Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu speaks during a press conference in Jerusalem on March 19, 2026. Netanyahu said on March 19 that Israel and the US were "winning" the war against Iran, with the Islamic republic "decimated" and unable to enrich uranium or manufacture ballistic missiles. He insisted Israel had "acted alone" in striking Iran's massive South Pars gas field, while confirming that the US president had asked Israeli forces to "hold off" on such attacks moving forward. (Photo by Ronen Zvulun / POOL / AFP) /Israeli Prime Minist...

Z prof. Josephem Zeirą z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, jednym z najwybitniejszych izraelskich ekonomistów, twórcą modeli opisujących makroekonomiczne skutki nierówności, badaczem kosztów okupacji wojskowej Zachodniego Brzegu oraz członkiem Aix Group, czyli stowarzyszenia izraelskich i palestyńskich ekonomistów zajmujących się researchem gospodarczego potencjału porozumienia pokojowego rozmawiamy o

  • gospodarczych skutkach okupacji,
  • wpływie amerykańskiej pomocy wojskowej,
  • socjalistycznych początkach syjonizmu,
  • słabościach i siłach izraelskiej gospodarki
  • neoliberalnych ciągotach Netanjahu.

Kacper Max Lubiewski: Panie Profesorze, nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że cała pańska kariera akademicka i aktywistyczna sprowadza się do jednego stwierdzenia: okupacja Zachodniego Brzegu niszczy od środka izraelską gospodarkę. Skąd ten wniosek?

Joseph Zeira: Dyskurs dotyczący wpływu konfliktu izraelsko-palestyńskiego na izraelską gospodarkę sprowadza się najczęściej do wydatków na obronność. Ludzie słyszą liczbę 35 miliardów szekli [przyp. red. budżet izraelskiego Ministerstwa Obrony na rok 2026] i odnoszą wrażenie, że to bardzo dużo, ale izraelskie wydatki na wojsko mieszczą się w przedziale 5-8 proc. PKP. To nadal relatywnie dużo, ale nic w porównaniu z latami 60., gdy było to prawie 25 proc.

Nasz konflikt z Palestyńczykami ma jednak inne ukryte i nieoczywiste koszty gospodarcze. Po pierwsze, Izraelczycy wydają część swojego przychodu na budowanie schronów i zatrudnienie ochroniarzy; to środki, które nie trafiają do normalnego obiegu w gospodarce. Po drugie, i to kluczowa sprawa, największa część kosztów kryje się za obowiązkową służbą wojskową. Izraelczycy wchodzą na rynek pracy średnio cztery lata, a Izraelki trzy lata później niż ich rówieśnicy za granicą. Czas w wojsku to de facto czas stracony: Izraelczycy uzyskują ważne kompetencje późno, bo dla większości dobrze płatnych zawodów i tak muszą skończyć studia wyższe, co w praktyce oznacza, że także ich zarobki wzrastają z opóźnieniem. Gdyby konflikt izraelsko-palestyński został zażegnany, a w Izraelu nie byłoby obowiązkowej służby wojskowej, PKB wzrosłoby o ok. 6 proc.

Przeczytaj także:

Wojna spowalnia inwestycje

KML: To w połączeniu z przynajmniej częścią zwolnionych funduszy z obronności oznaczałoby niebywały wzrost gospodarczy, być może nawet na poziomie 8 proc.

JZ: Nasz potencjalny wzrost gospodarczy jest prawdopodobnie jeszcze większy, a to za sprawą ryzyka, którym obarczone są wszystkie inwestycje w Izraelu. Stałe zagrożenie wojenne odstrasza potencjalnych inwestorów, ale spowalnia też te inwestycje, które są już realizowane. Inwestorzy są po prostu mniej skłonni kierować duże części swojego kapitału do Izraela i wolą go rozproszyć; wg. moich badań, tracimy w ten sposób nawet 20% w skali naszego PKB, które mogłoby rozwijać kraj i podnosić jakość życia mieszkańców. To kolosalna kwota.

KML: W mediach i na protestach, jeśli słyszymy o marnotrawstwie środków przez konflikt, to winy doszukuje się w potrzebie wojskowej ochrony osiedli na Zachodnim Brzegu. Jak poważnym jest ten koszt dla izraelskiej gospodarki?

JZ: Ochrona osadników przez izraelskich żołnierzy to nie więcej niż pół procenta z 5 proc. PKB, które Izrael wydawał na obronność przed Atakiem 7 Października, czyli łącznie bardzo niewielka liczba. Ale na osiedla można oczywiście spojrzeć z innej strony – są podstawową przeszkodą w rozwiązaniu naszego konfliktu z Palestyńczykami, więc można powiedzieć, że kosztują nas łącznie wszystkie starty wynikające z konfliktu.

Izraelczycy wyrzucają swoje podatki w błoto

KML: Niektórzy pro-palestyńscy aktywiści mówią, że Izrael zarabia na okupacji i wojnach, bo dzięki temu rozwija swój przemysł zbrojeniowy i technologiczny.

JZ: To pogląd, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, bo pomija fakt, że ludzie mają szereg motywacji w swoich działaniach oprócz interesu ekonomicznego. Oczywiście istnieją firmy czy grupy lobbyingowe, którym opłaca się trwający konflikt, ale jest ich mało. Eksport broni z Izraela wynosi ok. 15 miliardów dolarów, więc przy zaokrągleniu zaledwie to 1 proc. z gospodarki, której wielkość wynosi łącznie ok. 610 miliardów dolarów. Okupacja Zachodniego Brzegu ma podstawy ideologiczne, polityczne i religijne, ale nie ekonomiczne – pod tym względem, Izraelczycy wyrzucają swoje podatki w błoto.

KML: A jak prawdziwa jest inna obiegowa opinia mówiąca o tym, że Izrael jest w całkowicie zależny od amerykańskiej pomocy wojskowej?

JZ: To także nieprawda. Stany Zjednoczone przeznaczają na pomoc wojskową dla Izraela ok. 3,8 miliarda dolarów rocznie, podczas trwania wojny w Gazie – ok. 11. To nadal kropla w morzu izraelskiej gospodarki. Gdyby Amerykanie zakręcili kurek z pomocą finansową, to Izrael musiałby podnieść podatki lub obciąć wydatki socjalne, ale mógłby prowadzić de facto taką samą politykę wojenną. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi przede wszystkim pomocy politycznej w ONZ-ecie i innych instytucjach; pomoc finansowa jest trzeciorzędna.

Tracimy prawie 30 proc. PKB przez okupację i wojny

KML: Czy zasadny jest pogląd, że izraelska gospodarka jest tak naprawdę w bardzo dobrej kondycji, biorąc pod uwagę kontekst konfliktu? Ile państw na świecie zaangażowanych jest w aktywny, wielofrontowy konflikt i jednocześnie może poszczycić się wzrostem gospodarczym?

JZ: To wymówka, której używamy bez przerwy w Izraelu. A rzeczywistość jest przecież taka, że tracimy prawie 30 proc. naszego PKB przez okupację i wojny. Izrael jest państwem rozwiniętym, ale na tle innych państw rozwiniętych jesteśmy biedni. Gdy za granicą jestem pytany o skrótowe przedstawienie sytuacji ekonomicznej w Izraelu, posługuję się najczęściej metaforą wulkanu. Różnica między prowadzeniem przedsiębiorstwa na szczycie wulkanu w porównaniu z miastem nie jest tylko taka, że wulkan wybucha raz na jakiś czas; to oczywiście ważne. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo kryje się w stałym ryzyku; nawet jeśli wulkan wybucha rzadko, to sam fakt, że do wybuchu może dojść, paraliżuje całą gospodarkę. To, że się przyzwyczailiśmy do gorszej gospodarki niż tą, którą moglibyśmy mieć, nie oznacza, że to, co mamy, jest dobre.

KML: Oprócz spontanicznych wybuchów do listy niebezpieczeństw dołożyłbym również kwestię coraz to popularniejszych międzynarodowych bojkotów i możliwych sankcji. Czy Izraelczycy powinni się ich obawiać?

JZ: Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że nie, ale od czasu wojny w Gazie nie jestem już tak pewny. Ruch BDS [przyp. red. palestyński ruch oporu oparty na bojkocie, odmowach inwestycji i sankcjach] na pewno rośnie w siłę, a jeśli portowe związki zawodowe odmówiłyby transportu dóbr do Izraela, to na pewno byłoby to dla nas poważne wyzwanie. Ale skutki bojkotów są dla Izraelczyków przede wszystkim psychologiczne – ludzie tutaj bardzo chcą się czuć zachodniego i nowoczesnego świata, więc kiedy ten ich odrzuca, dla Izraelczyków jest to bardzo trudne. Na razie bojkoty izraelskich dóbr nie wpłynęły zauważalnie na kondycję naszej gospodarki, ale tendencja jest raczej przeciwko nam.

Ochrona zdrowia i edukacja

KML: A co stanowi o sile izraelskiej gospodarki? Jak to jest, że znosi na razie wojny, bojkoty i dość niskie inwestycje?

JZ: Izraelska gospodarka jest na ogół dosyć odporna. Po pierwsze, mamy duży prywatny sektor, który jest dosyć elastyczny oraz który chce i potrafi skutecznie inwestować. Nasza super moc ukryta jest jednak w sektorze publicznym, a dokładniej: w ochronie zdrowia i edukacji. Reforma premiera Icchaka Rabina z ‘95 roku, która stworzyła izraelską ochronę zdrowia, jaką znamy, położyła podwaliny pod izraelską społeczną odporność. Nasza populacja jest również bardzo młoda, więc jej podatki skutecznie finansują potrzeby seniorów. Edukacja jest oczywiście niedofinansowana, jak wszędzie indziej, i mierzy się z dodatkowymi problemami wynikającymi z ogromnego przyrostu naturalnego, ale nie można zaprzeczyć, że jest to bardzo dobry system. Według wielu izraelskich ekonomistów to właśnie oświata jest głównym źródłem naszego wzrostu gospodarczego. Trzeba też dodać, że darmowa edukacja i służba zdrowia obniżają też znacznie koszty życia.

KML: To ciekawe, że nie wspomniał Pan o dwóch obszarach izraelskich gospodarki, które otrzymują za granicą prawdopodobnie najwięcej pochwał: high-techu oraz rolnictwie.

JZ: Izraelczycy rozpływają się nad swoim sektorem high-tech, ale tylko częściowo jest to zasadne. Historia izraelskich zaawansowanych technologii sięga lat 90., kiedy proces pokojowy pozwolił wielu młodym mężczyznom z oszczędnościami opuścić wojsko i zainwestować je we własne biznesu. Ewenementem jest faktycznie, że w high-techu pracuje aż 11 proc. izraelskiej siły roboczej, która jest odpowiedzialna za ważne wynalazki i wysokiej jakości usługi, ale od 2021 roku pracowników w high-techu już nie przybywa; wygląda na to, że osiągnięto tutaj już sufit. Rolnictwo też jest już raczej cudem przeszłości, bo w Izraelu poziom subsydiów na produkcję żywności jest bardzo niski. Oprócz tego zmaga się z problemem kartelizacji: od mleka po mięso, w Izraelu rządzi po kilku producentów, którzy manipulują cenami.

KML: Zostańmy w teraźniejszości, ale zahaczając o przeszłość: czy w Izraelu zostały jeszcze jakieś ślady po socjalistycznych początkach?

JZ: Izrael od początku miał niewiele z tych socjalistycznych początków. Ruch socjaldemokracji tutaj różnił się znacznie od socjalistów na starym kontynencie na trzech płaszczyznach.

Po pierwsze, w Europie celem było wywalczenie lepszych warunków zatrudnienia: podwyżek czy mniejszej ilości godzin pracy. W Izraelu problem był zupełnie inny: tutaj socjaliści musieli przede wszystkim tworzyć miejsca pracy dla imigrantów.

Po drugie, w Izraelu socjaldemokracja współpracowała bardzo blisko z kapitalistami i liberałami. Prawie od samego początku w Histadrucie, naczelnym izraelskim związku zawodowym, funkcjonował związek właścicieli i pracodawców; z kapitalistami współpracowano też w polityce. To miało swoje dobre i złe strony: Histadrut sam w sobie był np. dużym pracodawcą, co ustabilizowało rynek, ale w praktyce oznaczało też, że związek często stawał przeciwko pracownikom, gdy ci protestowali w latach 50. i 60.

Ostatnią poważną różnicą między izraelską a europejską socjaldemokracją była powszechna dyskryminacja wobec pracowników arabskiego oraz mizrachijskiego [przyp. red. Mizrchim – diaspora żydowska na Bliskim Wschodzie i Północnej Afryce] pochodzenia. To swoją drogą doprowadziło w latach 70. do odpływu tych drugich do prawicowego i konserwatywnego Likudu. Więc jeśli chodzi o spuściznę ruchu socjalistycznego w Izraelu, to jest ona przedziwna: prawdopodobnie sprowadza się do gorszej pozycji Mizrachim na rynku, religii pracy (zasiłki dla bezrobotnych wprowadzono tylko na końcu lat 60.) i dziwnej polityki mieszkaniowej, która priorytetyzuje budownictwo dla imigrantów, a nie dla najbiedniejszych.

Sektor publiczny jak otyły mężczyzna

KML: Porozmawiajmy przez chwilę jeszcze o Żydach ultraortodoksyjnych, czyli Haredim. Obaj wiemy, że w Izraelu wszystkie problemy gospodarcze zrzuca się na nich i na fakt, że duża część tej społeczności nie pracuje, utrzymując się z państwowych zapomóg.

JZ: To kolejna półprawda. Średnio państwo wydaje na Haredim między 20 a 30 miliardów szekli rocznie; to nadal mniej niż 10 proc. PKB, a przecież stanowią więcej niż 10 proc. populacji. Z drugiej strony, jest to społeczność wysoce nieaktywna zawodowo i która de facto marnuje środki, które mogłyby wspierać edukację czy ochronę zdrowia. To prawda, że Haredim mogliby też wspierać gospodarkę bezpośrednio nie tylko nie biorąc, ale też się do niej dokładając. To także prawda, że ich udział w ogóle społeczeństwa rośnie, więc z czasem stają się coraz większym ciężarem dla budżetu.

Ale wszystkie te rozważania nad Haredim w Izraelu są zazwyczaj zasłoną dymną, żeby nie rozmawiać o podstawowym sposobie, w jaki tracimy nasze środki, tj. poprzez trwające okupację i kolejne wojny. Haredim w ostatnich latach się też radykalizują i stają się głównymi hamulcowymi w procesie pokojowym z Palestyńczykami, więc jeśli mówimy o Haredim w kontekście gospodarczym, to mówmy o ich wpływie na konflikt, a nie subsydiach na jesziwy.

KML: W każdym wywiadzie o Izraelu musi być pytanie o Bibiego, więc zapytam też i ja. Czym charakteryzuje się polityka gospodarcza Netanjahu?

JZ: Benjamin Netanjahu nie ma żadnego oryginalnego czy swojego podejścia do gospodarki. Ot, jest przeciętnym neoliberałem. Jest natomiast świetnym pijarowcem: w 2001 roku, gdy był Ministrem Finansów, wykorzystał recesję, żeby pozbyć się wielu programów pomocy społecznej. Mówił wtedy, że sektor publiczny jest jak otyły mężczyzna, który siedzi na ramionach chudego mężczyzny, czyli sektora prywatnego, który musi biec, ale jest spowolniony. Ta metafora się sprzedała, mimo że ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Średni wzrost gospodarczy w Izraelu jest od lat 70. prawie taki sam, mimo że obcięto przez ten czas ponad 40 proc. wydatków publicznych; dieta więc nie zadziałała. Od czasu do czasu Bibi podejmuje dobre decyzje ekonomiczne, jak np. w trakcie pandemii COVID-19, kiedy podniósł wydatki publiczne i zapobiegł recesji (choć oczywiście ciął je przez poprzednią dekadę). Netanjahu ma też w sobie coś z Trumpa – podziwia miliarderów, a jego rozumienie wzrostu gospodarczego ogranicza się do rosnącego majątku jego kumpli-oligarchów. Jego fascynacja pieniędzmi i luksusem jest przecież podstawą wszystkich jego spraw o korupcję, ale to rozmowa na kiedy indziej.

Na zdjęciu Kacper Max Lubiewski
Kacper Max Lubiewski

Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.

Komentarze