Postkomuna to termin równie pojemny jak lewactwo – postkomunistą nie jest prokurator stanu wojennego Piotrowicz, natomiast postkomunistą jest Adam Michnik, który w PRL był więźniem politycznym

„Wojna polsko-polska to starcie o postkomunizm albo też o uchylenie tego wszystkiego, co postkomunizm w Polsce tworzy” – mówił w styczniu w szkole ojca Rydzyka Jarosław Kaczyński. „Postkomunizm” i diagnoza, że obecny spór PiS z opozycją to walka o zniszczenie układu „postkomunistycznego” będzie wracać w wypowiedziach prezesa.

„Konstytucja utrwala postkomunizm w Polsce, trzeba ją zmienić” – mówił w marcu. „Ten system właśnie się broni. Broni się dlatego, że swoich wewnętrznych i zewnętrznych profitentów” – przestrzegał w czerwcu, na zjeździe Klubów Gazety Polskiej w Piotrkowie Trybunalskim.

Długie trwanie postkomuny

Tę diagnozę powtarzają także bliscy rządzącej partii publicyści. „PiS czeka bardzo trudne zadanie rozmontowania […] wciąż istniejącego systemu postkomunistycznego. […] To zadanie dlatego trudne, że rządy PO umożliwiły różnym elementom tego systemu quasi-demokratyczne przeobrażenie, a przynajmniej dały im demokratyczne alibi i twarz” – diagnozuje na łamach „wPolityce” Stanisław Janecki.

Łatwo byłoby zbyć te diagnozy żartem, że postkomunizm tym mocniejszy, im bardziej słabną faktycznie wywodzące się z dawnego systemu partie – SLD i PSL – a jego wyrazem jest podział sceny politycznej między dwa postsolidarnościowe, centroprawicowe ugrupowania: PiS i PO. Nie należy jednak lekceważyć tego, co historycy nazywają długim trwaniem – pewne struktury działają nawet przez stulecia, wykształcone przez nie praktyki i sposoby myślenia, ciążące nawet wtedy, gdy warunki w jakich powstały dawno odeszły w przeszłość. Współcześni socjologowie tłumaczą niską innowacyjność polskich przedsiębiorstw dziedzictwem gospodarki folwarcznej, ukształtowanej na przełomie XV i XVI wieku. Może więc także 25 przekształceń po roku 1989 to za krótko, żeby wyjść z postkomunizmu?

Teoria postkomunizmu

Skąd w ogóle pochodzi i co znaczy pojęcie postkomunizmu. Współcześnie używane jest  najczęściej jako obelga wobec politycznych przeciwników przez środowiska PiS, Kukiza i narodowców. „Postkomuna” to termin równie pojemny jak „lewactwo” – postkomunistą nie jest prokurator stanu wojennego Piotrowicz, a może być siedzący w więzieniach PRL Adam Michnik.

Pojęcie postkomunizmu ma jednak znacznie bardziej szacowny rodowód. W dyskusji nad transformacją ustrojową Polski postkomunizm oznaczał specyficzną formację społeczną, jaka wytworzyć się miała w naszym regionie po roku ’89 – różniła się zarówno od realnego socjalizmu, jak i od rozwiniętych zachodnich demokracji liberalnych i gospodarek rynkowych.

Teoria postkomunizmu pozostawała polemicznie zwrócona przeciw teoriom ujmującym przemiany po roku ’89 w kategoriach płynnego przejścia od totalitaryzmu do demokracji, od gospodarki nakazowo-rozdzielczej, do rynkowej. Realny socjalizm na tyle odkształcił modernizacyjną ścieżkę krajów Bloku Wschodniego, że wchodząc w globalny rynkowy porządek po przełomie roku ’89, wytworzyły u siebie one zupełnie inny system niż ten znany z Niemiec czy Francji.

Najpełniejszym wyrazem tej teorii jest książka Jadwigi Staniszkis z 1999 roku Postkomunizm: Próba opisu. Swoją teorię postkomunizmu Staniszkis buduje na dwóch filarach. Po pierwsze, na założeniu o negocjowanym charakterze upadku komunizmu, wynikającym z rozpoznania przez jego elity niesterowności systemu. W efekcie zaczynają one na różne sposoby eksperymentować z wprowadzaniem rynkowych mechanizmów, już od lat 80., pod koniec tej dekady decydując się na porozumienie z częścią opozycji i przekazanie jej zadania koniecznych reform. Mają one przywrócić podstawową polityczną sterowność państwu i chronić je przed implozją (a wraz nim jego elity przed gwałtownym upadkiem).

Drugi filar teorii głosi, iż w latach 90. Polska wykształciła swoisty, hybrydowy system ekonomiczny, odmienny od „normalnego kapitalizmu”. Sukces rynkowy zależał w nim głównie od dostępu do informacji i władzy politycznej, kontaktów i kapitału relacyjnego zbudowanych w jeszcze poprzednim systemie, a procesy budowy kapitału od nierynkowych, administracyjnych decyzji. Ten charakterystyczny dla Polski system polityczny Staniszkis nazywa „kapitalizmem politycznym”. Ocenia przy tym, iż w równej mierze budowały i brały w nim udział elity wywodzące się z dawnego systemu, co z opozycji wobec niego.

Kiedy skończył się postkomunizm?

Na książkę Staniszkis wielokrotnie powoływał się prezes Kaczyński. Kłopot z tym odniesieniem jest jednak taki, że już w okresie publikacji tej pracy, Staniszkis zaznacza, że pisze, o okresie który jej zdaniem właśnie się kończył. Polityczny kapitalizm załamuje się jako model pod koniec lat 90., zastąpiony działającym na nieco innych zasadach „kapitalizmem sektora publicznego”. Pierwszy, postkomunistyczny etap transformacji kończy się mniej więcej z końcem pierwszej kadencji Kwaśniewskiego, nowy opisywać należy nie tyle przez odniesienie do PRL, co globalnego podziału pracy, w który coraz mocniej wchodzi polska gospodarka, penetrowana przez wysoko skoncentrowany, ponadnarodowy kapitał.

Innymi słowy: postkomunizm opisuje Polskę 1996, nie 2016 roku. Weźmy np. sektor bankowy. W teorii postkomunizmu autorzy często zwracali uwagę na rolę sektora bankowego, jako tego, który szczególnie silnie miał pomagać ludziom starego systemu ustawiać się w nowym. Banki, kontrolowane przez dawny aparat, miały udzielać ludziom dawnych służb, czy elit partyjnych niezabezpieczonych, tanich kredytów na zakup wyprzedawanych po niskich kosztach państwowych przedsiębiorstw – głosi teoria.

Nawet jednak, jeśli część prywatyzacji w latach 90. tak właśnie wyglądała, to w ciągu ostatnich 25 lat większość sektora bankowego (około 60 proc.) zostało przejęte przez międzynarodowy kapitał finansowy. Podlega on akcjonariuszom z Europy Zachodniej i Stanów, zainteresowanym głównie maksymalizacją zysków, nie wspieraniu dawnych sekretarzy wojewódzkich i ich rodzin.

Od postkomunizmu do „układu”

Staniszkis, pisząc o „negocjowanej rewolucji”, zwracała uwagę, że nie można jej ujmować tylko i wyłącznie w kategoriach „zachowania ciągłości personalnej” między starym systemem a nowym. A to właśnie zrobił już w latach 90. Jarosław Kaczyński, który podzielając wiele obserwacji teorii postkomunizmu, sformułował własną „teorię układu” – wywodzącej się z służb dawnego reżimu, grupy osób faktycznie sterującej przemianami i gospodarką w Polsce.

Problem z tym, że trudno znaleźć dane potwierdzające ten konstrukt. Z renty władzy w okresie akumulacji kapitału w latach 90. korzystali nie tylko postkomuniści. Właścicielami nowych przedsiębiorstw zostawali faktycznie częściowo ludzi, których można uznać za przedstawicieli dawnej nomenklatury, ale (jak pokazują choćby badania prof. Juliana Gardawskiego) nadreprezentowana jest wśród nich także inteligencja techniczna i dawna średnia kadra menadżerska. Jak pokazują przegrane procesy autorów Resortowych dzieci – także w mediach trudno wskazać jakiś „postkomunistyczny układ”.

W ostatnim tomie trylogii o politycznej historii Polski Robert Krasowski pisał: „[już] w 2003 roku teoria układu była anachroniczna, gołosłowna i obsesyjna, nieciekawa nawet dla zbuntowanej publiki. I nagle seria przypadków dodała jej skrzydeł. To był zdumiewający spektakl, kolejne afery, które wybuchały w epoce Millera, uwiarygadniały istnienie układu. […] Patrząc na tamte wydarzenia z wiedzą o ich finale, nie sposób się oprzeć wrażeniu, że los drwił sobie z Polaków. Całą sekwencją wydarzeń przekonywał ich do fałszywej wizji”.

Choć wydawało się, że upadek SLD w 2005 roku powinien pogrzebać teorię „postkomunistycznego układu” stało się inaczej – w publicystyce politycznej PiS „układ” został on rozciągnięty na okres rządu PO i koalicje interesów grupującą się wokół tej partii.

Postkomunizm – zakończone przejście?

Takie postawienie sprawy jest bez wątpienia wygodne dla PiS. Pozwala ono przedstawić opozycję wobec ich rządów, nie jako normalną w systemie demokratycznym opozycję wobec władzy, ale jako obrońców skorumpowanego, obłożonego totalitarnym piętnem systemu. Co paradoksalne, piętnowanie przez tę partię jej przeciwników jako „postkomunistów” łączy się z faktyczną kooptacją funkcjonariuszy dawnego reżimu (wspomniany Piotrowicz), czy obsługiwaniem PRL-owskich nostalgii (od pomysłów na telewizję Jacka Kurskiego do pomysłów na szkołę ministry Zalewskiej).

Największy jednak problem z nadużywaniem pojęcia „postkomuny” polega na tym, iż  tworzy ono zdeformowany opis rzeczywistości w Polsce. Relacje własności, dostępu do informacji i kapitału po 25 latach coraz mniej wyznaczany jest przez powiązania z dawnego reżimu, a coraz mocniej przez strategie operujących w Polsce międzynarodowych podmiotów gospodarczych. Rozwiązania prawne i praktyki administracyjne, jeśli nawet mają korzenie w PRL, o wiele silniej niż przez postkomunizm określane są przez logikę integracji europejskiej i innych procesów integracji gospodarczej i politycznej, w jakich bierze udział Polska.

Postkomunizm, nawet jeśli wykształcić specyficzna dla siebie formację społeczną, był pewnym przejściowym etapem, który się zakończył. Jak podsumował to politolog Rafał Chwedoruk „Postkomunizm odegrał rolę jako pośrednik i dystrybutor aktywów, które w ramach globalizacji weszły w krąg międzynarodowego rynku”.

Nie oznacza to, że era po postkomunizmie jest wolna od problemów. Ale do ich zdiagnozowania potrzebujemy znacznie subtelniejszych narzędzi, niż „postkomunistyczny układ”.

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym