0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il: Mateusz MirysIl: Mateusz Mirys

O Chemnitz, średniej wielkości mieście na południu Saksonii, niedaleko granicy z Czechami, większość Niemców wie tyle, że jest brzydkie i nic się w nim nie dzieje. Niby jest to miasto wielkości Gdyni, ale po drodze „do niczego” i niczym się niewyróżniające. Nie jest nawet podpięte pod sieć pociągów dalekobieżnych – kto chce się dostać do Chemnitz, musi jechać godzinę pociągiem lokalnym do Drezna albo Lipska i dopiero tam przesiąść się w pospieszny.

Prawie całkowicie zbombardowane w czasie wojny, w czasach Niemieckiej Republiki Demokratycznej zostało odbudowane na szybko, by zaspokoić pilne potrzeby mieszkaniowe – i w efekcie bez ładu i składu, głównie wielką płytą, bez przesadnej dbałości o odbudowanie historycznej starówki. W efekcie dziś to miasto bez znaczących zabytków, za to pełne bezimiennych blokowisk, strukturalnego bezrobocia pozostałego po zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku, upadłego przemysłu i ogólnego braku możliwości.

Oraz z problemem prawicowego ekstremizmu wśród młodych. Miasto, z którego raczej się wyjeżdża, niż do niego przenosi.

Ale Chemnitz ma jedną rzecz, której nie ma żadne inne miasto – i jest z tej rzeczy bardzo znane. To słynna ogromna głowa Karola Marksa. Rzeźba autorstwa Lwa Kerbela ma siedem metrów wysokości (piętnaście, jeśli liczyć razem z cokołem) i jest drugim co do wielkości popiersiem na świecie, po pomniku głowy Lenina w Ułan-Ude.

Niektórzy pamiętają jeszcze, że między 1953 a 1989 rokiem Chemnitz, wtedy czwarte co do wielkości miasto NRD, nazywało się Karl-Marx-Stadt (Miasto Karola Marksa). Zostało tak nazwane w siedemdziesiątą rocznicę jego śmierci, choć z Marksem nigdy nie miało nic wspólnego, a sam Marks nigdy go nawet nie odwiedził. Pomnik Marksa upamiętnia to wydarzenie. Został postawiony w 1971 roku i mimo upadku komunizmu oraz rozwiązania NRD nie został usunięty.

W 1990 roku miasto wróciło do historycznej nazwy Chemnitz. Pomnika Marksa stoi, jak stał. Równie obce wobec tkanki i historii miasta w momencie powstania jak Pałac Kultury i Nauki dla Warszawy, popiersie Marksa stało się wizytówką Chemnitz i głównym magnesem dla przyjezdnych.

Przeczytaj także:

500 razy Marks

Akceptacja dla obecności Marksa w przestrzeni publicznej nie jest jednak chemnitzką anomalią, historycznym artefaktem konkretnego miejsca. To samo możemy zaobserwować w całym kraju. W każdym większym mieście jest ulica Karola Marksa. Samych ulic jego imienia jest w Niemczech ponad 500, do tego dochodzą jeszcze 52 place. Hamburg, Monachium, Frankfurt, Kolonia, Berlin – wszystkie mają ulice jego imienia.

Trewir, miasto przy granicy z Francją, w którym Marks się urodził, otwarcie celebruje związki z Marksem.

W Berlinie Marksa jest chyba najwięcej. Ulice są dwie, plus plac. Jedna z nich, Karl-Marx-Straße (ulica Karola Marksa), znajduje się w dawnym Berlinie Zachodnim, w dawnej robotniczej dzielnicy Neukölln. Nazwę otrzymała w 1946 roku. Niewielki plac Karola Marksa przylega do niej, a nazwę otrzymał w 1950 roku w wyniku decyzji władz Berlina Zachodniego o usunięciu wszelkich władców z nazw ulic (wcześniej placyk nosił imię Hohenzollernów).

Druga ulica to Karl-Marx-Allee (Aleja Karola Marksa), nazwana tak w 1961 roku (wcześniej nazywała się Stalinallee, Aleją Stalina, a przed wojną Große Frankfurter Straße, tj. Wielką Frankfurcką).

Karl-Marx-Allee to reprezentatywna aleja dawnego Berlina Wschodniego, rozbudowana po wojnie w stylu klasycyzmu socjalistycznego. Dziś jest atrakcją turystyczną. Z kolei Karl-Marx-Straße jest zwykłą, choć ładną, arterią miejską. Regularnie dochodzi do pomyłek i mieszkańcy tej drugiej niejednokrotnie muszą przekierowywać z niej zdezorientowanych turystów, którzy, wychodząc z metra, spodziewali się zobaczyć monumentalną architekturę socjalistyczną, a trafiali na zwykłą ulicę z typowymi dla wielu niemieckich miast późnodziewiętnastowiecznymi kamienicami.

Mieszkańcy przyzwyczaili się do dwóch ulic Marksa, a Berlin, mimo wiecznych pomyłek turystów, ani myśli zmieniać nazwy którejkolwiek z nich – ani nawet nazw przystanków metra, żeby Karl-Marx-Allee miała swój przystanek tak jak Karl-Marx-Straße (linia metra, która biegnie wzdłuż Karl-Marx-Allee, ma pięć przystanków, ale ich nazwy pochodzą od przecznic).

Dla porządku trzeba jednak dodać, że w Berlinie powtarzające się nazwy ulic nie są rzadkością. Po powstaniu tzw. wielkiego Berlina w 1920 roku, gdy do miasta wcielono wiele okolicznych miast i miasteczek w jeden wielki organizm miejski, na ulice o tej samej nazwie można natrafić w wielu dzielnicach, bo wcześniej były w osobnych miastach.

Marx-Engels-Forum: spór o pamięć i historię

To jednak nie koniec śladów Marksa w stolicy Niemiec. W samym centrum, między wieżą telewizyjną, kolegiatą miejską (Berliner Dom, która, wbrew popularnej opinii, nie jest katedrą) i Wyspą Muzeów, znajduje się park o nazwie Marx-Engels-Forum, a w nim inny znany pomnik, tym razem Marksa i Engelsa.

Również ten pomnik jest dziś atrakcją turystyczną. Turyści szczególnie upodobali go sobie do robienia zdjęć. Ogromny siedzący Marks i stojący przy nim Engels mają przez dotyk setek rąk wypolerowane na błysk kolana, ręce i buty. Do zdjęć często ustawiają się kolejki.

Choć o ten pomnik toczyła się burzliwa debata w latach dziewięćdziesiątych, dziś nikt nie zamierza go usuwać. Tamten spór był częścią szerszego sporu między zwolennikami odbudowy historycznego centrum Berlina – do czego potrzebne byłoby wyburzenie enerdowskiej architektury powstałej po wojnie w tym miejscu, w tym szczególnie ogromnego Pałacu Republiki, w którym siedzibę miał m.in. parlament NRD – i zwolennikami zachowania jej całości lub części w formie, w jakiej była w momencie zjednoczenia. Ostatecznie zwolennicy odbudowy wygrali i mimo protestów Pałac Republiki wyburzono w latach 2006–2008, a w jego miejsce odbudowano pałac królewski Hohenzollernów.

Pomnik Marksa i Engelsa, jako że był elementem układu urbanistycznego wokół Pałacu Republiki, mógł spotkać ten sam los co Pałac. W 1991 roku ulicy, przy której stoi, przywrócono nazwę Ratuszowa (Rathausstraße). Nazwa Marx-Engels-Forum, którą nosiła do tej pory, ostała się tylko dla niewielkiego parku wokół pomnika. Po zjednoczeniu mieszkańcy traktowali ten pomnik z typową dla Niemców ironią udającą powagę. Żartowano, że na tle opustoszałego i czekającego na wyburzenie Pałacu Republiki wyglądają, jakby szykowali się do drogi: Marks siedzi na walizce, Engels już stoi. W 1990 roku ktoś namalował na nim hasło „Następnym razem uda się lepiej”, później ktoś inny dopisał „Jesteśmy niewinni” (rok później ktoś inny zamalował „nie” z ostatniego słowa).

Ostatecznie w 1993 roku berlińska Komisja ds. Zabytków podjęła decyzję o utrzymaniu pomnika w dotychczasowej lokalizacji. Podane uzasadnienie dobrze pokazuje, w jaki sposób w Niemczech myśli się o spuściźnie Marksa i Engelsa.

Według Komisji pomnik honoruje dwóch Niemców o ogromnym znaczeniu dla historii,

których wpływ na społeczeństwo jest znacznie większy i szerszy niż przedstawiany w propagandzie enerdowskiej – i jako taki zasługuje na ochronę.

Eksponować czy schować?

Mimo to dyskusje o obecności tego pomnika w samym centrum stolicy wracają co jakiś czas. Ostatnia większa afera wybuchła w 2012 roku, po tym, jak ówczesny federalny minister budownictwa Peter Ramsauer (z bawarskiej konserwatywnej CSU) publicznie zażądał, by pomnik – tymczasowo przesunięty na skraj parku w związku z budową linii metra – nie wracał już na poprzednie miejsce, ale został przeniesiony na cmentarz w odległej dzielnicy Friedrichsfelde, zwany cmentarzem socjalistów (po 1919 roku, kiedy pochowano tam współzałożyciela SPD Wilhelma Liebknechta, stał się miejscem pochówku licznych działaczy socjaldemokratycznych, socjalistycznych i komunistycznych). Ramsauer argumentował, że cmentarz będzie odpowiednim miejscem dla pomnika. — To swoiste centrum resztek po socjalizmie — mówił Ramsauer.

W odpowiedzi berliński Senat (organ wykonawczy miasta i landu Berlin) przyjął uchwałę, w której stwierdził, że pomnik Marksa i Engelsa przynależy jako dokument epoki do historii miasta i musi zostać. Michael Müller z SPD, ówczesny berliński senator ds. budownictwa (i późniejszy prezydent miasta), publicznie nazwał pomysł Ramsauera wypieraniem historii, a Eberhard Diepgen (CDU), który był merem Berlina w latach dziewięćdziesiątych i cieszył się ogromnym szacunkiem, stwierdził, że Ramsauer swoją wypowiedzią niepotrzebnie wbił kij w mrowisko. Sam też opowiedział się przeciwko usuwaniu pomnika na przedmieścia, choć przyznał, że wolałby, by był w obecnym miejscu mniej eksponowany. Kilka lat później pojawiały się jeszcze pomysły, by pomnik przenieść na teren pobliskiego Uniwersytetu Humboldtów, gdzie studiowali zarówno Marks, jak i Engels – nie zostało to jednak potraktowane jako poważna propozycja.

Obecnie los pomnika wciąż nie jest jednoznacznie zabezpieczony, choć wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że zostanie zabrany z centrum miasta. Niejasne jest jedynie to, czy zostanie w tym samym, eksponowanym miejscu w parku, ponieważ całe Marx-Engels-Forum ma niedługo przejść kompleksową renowację i nie wiadomo, czy będzie się to wiązało z przenosinami pomnika w inne miejsce parku.

Upamiętnienie a symbolika

Wyraźnie widać tutaj pewien dualizm. Nazwy ulic poświęcone działaczom socjalistycznym czy komunistycznym nie budzą kontrowersji, i to nie tylko te imienia Marksa. W Berlinie choćby ulica i most Karla Liebknechta – przedłużenie Unter den Linden między Berliner Dom a Alexanderplatz, czyli w bardzo eksponowanym miejscu – czy niedaleki plac Róży Luksemburg nigdy nie były przedmiotem sporów porównywalnych do pomnika na Marx-Engels-Forum.

Wspomniany Diepgen, uzasadniając swoją niechęć do tak centralnej ekspozycji pomnika Marksa i Engelsa, nazwał go symbolem dominacji (czy wręcz hegemonii, bo użył znacznie silniejszego słowa „Herrschaft”) komunistycznej ideologii – i jako taki stanowił on dla niego uszczerbek dla pluralistycznej idei demokracji.

Z kolei wielki pomnik Marksa w jego rodzinnym Trewirze, postawiony tam w 2018 roku w ramach obchodów dwustulecia jego urodzin, wzbudził kontrowersje nie tym, że powstał i kogo przedstawiał, tylko tym, że miasto przyjęło go w prezencie od Komunistycznej Republiki Chin, tj. od autorytarnego reżimu, i w ten sposób podżyrowało jego wiarygodność oraz uwiarygodniło jego

powiązania z historycznym marksizmem – z którego wywodzą się nie tylko komunizm czy socjalizm, ale też socjaldemokracja i częściowo socjalliberalizm.

Instytucje też są ostrożne w przyjmowaniu imienia Marksa. Uniwersytet w Lipsku zrezygnował z Marksa w nazwie po zjednoczeniu, a Uniwersytet w Trewirze odrzucił w 2018 roku pomysł, by przyjąć jego imię. Rektor tej ostatniej uczelni tłumaczył, że Marks jest postacią kontrowersyjną za granicą i w wielu krajach kojarzy się ze zbrodniami licznych reżimów, które inspirowały się jego koncepcjami. Umieszczenie go w nazwie uczelni, a tym samym np. na dyplomach absolwentów, mogłoby być dla nich szkodliwe.

Wybitny filozof i... dziennikarz

Jednym słowem – Niemcy nie mają problemu z upamiętnieniem postaci historycznych, które uważają za ważne dla swojej historii. Mają też ogólną słabość do ludzi słowa i intelektu, co dobrze wyraża popularne wyrażenie o narodowej tożsamości Niemiec: to „kraj/naród myślicieli i poetów” (Das Land/Das Volk der Dichter und Denker).

Niemcy miały ich, szczególnie w ostatnich trzech stuleciach, faktycznie sporo (choćby Kant, Schelling, Fichte, Hegel, Weber, Simmel, Stirner, Luhmann, Arendt, Habermas, Dahrendorf, cała szkoła frankfurcka oraz, oczywiście, sam Marks). Zanim odkryły dla siebie militaryzm po pruskim zjednoczeniu w 1871 roku, były jednym z najważniejszych ośrodków romantyzmu (nie bez powodu do dziś czyta się w szkole, także w Polsce, dzieła Goethego i Schillera), ale też nauki i filozofii.

Karol Marks, niezależnie od kontrowersji wokół części jego spuścizny, jest jedną z najważniejszych postaci XIX wieku.

Jego teksty są nieodzowną częścią programów studiów z filozofii, politologii i socjologii, także w Polsce. Wiele jego idei jest do dziś ważnych (np. teoria klas) i zaskakuje aktualnością (czytanie opisu zmian społecznych z połowy XIX wieku w „Manifeście komunistycznym” czy „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte” uderza tym, jak wiele z jego obserwacji można wciąż przenieść do współczesnego świata).

Marks jest też ojcem właściwie wszystkich współczesnych ruchów i ideologii lewicowych, ruchów robotniczych oraz związków zawodowych. Przyczynił się również do ukształtowania masowego dziennikarstwa (dziś często zapomina się, że Marks nigdy nie był akademikiem i utrzymywał się głównie z pisania do prasy – i alimentów od zamożnego Engelsa – a większość jego tekstów powstała jako materiały dla szerokiej publiczności), a pośrednio także do zdobyczy państwa dobrobytu. Jest też uważany za jednego z ojców założycieli socjologii. Jego znaczenia jako filozofa, myśliciela i analityka społecznego nie sposób przecenić.

Znaczenie Marksa dla niemieckiej historii jest też widoczne choćby w mediach. Przykładowo kiedy publiczna telewizja ZDF realizowała program „Unsere Beste” („Nasze najlepsze”) w latach 2003–2008, Marks pojawił się jako jedna z dziesięciu osób w pierwszym odcinku poświęconym „największym Niemcom”, obok m.in. Lutra, Gutenberga, Goethego czy Einsteina.

Owszem, Marksowi zdarzyły się intelektualne niewypały (jak choćby cały historycyzm, który nie tylko okazał się empirycznie fałszywy, ale którego twórcze przerobienie przez Lenina dało nam marksizm-leninizm). Mimo to jego zasługi przyćmiewają to, co z jego dorobkiem zrobili później inni i jakie zbrodnie popełnili w jego imieniu.

Ponadto specyficzna sytuacja historyczna Niemiec po drugiej wojnie światowej i zbrodniach Holokaustu sprawia, że kwestie przepracowywania historii, odpowiedzialności i winy są w Niemczech centralnym elementem edukacji obywatelskiej. Fragmenty dzieł Marksa (i innych ważnych postaci) czyta się już w szkole, w starszych klasach. Zrozumienie procesów, w wyniku których z ideologii, często początkowo niewinnej, może się rozwinąć zbrodniczy reżim, również należy do najważniejszych celów edukacyjnych niemieckich szkół. Efektem ubocznym jest zwiększona refleksja nie tylko na temat tego, jak ten kraj myślicieli i poetów mógł stworzyć jeden z najbardziej morderczych reżimów w historii, ale też ogólnie na temat tego, kto za co jest odpowiedzialny, jaki ma dorobek i spuściznę, oraz większe zniuansowanie w ocenach postaci historycznych.

I tak Nietzschego nie obwinia się za Hitlera (choć ten ostatni brał od niego garściami, łącznie z koncepcją nad- i podludzi), a Marksa za Lenina i Stalina.

Chrześcijańska, konserwatywna i socjalna nie-prawica

Inną konsekwencją niemieckiej historii jest specyficzne rozłożenie akcentów na scenie politycznej. Ideologie skrajnie prawicowe (w tym przede wszystkim nazistowskie, z oczywistych względów) bardzo długo pozostawały w niemieckim dyskursie tabu.

Hydrze nazizmu co i rusz odrastały głowy. W 1949 roku powstała Socjalistyczna Partia Rzeszy, SRP, partia-córka NSDAP. Neonazistowskiej partii NPD prawie udało się wejść do Bundestagu w wyborach w 1969 roku. W latach 90. XX wieku Niemcy zmagały się ze skrajnie prawicowymi bojówkami. Wreszcie w 2011 roku wybuchł skandal, że nazistowska grupa terrorystyczna NSU przez ponad dekadę dokonywała morderstw na migrantach – udowodniono jej później 10 morderstw, 43 usiłowania, 3 zamachy bombowe i 15 napadów zbrojnych – a policja przez lata nie była w stanie wykryć sprawców ani połączyć kropek między morderstwami.

Spotykało się to zawsze z ostrą reakcją i potępieniem. SRP została zakazana przez trybunał konstytucyjny w 1952 roku, przeciw NPD zmobilizowały się wszystkie demokratyczne partie, a wobec samej partii toczyły się dwa postępowania o delegalizację. Jedyna nadal żyjąca osoba z kierownictwa NSU została skazana w 2018 roku na dożywocie, a cztery inne osoby na wieloletnie kary więzienia za pomocnictwo.

W efekcie na wiele lat określenie „prawicowy” zostało w Niemczech napiętnowane.

Dziś, gdy ktoś użyje tego przymiotnika, praktycznie zawsze będzie to oznaczać skrajną prawicę (np. w nazwie ruchu Omas gegen Rechts, dosłownie: Babcie przeciw Prawicy). Również CDU, główna niemiecka partia na prawo od centrum, oraz jej bawarska siostra CSU pozycjonują się jako chrześcijańska demokracja, skutecznie unikając określenia „prawica”. Działacze CDU/CSU mają to do dziś tak mocno zinternalizowane, że reagują oburzeniem na próby określania ich partii w ten sposób.

Ostatni taki głośny przypadek miał miejsce w 2023 roku, kiedy prowadzony przez niemieckie media publiczne kanał na YouTube skierowany do młodzieży i tłumaczący politykę, „Die da oben” („Ci tam na górze”), przygotował materiał o tym, czym jest prawica i lewica, i określił w nim CDU jako partię prawicową. Friedrich Merz, dziś kanclerz, wtedy kandydat na kanclerza, wyraził wielkie oburzenie – choć głosy krytyki słychać było też ze strony innych partii, w tym liberałów i Zielonych.

Redakcja „Die da oben” musiała przeprosić i zgodzić się na wywiad o tym, jaka ideologicznie jest CDU. Do rozmowy faktycznie doszło i gdy Merza poproszono w niej o trzy przymiotniki, którymi najlepiej określić CDU, podał trzy: chrześcijańska, konserwatywna i socjalna (to ostatnie może w Polsce budzić zdziwienie, ale niemiecka chadecja ma długą tradycję wspierania państwa dobrobytu i socjalnej gospodarki rynkowej). Przymiotnik „rechts” – prawicowy – odrzucił kategorycznie.

Lewicowa duma

W przeciwieństwie do niemieckiej prawicy, której dokonania są największą winą i wstydem dla Niemców, niemiecka lewica ma dorobek, z którego może być dumna. Nie tylko dała światu Marksa i Engelsa, ale też stworzyła organizacyjne i ideologiczne podwaliny pod europejskie (i międzynarodowe) ruchy prodemokratyczne, rewolucyjne i narodowowyzwoleńcze.

Tzw. opozycja przedmarcowa (tj. sprzed Rewolucji Marcowej 1848 roku, centralnego wydarzenia Wiosny Ludów), tworzona przez szerokie spektrum antymonarchistyczne od liberałów po socjalistów, uznana jest dziś za forpocztę niemieckiej demokracji, łącznie z tym, że część aktualnie obowiązującej konstytucji wzorowana jest na powstałej w 1849 roku i nigdy niezrealizowanej tzw. konstytucji frankfurckiej.

SPD, Socjaldemokratyczna Partia Niemiec, to jedna z najstarszych istniejących do dziś partii politycznych w Europie. Ma na koncie walne przyczynienie się do upadku monarchii w 1918 roku oraz walkę z nazizmem – SPD jako jedyna partia w parlamencie głosowała w 1933 roku przeciwko kandydaturze Adolfa Hitlera na kanclerza, a po przejęciu przez niego władzy stała się pierwszą ofiarą terroru. To uwiecznił Martin Niemöller w słynnym cytacie: „Najpierw przyszli po socjalistów, ale ja milczałem, bo nie byłem socjalistą (...)”.

Do osiągnięć SPD należą też ośmiogodzinny czas pracy i inne zdobycze socjalne, nowa polityka wschodnia i rozpoczęcie rozliczania się z własną historią, którego symboliczną kulminacją było uklęknięcie Willy’ego Brandta przed pomnikiem ofiar Getta Warszawskiego w 1970 roku.

W niemieckiej polityce oprócz SPD liczą się jeszcze dwie partie lewicowe: Zieloni i socjalistyczna Die Linke. Razem mają 35–45 proc. poparcia i obsługują nieco inne segmenty lewicowego elektoratu. Wszystkie odwołują się wprost do tradycji ruchów lewicowych i ich marksowskich korzeni, podkreślając ich powiązania z wartościami demokratycznymi i równościowymi.

W niemieckiej polityce można zresztą zobaczyć nie tylko Marksa. Także choćby Róża Luksemburg, późniejsza i znacznie radykalniejsza działaczka socjalistyczna, ma nie tylko swoje ulice, ale też partyjną fundację – Die Linke wybrała ją na patronkę swojej fundacji. Marksa i Luksemburg można regularnie zobaczyć na mieście na koszulkach, torbach i tatuażach.

Fałszywa polska gęba

W Polsce wszystko to byłoby nie do pomyślenia. Marks w opinii większości – a większość w Polsce ma poglądy konserwatywne i prawicowe, ewentualnie liberalno-konserwatywne – to najczęściej zło wcielone i morderca milionów.

Wbrew elementarnej wiedzy historycznej obwinia się go za wszystko, od komunizmu, przez zbrodnie Stalina, po podatki dla przedsiębiorców.

Libertariańsko-anarchokapitalistyczne elementy polskiej sceny politycznej (skupione głównie wokół Konfederacji, choć i Nowoczesna, i część PO, szczególnie ze szkoły balcerowiczowskiej i powiązanych z Centrum im. Adama Smitha, ma w niej swoich przedstawicieli) przypisują Marksowi odpowiedzialność za wszystko, co kiedykolwiek jakakolwiek lewica zrobiła – co oczywiście oceniane jest jako jednoznacznie złe.

Często obrywa się Marksowi i jego zwolennikom za wszelkie systemy redystrybucji (np. podatki) i opieki państwa (np. obowiązkowe ubezpieczenia społeczne i zdrowotne), choć akurat te ostatnie to dzieło Ottona von Bismarcka, który był konserwatystą i monarchistą, a wszelkie ruchy robotnicze traktował z właściwą junkierskiej szlachcie pogardą. Marks obrywa za komunizm, za Lenina, za Stalina, za Związek Radziecki, za wojnę z 1920 roku, za zniewolenie Polski pod butem Moskwy, za strzelanie do górników z kopalni „Wujek” i biedę lat osiemdziesiątych.

Takie drobne szczegóły jak to, że Marks zmarł w 1883 roku i nigdy nie spotkał Lenina ani nie zobaczył na oczy ZSRR, nie był świadkiem rozłamu ruchu robotniczego na socjalizm (reformacyjny, prodemokratyczny, sceptyczny wobec ZSRR) i komunizm (rewolucyjny, niestroniący od dyktatury i totalitaryzmu, sympatyzujący z ZSRR i leninizmem) po 1917 roku, zdają się kompletnie nie mieć znaczenia.

Z kolei to, że Marks był przez lata jedną z osób najgłośniej popierających narodowowyzwoleńczą aktywność Polaków, zdaje się być w Polsce wiedzą kompletnie niszową.

Niepodległą Polskę uważał wręcz za jeden z niezbędnych elementów udanej rewolucji demokratyczno-socjalistycznej i poświęcał jej przez lata wiele uwagi, o czym można poczytać m.in. w obszernej analizie Adama Ciołkosza. Tymczasem papież Grzegorz XVI wydał potępiającą powstanie listopadowe encyklikę Cum Primum, a Pius IX krytykował wybuch powstania styczniowego, nawet jeśli równocześnie upominał cara Aleksandra II za represje.

Piszę to przy pełnej świadomości, że nie każdy musi Marksa lubić ani nie każdy musi mieć lewicowe poglądy. Nie uważam też, że zasługuje on na bezkrytyczne uwielbienie. Był dzieckiem swoich czasów i nie wszystko, co napisał, pozostaje aktualne. W niektórych sprawach mylił się diametralnie. Ale zasług w tworzeniu ruchów i ideologii lewicowych, wkładu w walkę o prawa pracownicze, ochronę najsłabszych członków społeczeństwa, wspieranie demokracji i równości nie sposób mu odmówić. Niemcy to wiedzą i go upamiętniają. W Polsce nie, choć całe swoje życie był jej sojusznikiem.

Na zdjęciu Marta Kozłowska
Marta Kozłowska

Socjolożka, europeistka i politolożka. Adiunktka (post-doc) w Forum Mercatora Migracja i Demokracja (MIDEM) na Uniwersytecie Technicznym w Dreźnie, gdzie odpowiada za analizy dyskursów politycznych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Obroniony z wyróżnieniem doktorat napisała z politycznych znaczeń pojęcia solidarności.

Komentarze