Prawa autorskie: Maciek Jazwiecki / Agencja Wyborcza.plMaciek Jazwiecki / A...
22 października 2022

Komu bije dzwon z niemieckimi pieniędzmi? Nieudolne manipulacje Ziobry i jego ludzi. Ujawniamy

Politycy Zjednoczonej Prawicy atakują KE za niesprawiedliwe ich zdaniem akceptowanie programów pomocy publicznej. I fałszywie sugerują, że UE ma jakieś środki, które daje tylko niektórym krajom. Tymczasem to kraje same finansują pomoc publiczną, KE ją tylko zatwierdza

17 października. Najpierw zatweetował szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro:

"Komisja Europejska pod butem Berlina zgodziła się na 220 mld euro pomocy publicznej dla Niemiec, 52 proc. wszystkich środków. Dla Polski 1,7 proc. Strażniczka von der Leyen dba o suty niemiecki stół. Kolaborant Donald Tusk pilnuje, by Polskę głodzić. Geny niezmienne od dziesiątek lat".

Kilka godzin później podobnie wypowiedział się inny polityk Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski:

Niemcy otrzymają 52 proc. całej puli środków, które UE przeznaczy na pomoc publiczną dla 24 państw wspólnoty.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Twitter,17 października 2022

I dodawał: "W przypadku Francji jest to 37 proc. i razem 89 proc., czyli 386 mld euro, dla reszty państw pozostaje 11 proc. Tak w praktyce wygląda europejska "równość i solidarność".

Następnego dnia Romanowski znów tweetował na ten temat:

"Blokowanie KPO, absurdalny system ETS, a wczoraj skandaliczna decyzja KE dotycząca pomocy publicznej (89 proc. dla Niemiec i Francji) nakazują obrać twardy kurs wobec eurokratów".

Tutaj wiceminister sprawiedliwości idzie jeszcze dalej. Sugeruje bowiem, że jednego dnia zdecydowano o przekazaniu prawie 90 proc. dostępnych środków dla dwóch krajów. Mało prawdopodobne, by nie wiedział, jak działa system akceptacji pomocy publicznej w UE, najpewniej więc cynicznie oszukuje swoich odbiorców. A my za chwilę wytłumaczymy, jak jest w rzeczywistości.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Czym jest pomoc publiczna

Pomińmy na chwilę agresywny język i tezy o kolaboracji. Zadajmy sobie jednak pytanie: o czym mówią Ziobro i Romanowski?

Nie chodzi o pieniądze z budżetu unijnego. Mówimy o krajowych programach, które UE po prostu musi zatwierdzić (lub je odrzucić).

Wspólny europejski rynek działa na zasadach wolnorynkowych. Równowagi pilnuje Komisja Europejska. Dlatego pomoc publiczna dla prywatnych podmiotów jest z reguły zakazana, gdyż prowadzi do zaburzenia tej równowagi. Ale Komisja może na nią zezwolić w uzasadnionych przypadkach.

Według unijnego prawa pomocą publiczną jest udzielenie przez państwo wsparcia, które narusza lub grozi naruszeniem swobody konkurencji. Pomoc publiczna musi opierać się o cztery zasady:

  • przejrzystości – urzędnicy UE mają prawo do kontroli środków, mogą też wpływać na ich wielkość,
  • spójności – pomoc powinna skupiać się na niwelowaniu różnic poziomu życia i rozwoju gospodarczego pomiędzy państwami UE lub pomiędzy regionami,
  • pomocniczości – jeśli państwo ma niewystarczające kompetencje do udzielenia pomocy, zajmuje się tym KE,
  • proporcjonalności – pomoc nie może przekroczyć określonych maksymalnych kwot dla każdego sektora.

Niemiecki program

Tweety członków Solidarnej Polski i słowa innych polityków Zjednoczonej Prawicy zdają się sugerować, że chodzi między innymi o ogromny pakiet pomocowy Niemiec.

Niemiecki rząd na koniec września ogłosił, że na pomoc niemieckim firmom i obywatelom w trakcie nadchodzącej trudnej zimy przeznaczy 200 mld euro. Program ogłosili wspólnie kanclerz Olaf Scholz, minister gospodarki Robert Habeck i minister finansów Christian Lindner.

Program ma trwać do wiosny 2024 roku. Chodzi tutaj przede wszystkim o ochronę odbiorców energii przy drastycznych podwyżkach. Pieniądze popłyną zarówno do gospodarstw domowych jak i do przedsiębiorstw.

To ogromna kwota, większa niż roczny budżet polskiego rządu. A program będzie finansowany z długu zaciąganego przez państwo niemieckie, z użyciem pozabudżetowego funduszu. Czyli w podobny sposób jak programy osłonowe dla firm w pandemii COVID-19. 21 października program zatwierdził niemiecki parlament.

"To dobra wiadomość dla wszystkich, którzy z niepokojem patrzą na swoje dodatkowe koszty, a także dla rzemiosła i przedsiębiorstw" - mówił tego dnia niemiecki kanclerz Olaf Scholz.

Program nie jest jednak jeszcze zaakceptowany przez KE jako dopuszczalna pomoc publiczna. To jeszcze przed nami.

Skąd te liczby

Skąd więc minister Romanowski wziął „pulę środków” i swoje liczby? Tych samych liczb używał już europoseł PiS Zbigniew Kuźmiuk. Doprecyzował jednak w wywiadzie z Radiem Maryja z 10 października, że mowa jest tutaj o wartości zaakceptowanych programów pomocy publicznej między 24 marca a 19 września tego roku.

Być może pomylił się i chodziło mu o 24 lutego - początek rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W przeciwnym razie mamy sześć miesięcy, a nie siedem - co później sugeruje Kuźmiuk.

Kuźmiuk użył tych liczb, gdy 12 października wysłał w Parlamencie Europejskim oficjalne zapytanie, w którym pisze:

"W mediach pojawiły się informacje, że w ciągu ostatnich 7 miesięcy KE zaakceptowała 97 programów pomocy publicznej z 24 krajów członkowskich na łączną kwotę ponad 435 mld euro.

Z tego pomoc udzielona Niemcom przekroczyła 226 mld euro, co stanowi blisko 52 proc. całej pomocy unijnej, Francji kwotę 160 mld euro czyli blisko 37 proc. pomocy unijnej, a więc te kraje to prawie 90 proc. całej pomocy publicznej".

Kuźmiuk nie sugeruje tutaj podziału pieniędzy z określonej puli unijnej, poprawnie wskazuje, że chodzi o zaakceptowane przez KE środki. Przekaz został więc zniekształcony później. Kuźmiuk kończy pytaniem:

"Czy KE jest gotowa w dalszym ciągu wyrażać zgodę na tak zróżnicowaną pomoc publiczną dla poszczególnych krajów w UE, szczególnie w sytuacji kiedy rządy Niemiec i Francji zapowiedziały kolejne programy pomocowe odpowiednio na kwoty 200 mld euro i 100 mld euro?".

Nie jest do końca jasne, skąd pochodzą przedstawione przez Zbigniewa Kuźmiuka liczby. Trudno jednak oceniać pełen obraz pomocy publicznej na podstawie wycinka roku. Dane za cały 2022 rok pojawią się w 2023 roku. Spojrzenie na liczby z ostatnich lat sugeruje, że nie ma takiej nierównowagi, którą sugerują politycy Zjednoczonej Prawicy.

Podział w ostatnich latach

Polska nie powinna narzekać - Komisja Europejska zatwierdza nam programy pomocy publicznej. Co roku publikuje statystyki dotyczące pomocy publicznej w całej wspólnocie. W 2021 roku pod względem wartości zatwierdzonych programów w stosunku do PKB z 2020 roku mieliśmy drugie miejsce, zaraz za Grecją. W 2020 roku było podobnie, tym razem tuż za Maltą.

To czas pandemii, a większość programów dotyczyła właśnie pomocy związanej z nią. W liczbach nominalnych kolejność odwzorowuje mniej więcej wielkość poszczególnych gospodarek unijnych.

W 2021 roku na pierwszym miejscu byli więc Niemcy, na drugim wciąż uczestnicząca wówczas we wspólnym rynku, a więc i w programach pomocy publicznej Wielka Brytania, na trzecim Francja. Polska na miejscu piątym.

Wyprzedzaliśmy Hiszpanię i Holandię, które nominalnie mają większe gospodarki. W większych środkach dla Polski można dopatrywać się zasady spójności.

Statystyki dotyczące pomocy publicznej pokazują też dobrze, w jak trudnych czasach żyjemy. Polska w latach 2010-2019 wydała na pomoc publiczną 40,4 mld euro. A w samym 2021 było to 25,2 mld euro. Dla Niemiec w okresie 2010-2019 było to 312,9 mld euro. Rzeczywiście znacząco więcej, bo znacznie większa niemiecka gospodarka może sobie na więcej pozwolić.

Pamiętajmy, że zgadzając się lub nie na pomoc publiczną, Komisja Europejska nie ocenia tego, ile który kraj wydaje pieniędzy i czy środki te odzwierciedlają równowagę gospodarczą. Chodzi tylko i wyłącznie o to, czy dane środki nie naruszą konkurencji w ramach wspólnego rynku.

Kość niezgody

Niemiecki program od początku budził kontrowersje na arenie unijnej. Problem polega bowiem na tym, że nie każdy kraj może pozwolić sobie na zaciągnięcie tak potężnego długu. Niemcom zarzuca się więc brak solidarności z europejskimi partnerami.

„Bezprecedensowy pakiet niemieckiej pomocy ma jedną, główną przeszkodę – Margrethe Vestager” – zaczyna się tekst na stronie serwisu Politico.eu z 6 października. Pochodząca z Danii Vestager jest komisarzem do spraw konkurencji. To ona więc ostatecznie odpowiada za podjęcie decyzji o zaakceptowaniu lub odrzuceniu niemieckiego planu pomocy dla niemieckich obywateli i firm.

Autorzy Politico podkreślają, że przed Vestager trudna decyzja. Kraje wspólnoty obawiają się, że tak duża kwota może istotnie zaburzyć równowagę rynkową w Unii i dać niemieckim firmom nieuczciwą przewagę.

Wątpliwe jednak, żeby środki zostały zablokowane. Vestager musi natomiast wykazać, że środki nie wpłyną na konkurencję negatywnie. Może też domagać się zmian w programie, by ten cel osiągnąć. Proces najpewniej nie będzie jednak długi – w przypadku pomocy covidowej UE dosyć szybko akceptowała kolejne programy.

Niemcy bronią się, że pakiet jest w obecnych warunkach wojny energetycznej konieczny, a rozłożenie go na lata 2023 i 2024 skutkuje tym, że odpowiedź jest proporcjonalna.

Sojusz włosko-francuski

Politycy Solidarnej Polski i PiS stawiają Niemcy i Francję jako wspólny blok przeciwko reszcie Unii, a przede wszystkim przeciwko Polsce. Tymczasem linia podziału w sprawie ogromnego niemieckiego pakietu pomocowego przebiega zupełnie inaczej.

Sojusz stworzyły Francja i Włochy, które razem nawołują do europejskiej solidarności i ogólnoeuropejskich rozwiązaniach zamiast radzenia sobie w ramach krajowych systemów.

Dochodzi też do podziałów w samej Komisji Europejskiej. Komisarze - wyznaczani przez rządy krajowe - teoretycznie nie powinni być ich przedstawicielami. Sprzeciw wobec niemieckiego planu swoim nazwiskiem firmują jednak włoski Komisarz do spraw gospodarczych Paolo Gentiloni i francuski Komisarz ds. Rynku Wewnętrznego i Usług Thierry Breton.

"Działania podejmowane na poziomie krajowym mają istotne skutki uboczne dla innych państw członkowskich, więc skoordynowane podejście na poziomie europejskim jest bardziej krytyczne niż kiedykolwiek" – mówił na początku października Gentiloni po spotkaniu unijnych ministrów finansów.

Fałszywa analogia Kowalskiego

„Ursula von der Leyen nie zgodziła się m.in. na polska propozycję, aby ustalić maksymalną cenę na rosyjski gaz ziemny dla wszystkich odbiorców, którzy jeszcze go otrzymują w Unii Europejskiej. Chodziło o to, by drastycznie ograniczyć zyski Władimirowi Putinowi i jego reżimowi. Nie było jednak zgody KE. Tymczasem teraz Von der Leyen przychylnie patrzy na działania Olafa Scholza” – mówił dla TVP. Info Janusz Kowalski, odnosząc się do niemieckiego pakietu pomocowego.

Kowalski myli jednak porządki. Unia wciąż ostatecznie nie odrzuciła propozycji maksymalnej ceny na rosyjski gaz ziemny, którą popiera Polska i kilka innych krajów. Jest to część większego pakietu i wciąż trwają nad nim prace, choć rzeczywiście się przeciągają.

Z KE płyną różne sygnały. We wrześniu mówiło się, że cena maksymalna zostanie raczej zastąpiona podatkiem od nadzwyczajnych zysków dla spółek sprzedających gaz, ale propozycja ceny maksymalnej na import gazu z Rosji wciąż była na stole.

Niemniej, porównanie Janusza Kowalskiego jest pozbawione podstaw. Mówimy o wspólnym, europejskim rozwiązaniu, które trzeba przedyskutować na forum Unii, a zgodzić się na nie musi większość krajów. Z drugiej strony mamy pakiet pomocowy jednego z krajów członkowskich, który KE będzie musiała zaakceptować jako pomoc publiczną. Proces decyzyjny jest więc zupełnie inny.

KE zaakceptuje też programy innych krajów

Razem z Niemcami krytykowana jest Francja. Ale Francuzi nie zaproponowali podobnego programu jak Niemcy i nie czekają teraz na jego akceptację. Francja planuje ograniczyć podwyżki cen energii dla gospodarstw domowych o maksymalnie 15 proc., co ostatecznie też będzie kosztowało miliardy euro i również będzie wymagało akceptacji KE. A ta z pewnością taki program zaakceptuje. Tak najpewniej będzie w każdym kraju, który podejmie podobne kroki.

Według polskiego rządu, zamrożenie cen prądu dla gospodarstw domowych będzie kosztować budżet państwa 23 mld złotych. Razem z kosztem pomocy dla przedsiębiorstw energochłonnych to już około 30 mld. A bardzo możliwe, że to nie koniec wsparcia. Polskie rozwiązania rozpisane są na krótszy czas niż w Niemczech, ale dysproporcja dalej jest bardzo duża.

Warto śledzić dalsze kroki Komisji Europejskiej i rządów UE.

Europejska polityka jest znacznie ciekawsza niż odmalowują to politycy PiS i Solidarnej Polski. Niemiecki plan, być może z pewnymi poprawkami i zastrzeżeniami – prawie na pewno otrzyma akceptację od Margrethe Vestager. Upadek niemieckiego przemysłu kosztowałby bowiem Unię zbyt wiele.

Pytanie, jakie wspólne działania w walce z wysokimi cenami energii zaakceptuje ostatecznie KE i jakie kroki podejmą poszczególne rządy.

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne