Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Trafiony tankowiec w cieśninie Ormuz, drony atakujące Bahrajn czy Liban. Tuż po podpisaniu tymczasowego porozumienia pokojowego doszło do kolejnych wymian ognia między Iranem, a USA. Każda ze stron twierdzi, że druga pierwsza naruszyła tymczasowe zawieszenie broni – analizuje Reuters
Na zdj. Bejrut. Zwolennicy Hezbollahu blokują drogę prowadzącą na stare lotnisko na przedmieściach Bejrutu. Palą opony i protestują przeciwko porozumieniu, jakie Liban podpisał z USA i Izraelem. Fot. Ibrahim Amro / AFP
Brytyjska agencja bezpieczeństwa morskiego (UKMTO, z ang. The United Kingdom Maritime Trade Operations) poinformowała, że w sobotę tankowiec w Cieśninie Ormuz został trafiony pociskiem.
„Wszyscy członkowie załogi są bezpieczni, nie odnotowano potencjalnych zagrożeń dla środowiska” – czytamy w komunikacie.
W rejonie cieśniny podniesiono alerty bezpieczenstwa, bowiem to drugi, po czwartkowym, atak na przepływające przez Cieśninę Ormuz statki. Irańska Gwardia Rewolucyjna ostrzegła wówczas, że jest w stanie zapewnić statkom w Cieśninie Ormuz bezpieczny przepływ tylko trasami irańskimi, to znaczy wyznaczonymi przez organ powołany przez Iran do zarządzania cieśniną – PGSA. "Konsekwencje wynikające z rejsu szlakami nieautoryzowanymi będą ponoszone przez właściciela, armatora i dowódcę statku” – ostrzegli. Podważyli tym samym deklaracje amerykańskiego rządu, który twierdzi, że cieśnina jest otwarta.
Niespokojnie jest również w Libanie. PAP, za państwową agencją prasową NNA poinformowała, że zaledwie kilkanaście godzin po podpisaniu wstępnego porozumienia między Izraelem a Libanem, drony uderzyły w libańskie miasto Nabatijja. Jak podaje „New York Times” Bahrajn w sobotę rano poinformował z kolei, że również padł ofiarą ataku dronów – ze strony Iranu.
Wstępne porozumienie pokojowe, jakie podpisali USA i Iran zdaje się już być martwe. Agencja prasowa AFP przekazała, że Iran zaatakował cele powiązane z siłami USA (nie precyzując owych celów konkretnie) – i że jest to odpowiedź na amerykańskie uderzenia w miejsca składowania irańskich pocisków rakietowych i dronów oraz nadbrzeżne stacje radarowe, do których doszło w piątek, 26 czerwca.
Resort irańskiej dyplomacji ocenił, że działania Waszyngtonu naruszyły Kartę Narodów Zjednoczonych i postanowienia memorandum kończącego wojnę, przyjętego w nocy z 17 na 18 czerwca.
„Reakcją na przemoc będzie przemoc” – skomentował wiceprezydent USA J.D. Vance. Ameryka zaatakowała Iran, jak twierdzi, w odpowiedzi na irański atak na signapurski statek handlowy przepływający przez cieśninę Ormuz. Trump uznał wtedy, że Iran w bezsensowny sposób naruszył, jako pierwszy, warunki porozumienia broni. Iran z kolei twierdzi, że był to efekt nierespektowania zasady dotyczącej poruszania się szlakami wyznaczonymi przez nich – i uprzedzał, że podejmie działania wobec tych statków, które nie podporządkują się instrukcjom.
USA i Iran podpisały wstępne porozumienie 18 czerwca.To – podkreślmy – wstępne porozumienie, o warunkach zakończenia wojny i kolejnych krokach, które na drodze do pokoju należy podjąć.
Jak wyjaśniał w OKO.press Jakub Szymczak, po angielsku mówi się o memorandum of understanding (MoU), co można tłumaczyć jako protokół ustaleń. A to brzmi znacznie mniej doniośle niż traktat pokojowy. Co znajduje się w MoU? To 14 punktów, które potwierdzają wcześniejsze ustalenia i nieco rozszerzają naszą wiedzę na temat porozumienia. W całości, w języku angielskim, można je przeczytać choćby na stronie BBC. To stosunkowo krótki dokument, który ma niewiele ponad tysiąc słów.
Porozumienie zakłada:
Stronom wystarczył tydzień, by złamać zapisy porozumienia, w tym to najważniejsze – o zawieszeniu broni.
Przeczytaj także:
Associated Press wylicza, że ostatnie ataki Ukrainy na Rosję są największymi od początku pelnoskalowej wojny. Ukraińskie wojska uderzyły m.in. w rosyjski zakład w Wołgogradzie, kluczowy dla zbrojeń Kremla
„Wczoraj w nocy rakiety FP-5 Flamingo (ukraińskiej produkcji – PAP) z powodzeniem uderzyły w Titan-Barrikady w Wołgogradzie” – napisał Wołodymyr Zełenski na platformie X.
Titan-Barrikady to kluczowy dla Rosji zakład, który produkuje artylerię i specjalistyczny sprzęt dla wojska, jak np. komponenty do wyrzutni rakietowych. Prezydent Ukrainy poinformował, że w wyniku ataku doszło do pożaru na terenie rosyjskiego przedsiębiorstwa.
Rosyjskie ministerstwo obrony poinformowało w piątek, że w ciągu nocy przechwycono 660 ukraińskich dronów nad 12 regionami, w tym m.in. nad okupowanym Krymem i Morzem Czarnym.
Jak pisała w OKO.press Agata Kołodziej, rosyjskie władze okupacyjne podpisały dekrety wprowadzające stan wyjątkowy w Republice Krymu i Sewastopolu. Nie ma nie tylko paliwa, ale i prądu. Z przerwami działa transport, a zaopatrzenie półwyspu szwankuje. 2500 samochodów w ciągu dnia stało w kolejce przy wyjeździe z Krymu przez most kerczeński (w piątkowy wieczór kolejka zmniejszyła się do tysiąca pojazdów).
Agencja Associated Press wskazuje wprost: ostatnie ukraińskie ataki na rosyjskie regiony i Krym są największymi od początku wojny na pełną skalę, czyli od 2022 roku.
Jak podały Siły Powietrzne Ukrainy, w piątek wieczorem siły rosyjskie zaatakowały Ukrainę, używając 129 dronów różnych typów. Przechwycono aż 113 z nich. W wyniku nocnych rosyjskich nalotów na obwody dniepropietrowski i sumski na Ukrainie zginęły dwie osoby, a ponad dwadzieścia zostało rannych.
Ukraina kontynuuje ofensywę przeciwko Rosji. W czwartek, 25 czerwca, Wołodymyr Zełenski zatwierdził 40-dniową „operację wpływu”, która ma skłonić Rosję do zakończenia wojny.
Tego samego dnia prezydent powiadomił, że ukraińskie drony dalekiego zasięgu zaatakowały bazę paliwową w odległym o około 300 km od linii frontu rosyjskim Kraju Krasnodarskim i dwie rafinerie w Ufie, oddalonej od bezpośredniej strefy walk o około 1500 km.
Jak pisała w OKO.press Agnieszka Jędrzejczyk, ukraińskie ataki na Rosję — do 2 tys. kilometrów za linią frontu — destabilizują kraj. Brakuje benzyny, największe aglomeracje — Petersburg i Moskwa — żyją w stałym zagrożeniu atakiem dronów.
Kremlowska oficjalna narracja za tym nie nadąża – wskazuje Jędrzejczyk. Zatrzymała się obecnie na etapie, że Ukraina nie jest w stanie produkować tak zaawansowanej broni, zatem Rosję atakuje Zachód. I Zachód powinien ponieść konsekwencje.
Jak mówił w niedawnej rozmowie z OKO.press Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich, w ten sposób Kreml z jednej strony próbuje odstraszyć Zachód i powstrzymać pomoc dla Ukrainy, z drugiej – opowieścią o większej wojnie tonować pogarszające się nastroje w Rosji.
W piątek 26 czerwca dwa państwa na wschodniej flance NATO ostrzegły, że Rosja przygotowuje prowokację w państwach bałtyckich lub Polsce. Putin może próbować w ten sposób przetestować spójność zachodniego sojuszu wojskowego — napisał „The Guardian”.
Przeczytaj także:
Wenezuela wciąż liczy straty po trzęsieniu ziemi. Rządowe dane mówią na razie o 920 zgonach, ale 50 tysięcy osób wciąż uznanych jest za zaginionych. Ziemia znów zadrżała. Nie ma dotąd informacji o skutkach – ofiarach wśród ludności i zniszczeniach.
W piątek, 26 czerwca, doszło do kolejnego trzęsienia ziemi w Wenezueli. Według Europejsko-Śródziemnomorskiego Centrum Sejsmologicznego magnituda piątkowego wstrząsu wyniosła 4.9 w skali Richtera. To oznacza, że wstrząsy były mocno odczuwalne – ale nie na tyle silne, by dokonać ogromnych zniszczeń. Epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się około 80 kilometrów od Caracas.
Delcy Rodriguez, które pełni obowiązki prezydenta Wenezueli, poinformowała w piątek na X, że Donald Trump i sekretarz stanu USA Marco Rubio wyrazili gotowość do pomocy „w tym trudnym dla Wenezueli momencie”. Rodriguez rozmawiała z prezydentem USA przez telefon. I jak pisze, Stany Zjednoczone potwierdziły gotowość do pomocy w likwidacji skutków środowej katastrofy. USA wyśle do Wenezueli ratowników, specjalistyczny sprzęt. Zadeklarowały też pomoc humanitarną dla dziesiątków tysięcy poszkodowanych.
Trzęsienia ziemi w Wenezueli są największym wyzwaniem dla pełniącej obowiązki prezydenta Delcy Rodriguez, która objęła urząd w styczniu po pojmaniu i odsunięciu od władzy ówczesnego prezydenta Nicolasa Maduro przez Stany Zjednoczone. Wenezuela od ponad dekady zmaga się z kryzysem gospodarczym, a wielu obywateli podważa legitymację polityczną Rodriguez.
W środę, 24 czerwca, wieczorem, w Wenezueli miały miejsce dwa silne trzęsienia ziemi. W odstępie około 40 sekund w północno-zachodniej części kraju zarejestrowano dwie serie wstrząsów o sile 7,2 i 7,5 w skali Richtera. Potem nastąpiło ponad 200 wstrząsów wtórnych. To najsilniejszy kataklizm, jakiego doświadczyła Wenezuela od ponad wieku.
„Są budynki, domy, które się zawaliły. Zajmujemy się tym, używając wszystkiego, co dostępne, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, pomoc obywatelską. Straż pożarna, policja, wszystko zostało uruchomione” – mówił minister spraw wewnętrznych Wenezueli Diosdado Cabello. Dodał, że wstrząsy podziemne były odczuwalne jednocześnie w kilku regionach kraju.
Wenezuela wciąż liczy straty. Jorge Rodriguez, przewodniczący parlamentu w Wenezueli poinformował w piątek, że:
„Będziemy ratować osoby, które utknęły pod gruzami. (...). Pracujemy nad tym bez wytchnienia” – zapowiedziała prezydent Rodriguez. Dodała, że najbardziej dotknięty klęską stan La Guaira, został zmilitaryzowany, aby ułatwić poszukiwania ocalałych oraz dystrybucję żywności i wody.
Z powodu uszkodzeń zamknięto znajdujące się tam główne lotnisko kraju, co utrudnia prowadzenie akcji humanitarnej, w tym przyjmowanie pomocy z zagranicy — podaje Polska Agencja Prasowa.
Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (IOM) poinformowała, że skutki trzęsień ziemi mogą dotknąć nawet 6,76 mln mieszkańców Wenezueli.
Dyrektorka regionalna Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odpowiedzialna za region Ameryk Loyce Pace powiedziała, że „ludzie wciąż boją się wracać do swoich domów”.
Przeczytaj także:
Donald Trump zagroził, że państwa europejskie nakładające podatek od usług cyfrowych na amerykańskie koncerny technologiczne mogą zostać objęte 100-procentowymi cłami. Wcześniejsze umowy handlowe miałyby pozostać bez znaczenia
„Wiele krajów europejskich dyskutuje o rychłym wprowadzeniu podatku od usług cyfrowych dla amerykańskich firm. Niektóre z tych krajów są bliskie wprowadzenia tego podatku. Niniejszym oświadczeniem pragniemy poinformować, że każdy kraj, który nałoży taki podatek, zostanie natychmiast obciążony 100-procentowym cłem na wszystkie towary wysyłane do Stanów Zjednoczonych” — napisał Donald Trump we wpisie na Truth Social.
Dodał, że nowo nałożone cło zastąpi umowy handlowe zawarte z krajami Europy — niezależnie od tego, czy umowy te obowiązują i od jak dawna lub czy są na etapie wdrożenia czy deklaracji.
Polska Agencja Prasowa informuje, że amerykański urząd przedstawiciela ds. handlu (USTR) prowadzi obecnie postępowanie badające nieuczciwe praktyki handlowe dotyczące rzekomej dyskryminacji amerykańskich firm cyfrowych na rynku UE. Wyniki tego dochodzenia mogłyby posłużyć za podstawę do nałożenia nowych cel — mimo iż dotychczas Waszyngton zapewniał, że dochowa swojej części umowy handlowej z Europą. Dziś górny limit ceł na towary z UE wynosi 15 procent.
Rada Unii Europejskiej, zgodnie z tymi ustaleniami, w czwartek formalnie przyjęła przepisy wdrażające umowę handlową z USA.
Podatek cyfrowy (ang. digital service tax – DST) to europejski pomysł na opodatkowanie międzynarodowych firm, które zarabiają na reklamach wyświetlanych w sieci w krajach UE, sprzedaży danych, platformach cyfrowych, ale płacą podatek dochodowy w tych krajach zaledwie od ułamka swoich dochodów.
Unijny podatek cyfrowy wynosi on 2-3 procent od generowanych przed dany koncern technologiczny (tzw. big tech) przychodów. Przyjęcie go Komisja Europejska rekomendowała już w 2018 roku.
Podatek ten wprowadziły już m.in. Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Austria czy Turcja. Nad spójnymi przepisami dla państw członkowskich pracowała Unia Europejska, ale pod silną presją Stanów Zjednoczonych prace te zostały zamrożone.
Sam Trump regularnie, od sierpnia zeszłego roku, straszy wysokimi cłami w odpowiedzi na wprowadzany w Europie podatek cyfrowy. Najostrzejsza wypowiedź dotyczyły Francji – kiedy to w połowie czerwca 2026 r., przed szczytem G7, Trump bezpośrednio zagroził Emmanuelowi Macronowi 100-procentowymi cłami na wino i szampana. Na straszeniu jednak się skończyło.
Polskie Ministerstwo Cyfryzacji również ogłosiło plany wprowadzenia 3-procentowego podatku. O podatku tym Krzysztof Gawkowski kierujący resortem mówił od 2024 roku. Jak pisał na łamach OKO.press Jakub Szymczak, choć resort zapewnia, że podatek nie uderzałby w firmy ze względu na narodowość, jasnym jest, że taki podatek uderza w dochody wielkich firm amerykańskich takich jak Meta, Microsoft czy X Elona Muska.
Dlatego Polsce już przed rokiem palcem groził ambasador USA w Polsce Thomas Rose, który podatek nazwał „autodestrukcyjnym” i obwieścił, że zaszkodzi on Polsce i relacjom ze Stanami Zjednoczonymi. „Prezydent Trump również odpowie odwetem, jak i powinien zrobić. Odwołajcie podatek, aby uniknąć konsekwencji!” – nawoływał wówczas.
W lutym 2026 rozpoczęto jednak konsultacje projektu, a projekt ustawy wpisano do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów.
„Firmy, które płacą podatek od swojej działalności w Polsce, są w sytuacji gorszej niż te, które świadczą na terytorium naszego kraju usługi cyfrowe z zagranicy. To zmniejsza konkurencyjność krajowych podmiotów, ogranicza naszą suwerenność cyfrową, a także uszczupla istotnie przychody do budżetu państwa, które mogłyby być reinwestowane w budowanie potencjału technologicznego naszego kraju. Gospodarka w coraz większym stopniu przenosi się do sfery cyfrowej i z czasem te nierówności tylko by się pogłębiały” – mówił wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski.
Dziś bowiem w Polsce obowiązuje wyłącznie podatek od usług VOD. Platformy streamingowe płacą 1,5 procent podatku – ale inni giganci cyfrowi z tych składek są wyłączeni, płacą więc w Polsce grosze.
Przeczytaj także:
Dwa państwa na wschodniej flance NATO ostrzegły, że Rosja przygotowuje możliwą prowokację w państwach bałtyckich lub Polsce. Putin może próbować w ten sposób przetestować spójność zachodniego sojuszu wojskowego — napisał „The Guardian”
Według źródeł z dwóch krajów Kreml może próbować przetestować spójność NATO, ponieważ Rosja znajduje się pod rosnącą presją ze strony Ukrainy – podaje brytyjski dziennik.
Łotewski wywiad poinformował: „Widzimy przesłanki, że Rosja przygotowuje prowokacje wojskowe przeciwko krajom bałtyckim lub Polsce”. Nie będzie to jednak atak na pełną skalę.
Podobne oświadczenie w zeszłym tygodniu złożyło wysoko postawione źródło polityczne z drugiego państwa NATO. Stwierdziło, że „zbieramy informacje wywiadowcze”, że Władimir Putin „planuje coś przeciwko państwom bałtyckim”. Może być bowiem skłonny przetestować wsparcie USA dla niektórych z mniejszych państw członkowskich NATO – Estonii, Łotwy i Litwy – w desperackiej próbie zmiany sytuacji, gdy Rosja nie radzi sobie z atakami Ukrainy.
W czwartek wieczorem premier Polski publicznie wyraził swoje obawy.
„Podzielamy również, bez wyjątku, opinię, że sytuacja jest bardzo niestabilna i w nadchodzących tygodniach i miesiącach można spodziewać się różnego rodzaju eskalacji” – powiedział Donald Tusk na konferencji prasowej po szczycie Wschodniej Flanki w Gdańsku. „Będziemy chcieli przygotować się jako grupa państw bezpośrednio narażonych na to ryzyko”.
Zmiana sytuacji na wojnie postawiła Rosję w nowej sytuacji. Tradycyjne groźby użycia broni atomowej, cudownych pocisków o niszczycielskiej sile, przestały działać. Do tego jasne się stało, że Putin źle ocenił intencje i możliwości Donalda Trumpa. Sądził, że Trump na Alasce obiecał mu w sierpniu 2025 r., iż zmusi Ukrainę do ustępstw terytorialnych i politycznych. Amerykanie mówią teraz, że żadnej takiej umowy nie było. Kreml więc nie kryje irytacji i podkreśla, że w takim razie „Amerykanie nie są neutralną stroną w konflikcie”.
Ukraińskie ataki na Rosję — do 2 tys. kilometrów za linią frontu — destabilizują kraj. Brakuje benzyny, największe aglomeracje — Petersburg i Moskwa — żyją w stałym zagrożeniu atakiem dronów. Na Krymie obowiązuje stan wyjątkowy: nie ma nie tylko paliwa, ale i prądu. Z przerwani działa transport, a zaopatrzenie półwyspu szwankuje. 2500 samochodów stoi w kolejce przy wyjeździe z Krymu przez most kerczeński (wieczorem kolejka zmniejszyła się do tysiąca pojazdów).
Wszystko to na skutek ukraińskiego ostrzału.
Przeczytaj także:
Kremlowska oficjalna narracja za tym nie nadąża. Zatrzymała się obecnie na etapie, że Ukraina nie jest w stanie produkować tak zaawansowanej broni, zatem Rosję atakuje Zachód. I Zachód powinien za to zapłacić.
Jak mówił w niedawnej rozmowie z OKO.press Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich, w ten sposób Kreml z jednej strony próbuje wystraszyć Zachód i powstrzymać od pomocy Ukrainie, z drugiej – opowieścią o większej wojnie tonować pogarszające się nastroje w Rosji.
„Tworzy się więc na naszych oczach psychologiczny grunt dla potencjalnej eskalacji po stronie rosyjskiej. Zarówno eskalacji wertykalnej, czyli zwiększenia agresywności ataków na Ukrainę i zwiększenia sił rosyjskich poprzez mobilizację, jak i eskalacji horyzontalnej, czyli potencjalnie poszerzenia agresywnych działań rosyjskich również poza Ukrainę, czyli na państwa członkowskie NATO” – mówi Menkiszak. –
„Póki co to jest straszenie, wojna psychologiczna. Ale jeśli Kreml postrzegać będzie Zachód jako osłabiony, podzielony i niegotowy do czynnego oporu, to może zaryzykować spełnienie części gróźb”.
Przeczytaj także: