0:00
Prawa autorskie: Adrianna Bochenek / Agencja Wyborcza.plAdrianna Bochenek / ...
06 kwietnia 2022

Nauczycielki: "Boimy się, że polska szkoła będzie polonizować uczniów z Ukrainy. Jak zaborca"

Lekcje w piwnicy. Kserowanie ukraińskich podręczników. Bieganie do pani w kuchni po pomoc w tłumaczeniu. I strach: czy nauczyciele w szkole ministra Czarnka nie będą zmuszeni, by dzieci z Ukrainy "asymilować", wyrywać je z ich kultury?

Wydrukuj

Maria Kowalewska i Olga Cholewka są nauczycielkami w jednej z warszawskich szkół podstawowych. Dzieli je pokolenie: Maria uczy w szkole od 10 lat, Oldze został rok do emerytury. Maria prowadzi dzieciaki w klasach IV-VIII, Olga - najmłodsze roczniki. Zgodnie mówią jednak, że sposób przyjmowania ukraińskich dzieci do polskich szkół to aktualnie "porażka".

Olga napisała nawet list do ministra edukacji i premiera, w którym domaga się wprowadzenia ukraińskiej ścieżki nauczania dla uciekinierów. Gdy pytam, dlaczego, odpowiada wprost: "Dzieciom z Ukrainy nie jestem w stanie przekazać żadnej wiedzy, a polskim odbieram czas na jej przekazanie. Krzywdzę wszystkich, a moja belferska dusza wyje".

Rozmawiamy o tym, jak wygląda rzeczywistość polskich szkół pięć tygodni od wybuchu wojny w Ukrainie, jakie zagrożenia czają się już na korytarzach, a także czego nie rozumie minister edukacji, Przemysław Czarnek.

Anton Ambroziak, OKO.press: W polskich szkołach i przedszkolach uczy się już 160 tys. ukraińskich dzieci. Tylko w Warszawie liczba uczniów w ciągu miesiąca zwiększyła się o 15 tys. Ile dzieci dołączyło do waszej szkoły?

Maria: Ponad osiemdziesiąt, ale w sumie przez szkołę przewinęła się setka. Wcześniej uczyło się tu 540 osób, czyli niedługo nawet 20 proc. to będą dzieci z Ukrainy. Codziennie dochodzi ktoś nowy. W klasach dobijamy do zwiększonego przez ministerstwo limitu liczby uczniów. Za chwilę zacznie brakować miejsc.

Olga: Jest trudno. Jesteśmy małą szkołą. Byliśmy pełni już przed przyjściem uczniów z Ukrainy, bo mamy większe roczniki w klasach siódmych i ósmych. To nadwyżka z czasów, gdy do szkół szły sześciolatki. Prowadzimy też oddziały integracyjne. Potrzebne są sale do indywidualnej pracy z dziećmi, ale nie ma na to miejsca.

Dziś lekcje odbywają się nawet w piwnicy. Nie ma żadnej dodatkowej sali, w której można stworzyć oddział przygotowawczy.

Dzieci trafiają bezpośrednio do klas. I to jest kompletna porażka.

Maria: U nas nawet nie było pomysłu, aby tworzyć oddział przygotowawczy. Nie ma kadry. Nie ma sali. Jak rozumiem, idea jest taka, by łączyć dzieci z klas I-III i IV-VIII w oddzielne oddziały. Ale czy ktoś zastanowił się, jak duża jest przepaść między jedenastolatką, a piętnastolatką?

Macie jakąś pomoc?

Olga: Nie mamy w szkole nikogo, poza panią, która pracuje jako pomoc w kuchni. Jest Ukrainką. W ostateczności, gdy już nic nie rozumiemy, biega się do niej. W zasadzie jesteśmy więc same z dzieciakami.

Jest też straszny chaos. W tym momencie dzieciaki przychodzą, a potem się nie pojawiają. Często jest tak, że nie wiemy, co się z nimi dzieje. Rodzice nie informują, bo mają tysiąc innych rzeczy na głowie. My za to nie wiemy, czy miejsce trzymać, czy nie. Czy gdzieś wyjechali, czy może wrócą.

Maria: Jestem wychowawczynią w siódmej klasie. Mam cztery uczennice z Ukrainy, ale sytuacja każdej z nich jest kompletnie inna: pod kątem rozumianego języka, momentu, w którym wyjechały, wojennych doświadczeń, sytuacji rodzinnej. I tak, są też dzieci widma. Mamy dziewczynkę, która trafiła do szkoły tego samego dnia, gdy minister Czarnek mówił, że mamy jeszcze trzy tygodnie na przygotowanie szkół. I więcej się nie pojawiła. Ale zapisałam sobie te słowa, bo u mnie w klasie było już nowe dziecko. Na dole, w korytarzu czekały ukraińskie mamy, a ja odbierałam telefony od rodziców moich uczniów, którzy przyjęli do siebie, do domów rodziny i pytali, czy w szkole są miejsca. A ja odpowiadałam, że miejsca są, ale proszę przychodzić szybko, bo zaraz tych miejsc nie będzie. I o tym mówi też miasto, że zaraz miejsc dla ukraińskich dzieci w szkołach po prostu nie będzie.

Jak sobie radzicie: bez znajomości języka, bez pomocy?

Maria: Poza panią w kuchni, mamy nauczycielkę w bibliotece, która jest rusycystką. I to tyle. Śmieję się, że już wiem, po co uczyłam się języka rosyjskiego przez jeden semestr. Jak dzwoni do mnie mama z Ukrainy, to mówię do niej powoli po polsku, ona do mnie powoli po ukraińsku. I tak się dogadujemy.

Mam w klasie dziewczynkę, której babcia od 15 lat mieszka w Polsce. Ona świetnie rozumie język, bardzo stara się też mówić. Gdy spotkałam się z jej babcią mówiła, że dziewczynka wraca ze szkoły i codziennie uczy się sama polskiego. Bo chce. Co nie zmienia faktu, że może nie o tym powinna teraz myśleć. Na Ukrainie został jej pełnoletni brat i ojciec. Mama pracuje na kolei, więc wróciła, bo wiąże ją obowiązek pracy. I to dziecko, które martwi się o rodzinę, które jest w nowym miejscu - nawet jeśli ma silną motywację do nauki - poniekąd jest zmuszone, by zajmować się teraz szkołą.

Ale przychodzą do nas też dzieciaki, które po polsku nie mówią ani słowa. Przyjeżdżają też z trudniejszymi doświadczeniami. Wciąż trzymam miejsce w klasie dla kuzyna jednej z uczennic. On nie pojawił się jeszcze w szkole, bo boi się wyjść z domu. On już wie, co to znaczy schodzić do schronów. Kuzynka regularnie go zachęca. Mówi, że w szkole jest fajnie, bezpiecznie, ale chłopiec nie jest gotowy.

Olga: Ja jestem wychowawczynią drugiej klasy. Żadne dziecko nie mówi po polsku. Pierwszy chłopiec trafił do nas na początku marca. Przyjechał ze Lwowa. Potem była dziewczynka z Kijowa, a potem dziewczynka z Naddniestrza. I między nimi są też przepychanki.

Dzieci z zachodniej Ukrainy, poprawiają dziewczynkę ze wschodu, którą wtrąca rosyjskie słowa. „To nie jest po ukraińsku”.

Jestem z tego pokolenia, które niby uczyło się języka rosyjskiego, ale w taki sposób, by jak najmniej zostało w naszych głowach. Do komunikacji z rodzicami jednak wystarczy. Z dziećmi dogaduję się mieszanką migowego, ukraińskiego, rosyjskiego, angielskiego i ganiania do translatorów.

Dużą pomocą jest chłopiec ze Lwowa, który przyjechał na tyle wcześnie, że w zasadzie nie doświadczył wojny na własnej skórze. On jest wesoły, bardzo dobrze oddziałuje na kolejne dzieci. Opiekuje się nimi, wdraża, opowiada, zapoznaje - stał się naszym Cyceronem.

A polskie dzieci?

Olga: Mam dosyć trudną wychowawczo klasę. Niby to oddział ogólnodostępny, a nie integracyjny, ale wyzwań jest wiele. Po pandemii obserwujemy też znaczący spadek empatii. Moje dzieciaki nie mają kompetencji społecznych. To jest druga klasa, czyli w szkole stacjonarnej nie byli za dużo. Ubiegły rok, najbardziej cenny ze względów wychowawczych, zupełnie nam uciekł. I to odbija się na naszym funkcjonowaniu. Nie mam zespołu, nie jestem w stanie ich przekonać, że warto coś robić wspólnie. Każdy ciągnie w swoją stronę.

Staram się jednak przybliżać polskim dzieciakom perspektywę ukraińskich kolegów i koleżanek. Nie robię im pogadanek, bo to małe dzieci. Ale przygotowałam np. dyktando. Dla dzieci z Ukrainy na ich poziomie - łączenie obrazka z wyrazem, żeby zobaczyć, ile już złapały. Potem znalazłam grę, w której jest na odwrót. Obrazki podpisane bukwami, z ukraińską wymową. I rozdałam zadania polskim uczniom.

Chciałam im pokazać, w jak trudniej sytuacji są ich koledzy. Nie dość, że nowe miejsce, nie dość, że nie z wyboru, to jeszcze nowy język i zupełnie inny alfabet. Szukam też punktów wspólnych. Korzystam z podręczników ukraińskich, szczególnie do przyrody i matematyki. Raz rozwiązujemy zadania z polskich książek, raz z ukraińskich.

Maria: Ja mam starsze dzieciaki, więc jest łatwiej. Zrobiłam filmowy wieczór integracyjny. Są rzeczy, do których język jest niepotrzebny. Bawienie się w chowanego, ganianie po szkole, wchodzenie do sal, do których na co dzień nie wolno. Spędzili świetny czas. Mam też wrażenie, że to wydarzenie świetnie podziałało na cała klasę. Wcześniej dziewczyny w mojej klasie podzieliły się na dwie grupy. W wieku 13 lat nie jest to nic nadzwyczajnego. Jak w życiu, jedni lubią się bardziej, drudzy mniej. Ale po tym wieczorze wydarzyło się coś niesamowitego. Widzę, że moje uczennice zaczęły znów mieć ze sobą kontakt.

Cztery dni po wybuchy wojny, w poniedziałek, mieliśmy lekcję wychowawczą. Próbowałam z nimi rozmawiać, ale odbiłam się od ściany. Nie chciały. To było dla nich odległe, abstrakcyjne. „Sprawy dorosłych”. Po tygodniu zaczęło się dopytywanie, czy będą u nas w klasie dzieci z Ukrainy. Odpowiedziałam, że na pewno, bo mamy miejsca. Wtedy ja zaczęłam pytać, co czują w tej sytuacji. Cisza. Nie wierzę, że nic nie czujecie, skoro jesteście bombardowani informacjami i obrazami, często bardzo drastycznymi. Dopiero, gdy powiedziałam, że ja czuję strach - nie dlatego, że uważam, że jestem fizycznie zagrożona jako Polka, ale ze względu na tych ludzi i na bliskość wojny - wtedy się otworzyły.

Moja klasa od początku przyjęła dziewczynki świetnie. Z zainteresowaniem, ale i szacunkiem. Nie dopytują, co widziały w Ukrainie. Rozmawiają o przyziemnych rzeczach - kosmetykach, serialach. Była jedna sytuacja, w której chłopcy przepychali się, a jeden przed drugim zatrzasnął drzwi. „Nie wejdziesz, bo jesteś Ukraińcem”, rzucił.

Oczywiście, wszyscy chcieli to szybko zasypać, ale nie pozwoliłam tego zostawić. Ta niby niewinna sytuacja była punktem wyjścia do rozmów o rasizmie, ksenofobii, a także o tym, co to w zasadzie znaczy być uchodźcą.

Jak reagują rodzice polskich dzieci? Część z nich, nawet jeśli przyjęła pod swój dach ukraińskie rodziny, po ponad miesiącu może być zmęczona. Po entuzjazmie pojawia się też obawa: co z edukacją naszych dzieci w tak przepełnionych szkołach.

Olga: Rodzice przyjęli uchodźców jak my wszyscy, pospolitym ruszeniem. Ale ten zapał wygasa. Na początku było sporo rzeczy do kupienia. Nie chciałam się narzucać, więc zrobiłam listę, na którą sami mogli się wpisywać: co mają do oddania, co ewentualnie mogą kupić. Jedno dziecko nie miało stroju do pływania na zajęcia na basenie. Rodzice bez słowa się zrzucili. Teraz, gdy wysyłam zapytania o ekstra potrzeby, odzewu nie ma.

Maria: Szkoła jest soczewką tego, co się dzieje w społeczeństwie. Na razie jeszcze widzę sporo zainteresowania i empatii.

Mam w klasie chłopca, który ma problemy z koncentracją. Któregoś dnia po szkole dzwoni do mnie jego mama i mówi, że syn przekazał, że dziewczynki z Ukrainy chyba nie miały drugiego śniadania. Mówię, że super, że się odzywają, ja tego nie zauważyłam, ale zwrócę uwagę. Mama powiedziała, że jutro jej syn będzie miał dodatkowe woreczki ze śniadaniem. Oczywiście, sam będzie się wstydził podejść, ale jakbym ja zauważyła, to mogę śmiało brać i przekazać. Okazało się, że dziewczyny miały śniadania, ale tak się zagadały, że zapomniały wyjąć. Inna mama wyszła z inicjatywą wciągnięcia ukraińskich rodziców i opiekunów na naszą listę mailingową. Tyle że, tak jak mówi Olga, powoli entuzjazm opada. I wtedy powinny pojawić się rozwiązania systemowe.

No właśnie, minister Czarnek jest optymistą. Przekonuje, że nie przejmowałby się tym, że dzieciaki nie znają polskiego alfabetu, wszak po to są oddziały przygotowawcze, żeby dzieci spokojnie się aklimatyzowały. Tylko że oddziały przygotowawcze, tak jak panie mówią, rzadko kiedy powstają, a nauczyciele coraz częściej apelują o ukraińską ścieżkę nauki. Minister Czarnek mówi stanowcze "Nie". "Nie jesteśmy od tego, by uczyć po ukraińsku w Polsce".

Olga: Ściągnęłam ze strony ministerstwa obrony Ukrainy ich podręczniki przygotowane w pdfie. Zawołałam dzieciaki, żeby zapytać, z których się uczyli. Demokratycznie wybraliśmy jeden. Przedrukowuję im fragmenty. Gdy robię polską gramatykę, podaję im ukraińskie definicje: "dijesłowo" to czasownik, a "imiennyk" to rzeczownik. W swoich podręcznikach mają to wyjaśnione. Przecież nie mogą siedzieć i patrzeć w ścianę. Ale nie czuję się kompetentna. To jest improwizacja. Skoro są w Polsce ukraińscy nauczyciele, dlaczego nie zrobimy równoległych systemów? Czemu nie poszukamy infrastruktury? My się podzielimy wszystkim, co mamy. Potrzebujemy specustawy, która wciągnęłaby nie dzieci, ale nauczycieli w ten system edukacji. Przecież dorośli już szukają w Polsce pracy.

Dylemat jest taki: czy warto wciągać dzieciaki w polski system, skoro znacząca większość uciekinierów, deklaruje, że chciałaby jak najszybciej wrócić, a może nie ma co tracić czasu na nadzieje, że wojna skończy się w ciągu kilku tygodni i trzeba dać dzieciom jak najlepszy start tutaj, na miejscu.

Maria: Nie wiem, czemu nie korzystamy z dobrych praktyk krajów, które przyjmowały już dzieci uchodźcze. Szwecja jasno mówi, że podstawą integracji, nie asymilacji, wyparcia kultury, jest nauka języka ojczystego, nauka kultury.

Polska posiłkuje się niemieckim „Wilkommenklassen", czyli klasami powitalnymi. Tyle że do ich wdrożenia brakuje kadry, a także pewności, że jest sens inwestować w integrację.

Maria: Chodzi też o miejsce. Szkoły w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu są zwyczajnie przeładowane. A przecież to do dużych miast trafiło najwięcej osób i nic dziwnego, skoro nie mamy sensownego programu wewnętrznej relokacji. Ale mam też przekonanie, że nawet gdybyś tworzyli oddziały przygotowawcze na szerszą skalę, to i tak nie rozwiązalibyśmy fundamentalnego problemu.

To znaczy?

Maria: Wizja szkoły ministra Czarna jest prosta: to szkoła zamknięta, tylko dla Polaków. Najlepiej obrazuje to historia z aneksami do egzaminów. Centralna Komisja Egzaminacyjna opublikowała wytyczne, z których wynika, że ukraińskie dzieci na egzaminie ósmoklasisty będą miały przetłumaczone polecenia na język ukraiński, ale cały egzamin musi zdawać z polskiej podstawy programowej. To jest plucie w twarz tym ludziom.

Równie dobrze minister mógłby wyjść na kolejną konferencję prasową i powiedzieć: „Cieszymy się, że tu jesteście, ale wasze dzieci nie mają szans na naukę w wymarzonej szkole średniej w Polsce. W Ukrainie możesz być najlepszym uczniem, możesz dostawać same dwunastki [red. - taka jest najwyższa ocena w ukraińskiej szkole], ale tutaj pójdziesz co najwyżej do zawodówki".

Czy to nie jest segregacja od najmłodszych lat?

Nie wiem, czy potrzebujemy od razu oddzielnego systemu edukacji. Być może wystarczy dostosować nasz do nowych potrzeb. Intensywna nauka języka polskiego nie wystarczy. Dzieci potrzebują mieć kontakt z ukraińskim językiem i ukraińską kulturą. Fajnie, że minister jest optymistą i powtarza, że dzieci niedługo wrócą do siebie. Ale nawet gdyby wojna skończyła się jutro, część osób nie ma do czego wracać. Mieszkania, infrastruktura, instytucje, całe miasta — to wszystko trzeba będzie odbudować. Wrócą mężczyźni, kobiety, ale dzieci zostaną tu z babciami. Nie możemy udawać, że to wyzwanie na chwilę.

Olga: Dlatego trzeba zastanowić się, jak tę ukraińskość w polskim systemie edukacji podkreślić. Te dzieci są tu zagubione. Ja prowadzę ośmiolatków, oni są na początku budowania swojej tożsamości. Nie można ich wyrwać z kultury. Przepraszam, nie chcę przesadzać, ale co ja mam z nimi w zasadzie przerabiać? Konstytucję 3 maja? Wołyń? A może śpiewać Hymn Polski albo oglądać Ogniem i Mieczem? One mają nauczyć się być Ukraińcami, nawet jeśli Ukraińcami żyjącymi w Polsce. Ja tego nie zrobię, jestem niekompetentna.

Maria: My po prostu boimy się, że za chwilę polska szkoła będzie polonizować.

Olga: Tak, ja w tej sytuacji czuję się zaborcą.

Maria: Szczerze mówiąc, czekam na bunt i konflikty. Ktoś kogoś popchnie na korytarzu, dzieci się poszarpią i padnie: "Bo to Ukrainiec". Będą takie sytuacje, bo dzieci potrafią sobie dokuczać; bo dzieci czują napięcia społeczne i wyciągają z nich wnioski.

I dlatego w szkołach potrzebni są edukatorzy kulturowi, czy zajęcia z różnorodności. Czy wasza szkoła korzysta z podobnego wsparcia?

Olga: Gdy pytałam o to dyrekcję, odpowiedź jest jedna: nie ma pieniędzy.

Maria: Ale dyrekcja nie wiąże nam rąk. Jesteśmy niedużą szkołą, szybko przekazujemy sobie informacje. W pierwszych tygodniach byłam na szkoleniu z tego, jak pracować z dzieckiem z traumą. Spisałam źródła i wnioski, wrzuciłam do Librusa. Może ktoś z tego skorzysta.

Olga: Nie mamy oddziałów przygotowawczych, ale chcemy zacząć systematycznie uczyć ukraińskie dzieciaki je języka polskiego. Tylko na poziomie komunikacji, ale podręcznik metodyczny musi być. Żadna z nas nie uczyła języka polskiego jako obcego. Znalazłam pomoc, zeskanowałam, rozesłałam, teraz pozostało nam tylko wystartować.

Maria: Jestem nauczycielka wspomagającym, więc jestem na wszystkich lekcjach moich uczniów. Widzę, jak różne podejście mają nauczyciele. Ujęło mnie za serce, jak nasza polonistka, Ola, trzymając słownik polsko-ukraiński w dłoniach, powiedziała, że jej plan na weekend to nauka cyrylicy. Geografka przepisuje tablice: nazwy miesięcy po polsku i ukraińsku, kierunki świata po polsku i ukraińsku. Są też nauczyciele, którzy udają, że w ich klasie nie ma ukraińskich dzieci, więc nic z tym nie robią. Najłatwiej jest z językami, bo angielski to angielski. W naszej szkole drugim językiem obcym jest jednak niemiecki, uczenie go w tym momencie jest co najmniej absurdalne. To są niuanse, których nie sposób dostrzec z poziomu ministerstwa. Dlatego ktoś powinien nas posłuchać: wywalmy im ten drugi język obcy, zamiast tego zróbmy zajęcia z ukraińskiego.

Co z klasyfikacją?

Olga: Ja cały czas pytam, w jaki sposób mam promować te dzieci? Musimy wystawić oceny, które w Ukrainie zupełnie nie będą się liczyć. Dzieci chodziły do swoich szkół od września do lutego, więc można by było przymknąć oczy, tak jak my na nauczaniu zdalnym, i na podstawie ocen z tych miesięcy, wystawić oceny. A ten czas, który spędzają tutaj, moglibyśmy poświęcić na adaptację, a także na przygotowanie sensownego rozwiązania od września. Tylko znów, ktoś musiałby nas wysłuchać.

Co jeszcze chciałybyście powiedzieć ministrowi Czarnkowi?

Maria: Szczerze? Powiedziałabym mu, że znów pokazał jak bardzo jest niepotrzebny, bo nauczyciele i tak muszą radzić sobie sami. Gdy słucham, jak minister mówi, że będzie lex Czarnek 2.0, to myślę sobie: serio, człowieku, to jest to, o czym teraz myślisz? To jest największy problem edukacji, że ktoś przyjdzie do szkoły i będzie z nastolatkami rozmawiał o miesiączce albo bezpiecznym seksie? Bo ja widzę inne trudności. Ministerstwo przespało start, a teraz przygotowało aneksy do egzaminów i prze na klasyfikację. Mimo że wszyscy wokół trąbią, by nie dokładać dzieciakom kolejnej traumy.

Czego najbardziej się boicie?

Maria: Bez systemowych rozwiązań, nie tylko na poziomie edukacji, ale też mieszkaniowym, zatrudnienia, uznawania dyplomów, niechęć będzie narastać. To, co dzieci słyszą w domach, potem będą przynosić do szkół. Te same dzieci, które dziś są otwarte, które ciepło witają kolegów i koleżanki, będą mówić: „Bo moja ciocia nie może przez was wynająć mieszkania”. Boję się, że dzieci podzielą się na grupy narodowościowe. Rozumiem, że język jest dziś barierą, ale chcę, żeby klasa była jedną grupą.

Nie wiemy też, jak zakończy się wojna. Możemy być optymistami, możemy kibicować Ukrainie, z całego serca, ale to nie zwalnia nas z przygotowania pomocy, dla tych, którzy do nas dotarli lub dopiero dotrą.

Co z tym, których miasta zostały zrównane z ziemią? Co z tymi, którzy nie będą chcieli wracać na tereny kontrolowane przez Rosjan? Co z tym, których rodzice zginęli? Co z tymi, którzy nie będą mieli, gdzie się uczyć po powrocie, bo ich placówki oświatowe celowo zostały zniszczone?

Jestem po spotkaniu z babcią jednej dziewczynek, która mówiła, że u niej w domu jest teraz 10 osób, ale oni sobie radzą. Jej wnuczka powiedziała, że nie wraca, boi się i chce kończyć polską szkołę. Druga mama, nie mówiąca po polsku, przyszła do mnie i rozmawiałyśmy łamanym rosyjskim i ukraińskim. Siedziała przede mną i płakała, bo chce jak najszybciej wracać. I to właśnie jest większość.

Olga: Mam jedną mamę bojową.

Od razu znalazła pracę w pracowni krawieckiej, salonie sukien ślubnych. Tylko zamiast kiecek, szyją peleryny ochronne dla wojskowych. I wysyłają na front.

Mimo że są tutaj, to myślami cały czas są tam, w Ukrainie.

Maria: I dzieciaki mają to samo. Boję się, że silne poczucie ukraińskości, ten duży zryw patriotyczny u tych osób, plus nasze ciągoty do nacjonalizmu, takiego rodem z Marszu na 11 listopada, szybko się zderzą. Zwyczajnie boje się konfliktów i przemocy.

Ludzie, którzy mają u siebie w domach ludzi z Ukrainy, niedługo stracą siły i cierpliwość. Rynek mieszkaniowy w dużych miastach jest pełny - nie ma, gdzie szpilki wcisnąć. Wiem, że będą do nas trafiać osoby, które będą mieszkać w ośrodkach, na wielkich halach. Ciężko w takich warunkach się uczyć. I to też będzie rodziło bunt.

Bardzo mi się spodobało to, co powiedziała Dorota Łoboda, radna Warszawy - przestańmy oczekiwać całowania po rękach, wdzięczności, lepienia pierogów, bo przyjeżdżają do nas osoby, które przeżyły traumę; które zostawiły swoich bliskich; które codziennie widzą, jak płonie ich dorobek życia. One mogą być wkurzone, zrozpaczone, w depresji. Mogą przejawiać agresję, ale nie do nas, ale do sytuacji, którą nam trudno sobie wyobrazić.

I tu znów kilka słów do ministra edukacji. Polska szkoła bez NGO’sów nie istnieje. Jak dowiedziałam się, że będę miała w szkole dziecko z traumą, które boi się wyjść z domu, nie dostałam pomocy od ministerstwa, ale od Polskiego Forum Migracyjnego. Bez nich byśmy sobie nie poradzili.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne