyjaźń weszła na tak wysoki poziom, że mogę pomóc w każdy możliwy sposób” – miał powiedzieć Putinowi Orban. i dodać: „Jestem do dyspozycji w każdej sprawie, w której mógłbym okazać się pomocny”.
Premier Węgier miał proponować Putinowi np. zorganizowanie w Budapeszcie szczytu pokojowego dotyczącego Ukrainy – i włączyć się w rozmowy. Do takiego szczytu jak dotąd jednak nie doszło.
Jak podaje „Bloomberg”, Orban posłużył się bajką Ezopa o myszy i lwie. Dziecięca historia o myszy, którą decyduje się ocalić drapieżnik – i która nieoczekiwanie później ratuje życie królowi zwierząt, posłużyła Orbanowi do zarysowania relacji węgiersko-rosyjskich i uzmysłowić Putinowi, że nawet Węgry-myszy, mogą mu, lwowi, się przydać.
Opowieść ta miała rozbawić Putina. I stanowi jednocześnie dowód nie tylko na otwarcie prorosyjską postawę Orbana, ale i zażyłość oraz bliskie relacje polityków. Rozmowa bowiem miała rozpocząć się od życzeń urodzinowych dla Putina, zakończyła – rozmową o stanie zdrowia polityków.
Opublikowany przez „Bloomberg” materiał pojawił się na chwilę przed wyborami na Węgrzech zaplanowanymi na 12 kwietnia. Sondaże wyborcze wskazują, że Fidesz po raz pierwszy od szesnastu lat może stracić władzę, co tylko podsyca polityczne emocje.
„Kampania wyborcza na Węgrzech nie jest wolna od głębokich, rosyjskich wpływów. Obejmują one zarówno propagandę rozpowszechnianą w internecie, jak i zaangażowanie rosyjskich służb specjalnych, które – jak wynika z doniesień wiarygodnych mediów – miały być gotowe nawet do upozorowania próby zamachu na premiera Viktora Orbána, by zwiększyć jego szanse na zwycięstwo” – pisała na łamach OKO.press Paulina Pacuła.
Anna Mierzyńska z kolei informowała, że 31 marca niezależne węgierskie media opublikowały nagrania rozmów telefonicznych ministra spraw zagranicznych Węgier Pétera Szijjártó, który konsultował swoje działania polityczne z szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem. Efektem tych rozmów miały być m.in. naciski Węgier na Unię Europejską w sprawie zniesienia sankcji nałożonych na Gulbahor Ismailową, siostrę rosyjskiego oligarchy Aliszera Usmanowa (co się udało).
„Péter Szijjártó przekazywał też Rosji bieżące informacje z niejawnych unijnych spotkań” – pisze Mierzyńska. To jaskrawy dowód na to, że to sama Rosja może stać za blokowaniem europejskich sankcji przez Węgry czy Słowację.
Orbanowi pomaga też obecna administracja prezydenta USA Donalda Trumpa i związany z nim ruch MAGA. Sekretarz stanu USA Marco Rubio w lutym przyjechał na Węgry. Przemawiając podczas tej wizyty nazwał „złotym wiekiem” relacje między Stanami Zjednoczonymi a Węgrami pod wodzą Orbána. Z kolei w ostatni weekend marca do Budapesztu przyjechali europejscy sojusznicy Fideszu. Wzięli udział w sztandarowym wydarzeniu europejskich zwolenników Donalda Trumpa – konferencji CPAC Hungary. Tym razem jej głównym celem było wyrażanie poparcie dla Victora Orbána i jego partii.
Od 7 kwietnia w Budapeszcie przebywa z kolei wiceprezydent USA J.D.Vance.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Pomysł PiS-u, by władzę w samorządach odbierać w toku referendum właśnie się ziścił. Krajowe Biuro Wyborcze potwierdziło, że liczba ważnych podpisów złożonych pod wnioskiem o głosowanie w sprawie odwołania prezydenta Krakowa przekroczyła 58 tysięcy. Referendum odbędzie się 24 maja – i będzie dotyczyć nie tylko zmiany włodarza, ale i całej Rady Miasta.
Każdy ze 134 tysięcy podpisów złożonych pod wnioskiem o referendum w sprawie zmiany władzy w Krakowie został zweryfikowany przez komisję wyborczą. Sprawdzano, czy dana osoba ma prawo wyborcze, czy na stałe mieszka w mieście. Czy nie zrobiła błędu w numerze PESEL albo nazwisku.
7 kwietnia Krajowe Biuro Wyborcze potwierdziło: liczba 58 tysięcy 355 podpisów niezbędnych do przeprowadzenia w Krakowie referendum została przekroczona. Referendum odbędzie się – i to za kilka tygodni.
Datę, jak potwierdza Dagmara Daniec-Cisło, komisarz wyborcza w Krakowie I, wyznaczono na 24 maja.
Krakowianie otrzymają dwie kartki i będą odpowiadać na dwa pytania: czy chcą odwołania prezydenta Krakowa, Aleksandra Miszalskiego, oraz czy głosują za odwołaniem całej Rady Miasta Krakowa – w której większość ma Platforma Obywatelska oraz Lewica.
Aby refereferendum okazało się ważne i wiążące, udział w nim musi wziąć przynajmniej 3/5 liczby tych, którzy poszli do ostatnich wyborów samorządowych 7 kwietnia 2024 oraz drugiej turze wyborów na prezydenta miasta, które odbyły się dwa tygodnie później. Jak podaje Dagmara Daniec-Cisło:
Prezydent Aleksander Miszalski jak dotąd nie skomentował oficjalnej informacji o czekającym go referendum. Komitet, który organizował akcję referendalną już w połowie ubiegłego tygodnia informował, że do referendum dojdzie. „To będzie moment przełomowy” – pisali w mediach społecznościowych.
Akcja referendalna w Krakowie oficjalnie rozpoczęła się pod koniec stycznia. Podpisy zbierano przeszło miesiąc, składając je (z solidną nawiązką) 11 marca. Ich weryfikacja trwała niespełna miesiąc.
Jak pisaliśmy na łamach OKO.press, referendum jest motywowane politycznie. „Odwołanie Miszalskiego w Krakowie może pociągnąć za sobą całą serię referendalnych wyborów” – pisał poseł PiS Ryszard Terlecki w felietonie pt. „Referendum coraz bliżej”, opublikowanym na portalu Kurier Krakowski. Polityk zdradził, że podobne akcje planowane są w innych miastach, w których władzy nie ma PiS, np. w Gdański. „Przeciwnicy obecnej władzy z uruchomieniem akcji czekają na wynik konfrontacji w Krakowie” – pisał.
W podobnym tonie wypowiada się Konrad Berkowicz z Konfederacji: „Miszalski wczoraj [tj. 26 lutego – przyp.red.] w Sejmie był przerażony. Z desperackim spojrzeniem bredził coś o 10 miliardach na metro w Krakowie. On wie, że już w czerwcu się z nim żegnamy i kończymy ten żart, jakim była jego prezydentura w tym mieście. A już po Krakowie to samo robimy z Platformą w całej Polsce”.
Aleksander Miszalski staje teraz przed poważnym politycznym sprawdzianem. Jeśli do referendum pójdzie za mało osób i okaże się ono nieważne, utrzyma fotel prezydenta. Będzie to jednak, jak prognozował w rozmowie z OKO.press, miałki, a nawet populistyczny koniec kadencji. „Prezydent nie będzie chciał grać na wysoką frekwencję, więc prawdopodobnym jest, że w referendum weźmie udział mniej niż 158 tysięcy osób. Wtedy Aleksander Miszalski zachowa stanowisko – ale jego oponenci będą snuć narrację o wysokim wskaźniku braku poparcia, co również nakaże prowadzić mu bardzo defensywną politykę. To będzie słaba prezydentura” – wskazuje politolog.
Jeśli jednak referendum okaże się wiążące i prezydenta Krakowa wybrać będzie trzeba od nowa, w mieście będziemy oglądać przedsmak tego, co czekać całą Polskę będzie w wyborach samorządowych. Władza w stolicy Małopolski jest łakomym kąskiem dla prawicy, choć zdaje się wciąż mało prawdopodobnym. Partie są bowiem rozdrobnione, każda (czyli i PiS, i Konfederacja, i Łukasz Gibała od lat bezskutecznie walczący o fotel prezydenta Krakowa) zamierza grać na własny rachunek. Robi to również Koalicja Obywatelska, która przed miesiącami skazała Miszalskiego na porażkę, i jak pisaliśmy, sama najchętniej zastapiłaby go kimś innym.
Przeczytaj także: