Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Miliardy spłyną na konta spółki Electromobility Poland. Pozwolą na budowaę„hubu elektromobilności” i doprowadzenie do wypuszczenia 3 modeli samochodu elektrycznego.
Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska podpisał umowę na przekazanie 4,5 mld złotych spółce ElectroMobility Poland (EMP). To ona odpowiadała za projekt polskiego samochodu elektrycznego – Izery. Jego powstanie było ambicją rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zapewnił Polsce środki z KPO na uruchomienie produkcji aut elektrycznych do 2026 roku.
Rząd koalicyjny zastanawiał się do tej pory, w jaki sposób wykorzystać te środki, najlepiej opóźniając start produkcji i zarzucając plany na markę Izera. Udało się to po wniosku o przesunięcie pieniędzy z puli dotacyjnej KPO do puli pożyczkowej. Polski samochód elektryczny otrzymał finansowanie zaraz po ogłoszeniu współpracy z nowym partnerem strategicznym – koncernem Foxconn z Tajlandii. Razem z technologicznym gigantem (z niewielkim do tej pory doświadczeniem w motoryzacji) EMP ma wypuścić na rynek trzy modele samochodu. Przedstawiciele rządu twierdzą jednak, że najlepszym wyjściem będzie rezygnacja z marki Izera, a fabryka w Jaworznie nie będzie „montownią”, a nowoczesnym hubem pozwalającym na produkcję komponentów dla elektromobilności – od A do Z.
"To jest zupełnie nowy projekt, tamten nie wyszedł spoza makiety, jest symbolem nieudanych działań. To na pewno będzie nowa marka, chcielibyśmy, by nawiązywała w jakimś stopniu do polskiej tradycji” – mówił Wojciech Balczun, Minister Aktywów Państwowych.
„Nie zwalniamy tempa. W ubiegłym tygodniu ogłosiliśmy porozumienie z partneremv strategicznym – tajwańskim gigantem technologicznym Foxconn. Dziś spółka ElectroMobility Poland uzyskuje stabilne źródło finansowania inwestycji z KPO, co istotnie przybliża nas do rozpoczęcia budowy fabryki w Jaworznie. Środki te, w wysokości 4,5 mld zł, pokazują, że ambitne plany z prezentacji, ale bez zabezpieczenia finansowego zamieniamy w konkretne działania” – wskazywał szef MAP.
Według rynkowych ekspertów kontynuowanie projektu „Izera” byłoby nieopłacalne, a plany rządu PiS po kilku latach nie współgrają z rynkową rzeczywistością.
- Wypuszczenie na rynek pierwszego samochodu najpewniej zajmie co najmniej 3-4 lata. Nie mamy wciąż pewności, czy kontynuowana będzie marka Izera, być może warto wypromować zupełnie nową nazwę. Niezależnie od tego ważne, by wejście na rynek było dopasowane do jego potrzeb i wycelowane w niszę – mówił w OKO.press Jacek Mizak, ekspert rynku elektromobilności z Instytutu Zrównoważonej Gospodarki. – Taką są teraz segmenty B oraz C, czyli mniejsze i bardziej przystępne cenowo samochody. Jeśli udałoby się wypuścić na rynek samochód w stylu mniejszych chińskich konstrukcji, ale bardziej trwały – bo w Chinach klienci nastawiają się często na 2-3 lata użytkowania auta, które potem idzie do utylizacji – to myślę, że możemy zawalczyć o sukces. Jeśli dojdzie do tego korzystna cena, na przykład nieco poniżej 100 tysięcy złotych, to pojawi się też szansa na zaistnienie poza Polską.
Przeczytaj także:
Nastolatka oraz jego przyjaciół zaatakowało około dziesięciu Polaków. Jednego z chłopców próbowali zrzucić z Mostu Świętokrzyskiego. Sprawcom przeszkadzał język, w którym mówili. Sprawę opisuje „Gazeta Wyborcza”.
Według „Wyborczej” do ataku na młodych Ukraińców doszło tydzień temu, 7 maja 2026 roku wieczorem. 16-letni Artem z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Rozmawiali głównie po ukraińsku i po rosyjsku – wśród nich była tylko jedna Polka. Nagle od tyłu podjechało dwóch chłopców na hulajnodze i zaczęli się czepiać – najpierw Artema, może – jak pisze „Wyborcza” – zauważyli go przez kręcone blond włosy do ramion, a potem też innych nastolatków.
„Jesteś cwelem?” – próbowali sprowokować Artma, on nie reagował. Odjechali. Po chwili wrócili w większej grupie – około dziesięciu osób.
Według Artema po tym, jak prowokacje się nie powiodły, napastnicy przeszli do bicia.
„Artem poczuł mocne uderzenie w ucho. Próbował odepchnąć napastnika, ale wtedy ktoś psiknął mu gazem pieprzowym w twarz. Artem ma astmę. Nie mógł złapać tchu. Wtedy agresorzy zaczęli go tłuc. Upadł i jedyne, o czym myślał, to by ochronić rękami głowę, bo kopali go właśnie w głowę” – opisuje „Wyborcza”.
Przyjaciela Artema również powalili na ziemię. Stłukli mu okulary i, według relacji poszkodowanych, próbowali zepchnąć go przez barierkę mostu do Wisły, ale chłopak mocno trzymał się metalowych prętów. Kolejnemu nastolatkowi złamali nos. Napastnicy krzyczeli: „Wypierdalać do Ukrainy!”.
Uciekli, jak zobaczyli radiowóz.
Artem trafił do szpitala. Jak pisze gazeta, w niedzielę był operowany. Ma pękniętą czaszkę, zmasakrowaną twarz i bóle głowy, które są nie do wytrzymania. Uważa, że gdyby nie policja, to oprawcy zakatowaliby ich na śmierć.
Rodzina Artema przeniosła się do Polski po wybuchu wojny na pełną skalę. Mieszkali w obwodzie zaporoskim, na terenie, który obecnie znajduje się pod okupacją rosyjską. Matka, babcia i starsza siostra nastolatka pracują w placówce opiekuńczej dla osób starszych. „W Polsce szukali bezpieczeństwa i spokoju” – mówi „Wyborczej” Marina Hulia, która działa na rzecz uchodźców i przyjaźni się z rodziną Artema.
Sprawą ataku na ukraińskich nastolatków zajmuje się policja.
„Policja prowadzi w tej sprawie intensywne czynności mające na celu ustalenie tożsamości i zatrzymanie sprawców pobicia trojga nastolatków, z których jeden, na skutek odniesionych obrażeń wymagał hospitalizacji” – czytamy w komunikacie Komendy Rejonowej Policji VI – Białołęka, Praga Północ, Targówek.
„Obecne ustalenia i zebrany dotychczas materiał dowodowy nie wskazują, aby to zdarzenie miało podłoże na tle narodowościowym” – dodaje nadkom. Paulina Onyszko. Chociaż Artem jest przekonany, że przyczyną agresji był właśnie język ukraiński.
Według „Wyborczej” rodzina Artema była jedyną spośród poszkodowanych Ukraińców, która zdecydowała się złożyć oficjalne zeznania na policji. Rodzice innego chłopca, którego próbowano zrzucić z mostu, obawiają się zemsty.
Od kilku miesięcy coraz częściej mają miejsce takie przypadki. Jak pisaliśmy w OKO.press, powołując się na Onet, nawet o 73 proc. wzrosła liczba niektórych (zgłaszanych) przestępstw przeciwko Ukraińcom mieszkającym w Polsce.
Tak wyglądają dane dotyczące fizycznych ataków (art. 157 par. 1 kk), których efektem jest naruszenie czynności narządu ciała i spowodowanie średniego i lekkiego uszczerbku na zdrowiu: w 2022 r. takich ataków doświadczyły „142 osoby narodowości ukraińskiej. W kolejnym roku liczba ta wzrosła do 175, a w następnym – do 204. To wzrost o ponad 43 proc. w ciągu dwóch lat” – pisze Onet. Przez pierwsze osiem miesięcy 2025 roku doszło do 118 takich ataków.
„W 2022 r. poszkodowanych w wyniku pobicia (w tym w wyniku udziału w bójce) zostało 128 Ukraińców. W kolejnym roku było 151 takich przypadków, a w następnym – 129”. Przez pierwsze osiem miesięcy 2025 roku doszło do 112 takich zdarzeń, ściganych z art. 158 par. 1.
Dane dotyczą przestępstw zgłoszonych. Nie wiemy, ile napaści, ataków czy gróźb nie trafiło do policyjnych statystyk.
Ukraińcy i Ukraińcy w Polsce co raz mniej czują się w Polsce bezpiecznie. Jedna z naszych bohaterek, ukraińska uchodźczyni mówiła, że obawia się o życie swoich dzieci. Rodzina wyjechała do innego kraju na skutek zmian w ustawie o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z wojną, ale też przez rosnącą falę hejtu, którą obserwowała w Polsce.
Przeczytaj także:
„Zakończyliśmy prace nad ustawami o statusie osoby najbliższej” – ogłosiła Urszula Pasławska. Przed Komisją Nadzwyczajną ostatnie głosowanie, a projekt pod koniec maja ma trafić do Sejmu. Wciąż pod znakiem zapytania jest kwestia małżeństw jednopłciowych i tego, czy ustawa w jakikolwiek sposób je dostrzeże.
Sześć posiedzeń – tyle wystarczyło, żeby zakończyć prace nad ustawą o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu. We wtorek 12 maja zakończono prace nad treścią ustawy wprowadzającej, która zmieni przeszło 230 obowiązujących przepisów. Urszula Pasławska, która stoi na czele Komisji Nadzwyczajnej już ogłosiła finał prac jako takich.
Zapowiadane jako wielogodzinne, skomplikowane i potencjalnie konfliktogenne spotkanie, podczas którego pracowano nad szczegółami ustawy, skończyło się raptem po trzech godzinach. Szybko; choć Urszula Pasławska apelowała do członków, by nie planowali w dniu posiedzenia nic innego, bowiem czekają ich ośmio-, może dziewięciogodzinne obrady. Komisja szybko wprowadziła poprawki, sprowadzjące się do głównie do literówek i kwestii formalnych, porządkujących. To one zostały we wtorek przegłosowane, a tym samym prace nad projektem właściwie zamknięto.
Komisja Nadzwyczajna ma zebrać się po raz ostatni 26 maja, tuż przed obradami Sejmu. Wtedy zagłosuje nad całością projektu i skieruje go dalej, do Sejmu.
Plan jest prosty: ustawa, zgodnie z założeniem, ma przejść przez Sejm błyskawicznie. Drugie czytanie odbędzie się na posiedzeniu jeszcze w maju. Jak pisaliśmy na łamach OKO.press, autorzy projektu chcą, by ten przeszedł przez Sejm i Senat w najbliższych tygodniach – tak, aby przed wakacjami trafił na biurko prezydenta Karola Nawrockiego.
Szanse na wprowadzenie w życie zapisów ustawy (która miałaby zacząć obowiązywać od 1 stycznia) są w rękach prezydenta i uzależnione od jego podpisu lub weta. Co zrobi Nawrocki? Samo otoczenie prezydenta w tej sprawie milczy. Projekt ustawy jest bowiem techniczny, bardzo okrojony, krytykowany przez prorównościowe organizacje pozarządzowe i oferujący minimum praw parom, które zdecydują się na podpisanie umowy. Nie zmieni się nawet ich stan cywilny, nazwisko. Nie będzie ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego, a podpis umowy u notariusza. Prezydentowi trudno będzie projekt zaatakować i sprawę upolitycznić – bo ustawa nie wzbudza żadnych emocji.
Przeczytaj także:
Z drugiej jednak strony weto prezydenta pojawiało się w sprawach, które nie budziły żadnych napięć polityczno-społecznych. Głównym celem Karola Nawrockiego jest bowiem uniemożliwienie ogłoszenia przez Koalicję 15 października jakiegokolwiek sukcesu. Dał temu wyraz wielokrotnie, m.in. w sprawie SAFE czy szybkich rozwodów pozasądowych. Zwłaszcza, że wejście w życie ustawy o statusie osoby najbliższej byłoby z pewnością traktowane jako realizacja obietnic wyborczych złożonych parom LGBT+.
Na obradach Komisji po raz pierwszy pojawiła się przedstawicielka Kancelarii Prezydenta.
Nawrocki oddelegował do sprawy ustawy Barbarę Sochę, która pełni funkcję etatowej doradczyni prezydenta, m.in. z zakresu polityki demograficznej i prorodzinnej. Socha nie zabrała głosu na komisji, ale jej obecność może być traktowana jako sygnał, że prezydent interesuje się losami ustawy. Rozmowy z pałacem prezydenkim się toczą, a jak jeszcze w lutym mówiła Urszula Pasławska, „pan prezydent w kampanii wyborczej złożył stosowną obietnicę w kontekście uregulowania tej kwestii. Polityka polityką, a spawy ludzkie winne być przez państwo rozwiązywane”.
Oficjalnie najbardziej newralgicznym punktem dla prezydenta są kwestie finansowe; możliwość wspólnego rozliczania się, zwolnienia z podatku od darowizn, etc. Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania od początku zapowiadała jednak, że to elementy nienegocjowalne.
Jak ustaliło OKO.press pod znakiem zapytania jest jeszcze kwestia małżeństw jednopłciowych. Te, jak pisaliśmy, miałyby być wyłączone z możliwości podpisania w Polsce umowy notarialnej o statusie osoby najbliższej. Jeśli w życie wejdzie ogłoszony oficjalnie przez premiera Donalda Tuska projekt rozporządzenia umożliwiający transkrypcję aktu małżeństwa, problemu nie będzie, bowiem pary te będą pod ochroną prawną. Jeśli jednak do kompromisu nie dojdzie i małżeństwa będą w Polsce nadal niewidoczne (jak dziś), nie będą mogły nawet podpisać umowy prawnej i skorzystać z oferowanego przez rząd planu minimum.
„Odrzuciliśmy wszystkie aspekty, które są związane tylko i wyłącznie z małżeństwem. Kwestia nazwiska, kwestia adopcji i przysposobienia dzieci, również procedura administracyjna. Jeśli zawieramy małżeństwo, wchodzimy wprost w prawa i obowiązki. Jest to procedura administracyjna” – powiedziała we wtorek 12 maja w Polsat News Urszula Pasłwska. Jej zdaniem w przypadku omawianej kwestii „mówimy o innej filozofii”. „To jest ustawa absolutnie poza jakimś sporem światopoglądowym i muszę powiedzieć, że w czasie trwania komisji nie słyszałam żadnych negatywnych argumentów od prawej strony sceny politycznej” – zaznaczyła.
Ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu jest projektem wypracowanym międzypartyjnie, na mocy porozumienia PSL i Lewicy po tym, jak ludowcy nie zgadzali się na szerszy projekt dotyczący związków panrterskich. Ustawa o statusie osoby najbliższej jedynie umowa notarialna regulująca podstawowe kwestie partnerskie. Pozwoli:
„Balansujemy między czymś, co jest zwykłą umową cywilno-prawną między dwójką osób, a godnościowym rozwiązaniem w postaci małżeństwa. Zgadzam się, że mało w niej mowy o godności i duża w tym zasługa prawicy, która rozjechała się z własnym elektoratem i ma mylne poczucie, że Polacy nie są dziś gotowi na związki partnerskie i równość małżeńską. Ustawa o statusie osoby najbliższej daje jednak podstawowe poczucie bezpieczeństwa parze, która do tej pory ze strony państwa nie mogła liczyć na nic” – mówiła podczas przedostatniego posiedzenia Komisji Nadzwyczajnej Katarzyna Kotula.
Komisja rozpoczęła prace pod koniec lutego. Wystarczył więc kwartał, by obszerny projekt i temat zamknąć, kierując do dalszych prac. Dla porównania: Komisja Nadzwyczajna, którą powołano do spraw aborcji została powołana w kwietniu 2024 roku, a więc przed dwoma laty. Miała trudniejsze zadanie, bo do Sejmu wpłynęły cztery projekty różnych ugrupowań politycznych. Nie podjęła jednak trudu prac. Zebrała się raptem siedem razy, ostatni raz w lipcu 2024 i nieformalnie skierowała temat do politycznej zamrażarki.
Przeczytaj także:
Rosyjski statek towarowy Ursa Major zatonął u wybrzeży Hiszpanii w grudniu 2024 r. w tajemniczych okolicznościach. Na pokładzie miał części do dwóch reaktorów jądrowych, które były transportowane z Rosji prawdopodobnie do Korei Północnej – ujawnia teraz śledztwo CNN. Zatonięcie mogło być efektem interwencji zachodniego wojska
Rosyjski statek towarowy Ursa Major zatonął 23 grudnia 2024 roku około 60 mil od wybrzeża Hiszpanii, w pobliżu portu w Kartagenie.
Statek wyruszył w grudniu z okolic Petersburga oficjalnie do Władywostoku. Wybór drogi morskiej – jak zauważa CNN – jest zaskakujący, ponieważ rozbudowana sieć kolejowa w Rosji pozwoliłaby na transport ładunków znacznie szybciej drogą lądową.
Według listu przewozowego ładunkiem tym były dwie duże „pokrywy włazów", 129 pustych kontenerów transportowych i dwa duże dźwigi Liebherr.
Jednak, jak dowiaduje się CNN, w trakcie śledztwa prowadzonego przez Hiszpanię, kapitan statku przyznał, że jego celem był północnokoreański port Rason.
Zeznał również, że Ursa Major przewoził „komponenty do dwóch reaktorów jądrowych podobnych do tych używanych w okrętach podwodnych”. Nie był jednak pewien, czy były one załadowane paliwem jądrowym.
Samo zatonięcie statku jest dość tajemnicze, podobnie jak to, co działo się u wybrzeży Hiszpanii później.
Śledztwo prowadzone przez Hiszpanię, do szczegółów którego dotarł CNN, wykazało, że statek był początkowo eskortowany przez dwie wie rosyjskie jednostki wojskowe. Problemy zaczęły się już 22 grudnia 2024 roku na wodach Hiszpanii, kiedy statek ewidentnie zwolnił.
Hiszpańskie służby się tym zainteresowały, ale załoga zapewniała, że sytuacja jest pod kontrolą.
Jednak następnego dnia, 23 grudnia, na statku doszło do trzech wybuchów, po których załoga wysłała sygnał alarmowy. Dwóch członków załogi zginęło w wyniku wybuchu, a pozostałych 14 zostało ewakuowanych przez hiszpańską łódź ratunkową Salvamar Draco.
Na pomoc ruszył również hiszpański okręt wojskowy. Jednak pół godziny później dotarł także Ivan Gren – rosyjski okręt, który Ursa Major początkowo eskortował – i nakazał hiszpańskim statkom oddalenie się na dwie mile morskie. Zażądał również natychmiastowego zwrócenia 14 uratowanych członków załogi.
Załoga nie została oddana rosyjskiemu okrętowi. Została przesłuchana w Hiszpanii, jednak nikt z nich nie chciał ujawnić żadnych informacji z obawy o własne bezpieczeństwo i po kilku dnach zostali odesłani do Rosji.
Jeszcze tego samego dnia rosyjski okręt Ivan Gren wystrzelił serię flar, po których nastąpiły cztery kolejne eksplozje. Miały one przypominać detonacje ładunków wybuchowych lub min, a ich wybuch zarejestrowała Hiszpańska Narodowa Sieć Sejsmiczna.
Wtedy okręt Ursa Major zatonął.
Przeczytaj także:
Tydzień po zatonięciu statku towarowego u wybrzeży Hiszpanii pojawił się rosyjski statek badawczy „Jantar" – ten sam, który wcześniej był oskarżany o działalność szpiegowską. W tym czasie Hiszpańska Narodowa Sieć Sejsmiczna odnotowała jeszcze cztery kolejne eksplozje w okolicy wraku, co może sugerować próby zatarcie śladów przez Rosjan.
W sprawę zamieszani byli też Amerykanie. Dane lotnicze pokazują bowiem, że w ciągu ostatniego roku nad obszar katastrofy wysłany były dwukrotnie przez amerykańskie siły powietrzne samolot WC135-R służący do wykrywania radioaktywnych szczątków w powietrzu.
Oficjalnie amerykańskie władze nie potwierdzają, by miały cokolwiek wspólnego z zatonięciem Ursa Major. Jednak CNN sugeruje, że zatonięcie statku mogło być wynikiem interwencji zachodniego wojska.
Cel? Uniemożliwić Rosji wysłanie aktualizacji technologii jądrowej do kluczowego sojusznika, jakim jest Korea Północna.
Amerykańska stacja przypomina, że Ursa Major wypłynął z Rosji zaledwie dwa miesiące po tym, jak Kim Jong Un wysłał wojska, aby pomóc w inwazji Moskwy na Ukrainę.
Przeczytaj także:
Przeszło pół roku nauczyciela z Kielna, która przerwała uczniom zabawę i wyrzuciła do kosza plastikowy krzyż, czekała na oczyszczenie z zarzutów. Postępowanie dyscyplinarne właśnie umorzono, ale rozdmuchana przez prawicę sprawa się nie kończy. Postawę anglistki wciąż bada prokuratura analizując, czy ta nie sprofanowała krzyża.
Zakończyło się postępowanie dyscyplinarne wobec anglistki z Kielna. Paweł Radzewicz z radia TOK.FM informuje, że rzecznik umorzył postępowanie, nie dopatrując się w postawie nauczycielki zachowań uchybiających godności wykonywanego zawodu ani znieważenia przedmiotu kultu religijnego.
„W toku przeprowadzonego postępowania rzecznik [dyscyplinarny] stwierdził, że zachowanie nie było pożądane, ale nie miało na celu uchybienia godności. Nauczycielka działała w emocjach, to nie było w żaden sposób planowane. Nie było umyślnego działania, które by wskazywało, że pani nauczycielka celowo chciała zbezcześcić jakikolwiek symbol religijny” – mówi radiu Krystian Kłos, rzecznik prasowy wojewody pomorskiej, przy której działa komisja dyscyplinarna dla nauczycieli.
Postępowanie dyscyplinarne trwało trzy miesiące. I wcale się nie kończy, bowiem strony mogą odwołać się od decyzji rzecznika. Dzisiejsza decyzja rzecznika jest jednak kolejnym dobrym rozstrzygnięciem dla pedagożki – pod koniec stycznia rzecznik dyscyplinarny zdecydował się przywrócić ją do pracy.
W toku wciąż jest jednak postępowanie prokuratorskie dotyczące znieważenia przedmiotu czci religijnej. Zawiadomienie w tej sprawie złożył wójt gminy Szemud, Ryszard Kalkowski – po tym, jak z interwencją poselską wybrała się do niego posłanka PiS, Dorota Arciszewska-Milewczyk.
Jak czytamy w „Głosie Nauczycielskim” w marcu okres trwania dochodzenia przedłużono na kolejne dwa miesiące. W sprawie przesłuchiwani byli kolejni świadkowie. Po wykonaniu wszystkich czynności procesowych i analizie zebranego materiału dowodowego prokurator miał rozważyć konieczność powołania biegłego z zakresu religioznawstwa.
Stasia Budzisz na łamach OKO.press sprawę z Kielna, a dokładniej przedmiot sporu, czyli krzyż, nazwała krzyżem „wzmożenia narodowego”. Prawica nadała bowiem gestowi nauczycielki mocną, antychrześcijańską symbolikę, a z uczniów zrobiono bohaterów i obrońców religijnych.
Chodzi o sprawę z 15 grudnia. Nauczycielka prowadząca lekcje w siódmej klasie podstawówki zakończyła zabawę uczniów, którzy powiesili plastikowy krzyż nad klatką chomika. Anglistka poprosiła nastolatków o zdjęcie go, a gdy ci zignorowali jej prośbę, ucięła zabawę i przedmiot – plastikowy krzyż – wyrzuciła do kosza.
Część rodziców uznała, że nauczycielka sprofanowała symbol religijny (który był gadżetem do przebrania księdza lub zakonnicy). Sprawę zgłosili dyrektorce szkoły, historia szybko trafiła też w ręce prawicowych działaczy.
8 stycznia Robert Bąkiewicz zorganizował pod podstawówką protest krzycząc, że jego Ruch Obrony Granic również broni „krzyża i Boga w przestrzeni publicznej” oraz że zawsze będzie stał „na straży naszej katolickiej wiary”. Na miejscu pojawili się też posłowie i politycy Konfederacji oraz Prawa i Sprawiedliwości. Dyrektorka dzień przed zapowiedzianą pikietą zawiesiła w obowiązkach anglistkę i skierowała sprawę do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli.
Komisja po trzech tygodniach postanowiła przywrócić kobietę do pracy. Po trzech miesiącach obrad – w ogóle umorzyła postępowanie.
„Wyrzuciłam gadżet od halloweenowego stroju, którym bawiły się dzieci, a następnie powiesiły go nad klatką chomika – w miejscu, w którym wcześniej wisiał zegar. Szanuję przedmioty czci religijnej i w życiu nie wyrzuciłabym krzyża reprezentującego wiarę” – tłumaczyła anglistka. Na nauczycielkę spadła fala hejtu, pod jej adresem pojawiały się nienawistne komentarze. Internet okrzyknął ją winną. Bez sprawdzenia faktów, weryfikacji, bez czekania na wyjaśnienie sprawy.
„Jestem w szoku, że można coś takiego zrobić drugiemu człowiekowi. Śledzę te media, nie ukrywam, i wciąż po prostu w to nie wierzę. To nieporozumienie, a politycy wykorzystują je do tego, żeby podbijać swoje interesy i pozycje. Ktoś to ciągle podsyca. (...) Ścianka nad chomikiem byłaby w mojej opinii miejscem urągającym przedmiotowi religijnej czci. Jego miejsce powinno być wysoko, obok godła lub ewentualnie nad drzwiami. Jednak powtórzę: Ten przedmiot, który został powieszony przez dzieci był elementem cosplayowego stroju. (...) Nikt nigdy się do niego nie modlił” – tłumaczyła na łamach lokalnego „Dziennika Bałtyckiego” kobieta.
Przeczytaj także: