0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Weronika SyrkowskaIl. Weronika Syrkows...

Czy szkoła bez ocen rozumianych jako stopnie jest możliwa? I czy możliwe jest samo uczenie się bez groźby kary albo obietnicy nagrody? Dla kogo stopnie szkolne są najważniejsze i dlaczego dla rodziców? Sprawdzamy to wszystko w „Powiększeniu”!

„Powiększenie” to podcast Agaty Kowalskiej, dziennikarki OKO.press. Dwa razy w tygodniu autorka zadaje doskonale przygotowane, precyzyjne pytania politykom, ekspertkom, a czasem uczestnikom wydarzeń. Postanowiliśmy publikować także zapis tekstowy podcastów, żeby podkreślić ich wartość, bo informują, objaśniają i skłaniają do myślenia. Liczymy także na to, że osoby, które wolą czytać niż słuchać, zachęcimy do zmiany tego nastawienia i sięgną po podcasty Kowalskiej. Czyta się je dobrze, ale słucha jeszcze lepiej.

Przeczytaj także:

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Oceniamy oceny

Agata Kowalska: Pamiętacie swoją pierwszą jedynkę (lub dwójkę – zależnie od wieku)? A może jakąś szczególną piątkę? Albo gorzej – czwórkę z plusem dodanym na pocieszenie? Tróję na szynach darowaną przez nauczyciela? A może upragniony czerwony pasek? Albo inne oceny w szkole?

Nie? Nie pamiętacie? W szkole działy się ważniejsze rzeczy niż stopnie, średnie i świadectwa? No, to macie szczęście. Bo ja mam wrażenie, że polska edukacja skupia się na tym, by każde dziecko – wedle przyjętej skali – wymierzyć, zważyć, wycenić. I że wszyscy uczestniczymy w tej zabawie. Tylko że to nie jest zabawa.

Dobrze pamiętam szkolny strach.

On nie dotyczył tego, że będę słabo znała historię Polski. Albo, że nigdy nie opanuję matematyki. Ten strach dotyczył zachowań nauczycieli i tego, jak mnie ukarzą. A karali stopniami – za to, że nie potrafiłam się nauczyć. Nie potrafiłam, bo sama myśl o szkole mnie paraliżowała.

Wiem, że wyjątkowo słabo trafiłam. Przecież i w moich czasach były szkoły, w których uczniowie naprawdę się czegoś uczyli. Teraz ponoć takich dobrych, mądrych szkół jest więcej. Ale wciąż wymieniane są jako wyjątek potwierdzający regułę.

Jednym z elementów takiej dobrej, mądrej szkoły jest redukcja wagi ocen, a konkretnie stopni. To spotyka się z dużym oporem. W ruchu oporu działają między innymi rodzice, przerażeni tym, że system miałby się zmienić. Oceny – mówią, piszą, krzyczą – są niezbędne w procesie edukacji! Może nawet nie chodzi im o samą edukację, tylko o płynność procesu przechodzenia dziecka przez szkolne etapy.

Bardzo popularnym argumentem jest stwierdzenie, że „za moich czasów tak było”. Z dodatkiem „i wyrosłem na ludzi”. Pytanie brzmi, czy ci rodzice choć częściowo nie mają racji? Może z ocen w szkole nie da się zrezygnować? Może są konieczne, kiedy próbujemy zmusić nastolatki do uczenia się? Na dodatek do uczenia się przedmiotów w ogóle ich nieinteresujących.

W tym odcinku „Powiększenia” wystawiamy więc trochę ocen – ocenom. Sprawdzamy, czy bez ocen nie ma nauki. I czy szkoła bez stopni byłaby niewydolna i fałszowałaby rzeczywistość.

Gościem „Powiększenia” jest nauczycielka, anglistka, ucząca w państwowej podstawówce w Warszawie, a niegdyś laureatka szkolnej olimpiady – Judyta Rudnicka. Zapraszam!

Olimpijka z domową awanturą

Judyta Rudnicka: Nazywam się Judyta Rudnicka, jestem absolwentką anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim, angielskiego uczę w sumie od osiemnastu lat. Zaczynałam w szkołach językowych, a od dwunastu lat pracuję w państwowej podstawówce. Pracuję w Warszawie.

Mam dość specyficzną historię szkolną, ponieważ moja mama była nauczycielką, nauczycielką polskiego, bardzo ambitną, bardzo wymagającą, więc nie było opcji, żeby te oceny u mnie nie były istotne. Natomiast, co chyba dość ważne, ja byłam bardzo zdolną uczennicą, w związku z tym nie musiałam dużo się uczyć, żeby te oceny mieć bardzo dobre, co pewnie również w pewien sposób pompowało oczekiwania wobec mnie.

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy nie dostałam czerwonego paska, w siódmej klasie, to była sytuacja zakończona wielką, rodzinną awanturą. Nie pamiętam, czy w ogóle kwestionowałam zasadność i sens ocen, bo u nas z automatu przyjęło się w rodzinie, że oceny są istotne i świadczą o wartości i sukcesach edukacyjnych.

Agata Kowalska: A pamięta pani, dlaczego nie dostała tego czerwonego paska?

Judyta Rudnicka: Właśnie nie potrafię sobie przypomnieć szczegółów. Wiem, że siódma klasa była dla mnie okresem zwieńczonym sukcesami edukacyjnymi.

Zostałam laureatką olimpiady z języka polskiego.

Pamiętam, że dostałam też wtedy nagrodę burmistrza mojego miasteczka. Nie spięły mi się oceny z jakiś innych przedmiotów.

To był już chyba taki okres, gdzie próbowałam powoli iść w kierunku tych przedmiotów, które mi się podobają. W siódmej klasie też pojawiły się fizyka, chemia, przedmioty ścisłe, której nie były w moim wielkim kręgu zainteresowań i myślę, że to było tą przyczyną. Natomiast po tej sytuacji dostałam jasno do zrozumienia, że brak czerwonego paska w ósmej klasie już nie jest opcją i mam się uczyć wszystkiego po równo.

Agata Kowalska: Czy pamięta pani moment, w którym zrozumiała, że oceny nie są najważniejsze?

Judyta Rudnicka: Myślę, że to było liceum, kiedy już dano mi w domu przyzwolenie, żebym nie ze wszystkiego miała czwórki, piątki. Pamiętam, że zaczynałam wtedy każdy rok szkolny od wyznaczenia sobie planu minimum, że jeśli z tego przedmiotu dostanę tyle, to będę zupełnie usatysfakcjonowana.

Może to też wynikało z tego, że ja w zasadzie do końca liceum nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, na jakie studia chcę pójść. Więc moja mama była na tyle zdeterminowana, żebym w końcu podjęła jakąś decyzję, że odpuściła po prostu z innymi przedmiotami. I myślę, że to wtedy dopiero, w szkole średniej, zrozumiałam, że naprawdę nie muszę mieć piątek ze wszystkiego, bo to nie ma najmniejszego znaczenia.

Ocena nie musi być stopniem w skali 1-6

Agata Kowalska: Ani razu, ani ja, ani pani, nie użyłyśmy słów takich jak „wiedza”, „nowe doświadczenie”. Albo, że „rodzice chcieli wiedzieć, czego się nauczyłam”. Czy to jest efekt moich nakierowujących pytań, czy też sama nauka, dowiedzenie się czegoś nowego były po prostu na drugim planie?

Judyta Rudnicka: To jest w ogóle ciekawe pytanie, bo przygotowując się do tej rozmowy przyznaję, że zrobiłam sobie kilka notatek i dopiero na końcu kartki dotarło do mnie, że cały czas używam słowa „ocena”, mając z tyłu głowy „stopnie”.

To, o czym ja mówię teraz, to są tylko stopnie. Ocena jest czymś dużo szerszym. Ale w ciągu mojej edukacji to były tożsame pojęcia.

Stopień był jedyną oceną, którą dostawałam.

Czy pytano mnie o wiedzę? Pewnie pytano. Czytałam wtedy bardzo dużo książek, więc myślę, że to ja zarzucałam rodziców informacjami o tym, co przeczytałam. Nie, myślę, że w przypadku przedmiotów, z którymi niekoniecznie sobie radziłam, nie było istotne to, czy ja z nich cokolwiek wynoszę i czy po dostaniu piątki z klasówki cokolwiek jeszcze z nich pamiętam.

Myślę, że istotne były te wyniki w nauce, które potem znajdują się na świadectwie. Utożsamiano to z sukcesem, a nie to, z jaką wiedzą się wychodzi.

Agata Kowalska: I ta osoba, która opowiedziała nam kawałek swojej historii szkolnej, została nauczycielką. Czym są oceny w pani klasie, w pani szkole i w systemie? Czy są to wciąż cyfry, które wyznaczają ścieżkę edukacyjną? Czy są obowiązkiem prawnym, z którego pani jako nauczycielka nie może zrezygnować? Czy czymś jeszcze zupełnie innym?

Judyta Rudnicka: Z przykrością stwierdzam, że przez te wszystkie lata, od kiedy ja skończyłam szkołę, niewiele się zmieniło. Ocena jest wciąż stopniem. Tak jest u mnie w klasie, tak jest u mnie w szkole, tak jest właściwie we wszystkich szkołach, z którymi mam bliższy kontakt.

Jeśli mówimy o prawie oświatowym, naszym obowiązkiem jest wystawienie jedynie oceny końcowo-rocznej.

Czyli ocena semestralna i oceny cząstkowe nie są wymagane przez prawo.

Mówię tu o stopniach. Wymagane jest ocenianie, ale ocenianie może przybierać bardzo różne formy.

Więc czym jest ocena? Ocena powinna być informacją. Ocena powinna być kontrolą, powinna być motywacją, ale ona nie musi być stopniem.

A czym jest stopień? Myślę, że stopień realnie jest czymś, co nie ma większej praktycznej wartości. Ja próbuję mówić moim klasom, moim uczniom, uczennicom, że to jest tylko ocena. Ale nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, żeby to do nich docierało.

Czwórka czwórce nierówna (nawet w tej samej szkole)

Agata Kowalska: Ale skąd pani wie, że to jest tylko ocena, tylko cyfra, skoro panią przez tyle lat uczono, że to jest najważniejsze? W którym momencie i od kogo dowiedziała się pani, że ocena to coś więcej niż cyfra i że ocena nie jest najistotniejszą częścią życia szkolnego?

Judyta Rudnicka: To było już w czasie mojej pracy zawodowej, ale też przyznaję, że nie pierwsze lata. Musiałam spędzić trochę czasu w szkole, żeby dotarły do mnie absurdy i trudności związane z ocenianiem.

Punktem wyjścia było chyba to, co powiedziałam wcześniej, że mnie, zdolnej uczennicy, nieprzykładającej się do nauki, zdobywanie czwórek, piątek, szóstek przychodziło z łatwością. A nagle zobaczyłam, że nie każde dziecko jest takie.

Są osoby, które żeby dostać czwórkę, muszą spędzić na nauce w domu całe godziny.

A często i to nie przynosi rezultatu. Mamy przecież dzieci ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się, z różnego rodzaju orzeczeniami. I dla nich zdobycie tych ocen jest bardzo trudne.

I ich czwórka ma zupełnie inną wartość niż czwórka osoby, której nauka przychodzi bez żadnego problemu. Wprawdzie stosujemy wobec nich trochę inne wymagania, ale skala ocen pozostaje bez zmian. I to chyba był taki początek dla mnie do zastanawiania się nad sensem oceniania, a przede wszystkim nad sensem skali stopni.

Natomiast zapytała pani o to, czy dla nich to jest tylko ocena, Nie, dla nich to nie jest tylko ocena. Jestem teraz wychowawczynią klasy piątej i mieliśmy w tym roku taką lekcję wychowawczą, na której pytałam, dlaczego oceny są dla nich ważne. Bo mi wcześniej powiedzieli, że są. I pytałam, dlaczego ważny jest dla nich czerwony pasek. Oni nie potrafili podać argumentów, które dotyczyłyby ich.

Uczniowie mówili, że jest to istotne dla rodziców, dla dziadków.

Kiedy pytałam, jak myślą, dlaczego jest to istotne dla rodziców, to nie potrafili podać konkretnego powodu. Duża część jest nagradzana w domu za piątki, szóstki. To jest trochę to, o co zapytała mnie pani wcześniej, czy u mnie w domu rozmawiało się o ocenach, czy rozmawiało się o wiedzy.

Ja nie słyszę od moich uczniów, uczennic, żeby oni byli nagradzani za to, że opanowali jakiś materiał, że dowiedzieli się czegoś, że mają nowe informacje. Ja uczę angielskiego. Nie słyszę, żeby ktoś był nagradzany za to, że poradził sobie na wakacjach w obcym kraju, mówiąc po angielsku.

Ale są nagradzani za dobre oceny, są karani za złe oceny. I to jest podstawowa informacja, którą przekazują rodzicom.

Agata Kowalska: Czyli my to im robimy, my społeczeństwo.

Judyta Rudnicka: My społeczeństwo, tak.

„Czy to jest na ocenę?”

Agata Kowalska: To teraz przyjrzyjmy się dwóm tezom. Pierwsza teza brzmi: bez ocen nie ma uczenia się. Innymi słowy, uczeń, który nie jest oceniany, nie będzie się starał, bo nie będzie nagrody, nie będzie celu. Nie będzie też kary. Co pani o tym myśli jako nauczycielka? Ile w tym jest prawdy?

Judyta Rudnicka: Udzielę chyba najgorszej odpowiedzi, jakiej można udzielić dziennikarce: to zależy (śmiech). Myślę, że w obecnym systemie jest to prawda. Bez ocen nie ma uczenia się, ponieważ nasz system nastawiony jest na zapamiętywanie wiedzy, często encyklopedycznej, na spowiadanie się z niej i zapominanie natychmiast po klasówce.

We wspomnianej już rozmowie z moją klasą zapytałam ich, co by się działo, gdyby te oceny nagle znikły. I duża część przyznała, że wtedy by się nie uczyła, a przynajmniej nie wszystkich przedmiotów. I ja im się wcale nie dziwię, bo duża część informacji jest taka, że

bez straszaka w postaci stopnia nikt z własnej woli nie usiadłby i nie zaczął się tego uczyć.

Ja coraz częściej w moich klasach robię tak, a przynajmniej próbuję, że część aktywności nie jest na ocenę. O, to jest w ogóle podstawowe pytanie dzieci: „Czy to jest na ocenę?”. Ja wtedy mówię: „Nie, to jest na satysfakcję”.

I to działa tylko wtedy, kiedy robimy coś, co ich wciągnie, przy czym czują sens. Natomiast, gdyby to było coś, co jest dla nich nużące, co uważają za nieprzydatne, to myślę, że bez oceny nie zmotywowałyby się do zrobienia tego. Tylko zapytajmy siebie, czy to źle, że bez oceny nie byłoby tej motywacji? Może to nie jest zła sytuacja.

Agata Kowalska: No, to dużą woltę wykonała pani w tej rozmowie, wskazując, że to nie o ocenach powinnyśmy rozmawiać albo przynajmniej nie tylko, a o treści szkolnych lekcji, szkolnego programu. Ale nie będziemy! Przyjrzyjmy się jeszcze ocenom.

Wielu badaczy ludzkich mózgów i procesów uczenia się twierdzi, że kara do niczego nie prowadzi. A w naszym, szkolnym przypadku – niska ocena. Naukowcy dowodzą, że wcale nie jest tak, że następnym razem nauczymy się więcej, bo będziemy bać się kary. A nawet jeśli się nauczymy, to tak jak pani mówi zapomnimy zaraz po sprawdzianie. Co pani o tym myśli?

Judyta Rudnicka: To jest bardzo pojemny temat, bo wtedy musielibyśmy zastanowić się nie tylko nad treściami, w które faktycznie nie chciałabym wchodzić, ale nad formami nauki.

Trudno wyobrazić mi sobie dorosłych ludzi, którzy są w stanie wytrzymać 7 godzin dziennie w ławkach, słuchając wykładów na temat 7 różnych przedmiotów, potem to zapamiętać, a potem jeszcze napisać z tego sprawdzian i wychodzą z tego zadowoleni. Wręcz szczęśliwi ze zdobytej wiedzy. A my wymagamy tego od dzieci, od młodzieży! Myślę, że tutaj ważniejszą kwestią są formy pracy.

Ciężko jest mi się wypowiadać o innych przedmiotach. Ja mam na szczęście ten przedmiot, którego mogę uczyć na wiele różnych sposobów, dobierać je do różnych klas. Bo każda klasa, każda grupa wiekowa wymaga innych form pracy.

Kiedy pracujemy metodami projektowymi, kiedy daję im jakiś szerszy temat i mogą wykazać się kreatywnością, inwencją, a przy tym uczyć się języka angielskiego, to wtedy pytanie: „Czy to jest na ocenę?” w ogóle nie pada. Bo oni po prostu się dobrze bawią, jednocześnie ucząc się. I myślę, że to jest kluczowe.

Ale nie zrobimy tego w ramach jednej klasy. Ciężko jest to zrobić nawet w ramach jednej szkoły. Musiałaby za tym naprawdę iść duża zmiana i systemu, i mentalności.

Ja początkowo pracowałam w klasach 1-3, a one nie mają stopni. Są tylko oceny opisowe na koniec roku. Natomiast w trakcie roku szkolnego każdy nauczyciel i nauczycielka może wypracować własny system. Nie pamiętam już, co dokładnie miałam, ale to były jakieś obrazeczki typu chmurki, słoneczka. I pamiętam, że przychodzili do mnie rodzice, nie wszyscy, ale była część, którzy pytali: „No dobrze, fajnie, ale co to jest tak naprawdę? Czy to jest czwórka? Czy to jest piątka?” Więc tak, to my, społeczeństwo to robimy.

Bo oceny są proste i wydaje nam się, że one są bardzo obiektywne.

Bo jak powiemy, że Stasiu opanował tę część materiału, ale ma jeszcze inną część do opanowania, a z tym sobie fantastycznie radzi, to to dla przeciętnej osoby nie znaczy tyle, co Staś dostał czwórkę. Jak słyszymy, że Staś dostał czwórkę, to za tym idzie konkret.

Debunking

Bez ocen nie ma procesu uczenia się.
To zależy, czego i z jakich powodów się uczymy. Jeśli przedmiotów dla nas nieciekawych, źle wykładanych lub przymuszani, to potrzebujemy oceny (kary, nagrody) do motywacji. Ale wielu rzeczy uczymy się sami, bez ocen, bo to przyjemne i ciekawe

Czy szkoła bez ocen by się zawaliła?

Agata Kowalska: Opowiada pani, że stosuje różne metody nauczania i różne sposoby oceniania. Ale to wszystko brzmi bardzo pracochłonnie. Wielu nauczycieli mówi, że ma tak liczne klasy, tak dużo sprawdzianów do sprawdzenia itd., że nie ma siły i czasu na taką kreatywną pracę. Wystawianie ocen opisowych jest przecież dodatkowym wysiłkiem. Jak pani się do tego odniesie?

Judyta Rudnicka: Ja się absolutnie zgadzam. Myślę, że to jest podstawowy powód, dla którego nauczyciele stosują ten system. Od wielu lat rozmawiamy o ocenach opisowych i o wprowadzaniu tego w szkołach, ale faktycznie przy przeładowanych klasach, przy nauczycielach uczących wiele oddziałów, przy liczbie nadliczbówek, to byłoby bardzo trudne. Byłoby bardzo pracochłonne i wymagałoby jeszcze więcej pracy po lekcjach.

Przecież jeśli ja biorę sprawdzian z gramatyki i stawiam plusy i minusy, wyliczam procenty i wstawiam ocenę, jest to dużo prostsze dla mnie, niż gdybym pochylała się nad każdym testem oddzielnie i zapisywała mocne i słabe strony, rzeczy do poprawy, to, na czym chciałabym się skupić w przyszłym tygodniu. Tak, myślę, że to jest podstawowy argument, dla którego również nauczyciele w obecnej sytuacji z tych stopni nie chcą rezygnować.

Agata Kowalska: Czy ten system szkolny nie mógłby istnieć bez ocen, bo po prostu by się zawalił? Szkoła bez ocen byłaby niewydolna?

Judyta Rudnicka: Obecna szkoła bez ocen byłaby bardzo trudna. To jest to, o czym mówiłam wcześniej. Zrezygnowanie z obecnego systemu oceniania wymagałoby zmian również w innych obszarach, chociażby w podstawie programowej. Wymagałoby szkoleń nauczycieli i wielu rozmów z rodzicami.

Agata Kowalska: Często mówi się, że ocena musi być, bo dzieciaki muszą się przyzwyczaić, że w życiu z reguły jest konkurencja, trzeba się starać, bo ktoś później, kiedyś też ich będzie oceniał. Ale wyobrażam sobie, że gdybym ja jako dziennikarka od mojego naczelnego, zamiast oceny pracy, uwag, korekt i pochwał, dostawała stopień, to niczemu by to nie służyło. A jednocześnie my tym dzieciakom wystawiamy stopnie.

Judyta Rudnicka: Absolutnie się zgadzam.

Ja też nie jestem oceniana w mojej prace w skali 1–6 i nie chciałabym być.

Nie znam nikogo, kto funkcjonuje w tej skali. A jeśli mówimy o przygotowywaniu do dorosłego życia, to często widzi się wypowiedzi dorosłych ludzi, którzy mówią, że to właśnie szkoła była najtrudniejszym okresem w ich życiu. I że dorosłe życie bywa dużo łatwiejsze.

Mnie się zawsze wydawało, że chcemy dla swych dzieci jak najlepiej, więc utrudnianie im życia szkolnego, które powinno być fajnym dzieciństwem, tylko po to, żeby ich przygotować do tej mitycznej, stresującej dorosłości, nie wydaje mi się najlepszą drogą.

Debunking

Szkoła bez stopni jest niemożliwa.
Nauczyciel ma obowiązek wystawić tylko jeden stopień – na koniec roku. Reszta jest dobrowolna. Szkoła bez stopni jest możliwa. Ale trudno o to w szkołach z licznymi klasami, encyklopedyczną wiedzą do wkucia i brakiem czasu na głębszą ocenę ucznia.

Rodzic walczy o piątkę z anglika

Judyta Rudnicka: Rezygnacja ze stopni cząstkowych niesie ze sobą jeszcze jedno ryzyko. Tak jak powiedziałam wcześniej, obowiązkiem szkoły jest wystawienie oceny końcowo-rocznej. Jeśli nie ma ocen cząstkowych, tylko opisowe, to narażamy się na sytuację, w której bardzo łatwo jest tę ostateczną ocenę zakwestionować.

Bo przyjdzie rodzic i zapyta: „Dlaczego ta ocena wygląda tak, a nie inaczej? W trakcie roku nie dostawałem konkretów, nie wiedziałem, czy to były czwórki, czy trójki, a teraz wystawiła pani właśnie taką na koniec roku”.

Agata Kowalska: I co pani odpowiada?

Judyta Rudnicka: Ja mam oceny cząstkowe, więc jest to dość proste. Inną trudnością jest to, że ja nie wystawiam oceny na podstawie średniej i to bywa zarzewiem konfliktu. U mnie dość istotną rzeczą jest również aktywność na lekcji, wkład pracy.

Taka średnia arytmetyczna jest po prostu bezduszna, a ja chciałabym brać pod uwagę predyspozycje, zdolności, ale również to, jak wygląda praca dziecka na lekcji, jak wygląda jego motywacja. I oczywiście, że pojawiają się wtedy konflikty podczas wystawiania oceny końcowo- rocznej i dla mnie koniec roku pod tym względem jest bardzo trudny.

Wchodzenie w dziennik elektroniczny potrafi być stresujące, zwłaszcza w przypadku klas ósmych. Bo ze względu na to, jak wygląda system rekrutacji w tym roku – znowu półtora rocznika – dla nich każda ocena jest bardzo ważna. Ja rozumiem emocje rodziców, ale kiedy dostaję wiadomość o treści: „Podcina pani skrzydła mojemu dziecku”, nie jest to najsympatyczniejsza sytuacja.

Agata Kowalska: Co to znaczy, że wchodzi pani w dziennik elektroniczny i nie jest przyjemnie? Rodzice lub uczniowie mogą tam zostawiać komentarze? Jak to wygląda?

Judyta Rudnicka: W dzienniku elektronicznym są wiadomości, które można pisać do nauczycieli i z reguły jest to opcja bardzo pomocna, bo dzięki temu jestem z rodzicami w bieżącym kontakcie. A nie tak jak było w czasach, kiedy sama chodziłam do szkoły, gdy o niektórych rzeczach dowiadywano się raz na kilka miesięcy podczas zebrań rodziców.

Natomiast teraz jest to sytuacja dość podobna do funkcjonowania ludzi w internecie. Kiedyś część osób, zanim przyszłaby do nauczyciela do szkoły, żeby z nim porozmawiać, to może by trochę ochłonęła, może poczekałaby aż dziecko wróci do domu i omówi z rodzicem tę sytuację.

Kiedy wystawiam dziecku ocena końcowo-roczną, to często zostaję z nim po lekcji, rozmawiamy, dlaczego właśnie taka ocena. Albo dlaczego taka propozycja, co jeszcze może zrobić, żeby tę ocenę zmienić. A godzinę później dostaję wiadomość od rodzica, który nawet jeszcze nie porozmawiał ze swoim dzieckiem, ale już pisze do mnie ze wszystkimi frustracjami związanymi właśnie z tą oceną. I to jest trudne, to jest emocjonalnie trudne.

Agata Kowalska: Czyli więcej czasu spędza pani z rodzicami rozmawiając o stopniach niż o realnym rozwoju dziecka?

Judyta Rudnicka: Tak.

Nie pamiętam wiadomości, w której rodzice pytaliby o realny poziom języka u dzieci.

Ja na koniec roku w każdej klasie, specjalnie już po wystawieniu ocen robię placement test, żeby sprawdzić, jaki faktycznie mają poziom językowy.

Agata Kowalska: Co to jest placement test? Prosimy o przetłumaczenie z angielskiego na polski (śmiech).

Judyta Rudnicka: To jest test poziomujący. W każdym języku mamy skalę znajomości języka: A1, A2, B1, B2, C1, C2. I ja w każdym roczniku na koniec roku sprawdzam, czy oni są na takim poziomie, na jakim powinni być, czy może jeszcze nie.

I w przypadku każdej nowej klasy muszę tłumaczyć i dzieciom, i rodzicom, że nie jest to na ocenę, że nie da się tego oblać, że nic się nie stanie, jeśli napiszą to słabo. I to jest od początku ta sama rozmowa i widać, że pytania dotyczą tego właśnie, czy ten test jest na stopień, a jeśli nie jest, to w sumie jest nieistotny. A nie dotyczą tego, że to fajnie, bo rodzice dowiedzą się na jakim poziomie języka jest ich dziecko.

Za co kochamy szkolne oceny?

Agata Kowalska: Jak pani myśli, z czego bierze się to przywiązanie do ocen jako stopni? I ta nasza chęć, żeby to był spójny, uniwersalny system, taki sam w całym kraju, dzięki któremu możemy nasze dzieci zredukować do poziomu cyfry i porównać z innymi? Z czym to się może wiązać? Pytam o to, bo zastanawiam się, na ile możliwa byłaby zmiana. Skąd ta miłość do stopni?

Judyta Rudnicka: To jest raczej taka typowa relacja miłość – nienawiść. Bo jesteśmy przywiązani do tych stopni, a jednocześnie mam wrażenie, że coraz więcej osób na nie narzeka. Rozumiem to przywiązanie, skoro przy rekrutacji prowadzony jest konkurs świadectw. I uważa się, że oceny to wiarygodne źródło informacji porównujące dzieci między szkołami. Natomiast w pozostałych klasach stopnie są chyba tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia. Z tego, że nie kwestionujemy, czy one w ogóle mają sens.

Wiem, że są szkoły, które ze stopni rezygnują. Wydaje mi się, że żeby to działało, to musi być zgoda całej społeczności szkolnej. Czyli nie działanie jednego nauczyciela lub nauczycielki, tylko decyzja całego grona pedagogicznego, wspierana przez rodziców. I poprzedzona spotkaniami, na których ustalą, jak to wszystko ma wyglądać. Nie wyobrażam sobie rezygnacji ze stopni z dnia na dzień, bez solidnego poinformowania wcześniej innych, jak ten system miałby funkcjonować.

Agata Kowalska: A może też częściowo ta miłość do stopni wiąże się z chęcią zaufania... czemuś? Stopnie pozornie wydają się obiektywne. Tylko że na początku naszej rozmowy mówiła pani o uczniach, którym dużo trudniej jest zdobyć tę czwórkę. Którzy muszą włożyć w to o wiele więcej pracy ze względu na własne talenty, ale też pewnie warunki w domu, kapitał kulturowy rodziców itd. Więc te stopnie tylko pozornie są obiektywne, a jakoś szalenie o nich marzymy.

Judyta Rudnicka: To nie jest obiektywne i nie tylko z tego powodu, że dzieci startują z różnych poziomów umiejętności, ale nie jest też obiektywne, bo wewnątrzszkolny system oceniania przecież jest dla każdej placówki oddzielny.

Każda szkoła ustala sobie sama, ile procent punktów to piątka, a ile procent punktów to trójka.

Ten system nawet nie jest obiektywny w ramach jednej szkoły, bo możemy mieć ostrzejszego nauczyciela, u którego jest bardzo trudno zdobyć piątkę. A możemy mieć osobę, która piątki stawia w zasadzie wszystkim i świadectwa, zwłaszcza między szkołami, są bardzo trudne do porównania. A mimo wszystko tak, wydaje nam się chyba ze względu na ten konkret, że jest to system obiektywny, porównywalny i wiarygodny.

Wywrotowa myśl o samopoczuciu dzieci

Agata Kowalska: Już od paru dobrych lat toczy się dyskusja o rezygnacji z ocen albo redukcji znaczenia ocen i część osób reaguje na to parsknięciem i komentarzem: „Bezstresowe wychowanie! Już byście chcieli, żeby te dzieciaki w ogóle nie były krytykowane czy oceniane. Mają się czuć cały czas dobrze”. Jak pani reaguje na tego typu głosy?

Judyta Rudnicka: Ja bym bardzo chciała, żeby dzieci czuły się cały czas dobrze.

Agata Kowalska: To najbardziej rewolucyjna teza w historii tego podcastu (śmiech).

Judyta Rudnicka: Ja bym chciała, żeby dzieci nie stresowały się, przychodząc na lekcje. Dostałam chyba dwa lata temu, to taka mała dygresja, wiadomość od jednej z moich byłych uczennic. Skończyła podstawówkę i napisała do mnie takiego długiego maila. I zdanie, które uderzyło mnie najbardziej brzmiało: „Nigdy nie bałam się przychodzić na pani lekcje”. I pomyślałam sobie, że skoro ona napisała coś takiego, to znaczy, że bała się przychodzić na inne. I że to jest strasznie przykre.

Nie widzę nic złego w tym, że nie stosujemy wobec dzieci i młodzieży straszaków. Ja wierzę w motywację pozytywną, ale przede wszystkim motywację wewnętrzną. I chciałabym, żeby system szedł w tę stronę. Że pomagamy dzieciom w tym, by one uczyły się, jak się uczyć. Żeby one same chciały zdobywać wiedzę. Nie musi to być wiedza ze wszystkich przedmiotów i tak rozbudowana, jak obecnie. Nic w tym złego, bo świat idzie do przodu, technologia idzie do przodu, oni muszą umieć znaleźć informacje.

Ja bym chciała, żeby dla nich proces uczenia się i zdobywania wiedzy był czymś, co kończy się właśnie umiejętnościami, a nie piątką, która nic za sobą nie niesie. Ja oprócz tej siódmej klasy i tego nieszczęsnego braku czerwonego paska, w ogóle nie pamiętam swoich ocen.

Nikt nigdy w dorosłym życiu mnie o oceny nie pytał.

Nikt nie chciał ode mnie mojego świadectwa maturalnego, a jednocześnie ciągle utrzymujemy dzieci w przekonaniu, że to jest takie ważne. Jestem wielką przeciwniczką mówienia, że dzieciom należy utrudniać życie, bo zobaczą, jak to będzie w dorosłym życiu. Ja nie wiem, moje dorosłe życie nie wygląda tak ciężko.

Agata Kowalska: No, ja też muszę powiedzieć, że lata szkolne były najbardziej stresującym czasem w moim życiu. Nie pamiętam, żebym potem kiedykolwiek tak się bała. I to codziennie. Bardzo dziękuję za rozmowę i za opowieść o swoich własnych szkolnych doświadczeniach.

I wam dziękuję za wysłuchanie tego odcinka „Powiększenia” z Judytą Rudnicką, anglistką, która w niczym nie przypomina moich nauczycieli. A wam waszych?

I co sądzicie o ocenach, o strachu i o roli szkoły?

Czekam na głosy uczniów, uczennic, rodziców, nauczycieli, nauczycielek i całej reszty społeczeństwa. Bo koniec końców szkoła to nasza wspólna sprawa.

Zachęcam Was też do zajrzenia na portal OKO.press, zwłaszcza do naszego cyklu „Szkoła na wybory”. Nie tylko w podcaście, ale i w naszych artykułach, zastanawiamy się, jaka powinna być polska szkoła. I co sprawia, że niektóre z nich stają się lepsze, mądrzejsze, bardziej demokratyczne, otwarte na świat. Przykłady takich szkół opisujemy w OKO.press, a także staramy się obalać fałszywe przekonania na temat edukacji.

Cykl powstaje we współpracy z koalicją „SOS dla edukacji”. A moim zdaniem ratunek dla edukacji mieści się nie tylko w działaniach poszczególnych nauczycieli, dyrektorek szkół, ekspertek, ekspertów, ale również w rozmowie. Bez przegadania tematu szkoły daleko się nie posuniemy. Zatem gadajmy!

Piszcie do mnie, kłóćmy się, spierajmy o polską szkołę. A jeśli ktoś ma ochotę, może też powspominać. Czekam na wasze głosy mailowe: [email protected] i na Twitterze.

Do usłyszenia!

Udostępnij:

Agata Kowalska

Autorka podcastów „Powiększenie”. W OKO.press od 2021 roku. Wcześniej przez 14 lat dziennikarka Radia TOK FM. Wielbicielka mikrofonu, czyli spotkań z ludźmi, sporów i dyskusji. W 2016 roku za swoją pracę uhonorowana nagrodą Amnesty International „Pióro Nadziei”.

Przeczytaj także:

Komentarze