Węgry, które właśnie pozbyły się Orbána, w ekspresowym tempie stają się beniaminkiem Europy. Za to świeżo zwolnione miejsce w oślej ławce wydaje się czekać na kraj, na którego czele stoi inny zawzięty wróg europejskiej wspólnotowości i podmiotowości. Tak, tym krajem jest Polska
Jeśli chodzi o największe personalno-polityczne problemy Europy, to dotąd było tak: najpierw Viktor Orbán z Robertem Ficą, potem długo, długo nic – i dopiero za wyraźnym zakrętem z posowieckiego Wschodu na teksański Zachód wyłaniał się Karol Nawrocki. Dopiero później było miejsce na Giorgię Meloni i wiecznie wychylających się zza węgłów Marinę Le Pen z Janezem Janšą.
Upadek Orbána gwałtownie zmienia tę dotychczasową hierarchię wewnętrznych wrogów silnej, zacieśniającej współpracę i dążącej do bycia podmiotem w nowym koncercie mocarstw Europy.
W tej nowej antyhierarchii pierwsze miejsca są dwa. Prokremlowski premier Słowacji stoi na jej czele zaraz obok prezydenta Polski – oddanego wasala ruchu MAGA.
Europa z niekłamaną ulgą żegna premiera Węgier – polityka jawnie realizującego interesy Kremla i stojącego na czele państwa mafijnego, w którym działacze Fideszu i powiązani z nimi szemrani biznesmeni w biały dzień rozkradali pieniądze z unijnych funduszy, aż w końcu trzeba było to państwo niemal całkowicie od tych funduszy odciąć. Orbán to polityk, który zablokował wielką unijną pożyczkę dla walczącej Ukrainy i który próbował wygrać wybory na szerzeniu nienawiści wobec Ukraińców i ich prezydenta. Słowem – agent Moskwy w naszym europejskim domu.
Orbán, którego w ostatnim czasie trzeba było odizolować od bardziej wrażliwych spraw Unii Europejskiej, bo jego szef dyplomacji na bieżąco donosił o przebiegu negocjacji w Brukseli Siergiejowi Ławrowowi, był dla Unii od wielu, wielu lat tym najbardziej kłopotliwym z wszystkich przywódców państw członkowskich.
Na jego tle jakoś trochę lepiej i trochę piękniej wyglądali wszyscy inni prawicowi populiści Europy. Korzystał z tego też PiS – za rządów Zjednoczonej Prawicy nawet najbardziej antyeuropejskie fikołki jej polityków robiły na europejskich partnerach Polski mniejsze wrażenie.
Obecność Orbána w jakimś sensie normalizowała i Prawo i Sprawiedliwość, i innych europejskich prawicowych populistów.
Zwłaszcza gdy PiS reprezentował w Brukseli Mateusz Morawiecki, który mrugając do swych europejskich rozmówców, tłumaczył im po cichutku, że te prawdziwe nacjonalistyczno-autorytarno-exitowe demony czają się dopiero gdzieś dalej w ciemnościach – wskazując ukradkiem Zbigniewa Ziobrę i jego ludzi. Przy mafijnym zabetonowanym systemie Orbána nawet PiS-owska kleptokracja wyglądała względnie niewinnie.
A teraz Orbána już nie ma.
I niczyja obecność – oprócz może Roberta Ficy – nie będzie normalizować roli, jaką w Unii odgrywa przywódca innego – większego od Węgier i Słowacji – kraju, czyli Polski.
To prezydent Polski Karol Nawrocki znajdzie się po Orbánie w tym głównym świetle europejskich reflektorów – jako polityk stanowiący realne zagrożenie dla europejskiej jedności i podmiotowości.
Tyle oczywiście, że nie tak jak Orbán ze względu na zbyt bliskie związki z Moskwą, lecz ze względu na swą serwilistyczną postawę wobec Waszyngtonu. Karol Nawrocki jest bowiem politykiem, który wraz ze swym obozem próbuje wpływać na Europę i Unię Europejską pod dyktando otoczenia Donalda Trumpa i powiązanych z nim lobbystów. I ma do tego stosowne narzędzia.
Karol Nawrocki jest wrogiem Unii Europejskiej – i zarazem prezydentem naszego kraju mającym realną moc hamowania europejskiej integracji na poziomie Polski jako kraju członkowskiego UE. Z jego prawem weta wobec wdrażających unijne regulacje ustaw to potencjał hamulcowy tylko w części słabszy od tego, którym dysponował, i z którego skwapliwie korzystał Orbán.
12 kwietnia 2026 Węgrom udało się to, co Polakom 15 października 2023 roku i półtora roku później udało się jedynie połowicznie.
Opozycyjna Tisza uzyskała w wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną. Pozwala to nie tylko na odsunięcie Orbána od władzy i stworzenie nowego rządu. Nowa większość w węgierskim parlamencie będzie mogła także zdemontować „nieliberalną demokrację” budowaną przez Orbána i Fidesz przez 16 lat, a następnie stopniowo powymieniać ludzi Orbána umocowanych w najważniejszych instytucjach państwa na wieloletnie kadencje.
Możliwa jest pełna naprawa państwa – przynajmniej jeśli chodzi o niezbędny do tego potencjał polityczny.
Orbánowskiego prezydenta Tamása Sulyoka Węgrzy natomiast na razie nawet nie muszą wymieniać, a w każdym razie nie jest to jakiś szczególny priorytet. W węgierskim ustroju rola prezydenta jest głównie ceremonialna – nie dysponuje prawem weta, a jego podpisy nie są niezbędne ani do wprowadzania nowych ustaw, ani do autoryzowania najważniejszych zmian personalnych w sądownictwie, dyplomacji czy armii. Węgry, nawet te świeżo odziedziczone po Orbánie, mają ustrój jednoznacznie parlamentarno-kanclerski.
W Polsce jest zupełnie inaczej. I choć do demontażu państwa PiS wcale nie była nam potrzebna zmiana konstytucji, bo i PiS nie był w stanie jej zmienić, naprawdę głębokie zmiany nie były i nie będą możliwe bez wymiany głowy państwa. Tego zaś demokratom niestety w lipcu 2025 roku nie udało się osiągnąć.
W oszałamiającym zwycięstwie węgierskiej opozycji pod wodzą Petera Magyara bardzo pomogło jednoznaczne opowiedzenie się przeciwko putinowskim i trumpistowskim wpływom w Budapeszcie.
Polscy demokraci przed wyborami prezydenckimi 2025 roku nie musieli oczywiście jakkolwiek dystansować się od Kremla – bo w Polsce dystans od Kremla jest wspólną cechą politycznego mainstreamu. Nie potrafili natomiast wystarczająco dobrze i jednoznacznie zdystansować się od pomarańczowiejącego Waszyngtonu. Nawet więcej – zwycięstwo Donalda Trumpa zostało w otoczeniu Donalda Tuska uznane za znak czasów i przejaw wielkiego i długotrwałego trendu, któremu nie da się skutecznie przeciwstawić.
Dlatego też w kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi nasi demokraci weszli w przebraniu prawicowej mimikry – co doskonale opisały swego czasu dziennikarki OKO.press. Nie okazali się w tym przebraniu przekonujący – czego beneficjentem okazał się człowiek, który żadnego przebrania nie musiał zakładać – czyli Karol Nawrocki. Za opłakane skutki tego wyboru płacimy i będziemy jeszcze długo płacić.
Zejście z europejskiej sceny Viktora Orbána sprawi, że nasze polskie niedokończone sprawy i ich skutki będą na europejskiej scenie znacznie wyraźniej niż do tej pory widoczne. Z całą pewnością na tym nie zyskamy.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.
Komentarze