Węgierska ordynacja wyborcza pełna jest trików i luk prawnych, które w ogromnym stopniu faworyzują partię rządzącą – mówi OKO.press Zsuzsanna Végh, ekspertka ds. Węgier z German Marshall Fund
Niemal połowa badanych na Węgrzech (49 proc.) chciałaby, by wybory parlamentarne 12 kwietnia wygrała opozycyjna partia Tisza Pétera Magyara. 35 proc. respondentów wolałoby, by władzę utrzymał Fidesz – wynika z najnowszego sondażu pracowni badawczej Publicus Institute przeprowadzonego między 27 a 30 marca 2026. Przewagę Tiszy nad Fideszem pokazują też ogólnokrajowe sondaże poparcia dla partii politycznych. Ale czy przy mocno zmanipulowanej przez Fidesz w ostatnich latach ordynacji wyborczej, która na różne sposoby premiuje partię rządzącą, przejęcie władzy przez Tiszę, pomimo większościowego poparcia w skali kraju, jest faktycznie możliwe?
„Fakt, że Péter Magyar zbudował jedną partię zdolną realnie konkurować z rządzącymi, osłabia pozycję Fideszu. Po stronie opozycji nie dochodzi do rozproszenia głosów – mamy bezpośrednią rywalizację jeden na jeden, co w węgierskim systemie wyborczym jest dla rządzących znacznie trudniejsze” – mówi OKO.press Zsuzsanna Végh, ekspertka ds. Węgier z German Marshall Fund.
Rozmawiamy o meandrach węgierskiej ordynacji wyborczej, zmianach poparcia dla Fideszu oraz o tym, co takiego zrobił Péter Magyar, że tak skutecznie zagroził władzy Viktora Orbána.
Paulina Pacuła, OKO.press: Według najnowszych sondaży niezależnych pracowni badawczych partia Pétera Magyara Tisza ma dwucyfrową przewagę nad Fideszem. Z kolei sondaże prorządowe wskazują na wyraźne, kilkuprocentowe prowadzenie Fideszu. Jak interpretować te rozbieżne wyniki? Czy rzeczywiście Tisza ma dziś większe poparcie niż Fidesz? W jakim stopniu może się ono przełożyć na zwycięstwo wyborcze, skoro wielokrotnie zmieniana w ostatnich latach ordynacja wyborcza sprzyja Fideszowi?
Zsuzsanna Végh*, ekspertka ds. Węgier, German Marshall Fund: Analizując sondaże, kluczowe jest uchwycenie trendów. A te, w bardziej wiarygodnych badaniach, od ponad roku pokazują stabilną przewagę Tiszy nad Fideszem. Trzeba jednak pamiętać, że są to uśrednione wyniki ogólnokrajowe, a węgierski system wyborczy nie jest proporcjonalny, lecz mieszany, z wyraźną przewagą komponentu większościowego.
Po reformie ordynacji, przeprowadzonej przez Fidesz po 2010 roku, zwiększono znaczenie jednomandatowych okręgów wyborczych. W 199-osobowym parlamencie aż 103 mandaty pochodzą z okręgów jednomandatowych, a 96 z list krajowych. Dodatkowo wprowadzono jedną turę wyborów w okręgach, co uniemożliwia partiom opozycyjnym koordynację między turami i wycofywanie słabszych kandydatów na rzecz silniejszych.
Istotnym elementem jest też specyficzny dla Węgier mechanizm tzw. premii dla zwycięzcy. Partie otrzymują dodatkowe głosy na liście ogólnokrajowej z poszczególnych okręgów jednomandatowych w liczbie odpowiadającej przewadze zwycięskiego kandydata nad kandydatem, który zajął drugie miejsce. W praktyce wzmacnia to największe ugrupowanie: im większe zwycięstwa w okręgach, tym więcej mandatów dopisanych do listy krajowej. To prowadzi do częściowo podwójnego liczenia głosów oddanych na zwycięzcę w okręgu – głosy oddane na tą osobę przekładają się nie tylko na mandat zdobyty w okręgu, ale ich nadwyżka wobec drugiego miejsca jest dodatkowo doliczana do listy krajowej.
Do tego dochodzi zmiana granic okręgów wyborczych przeprowadzona jednostronnie przez Fidesz. W praktyce zachowano okręgi sprzyjające partii rządzącej, a bardziej konkurencyjne przerysowano, co dodatkowo wzmacnia jej pozycję. To wszystko sprawia, że
ogólne poparcie w skali kraju nie przekłada się wprost na liczbę możliwych do uzyskania mandatów.
Jak w takiej sytuacji przewidywać wynik wyborów?
Trzeba patrzeć głębiej niż na samo średnie poparcie. Kluczowe są wyniki w okręgach jednomandatowych – to tam rozstrzygnie się wyścig wyborczy.
Należy analizować, jak dwie największe partie radzą sobie w najbardziej konkurencyjnych okręgach, a także jak kształtuje się poparcie dla nich w miejscowościach o różnej wielkości. Budapeszt tradycyjnie sprzyja opozycji i większość jego mieszkańców zagłosuje na Tiszę. Podobnie jest z częścią większych miast – tam opozycja ma swoje bastiony. Ale to nie tam rozstrzyga się wynik wyborów.
Kluczowe są mniejsze miasta i obszary wiejskie – dotąd zaplecze wyborcze Fideszu. Na wsi partia rządząca wciąż dominuje, a w systemie większościowym liczy się to, kto pierwszy dotrze na metę, czyli zdobędzie najwięcej głosów, niekoniecznie zdobywając bezwzględną większość – wówczas ta partia zdobywa mandaty z tego okręgu.
W niektórych mniejszych miastach, w których do tej pory dominował Fidesz, widać pewne przesunięcia poparcia. Niektóre sondażownie, jak np. Medián, odnotowują tam wzrost poparcia dla Tiszy. Zmiany na tym poziomie mogą przesądzić o wyniku wyborów.
Jak będzie wyglądała noc wyborcza? Jakich wyników możemy się spodziewać? Na Węgrzech nie są przeprowadzane sondaże exit poll.
Wyniki będą napływać z krajowych okręgów wyborczych stopniowo, ale ostatecznych rezultatów nie poznamy w noc wyborczą. Będzie trzeba doliczyć głosy oddane za granicą, które spłyną później. Dotyczy to m.in. osób mieszkających za granicą, ale nadal zameldowanych na Węgrzech.
W efekcie w noc wyborczą poznamy wstępne wyniki z okręgów jednomandatowych oraz wstępne dane z listy krajowej.
Ze względu na mechanizm „premii dla zwycięzcy”, ostateczny wynik list krajowych można ustalić dopiero po podliczeniu wszystkich okręgów jednomandatowych, ze względu na transfer głosów. Najpewniej jeszcze tej samej nocy będziemy mieć przybliżony obraz wyniku wyborów. Ponadto, w okręgach z niewielką różnicą głosów można spodziewać się, że wynik będzie kwestionowany i będą wnioski o ponowne przeliczenie głosów.
Czy w tym systemie możliwa jest sytuacja, w której Tisza wygrywa w głosowaniu powszechnym, ale ze względu na sposób przeliczania głosów na mandaty ostatecznie zwycięży Fidesz?
W analizach często przyjmuje się, że Tisza potrzebowałaby co najmniej 10-punktowej przewagi w skali kraju, by zdobyć większość mandatów. Kluczowe będzie to, jak rozłożą się wyniki w poszczególnych okręgach: w ilu z nich i jak licznych wygra Fidesz, a w ilu Tisza. Choć okręgi powinny mieć zbliżoną wielkość, występują pewne różnice.
System jest skonstruowany tak, że możliwe jest uzyskanie nieproporcjonalnie dużej większości w parlamencie bez uzyskania większości głosów w wyborach powszechnych. Fidesz zdobył już wcześniej dwie trzecie mandatów w parlamencie, nie uzyskując większości głosów.
Węgierskie przepisy wyborcze wprowadzone przez rządzący Fidesz pełne są luk i haczyków, które mogą przesądzić o końcowym rezultacie głosowania. Dopuszczają nie tylko turystykę wyborczą na dużą skalę, lecz także oddawanie głosów w imieniu osób zmarłych. Jak to jest możliwe?
Oddawanie głosów w imieniu osób zmarłych to nie zjawisko systemowe, a raczej kwestia administracyjna. Podczas głosowania osobistego w lokalach wyborczych takie sytuacje nie powinny mieć miejsca, ponieważ wyborcy muszą potwierdzić tożsamość. Oczywiście mogą zdarzać się nieprawidłowości, ale odpowiedni nadzór w komisjach powinien im zapobiegać. W tych wyborach – podobnie jak poprzednio – w każdym okręgu będą obecni delegaci opozycji, co może skutecznie ograniczać takie przypadki.
Problem może natomiast dotyczyć głosowania korespondencyjnego obywateli węgierskich za granicą. Chodzi głównie o mniejszość węgierską zamieszkującą w sąsiednich krajach, która uzyskała obywatelstwo w uproszczonej procedurze i nie ma adresu zameldowania na Węgrzech. Po rejestracji na liście wyborców pozostaje się na niej przez dziesięć lat, bez konieczności ponownego zapisu przed każdymi wyborami. Jeśli więc śmierć danej osoby nie została zgłoszona, pakiet wyborczy może nadal do niej trafić, a ktoś inny może odesłać głos w jej imieniu. W ten sposób system podatny jest na nadużycia.
Jakich innych nieprawidłowości wyborczych możemy się spodziewać – zarówno w dniu głosowania, jak i po nim? Tisza ostrzegała niedawno swoich zwolenników, że niektórzy wyborcy mogli zostać bez swojej wiedzy dopisani do rejestrów wyborców za granicą i w efekcie nie będą mogli zagłosować w kraju. Niedawno w Budapeszcie pokazywany był dokument „Cena głosu”, który ujawnia przypadki nielegalnych działań w 53 z 106 okręgów jednomandatowych w poprzednich wyborach – od kupowania głosów po zastraszanie wyborców.
Istnieje szereg nieprawidłowości, do których może dochodzić w dniu wyborów, o których wiemy z poprzednich lat. Najczęściej polegają one na wywieraniu presji na wyborców, by oddali głos na określonego kandydata. Dotyczy to zwłaszcza grup wrażliwych – osób w trudnej sytuacji materialnej lub pracowników sektora publicznego, których można zastraszać utratą pracy. W grę wchodzą zarówno groźby, jak i zachęty, czyli kupowanie głosów.
Znane są także przypadki zorganizowanego dowożenia wyborców do głosowania w innych okręgach niż ich faktyczne miejsce zamieszkania. Dotyczy to zawsze tych okręgów, gdzie partia rządząca może przegrać niedużą różnicą głosów. Tacy wyborcy są najpierw dopisywani do spisu wyborców w danym okręgu, a w dzień wyborów są transportowani do lokalu wyborczego. Takie działania można częściowo wykrywać, obserwując nagłe wzrosty liczby wyborców w rejestrach. Po doświadczeniach z poprzednich wyborów działają organizacje monitorujące, które starają się wychwytywać takie anomalie.
Inną nieprawidłowością jest tzw. głosowanie łańcuszkowe: wyborca wynosi kartę do głosowania, przekazuje ją kolejnej osobie, ta przynosi już wypełnioną kartę, wrzuca do urny i wynosi następną. W ten sposób powstaje zewnętrzna kontrola nad oddawanym głosem. Wszystkie te praktyki są nielegalne, dlatego istotne jest zgłaszanie wszelkich takich nieprawidłowości.
Ale nie należy spodziewać się masowych nadużyć w całym kraju w dzień wyborów – podważyłoby to wiarygodność wyborów. Jeśli dojdzie do tego rodzaju zorganizowanych działań, wystąpią one raczej tam, gdzie wynik jest niepewny i może przesądzić o zwycięstwie partii rządzącej. Dlatego tak ważna jest obecność obserwatorów – zwłaszcza w konkurencyjnych okręgach.
W pewnym sensie fałszerstwa wyborcze na skalę ogólnokrajową nie są niezbędne, by partia, która nie ma większościowego poparcia, wygrała wybory. System jest na tyle nierówny, że sprzyja partii rządzącej, nawet jeśli nie jest ona najsilniejsza. Zwłaszcza że wybory to nie tylko ordynacja – to także kampania i warunki jej prowadzenia. Tu kluczowe znaczenie ma środowisko medialne.
Fidesz dominuje zarówno w mediach prywatnych, jak i publicznych, które zostały całkowicie podporządkowane władzy. Przekaz mediów publicznych jest bardzo korzystny dla rządu, podczas gdy opozycja, jeśli w ogóle się pojawia w mediach publicznych, jest przedstawiana w negatywnym świetle. Brakuje też debat między kandydatami. To poważnie zniekształca konkurencję wyborczą.
Kolejną kwestią jest to, co może się wydarzyć po wyborach, jeśli Fidesz przegra.
Nie tylko system wyborczy faworyzuje partię rządzącą – cały system polityczny jest opanowany przez Fidesz.
Partia Viktora Orbána zapewniła sobie faktyczną dominację w całej przestrzeni politycznej kraju. W tym kontekście manipulowanie wynikami wyborów do tej pory nie było niezbędne do utrzymania partii przy władzy.
No właśnie, jak bardzo zabetonowany jest system polityczny na Węgrzech? Jeśli partia Pétera Magyara wygra i będzie chciała wprowadzać reformy, co może stanąć jej na drodze?
Nawet jeśli Fidesz przegra i pokojowo przekaże władzę, w strukturach państwowych nadal będzie miał wielu wysoko postawionych przedstawicieli, którzy będą mogli wpływać na życie polityczne kraju oraz blokować reformy i rozliczenia.
Jedną z najważniejszych jest prezydent republiki, który może opóźniać lub utrudniać proces legislacyjny. Choć formalnie wybiera go parlament, to przy tym, że Fidesz miał większość dwóch trzecich, w praktyce jest on nominatem partii Viktora Orbána. Prezydent może kierować ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, który również jest obsadzony przez nominatów partii rządzącej i może je uchylać jako niezgodne z konstytucją. Obecny prezydent Tamás Sulyok objął stanowisko w marcu 2024, po rezygnacji Katalin Novák. Jego kadencja trwa więc aż do 2029 roku.
Podobny problem dotyczy prokuratury, która jest skrajnie upolityczniona i przez lata wykazywała lojalność wobec rządu, czy Państwowej Izby Obrachunkowej, również kierowanej przez osobę związaną z Fideszem. Także Sąd Najwyższy, Kúria, pozostaje pod kontrolą nominata tej partii. W praktyce utrudni to rozliczanie nadużyć, korupcji czy nadużywania władzy z ostatnich kilkunastu latach.
Bez większości konstytucyjnej nowy rząd będzie więc bardzo ograniczony w działaniach.
Nie będzie w stanie zmieniać struktury, procedur ani składu kluczowych instytucji, których reforma jest niezbędna do przywrócenia demokracji w kraju.
Problematyczne dla nowego rządu może się okazać także uchwalenie nowego budżetu. Rząd musi zrobić to zawsze najpóźniej do końca marca danego roku. Jeśli tego nie zrobi, prezydent może rozwiązać parlament. Wtedy dochodzi do przedterminowych wyborów. Problem w tym, że projekt budżetu wymaga wcześniejszej akceptacji Rady Fiskalnej, w której zasiadają osoby powiązane z Fideszem, np. prezes banku centralnego. Oczywiście decyzja o odrzuceniu budżetu musiałaby mieć merytoryczne uzasadnienie, ale istnieje ryzyko politycznego wykorzystania tej procedury.
W systemie politycznym – od instytucji po procedury – znajduje się wiele „min”, które mogą utrudnić nowej władzy rządzenie, jeśli nie zdobędzie ona większości konstytucyjnej pozwalającej na przebudowę obecnego modelu państwa.
Czy Tisza ma szansę na większość konstytucyjną?
Niektóre pracownie sondażowe sugerują, że Tisza zbliża się do większości dwóch trzecich, ale w mojej ocenie to scenariusz mało prawdopodobny. Patrząc zarówno na dane ogólnokrajowe, jak i trendy w mniejszych ośrodkach, bardziej realne jest uzyskanie przez Tiszę zwykłej, być może nawet dość silnej, większości.
Aby zdobyć dwie trzecie mandatów, Tisza potrzebowałaby bardzo wysokiej mobilizacji. Choć frekwencja zapewne będzie wysoka, jestem sceptyczna wobec tego, czy przyniesie to Tiszy większość konstytucyjną. Trzeba pamiętać, że frekwencja bywa niższa niż deklaracje wyborców.
Przy tym, że istnieje ryzyko tylu nieprawidłowości w tych wyborach, kluczowa zdaje się rola międzynarodowych obserwatorów. Tymczasem także w tej kwestii panuje spore zamieszanie. Pojawiają się kontrowersje wokół składu misji Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE, na czele której miała stanąć była tłumaczka Władimira Putina. Wiadomo też, że swoją „misję obserwacyjną” będzie prowadzić skrajnie prawicowa, zaprzyjaźniona z Viktorem Orbánem organizacja Ordo Iuris. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Coraz częściej mamy do czynienia z tzw. fałszywą obserwacją wyborów. Już w 2022 roku na Węgrzech pojawiali się obserwatorzy powiązani politycznie z partią rządzącą, którzy wzmacniali jej przekaz. Dla Fideszu istotne jest, by mieć międzynarodowych aktorów gotowych, w zależności od wyniku wyborów, natychmiast rozpowszechniać korzystną dla partii narrację.
Najważniejsza pozostaje jednak misja obserwacyjna Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, czyli ODIHR – jej ocena przebiegu wyborów będzie miała największe znaczenie dla społeczności międzynarodowej.
To, co dzieje się na Węgrzech, pokazuje jednak, że w reżimach hybrydowych następuje pewne przesunięcie: od etapu, w którym liczyła się przede wszystkim techniczna ocena wyborów, do sytuacji, w której w ocenie wyborów ścierają się konkurencyjne narracje.
W reżimach hybrydowych i autokratycznych upolitycznieniu ulega bowiem sam proces wyborczy.
To zjawisko towarzyszy procesom autokratyzacji, w których władze redefiniują pojęcie demokracji i wykorzystują jej fasadę do własnych celów. Dla takich rządów ważne jest zachowanie pozorów celem legitymizacji władzy – zarówno wobec własnych obywateli, jak i za granicą. Z jednej strony podkreślają oni, że wybory odzwierciedlają wolę narodu, z drugiej – używają obserwacji wyborczej do legitymizowania swojej władzy, nawet jeśli praktyka odbiega od standardów demokratycznych.
„Fałszywa obserwacja” staje się narzędziem wzmacniania tej narracji. Często towarzyszy jej atakowanie niezależnych misji obserwacyjnych jako rzekomo stronniczych, sprzyjających opozycji.
Na ile węgierska Państwowa Komisja Wyborcza jest instytucją niezależną? Czy można mieć zaufanie do prawidłowego liczenia głosów, czy możliwe są manipulacje na tym etapie?
Państwowa Komisja Wyborcza jest organem wybieranym i delegowanym. Jej stali członkowie są powoływani przez parlament większością dwóch trzecich głosów, co w teorii powinno gwarantować niezależność. W warunkach węgierskich, gdzie taką większość posiada partia rządząca, rodzi to jednak wątpliwości co do samego procesu nominacji członków Komisji. Tak więc to raczej sposób powoływania, niż bieżące funkcjonowanie Komisji, budzi zastrzeżenia. Także międzynarodowych obserwatorów.
Jednocześnie w komisji zasiadają delegaci partii politycznych, w tym także ugrupowań pozaparlamentarnych, które startują w wyborach. Zapewnia to dodatkowy nadzór i równoważy proces podejmowania decyzji.
Liczenie głosów odbywa się na poziomie komisji obwodowych. Tam też proces nadzorują delegaci partyjni, którzy raportują wyniki do swoich centrali w trakcie liczenia głosów – to istotne zabezpieczenie. W praktyce oznacza to, że masowe fałszowanie wyników wyborów na etapie zliczania głosów jest mało realne – chyba że nieprawidłowości pojawiłyby się już wcześniej, w trakcie samego głosowania.
Co wiemy o elektoratach poszczególnych partii? Kto dziś chce głosować na Tiszę, a kto na Fidesz? Jakich wyborców Fidesz stracił w ostatnich latach i dlaczego?
Trudno precyzyjnie wskazać, którzy wyborcy odpłynęli od Fideszu. Fidesz wciąż cieszy się większym poparciem wśród osób z niższym wykształceniem – szczególnie z wykształceniem podstawowym. Jest też nadreprezentowany wśród najstarszego pokolenia, zwłaszcza emerytów, oraz wśród mieszkańców wsi i obszarów wiejskich – tu się nic nie zmieniło.
Z kolei opozycja jest silniejsza wśród osób z wyższym wykształceniem, mieszkańców większych miast i Budapesztu. Tisza ma też bardzo duże poparcie wśród najmłodszych wyborców. W grupie dwudziestolatków, według sondażu Medián z lutego, Fidesz ma mniej niż 10 proc. poparcia, co pokazuje wyraźną lukę pokoleniową.
Zmiany widać natomiast wśród wyborców w średnim wieku, którzy w większym stopniu niż wcześniej skłaniają się ku opozycji. To o tyle istotne, że właśnie do tej grupy Fidesz przez ostatnie 16 lat kierował większość swoich polityk społecznych – takich jak ulgi podatkowe dla matek, czy preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw.
Istotne jest też to, że Tisza potrafi przyciągać wyborców prawicowych rozczarowanych Fideszem – co wcześniej nie udawało się tradycyjnym partiom opozycyjnym o profilu liberalno-lewicowym. To może oznaczać, że część tych wyborców, którzy wcześniej nie widzieli dla siebie reprezentacji, dziś jest gotowa poprzeć nowe ugrupowanie. Częściowo tłumaczy to wyższy poziom mobilizacji i deklaracji udziału w wyborach.
Czy Fidesz próbuje odzyskać młodych wyborców?
Z opóźnieniem, ale tak – głównie poprzez media społecznościowe. Partia stara się przekonywać młodych, wskazując na dostępne dla nich świadczenia.
Jednocześnie zdarzają się poważne błędy komunikacyjne wobec tej grupy. Premier Viktor Orbán bywa wobec nich niezwykle protekcjonalny. Niedawno, podczas wiecu, skrytykował młodych kontrdemonstrantów, sugerując, że powinni być wdzięczni rządowi. Taki ton raczej nie trafia do młodszego pokolenia.
W poprzednich latach przed wyborami rząd często ogłaszał podwyżki świadczeń socjalnych czy wynagrodzeń w sektorze publicznym. Na ile system uzależniania wybranych grup społecznych od transferów socjalnych nadal wystarcza, by Fidesz utrzymał władzę? Czy przed tymi wyborami również sięgnięto po tę strategię?
Do pewnego stopnia tak, ale dziś większy nacisk kładzie się raczej na utrzymanie już istniejących świadczeń oraz na narrację, że w razie przegranej Fideszu zostaną one odebrane. Partia rządząca przekonuje, że opozycja zlikwiduje takie rozwiązania jak trzynasta emerytura, czy preferencyjne kredyty. Tisza odpowiada, że zamierza je utrzymać – trudno byłoby zresztą prowadzić kampanię w inny sposób.
Warto dodać też, że część tych rozwiązań wpisuje się w wizję Pétera Magyara, który sam określa się jako konserwatysta i nie sprzeciwia się polityce prorodzinnej.
Ze strony Fideszu pojawiają się także nowe obietnice – jak czternasta emerytura, czy rozszerzenie ulg podatkowych na szerszą grupę matek, np. także tych poniżej 40. roku życia z dwójką dzieci. Ale obecnie większy nacisk kładzie się na ochronę istniejących rozwiązań niż na nowe, bezpośrednie transfery finansowe.
Co sprawia, że tym razem władza Orbána jest bardziej zagrożona niż wcześniej? Co takiego ma w sobie Péter Magyar, że rzucił tak poważne wyzwanie liderowi Fideszu?
Na tę sytuację składa się kilka czynników – politycznych, strukturalnych i ekonomicznych.
Z perspektywy politycznej kluczowe jest to, że tym razem mamy do czynienia z jedną partią opozycyjną, a nie koalicją. Nie prowadzi ona negocjacji z innymi ugrupowaniami ani nie targuje się o stanowiska – realizuje własną agendę.
Z perspektywy czasu widać też, że Péter Magyar bardzo skutecznie zmobilizował wyborców, umiejętnie katalizując ogromne niezadowolenie społeczne w jednym podmiocie politycznym. Potwierdzają to reakcje mniejszych partii opozycyjnych, które zdecydowały się wycofać z rywalizacji wyborczej, by ułatwić zmianę władzy.
Fakt, że Magyar zbudował jedną partię zdolną realnie konkurować z rządzącymi, osłabia pozycję Fideszu.
Po stronie opozycji nie dochodzi do rozproszenia głosów – mamy bezpośrednią rywalizację jeden na jeden, co w węgierskim systemie wyborczym jest dla rządzących znacznie trudniejsze.
Nie byłoby to jednak możliwe bez intensywnej pracy samego Magyara. W ciągu ostatnich dwóch lat zbudował on ogólnokrajowe zaplecze społeczne. W ciągu ostatnich kilkunastu lat żaden polityk nie spędził tyle czasu w terenie – spotykając się z wyborcami, odwiedzając okręgi, będąc obecnym w całym kraju.
Dla węgierskich wyborców, którzy nie są do tego przyzwyczajeni, było to coś nowego, co znacząco zwiększyło wiarygodność jego działań. W efekcie wielu z nich uwierzyło, że zmiana jest możliwa.
Nie jest to więc wyłącznie zmiana polityczna czy strukturalna w funkcjonowaniu opozycji – przekłada się ona także na percepcję społeczną. Widać to w sondażach: w marcu więcej osób niż na początku roku wierzyło w możliwość zmiany władzy, a większość uważa, że rząd inny niż Fidesz byłby korzystniejszy dla Węgier.
Istotne jest również to, że Magyar potrafi mobilizować wyborców prawicowych i przyciągać ich do swojego obozu. To nowość, która osłabia Fidesz. Dotąd wyborcy rozczarowani rządzącymi, ale o prawicowych poglądach, często nadal głosowali na Fidesz – uznając go za lepszy od opozycji – albo rezygnowali z udziału w wyborach. Teraz część z nich może zmienić preferencje, co oznacza straty dla partii rządzącej.
Tym razem Fidesz nie może też prowadzić kampanii z pozycji silnej gospodarki. Od czasu pandemii Węgry w zasadzie tkwią w stagnacji. Inflacja pozostaje wysoka, a głównym problemem wyborców pozostają wysokie koszty życia. Rząd utracił również dostęp do znacznej części środków, które mogłyby zasilić gospodarkę po COVID-19 – w związku z zarzutami dotyczącymi korupcji i osłabienia niezależności sądownictwa. Komisja Europejska zawiesiła dostęp Węgier do dużej części funduszy strukturalnych oraz Funduszu Odbudowy, który miał wspierać restart gospodarki. Brak tych środków jest w kraju bardzo odczuwany.
Orbán próbuje to kompensować, podkreślając utrzymywanie niskich cen energii. Jednak przy wysokiej inflacji i konieczności wprowadzania administracyjnych limitów cen w gospodarce rynkowej wyborcy dostrzegają, że sytuacja ekonomiczna nie ulega poprawie.
Kampania wyborcza na Węgrzech nie jest wolna od głębokich, rosyjskich wpływów. Obejmują one zarówno propagandę rozpowszechnianą w internecie, jak i zaangażowanie rosyjskich służb specjalnych, które – jak wynika z doniesień wiarygodnych mediów – miały być gotowe nawet do upozorowania próby zamachu na premiera Viktora Orbána, by zwiększyć jego szanse na zwycięstwo. 31 marca niezależne węgierskie media opublikowały też nagrania rozmów telefonicznych ministra spraw zagranicznych Węgier Pétera Szijjártó, który konsultował swoje działania polityczne z szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem. Czy tak wysoki poziom koordynacji funkcjonowania obecnego węgierskiego rządu z Rosją podważa wiarygodność premiera Orbána w oczach jego własnych wyborców i może przyczynić się do jego przegranej?
Nie wydaje mi się, by te ostatnie doniesienia mogły mieć wpływ na twardy elektorat Fideszu na tym etapie. Jak wiele innych kwestii, również ta postrzegana jest przez pryzmat podziałów politycznych. Minister Szijjártó nie tylko nie zaprzeczył bliskiej koordynacji ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, lecz wręcz otwarcie ją potwierdził, przekonując, że na tym polega dyplomacja. Jednocześnie odwrócił uwagę od meritum sprawy, oskarżając dziennikarza śledczego, który ujawnił sprawę, o współpracę z obcymi służbami przy podsłuchiwaniu jego rozmów. Wyborcy Fideszu – poddawani intensywnej propagandzie rządowej i regularnej retoryce strachu – najprawdopodobniej zaakceptują tę narrację i uznają doniesienia o rosyjskiej ingerencji za nieprawdziwe.
Nie oznacza to jednak, że ujawnione informacje są bez znaczenia. Przeciwnie – mają one istotną wartość nie tylko w kontekście wyborów, lecz także dla lepszego zrozumienia czynników wpływających na działania rządu Fideszu oraz jego politykę zagraniczną. Wielu węgierskich wyborców to dostrzega.
Przedwyborcze sondaże wskazują na wysoki odsetek niezdecydowanych wyborców – nawet 20–25 procent. Czy to ta grupa zdecyduje o wyniku wyborów? Na czym koncentruje się końcowa faza kampanii?
Na Węgrzech nie ma obowiązku udziału w wyborach, dlatego wśród niezdecydowanych znajdują się także osoby, które po prostu nie pójdą głosować. W praktyce znaczna część tych 20–25 proc. nie pojawi się przy urnach. Frekwencja najpewniej przekroczy 70 proc., być może zbliży się do 80 proc., ale nadal istotna grupa wyborców pozostanie poza procesem wyborczym.
W tej kategorii wyborców dominują jednak te same obawy co w całym elektoracie – przede wszystkim o koszty życia i kwestie bezpieczeństwa. Dlatego w kampanii nie widać jakiś szczególnych ruchów, które mają zaapelować do wyborców niezdecydowanych.
Ciekawym zjawiskiem jest natomiast nadreprezentacja wśród niezdecydowanych wyborców o poglądach lewicowych i liberalnych. W sytuacji, gdy w tych wyborach realnie liczą się niemal jedynie ugrupowania prawicowe, część dawnych wyborców opozycji może skłaniać się ku absencji wyborczej.
Co się dzieje dziś z lewicą i środowiskami liberalnymi na Węgrzech? Jeszcze kilka lat temu pojawiały się nowe inicjatywy, jak np. partia Momentum, która w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku zdobyła niemal 10 proc. głosów. Koalicja partii opozycyjnych w 2022 roku, poza skrajnie prawicowym Jobbikiem, składała się z pięciu ugrupowań liberalno-lewicowych. Obecnie sondaże pokazują, że na wejście do parlamentu mają szanse jedynie ugrupowania prawicowe.
Tak, obecnie jedyną partią lewicową, progresywną i proeuropejską, która startuje w wyborach, jest Koalicja Demokratyczna, jednak jej wejście do parlamentu jest coraz mniej prawdopodobne.
Momentum – ugrupowanie liberalne, progresywne i centrowe, zdecydowało się nie startować w tych wyborach. Partia ta nie zdobyła ani jednego mandatu w Parlamencie Europejskim w 2024 roku. Wiele wskazuje na to, że to koniec tej formacji.
Wyborcy o poglądach lewicowych i liberalnych oczywiście nadal istnieją. W wyborach w 2022 roku mieli szeroką reprezentację w koalicji partii opozycyjnych – od Momentum po stronie liberalnej, po ugrupowania lewicowe, takie jak Dialog dla Węgier, Koalicja Demokratyczna czy Węgierska Partia Socjalistyczna. Partie te były szczególnie silne w Budapeszcie i większych miastach. Wyjątkiem była Partia Socjalistyczna, która historycznie dysponowała rozbudowanymi strukturami w całym kraju. Jej poparcie oparte było jednak głównie na starszym elektoracie. W efekcie ugrupowanie stopniowo traciło swoje bastiony, podczas gdy Fidesz od początku lat 2000 systematycznie budował ogólnokrajową sieć organizacyjną.
W ostatnim czasie reprezentacja polityczna wyborców lewicowych i liberalnych znacząco się skurczyła – partie, które ich reprezentowały, osłabły organizacyjnie i istnieje ryzyko ich zaniku.
Po tych wyborach najprawdopodobniej będziemy mieć do czynienia z parlamentem zdominowanym przez prawicę. Oznacza to konieczność odbudowy ugrupowań zdolnych artykułować interesy wyborców lewicowych i liberalnych. Tacy wyborcy nadal istnieją, jednak w dużej mierze rozczarowali się dotychczasowymi partiami. Wielu z nich odda głos na Tiszę, choć będzie to raczej głos protestu przeciwko Fideszowi.
Wydaje się, że wokół Tiszy ogniskuje się wiele dość sprzecznych oczekiwań. Zagłosować na to ugrupowanie chcą zarówno wyborcy liberalno-lewicowi, jak i rozczarowani wyborcy Fideszu. Ze zwycięstwem w wyborach Pétera Magyara duże nadzieje wiąże także Unia Europejska. Na forum UE oczekuje się, że Magyar będzie bardziej przewidywalnym partnerem – poprze pomoc dla Ukrainy, sankcje wobec Rosji, a Węgry pod jego przewodnictwem znowu staną się państwem prawa. Tymczasem jak wynika z analiz sposobu głosowania członków Tiszy w Parlamencie Europejskim, ugrupowanie to jest niezwykle powściągliwe w kwestiach praworządności czy wsparcia dla Ukrainy. Wiadomo też, że sam Magyar sprzeciwia się unijnej polityce migracyjnej. Czego można się po nim spodziewać? Czy Péter Magyar będzie politykiem europejskiego mainstreamu, czy raczej czeka nas „Orbán light”?
Nowy rząd – o ile nie zdobędzie większości dwóch trzecich – będzie funkcjonował w ramach obecnego systemu politycznego, który znacząco ograniczy możliwości jego działania. Duża część energii będzie musiała zostać skierowana na rozwiązywanie sporów krajowych oraz omijanie instytucjonalnych barier. To utrudni realizację reform demokratycznych przez Pétera Magyara.
Deklaracje jednak są jednoznaczne: Magyar zapowiedział przystąpienie Węgier do Prokuratury Europejskiej oraz utworzenie nowej agencji antykorupcyjnej. Deklarował także, że jego rząd będzie chciał zrealizować wymogi kamieni milowych wyznaczonych przez Komisję Europejską w obszarze walki z korupcją oraz przywracania praworządności i niezależności sądownictwa, co ma umożliwić odblokowanie zamrożonych funduszy.
Magyar pozostaje jednak politykiem konserwatywnym wywodzącym się z nacjonalistycznej prawicy – punktem odniesienia dla niego jest przede wszystkim wspólnota węgierska, zarówno w sensie etnicznym, jak i państwowym.
Nie należy więc oczekiwać, że stanie się euroentuzjastą stawiającym interes wspólnotowy ponad interesem narodowym. Może być – i prawdopodobnie będzie – wymagającym partnerem w negocjacjach z instytucjami unijnymi i państwami członkowskimi.
Jednocześnie, sądząc po jego deklaracjach oraz nominacji Anity Orbán na przyszłą szefową dyplomacji, której zadaniem ma być przeorientowanie polityki zagranicznej Budapesztu na Zachód, widać przywiązanie do członkostwa w UE jako narzędzia realizacji interesów państwa [Anita Orbán to niespokrewniona z obecnym premierem menadżerka z branży energetycznej, w przeszłości związana z Fideszem, w latach 2010-2015 pełniła funkcję wysłanniczki ds. bezpieczeństwa energetycznego i reprezentowała Węgry w Kongresie Stanów Zjednoczonych, ale zerwała z partią rządzącą po tym, jak ta postawiła na głębszą współpracę energetyczną z Rosją; przez lata zajmowała wysokie stanowiska w firmach energetycznych – red.]. Na forum UE można więc oczekiwać sporów, ale prowadzonych w duchu negocjacji, poszukiwania rozwiązań i budowania koalicji – zamiast polityki wetowania znanej z rządów Orbána.
W poszczególnych obszarach kluczowe będzie rozróżnienie między kwestiami fundamentalnymi – jak praworządność – a konkretnymi politykami sektorowymi. W sprawach migracyjnych Magyar prawdopodobnie przyjmie restrykcyjne stanowisko zbliżone do obecnego rządu. Istotnym testem będzie jednak to, czy będzie respektował prawo UE i orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości, czy też będzie je naruszał, jak dotąd robił to Orbán.
W odniesieniu do Ukrainy Magyar nie jest politykiem jednoznacznie proukraińskim. Jednak wszystko wskazuje na to, że byłby bardziej skłonny do współpracy z głównym nurtem unijnym i raczej nie blokowałby wsparcia finansowego dla Kijowa, o ile nie godziłoby to w interesy Węgier. Granicą pozostanie zapewne pomoc militarna, wobec której zachowa dystans.
Z jego wypowiedzi podczas kampanii wynika również, że kwestie sporne – jak sytuacja mniejszości węgierskiej za granicą – miałyby być rozwiązywane w sposób bardziej konstruktywny w relacjach dwustronnych, zamiast być wykorzystywane jako narzędzie presji na forum międzynarodowym. Kluczowe będzie więc to, czy będą traktowane jako problemy do rozwiązania, czy jako trwałe konflikty – co przez lata charakteryzowało podejście obecnych władz.
*Zsuzsanna Végh – analityczka w German Marshall Fund. Zajmuje się wyzwaniami dla demokracji liberalnej w Europie, w szczególności wzrostem znaczenia skrajnej prawicy oraz jej wpływem na politykę Unii Europejskiej, politykę zagraniczną i funkcjonowanie instytucji demokratycznych. Analizuje również procesy erozji demokracji oraz mechanizmy odporności systemów politycznych w Europie Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Węgier. Współpracowała z European Council on Foreign Relations i jest autorką raportów Freedom House dotyczących Węgier w ramach projektu Nations in Transit.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze