0:00
0:00

0:00

Sceny, nagrane przez aktywistów organizacji Basta i Viva w 2016 i 2017 roku, ogląda się z trudem. Na miejsce, czyli do ubojni Agryf w Szczecinie, wyjeżdżali 13 razy, obserwując z ukrycia trasę zwierząt z transportu do ubojni. Zarejestrowali długie godziny dowodów na znęcanie się nad świniami. Tymi samymi, których ciała trafiły do tysięcy polskich domów w produktach znanych marek: Krakus, Morliny, Berlinki, Morlinki, Mazury, Yano.

"Nieświadomi konsumenci kupią te produkty, wspierając znęcanie nad zwierzętami i sponsorując hodowanie i zabijanie kolejnych pokoleń zwierząt – mówił przy okazji publikacji wyników śledztwa Cezary Wyszyński, prezes Fundacji VIVA! "Przemysł mięsny i jego pracownicy traktują zwierzęta, które mają zostać zabite jak przedmioty odmawiając im prawa do spędzenia ostatnich chwil przed śmiercią bez dodatkowego cierpienia" – dodał.

Cztery lata później zapadł wyrok w tej sprawie. W dziewiątym odcinku "Rzeźni" przypominamy, co zdarzyło się w Szczecinie.

To dziewiąty odcinek naszego cyklu „Rzeźnia", w którym opisujemy, jak wyglądają polskie (i nie tylko) hodowle i jak łamane są w nich prawa zwierząt i naruszane przepisy. Wcześniejsze odcinki cyklu można przeczytać tutaj:

Przeczytaj także:

Droga na rzeź

Rzeźnia Agryf w Szczecinie-Dąbiu to część firmy Animex, która przedstawia się jako "największa na polskim rynku firma mięsna, specjalizująca się w produkcji mięsa wieprzowego i drobiowego oraz przetworów mięsnych". Animex jest częścią Smithfield Foods, jednego z największych światowych producentów wieprzowiny.

"Polityka firmy Animex Foods, oparta na ciągłym rozwoju, koncentruje się na kilku kluczowych obszarach działania: środowisku naturalnym, jakości i bezpieczeństwie produkowanej żywności, dobrostanie zwierząt, bezpieczeństwie pracowników, pomocy lokalnym społecznościom oraz tworzeniu wartości dodanej firmy i jej otoczenia" - czytamy na stronie przedsiębiorstwa.

To, jak wyglądał "dobrostan zwierząt" w drodze na rzeź, udokumentowali aktywiści Basty i Vivy. Jak powtarzają w rozmowach z mediami, w każdej ubojni, którą obserwują, dochodzi do nadużyć i łamania prawa. I przede wszystkim - do znęcania się nad zwierzętami.

Jak było w Szczecinie?

Na opublikowanym przez aktywistów filmie widać, jak pracownicy dźgali zwierzęta prętem, na oślep, wpychając go w małe otwory ciężarówki. Niektóre pręty były popękane, co narażało świnie na jeszcze większe cierpienie. Pracownicy uderzali je i kopali. Wszystko po to, by zapędzić je do ubojni.

W innych scenach widać także, jak zwierzęta tłoczyły się w zagrodzie, wchodziły na siebie, były zestresowane. Krzyczały - tak brzmi ten przeraźliwy dźwięk. Część z nich była bardzo osłabiona, a pracownicy wyciągali je, wlekąc za nogi. Jedną świnię wyciągnęli z ciężarówki za uszy.

Te zwierzęta, które nie potrafiły iść o własnych siłach, pakowane były na wózki, których zazwyczaj używa się do przewożenia martwych świń. Żeby je tam umieścić, pracownicy używali wyciągarki, która szarpała zwierzęta za kończyny.

Newralgiczny moment

"Z przepisów jasno wynika zakaz krępowania kończyn i ciągnięcia za nie" - informowała Viva. Po ujawnieniu filmów Animex zrezygnował z używania wyciągarek. W razie konieczności pracownicy korzystają z maty do przenoszenia świń.

"Załadunek i rozładunek jest newralgicznym momentem procesu hodowania i zabijania zwierząt. Zwierzęta, które spędziły dotychczasowe życie na fermie, nie chcą wchodzić do ciężarówek i z nich schodzić - problemy potęguje hałas, nadmierne tłoczenie oraz przede wszystkim zniecierpliwienie i brutalność pracowników" - pisała Viva przy okazji publikacji śledztwa.

Andrzej Pawelczak, rzecznik Animexu, mówił w rozmowie z TVN24: "Zdarzenia zarejestrowane na filmach są incydentalne. Do jednej rzeźni przyjeżdża dziennie 4-5 tysięcy świń. Nagranie takiego materiału w ciągu kilkunastu miesięcy jest dowodem, że skala jest marginalna. Jeden pracownik niewłaściwie traktował zwierzęta". Dodał również, że firma już podjęła kroki i odsunęła tę osobę od pracy ze zwierzętami.

Aktywiści Vivy od początku twierdzili, że to nieprawda. Komentowali również, że argument o "incydentalności" zdarzeń powtarza się niemal po każdym śledztwie. "Pracodawca chce zrzucić winę na pracownika. My się na to nie zgadzamy" - mówił wtedy Łukasz Musiał z Vivy.

Skazany weterynarz

Akta sprawy dotyczącej znęcania się nad zwierzętami na terenie rzeźni Agryf miały aż 1300 stron. Na wyrok trzeba było czekać cztery lata.

Wcześniej prokuratura postawiła zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem 12 osobom. W sierpniu 2021 Sąd Rejonowy w Szczecinie wydał wyrok na dziewięciu z nich. Żaden z oskarżonych nie stawił się na rozprawie.

Najwyższy wyrok usłyszał lekarz weterynarii pracujący na terenie Agryfu: pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, a także trzy lata zakazu pracy ze zwierzętami i rok zakazu posiadania zwierząt domowych. Dodatkowo sędzia orzekła 3 tysiące zł nawiązki na Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami i grzywnę w wysokości 2,5 tysiąca zł.

Czterech pracowników również zostało skazanych na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok. Do tego sędzia zakazała im pracy ze zwierzętami przez dwa lata i posiadania zwierząt przez rok. Każdy z nich musi zapłacić 2 tys. zł grzywny. Kolejna czwórka pracowników usłyszała lżejsze wyroki: grzywnę 2 tys. zł i nawiązkę po tysiąc zł na TOZ.

Wyrok jest nieprawomocny.

"Winę za to, co działo się w rzeźni, ponosimy my wszyscy, udając, że nie wiemy, w jaki sposób są zwierzęta hodowane, transportowane i ubijanie" - mówiła podczas rozprawy sędzia Monika Orzechowska. "Cały sposób postępowania ze zwierzętami hodowlanymi obciąża nas wszystkich. Problemem jest to, że zwierzęta nie są hodowane, a produkowane" - dodała.

Wyrok z zastrzeżeniami

"Sąd wskazał na ogólną winę wszystkich korzystających z produkcji mięsa i ten ogólny aspekt rozważań należy ocenić pozytywnie. Wskazuje on, że w pewnym zakresie dochodzi do zmian w świadomości społecznej" - mówi Katarzyna Korszewska, pełnomocniczka Fundacji Viva!

Aktywiści Vivy są zadowoleni z rozwiązania sprawy, ale wskazują jednocześnie, że kara dla pracowników kopiących świnie jest zbyt niska. Nie zgadzają się również z oceną sądu, według której wciąganie za kończyny na wózek nie było nadużyciem, bo jest zgodne z polskim prawem. "Zdaniem Fundacji przepisy rozporządzenia europejskiego powinny być stosowane wprost, bez konieczności implementacji do prawa polskiego" - czytamy w oficjalnym komunikacie. Dodają także, że "stosowane rozwiązanie w wyciągarką łańcuchową za kończyny nie było właściwe, co przyznał również Powiatowy Lekarz Weterynarii zeznający w charakterze świadka".

Organizacja ma zadecydować, czy będzie się od tego wyroku odwoływać.

"Ogłoszony wyrok, w tym także skazanie lekarza weterynarii, to kolejne dowody pokazujące, że zwierzęta w ubojniach cierpią, a dodatkowo nie są przestrzegane przepisy ustawy o ochronie zwierząt i rozporządzeń unijnych. Sprawy sądowe pokazują, że problem traktowania zwierząt w ubojniach jest wielopłaszczyznowy, co tym bardziej przemawia za wprowadzeniem obowiązkowego monitoringu w ubojniach, o który zabiegamy" - mówi Łukasz Musiał, koordynator kampanii Stopklatka w Vivie.

Organizacja przygotowała w tej sprawie petycję do Ministra Rolnictwa. Viva podkreśla w niej, że nadzór w ubojniach jest niewystarczający. Przez to dochodzi do łamania przepisów. "Monitoring powinien działać całą dobę, a nagrania z niego powinny być przechowywane co najmniej przez 3 miesiące i dostępne na wezwanie odpowiednich służb, takich jak Inspekcja Weterynaryjna, policja, prokuratura i sądy" - pisze Viva i dodaje: "Taki monitoring przyczyniłby się do poprawy bezpieczeństwa oraz zmniejszenia cierpienia zwierząt".

;

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze