Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Jeśli chodzi o największe personalno-polityczne problemy Europy, to dotąd było tak: najpierw Viktor Orbán z Robertem Ficą, potem długo, długo nic – i dopiero za wyraźnym zakrętem z posowieckiego Wschodu na teksański Zachód wyłaniał się Karol Nawrocki. Dopiero później było miejsce na Giorgię Meloni i wiecznie wychylających się zza węgłów Marinę Le Pen z Janezem Janšą.

Upadek Orbána gwałtownie zmienia tę dotychczasową hierarchię wewnętrznych wrogów silnej, zacieśniającej współpracę i dążącej do bycia podmiotem w nowym koncercie mocarstw Europy.

W tej nowej antyhierarchii pierwsze miejsca są dwa. Prokremlowski premier Słowacji stoi na jej czele zaraz obok prezydenta Polski – oddanego wasala ruchu MAGA.

Był Orbán i była reszta

Europa z niekłamaną ulgą żegna premiera Węgier – polityka jawnie realizującego interesy Kremla i stojącego na czele państwa mafijnego, w którym działacze Fideszu i powiązani z nimi szemrani biznesmeni w biały dzień rozkradali pieniądze z unijnych funduszy, aż w końcu trzeba było to państwo niemal całkowicie od tych funduszy odciąć. Orbán to polityk, który zablokował wielką unijną pożyczkę dla walczącej Ukrainy i który próbował wygrać wybory na szerzeniu nienawiści wobec Ukraińców i ich prezydenta. Słowem – agent Moskwy w naszym europejskim domu.

Orbán, którego w ostatnim czasie trzeba było odizolować od bardziej wrażliwych spraw Unii Europejskiej, bo jego szef dyplomacji na bieżąco donosił o przebiegu negocjacji w Brukseli Siergiejowi Ławrowowi, był dla Unii od wielu, wielu lat tym najbardziej kłopotliwym z wszystkich przywódców państw członkowskich.

Na jego tle jakoś trochę lepiej i trochę piękniej wyglądali wszyscy inni prawicowi populiści Europy. Korzystał z tego też PiS – za rządów Zjednoczonej Prawicy nawet najbardziej antyeuropejskie fikołki jej polityków robiły na europejskich partnerach Polski mniejsze wrażenie.

Obecność Orbána w jakimś sensie normalizowała i Prawo i Sprawiedliwość, i innych europejskich prawicowych populistów.

Zwłaszcza gdy PiS reprezentował w Brukseli Mateusz Morawiecki, który mrugając do swych europejskich rozmówców, tłumaczył im po cichutku, że te prawdziwe nacjonalistyczno-autorytarno-exitowe demony czają się dopiero gdzieś dalej w ciemnościach – wskazując ukradkiem Zbigniewa Ziobrę i jego ludzi. Przy mafijnym zabetonowanym systemie Orbána nawet PiS-owska kleptokracja wyglądała względnie niewinnie.

A teraz Orbána już nie ma.

I niczyja obecność – oprócz może Roberta Ficy – nie będzie normalizować roli, jaką w Unii odgrywa przywódca innego – większego od Węgier i Słowacji – kraju, czyli Polski.

Umarł król, niech żyje król

To prezydent Polski Karol Nawrocki znajdzie się po Orbánie w tym głównym świetle europejskich reflektorów – jako polityk stanowiący realne zagrożenie dla europejskiej jedności i podmiotowości.

Tyle oczywiście, że nie tak jak Orbán ze względu na zbyt bliskie związki z Moskwą, lecz ze względu na swą serwilistyczną postawę wobec Waszyngtonu. Karol Nawrocki jest bowiem politykiem, który wraz ze swym obozem próbuje wpływać na Europę i Unię Europejską pod dyktando otoczenia Donalda Trumpa i powiązanych z nim lobbystów. I ma do tego stosowne narzędzia.

  • To Karol Nawrocki zablokował swemu krajowi możliwość skorzystania z wielomiliardowego programu rozwoju zdolności produkcyjnych europejskiego przemysłu zbrojeniowego – i tym samym z zakupienia sprzętu pochodzącego od realnych, europejskich sojuszników. Wetując ustawę wprowadzającą SAFE, Nawrocki wprost argumentował to tym, że jego zdaniem Polska powinna nadal kupować sprzęt wojskowy od amerykańskich producentów. Robił to nawet mimo tego, że obecne praktyki Białego Domu stawiają pod realnym znakiem zapytania to, czy USA nadal mogą być traktowane jako dostawca sprzętu, na którym można polegać i opierać swą obronność niezależnie od bieżących, partykularnych interesów Białego Domu. Przy okazji nie omieszkał się fotografować za sterami F-35 w fabryce Lockheed Martin – zupełnie, jakby uczestniczył w kampanii reklamowej jej produktów.

Przeczytaj także:

  • To Karol Nawrocki zawetował ustawę wdrażającą DSA (Digital Services Act) w Polsce. Te unijne przepisy miały choć częściowo regulować działalność amerykańskich (i nie tylko) Big Techów na terenie Europy. Nawrocki ogłaszając weto argumentował to swym sprzeciwem wobec „cenzury internetu” i chęcią „obrony wolnego słowa” – 1:1 kopiując retorykę ruchu MAGA i połączonych z nim trwałym sojuszem biznesowym działów PR wielkich koncernów technologicznych w tej sprawie.
  • To Karol Nawrocki wielokrotnie deklarował swój sprzeciw wobec ewentualnego wprowadzenia podatku cyfrowego – zarówno w Polsce, jak i na poziomie Unii Europejskiej. Drastycznie osłabiał w ten sposób pozycję negocjacyjną polskiego rządu w relacjach z Big Techami.
  • To Karol Nawrocki również ostentacyjnie utrzymuje stałe i żywe relacje z ruchem MAGA i jego politycznym zapleczem. Konferencja CPAC organizowana w Polsce stanowiła element jego kampanii wyborczej, sam gościł na marcowej konferencji CPAC w amerykańskim Dallas, formułując tam utrzymane w wasalnym tonie zapewnienia o wiecznym sojuszu Polski i USA.
  • To Karol Nawrocki jest również zdeklarowanym eurosceptykiem nazywającym Unię Europejską „gasnącą gwiazdą” i zapewniającym regularnie, że zrobi wszystko, by nie zacieśniać więzów łączących w jej ramach państwa członkowskie. Retoryka Nawrockiego wobec Europy i UE żywo przypomina tę stosowaną przez wiceprezydenta USA J.D Vance'a, będącego najostrzejszym krytykiem Europy jako potencjalnego konkurenta gospodarczego i politycznego USA w obrębie całej administracji Donalda Trumpa.

Karol Nawrocki jest wrogiem Unii Europejskiej – i zarazem prezydentem naszego kraju mającym realną moc hamowania europejskiej integracji na poziomie Polski jako kraju członkowskiego UE. Z jego prawem weta wobec wdrażających unijne regulacje ustaw to potencjał hamulcowy tylko w części słabszy od tego, którym dysponował, i z którego skwapliwie korzystał Orbán.

Węgrzy zrobili to jednak lepiej

12 kwietnia 2026 Węgrom udało się to, co Polakom 15 października 2023 roku i półtora roku później udało się jedynie połowicznie.

Opozycyjna Tisza uzyskała w wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną. Pozwala to nie tylko na odsunięcie Orbána od władzy i stworzenie nowego rządu. Nowa większość w węgierskim parlamencie będzie mogła także zdemontować „nieliberalną demokrację” budowaną przez Orbána i Fidesz przez 16 lat, a następnie stopniowo powymieniać ludzi Orbána umocowanych w najważniejszych instytucjach państwa na wieloletnie kadencje.

Możliwa jest pełna naprawa państwa – przynajmniej jeśli chodzi o niezbędny do tego potencjał polityczny.

Orbánowskiego prezydenta Tamása Sulyoka Węgrzy natomiast na razie nawet nie muszą wymieniać, a w każdym razie nie jest to jakiś szczególny priorytet. W węgierskim ustroju rola prezydenta jest głównie ceremonialna – nie dysponuje prawem weta, a jego podpisy nie są niezbędne ani do wprowadzania nowych ustaw, ani do autoryzowania najważniejszych zmian personalnych w sądownictwie, dyplomacji czy armii. Węgry, nawet te świeżo odziedziczone po Orbánie, mają ustrój jednoznacznie parlamentarno-kanclerski.

W Polsce jest zupełnie inaczej. I choć do demontażu państwa PiS wcale nie była nam potrzebna zmiana konstytucji, bo i PiS nie był w stanie jej zmienić, naprawdę głębokie zmiany nie były i nie będą możliwe bez wymiany głowy państwa. Tego zaś demokratom niestety w lipcu 2025 roku nie udało się osiągnąć.

W oszałamiającym zwycięstwie węgierskiej opozycji pod wodzą Petera Magyara bardzo pomogło jednoznaczne opowiedzenie się przeciwko putinowskim i trumpistowskim wpływom w Budapeszcie.

Polscy demokraci przed wyborami prezydenckimi 2025 roku nie musieli oczywiście jakkolwiek dystansować się od Kremla – bo w Polsce dystans od Kremla jest wspólną cechą politycznego mainstreamu. Nie potrafili natomiast wystarczająco dobrze i jednoznacznie zdystansować się od pomarańczowiejącego Waszyngtonu. Nawet więcej – zwycięstwo Donalda Trumpa zostało w otoczeniu Donalda Tuska uznane za znak czasów i przejaw wielkiego i długotrwałego trendu, któremu nie da się skutecznie przeciwstawić.

Dlatego też w kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi nasi demokraci weszli w przebraniu prawicowej mimikry – co doskonale opisały swego czasu dziennikarki OKO.press. Nie okazali się w tym przebraniu przekonujący – czego beneficjentem okazał się człowiek, który żadnego przebrania nie musiał zakładać – czyli Karol Nawrocki. Za opłakane skutki tego wyboru płacimy i będziemy jeszcze długo płacić.

Zejście z europejskiej sceny Viktora Orbána sprawi, że nasze polskie niedokończone sprawy i ich skutki będą na europejskiej scenie znacznie wyraźniej niż do tej pory widoczne. Z całą pewnością na tym nie zyskamy.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze