Trump widzi w Moskwie potencjalnego sojusznika. Kto zapłaci cenę takiego zbliżenia? Cały region postsowiecki - zostanie uznany za sferę interesów rosyjskich, czego od lat domagał się Putin. Eugeniusz Smolar analizuje, co prawdopodobna polityka nowego prezydenta USA będzie oznaczać dla Polski i naszego regionu

Mnóstwo faktów i wypowiedzi zapowiada zacieśnienie współpracy Waszyngtonu i Moskwy. Niektórzy wskazują, że to Chiny są zagrożeniem dla USA i przypisują ekipie Trumpa próbę stworzenia z Moskwą i Indiami bloku antychińskiego. Czy to prawdopodobne – w kontekście kluczowych nominacji rządowych Trumpa? I co to oznacza dla Polski?

Eugeniusz Smolar jest analitykiem, ekspertem od stosunków międzynarodowych i stałym autorem OKO.press. Pracował w polskiej sekcji BBC – najpierw jako dziennikarz, potem jako jej dyrektor. Był też dyrektorem programowym Polskiego Radia i prezesem Centrum Stosunków Międzynarodowych. A w PRL związany był z opozycją demokratyczną, m.in. z KOR, był jednym z założycieli „Aneksu”.


Jedyna osoba, która nie będzie miała kłopotu z Donaldem Trumpem, nowym prezydentem USA, będzie zapewne sam Donald Trump.

Przesadne to stwierdzenie, ma on bowiem rodzinę, zachwyconych przyjaciół i miliony wyznawców, wierzących, że zmieni Stany Zjednoczone i świat, uczyni go bardziej bezpiecznym, przyjaznym i zrozumiałym. Miliony zwolenników niechybnie się na nim zawiodą – świat jest bowiem bardziej skomplikowany i groźniejszy niż proste recepty miliardera, którymi zawładnął wyobraźnią milionów Amerykanów.

Tymczasem świat jest pełen niepokoju – niepokoją się tak sojusznicy, jak i przeciwnicy czy konkurenci, zapewne z wyjątkiem Rosji.

Czego bowiem najbardziej potrzebują w obliczu licznych kryzysów i konfliktów, także zbrojnych, tych, które już się toczą i tych potencjalnych, to przewidywalności. A tę przewidywalność Trump odbiera wszystkim.

W kieszeni u Goldman Sachs

Póki co przyszłą politykę Stanów Zjednoczonych staramy się wywróżyć z tweetów Trumpa i personaliów. Jak na razie w zapowiadanych nominacjach rządowych widać licznych generałów i miliarderów.



Inaczej niż w Europie miliarderzy wzbudzają wśród Amerykanów szacunek – są przykładem sukcesu. Ale nawet zwolenników Trumpa, jeśli już otrząsnęli się z zachwytu, że posłali cały demokratyczny i republikański establishment waszyngtoński do kąta, musi zdumiewać nominacja na sekretarza skarbu Steve’a T. Mnuchina, bankiera, który podobnie jak jego ojciec i brat przez dekady pracował w Goldman Sachs. A w retoryce politycznej koncern ten jest symbolem tego, co najgorsze w systemie finansowym, który przyczynił się do krachu 2008 roku. Bezkarnie, dzięki Obamie…

To już trzecia nominacja czołowego bankiera z Goldman Sachs na wpływowe stanowisko rządowe, wbrew agresywnej kampanii wyborczej, w której Trump oskarżał o całe zło Wall Street, a symbolicznie ten koncern właśnie, twierdząc m.in. w licznych reklamach telewizyjnych, że Hillary Clinton, ale też jego republikański konkurent, senator Ted Cruz, są finansowani i siedzą w kieszeni Goldman Sachs.

Generałowie będą rządzić

Z powodów oczywistych nas szczególnie interesują nominacje mające wpływ na politykę zagraniczną i bezpieczeństwa.

Obecność licznych generałów w rządzie niepokoi. Z jednej bowiem strony Stany Zjednoczone rzeczywiście są „niezbędnym państwem” (indispensable nation) dla zachowania pokoju i wpływów Zachodu. Z drugiej,

nazbyt często Amerykanie odwoływali się do swojej potęgi militarnej, podejmując działania, które angażowały sojuszników europejskich bez zwracania uwagi na ich wątpliwości.

Katastrofa iracka i przebieg kilkunastoletniej już wojny w Afganistanie są tego przykładem. Mamy więc powody do niepokoju.

Wielu uspokaja nominacja gen. Jamesa Mattisa na sekretarza obrony. Krytyk Trumpa, senator John McCain powiedział, że go popiera. Prezydent Obama wysłał Mattisa na emeryturę w związku z krytyką porozumienia nuklearnego z Iranem. Jednocześnie generał przestrzegał przed bezpośrednim angażowaniem się USA w wojnę w Syrii i publicznie polemizował z Trumpem w kwestii stosowania tortur podczas przesłuchań podejrzanych o terroryzm. Gdy Trump i jego otoczenie przejawiali sympatię wobec Putina, Mattis krytykował „niefortunne i niebezpieczne działania rosyjskich przywódców”, ostrzegając także publicznie sojuszników w NATO przed ustępstwami w obliczu „łamania przez Rosję prawa międzynarodowego”.



Wezwania Trumpa, by sojusznicy spotęgowali nakłady na obronę są i nam bliskie. Jego pochopne stwierdzenie, że gwarancje bezpieczeństwa USA zależne będą od wielkości nakładów i pokrywania kosztów stacjonowania wojsk amerykańskich, wywołały jednak ogromne zaniepokojenie: gwarancje wynikające z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego NATO miały dotąd charakter bezwzględny i ich uzależnienie od innych czynników osłabia więzi sojusznicze, poczucie bezpieczeństwa i może skłaniać niektóre państwa do poszukiwania kompromisu z Moskwą. Z drugiej strony spowodowały, co należy uznać za krok pozytywny, poszukiwanie dróg wzmocnienia roli Unii Europejskiej w zakresie „miękkiej” i „twardej” obrony, także pogłębienia współpracy z NATO.

Gry Rosji

Dla Polski i Europy polityka wobec NATO i Rosji ma znaczenie pierwszorzędne, a zapowiedzi samego Trumpa i jego najbliższych współpracowników zacieśnienia współpracy z Moskwą wywołują najwięcej znaków zapytania i zaniepokojenia.

Pamiętamy o:

  • licznych ciepłych wypowiedziach samego Trumpa o Putinie (i Putina o Trumpie);


  • sugestiach podczas kampanii przedwyborczej, że byłby skłonny uznać Krym za część Rosji i znieść sankcje dla dobra stosunków z USA;
  • rozmaitych szokujących wypowiedziach czołowych zwolenników Trumpa, jak np. Newta Gingricha, który w kontekście gwarancji bezpieczeństwa stwierdził: „Estonia leży na przedmieściach Sankt Petersburga… Rosjanie niekoniecznie przekroczą zbrojnie granicę. Rosjanie zrobią to, co na Ukrainie…”
  • zarzutach dotyczących licznych interesów wiążących ludzi z najbliższego otoczenia Trumpa z Rosją i Ukrainą Janukowicza;
  • raporcie CIA, że Moskwa, poprzez wykradzenie i ogłoszenie maili Partii Demokratycznej oraz rozległe działania medialne, wpłynęła na wybór nowego prezydenta, raporcie, który sam Trump zbył stwierdzeniem, że jest niewiarygodny, bo sporządzili go ci sami ludzie, którzy twierdzili, że w Iraku jest broń masowego rażenia;
  • niedawnym wspólnym stanowisku wszystkich agend wywiadu amerykańskiego i FBI, że Rosja z osobistym udziałem Putina prowadziła grę operacyjną podczas wyborów prezydenckich, zdobyła i ogłosiła materiały kompromitujące obu kandydatów, ale ogłosiła tylko te dotyczące Hillary Clinton.

Można by długo cytować podobne, często szokujące fakty i wypowiedzi.

Nafciarz na czele dyplomacji

Niemal każdy z nowych prezydentów USA podejmował inicjatywy mające na celu zbliżenie z Rosją. Obama, jak wcześniej George W. Bush, sparzył się na tym. Obecnie Trump widzi w Moskwie potencjalnego sojusznika, a sankcje za szkodliwe dla interesów USA. To niepokoi: kto zapłaci cenę takiego zbliżenia? Od razu myślimy o Ukrainie. A jeśli tak, to cały region postsowiecki zostanie uznany za sferę uprzywilejowanych interesów rosyjskich, czego od lat domagał się Putin.

W tym kontekście uwagę zwracają dwie kluczowe nominacje: Rexa Tillersona na stanowiska Sekretarza Stanu oraz generała Michaela Flynna, który ma być doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego. Nominacje, których nie zrównoważy sekretarz obrony.



Rex Tillerson nie ma doświadczenia dyplomatycznego czy politycznego; stał na czele giganta naftowego Exxon Mobil z licznymi powiązaniami biznesowymi z Rosją i w 50 innych państwach, był publicznym przeciwnikiem sankcji, spotykał się z Putinem, który go nagrodził Medalem Przyjaźni. Jako jego przymioty Trump wymieniał prowadzenie licznych biznesów w wielu krajach, umiejętność skutecznego zarządzania i negocjowania.

Co więcej, niedawno ujawniono, że Tillerson był wieloletnim dyrektorem rosyjsko-amerykańskiej firmy naftowej zarejestrowanej na Bahamach.

Dlatego z ogromną uwagą obserwowano jego przesłuchanie w Kongresie. I tu zaskoczenie: Tillerson potwierdził represyjny charakter rządów Putina i wsparł ustawę im. Magnickiego, która jest podstawą sankcji wobec Rosji i innych rządów łamiących prawa człowieka. Jednocześnie Tillerson uniknął powiązania sankcji wobec Moskwy z okupacją Krymu oraz wojną we wschodniej Ukrainie, stwierdzając, że należy utrzymać status quo do czasu zapoznania się przez nową administrację z intencjami Moskwy. Tillerson oświadczył, że jest mało prawdopodobna przyjaźń między obu krajami, albowiem wyznają odmienne wartości. Podkreślił, że Rosja kieruje się myśleniem strategicznym, posiada sprecyzowane cele i w sposób dla siebie racjonalny dąży do ich realizacji. W jego przekonaniu, działania Rosji, gdy będą w sprzeczności z interesami USA oraz z  interesami sojuszników Stanów Zjednoczonych, muszą się spotkać z poważną i zdecydowaną reakcją.

Odnieść więc można wrażenie, że Tillerson jest realistą bez złudzeń ani wobec Rosji, ani Chin.

Stojąc na czele Exxon Mobil, zaprzyjaźniał się z kimkolwiek, także z autokratami, by optymalizować interesy korporacji. Obecnie staje na czele dyplomacji America Unlimited i interesy USA będzie miał na względzie. Pytanie pozostaje, jak ekipa prezydenta Trumpa będzie owe interesy definiować. A ogromny wpływ na to mieć będzie gen. Flynn.



Gen. Michael Flynn, ma zająć stanowisko doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego. Wykazywał wcześniej publicznie zrozumienie dla polityki Kremla, krytykował sankcje, wyrażał nadzieję na porozumienie, m.in. w RT (Russia Today), gdzie był jednym z czołowych gości na 10. jubileuszu powstania tej stacji i został posadzony przy jednym stole z Putinem. Powielił kremlowską wersję użycia broni chemicznej w Syrii przez oddziały opozycyjne, a nie rządowe. Był też w ostatnim okresie płatnym lobbystą Turcji i domagał się ekstradycji z USA duchownego Fethullaha Gulena, którego prezydent Erdogan oskarżył o odpowiedzialność za lipcową próbę zamachu stanu.

Analitycy zwracają uwagę, że dla USA perspektywicznym zagrożeniem są Chiny, nie Rosja i przypisują ekipie Trumpa próbę stworzenia z Moskwą i Indiami bloku antychińskiego.

Przestrzega przed takim sojuszem prof. Zbigniew Brzeziński.

Chińska pułapka na Trumpa

Możemy nie przejmować się w Polsce rozmową prezydenta-elekta z prezydent Taiwanu, Tsai Ing-wen, która wywróciła prowadzoną od dekad politykę USA (i Zachodu) wobec Chin. Zapewne Trumpowi, wychwalającemu własne zdolności negocjacyjne, wydawało się, że wywiera presję na Beijing. Ci, którzy znają Chiny, wiedzą, że polityka „Jednych Chin” nie będzie podlegać negocjacjom. Wiedzą też, że władcy w Beijing będą poszukiwali odpowiedzi na tę oczywistą prowokację.

Nie będą musieli długo szukać. Wystarczy, że przestaną przez sześć miesięcy kupować amerykańskie papiery dłużne, by amerykański system finansowy wpadł w bardzo poważne tarapaty. Chińczycy bowiem, dysponując ogromnymi nadwyżkami handlowymi z całym niemal światem, finansują w ten sposób swój rozwój i dostęp do amerykańskiego rynku. A ten Trump chce im ograniczyć, grożąc nałożeniem wysokich ceł na towary chińskie. Nie zdaje jednak sobie zapewne sprawy, że podniesienie cen na tanie produkty chińskie spowoduje podwyżkę o kilkanaście procent kosztów życia dziesiątków milionów najuboższych Amerykanów kupujących w Walmarcie. Tych, którzy często głosowali na Trumpa…



Chińczycy zainwestowali 46 miliardów dolarów w gospodarkę amerykańską. Jednocześnie wraz z rozwojem rynku wewnętrznego rozwój Chin staje się mniej zależny od eksportu: gdy przed dziesięcioma lat eksport odpowiadał za 37 proc. PKB, obecnie już tylko 22 proc. i spada…

W gospodarce wszystko ze wszystkim jest powiązane. A zawirowanie na amerykańskim rynku finansowym natychmiast przeniesie się do Europy, która nie otrząsnęła się jeszcze po szoku kryzysu finansowego z lat 2008-2009, jaki także przyszedł do nas z USA.

Niepokój nie jest na wyrost

Światem rządzi obecnie niepewność – niczego wykluczyć nie można. Trumpa ograniczać będzie Kongres, Pentagon i wywiad, ale historyczne doświadczenia dowodzą, że prezydent posiada liczne narzędzia w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, które pozwalają mu działać poza przyzwoleniem Kongresu.

Przy wszystkich zastrzeżeniach, wygląda na to, że będziemy mieć do czynienia z najbardziej prorosyjskim prezydentem i rządem amerykańskim w historii. Putin kontroluje rozwój wydarzeń i może dostosować do oczekiwań Trumpa swoje działania, by mu ułatwić sytuację. Pytanie pozostaje o cenę, jaką każe sobie zapłacić i na jaką przystanie Trump.

O przyszłych wydarzeniach rozstrzygną, oczywiście, wydarzenia. Ważne są intencje, określenie celów oraz priorytetów, a także charakter Trumpa i jego dojmujące pragnienie, by się odróżnić od Obamy i waszyngtońskiego establishmentu. Ambitny Trump będzie dążył nade wszystko do osiągnięcia sukcesów. On już tak ma. Wszystko się może zdarzyć i sam ten fakt powinien nas w Polsce bardzo, ale to bardzo niepokoić.

Analityk z dziedziny stosunków międzynarodowych w Centrum Stosunków Międzynarodowych. Specjalizuje się w problematyce bezpieczeństwa międzynarodowego i NATO, relacjach transatlantyckich, polityce wschodniej UE i Rosji, a także w kwestiach praw człowieka i demokracji. Wcześniej m.in. współpracownik KOR, współtwórca wydawnictwa „Aneks”, dyrektor Sekcji Polskiej BBC, wiceprezes zarządu Polskiego Radia SA i prezes CSM. Jest członkiem Rady Programowej Forum Polsko-Czeskiego przy MSZ.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!