Prawa autorskie: Krzysztof Cwik / Agencja GazetaKrzysztof Cwik / Age...
20 grudnia 2021

PiS znalazł winnego drożyzny i atakuje politykę klimatyczną UE. Bez skutku, bo bez sensu

Premier Morawiecki znalazł wytłumaczenie dla wysokich cen prądu - to EU ETS, unijny system opłat od emisji CO2. Polska chce zmian, które miałyby ograniczyć ich ciągły wzrost. Będzie o nie trudno, bo wiele państw słusznie wskazuje, że przyczyny drożyzny są zupełnie gdzie indziej

Mateusz Morawiecki ma walczyć na unijnym forum o zawieszenie systemu handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla – podała w czwartek Wirtualna Polska. Tydzień wcześniej wezwali go do tego posłowie, którzy przegłosowali uchwałę dotyczącą polskiej energetyki. Zdaniem rządu znajduje się ona na poważnym zakręcie przez szalejące ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla w systemie EU ETS.

W ramach tego systemu, mówiąc najprościej, emitujący płaci. Nie dotyczy to całej gospodarki. Częściowo wyłączone z opłat są lotnictwo, ciepłownictwo i przemysł. Te branże mogą liczyć na przyznanie bezpłatnych certyfikatów uprawnień z osobnej puli. Konstrukcję systemu EU ETS wyjaśnialiśmy dokładnie w OKO.press:

Po jednodniowym, czwartkowym (16 grudnia) szczycie przywódców unijnych państw dyskusja o rynku uprawnień utknęła jednak w martwym punkcie.

Oddech od rekordowych cen uprawnień

Na ulgowe traktowanie w systemie EU ETS nie mogą liczyć spółki energetyczne. Stawia to Polskę przed znaczącym wyzwaniem — prąd produkujemy w około 70 proc. z węgla. Dlatego bez odpowiednio szybkiej transformacji możemy spodziewać się dalszych wzrostów cen energii, które napędzać będzie to samo zjawisko w wielu innych sektorach gospodarki – szczególnie tych najbardziej energochłonnych.

W czwartek premier sceptycznie wypowiedział się na temat handlu uprawnieniami na łamach „Frankfurter Algemeine Zeitung”.

„Wysoka cena uprawnień do emisji CO2 prowadzi do destabilizacji gospodarczej, a ta z kolei utrudnia realizację polityki klimatycznej UE. Mimo to aktywnie uczestniczymy w zielonej transformacji” - czytamy w liście polskiego premiera do jednej z największych niemieckich redakcji.

Podczas piątkowego posiedzenia sejmu Morawiecki grzmiał z mównicy o „podatku ETS Platformy i Unii”, który nakładany jest na energię. Zapowiedział, że nie zgodzi się na rozszerzenie systemu na nowe branże. Komisja Europejska planuje, by w najbliższych latach opłaty od emisyjności dotyczyły także transportu i budownictwa. W ten sposób mamy dopasować się do strategii Fit for 55, według której Wspólnota do końca dekady ma ograniczyć emisję CO2 o 55 proc.

O złej prasie systemu EU ETS w Polsce pisaliśmy już we wrześniu. Rekordowe wtedy ceny certyfikatów wynosiły ponad 67 euro za tonę wyemitowanego dwutlenku. O nawet 20-procentowych podwyżkach rachunków mówił wtedy w portalu WNP.pl były prezes Urzędu Regulacji Energetyki Mariusz Swora. Wypisanie się z unijnego systemu postulowali między innymi politycy Solidarnej Polski.

Dziś ceny szybują powyżej poziomu 80 euro za tonę CO2. Według analityków Fundacji Instrat przeciętne gospodarstwo wyda w przyszłym roku na rachunki za elektryczność o 264 złote więcej. Dlatego jeszcze w środę mówiło się o tym, że Mateusz Morawiecki będzie przekonywał do całkowitego zawieszenia EU ETS do momentu wypracowania nowych zasad jego funkcjonowania.

Inaczej sprawę przedstawia jednak Centrum Informacyjne Rządu, na które powołuje się portal Biznes Alert. Według informacji serwisu Polska będzie próbowała przekonać Wspólnotę do reformy EU ETS, choć niekoniecznie do jego zawieszenia. Nasz rząd będzie próbował przekonać swoich partnerów do zbijania cen certyfikatów na kilka sposobów. Chodzi między innymi o ograniczenie możliwości handlu podmiotom finansowym (na przykład poprzez wyłączenie instytucji finansowych z transakcji w pierwszym kwartale każdego roku), czy „objęcie tymczasową ochroną konkretnych instalacji ETS, które mogą mieć znaczący wpływ na ubóstwo energetyczne (np. elektrociepłownie)”.

Główni winowajcy - spekulanci?

Czasowa rezygnacja lub uporządkowanie systemu na nowo ma być potrzebne, bo obecnie opiera się on na spekulacji – sugerują przedstawiciele polskiego rządu. Taki wniosek można wysnuć między innymi z listu byłego już szefa resortu klimatu Michała Kurtyki do Komisji Europejskiej. W maju minister zwrócił uwagę, że w ciągu pandemicznych lockdownów zapotrzebowanie na energię spadało – dlatego popyt na uprawnienia powinien być stosownie niższy. Nie powstrzymało to jednak ciągłego wzrostu cen.

Wcześniej, bo już w 2018 roku o spekulacji na rynku certyfikatów mówił profesor Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej.

„Na rynku handlu uprawnieniami do emisji działają różne firmy. Mogą uprawnienia kupować, zgromadzić, podnosić cenę i potem sprzedawać. To typowa spekulacja. (...) Zadziałały złe mechanizmy samego handlu emisjami oraz bierność organów unijnych” - komentował ekspert na łamach portalu CIRE.pl. W podobnym tonie we wtorek 14 grudnia wypowiadał się szef polskiego rządu.

"Będziemy walczyć z tym anormalnym rynkiem ETS po stronie UE. Spekulanci nie mogą korzystać ze wzrostu cen ETS, one muszą być obniżone" – stwierdził Mateusz Morawiecki.

Rekiny finansjery z niewielkim wpływem na rynek

W listopadzie Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) uznał jednak, że na rynku certyfikatów nie ma mowy o nieczystej grze. Biurokraci stwierdzili wprawdzie, że liczba podmiotów handlujących uprawnieniami zwiększyła się, ale nie może być to jednoznacznym dowodem na spekulację. Przedstawiciele ESMA komentują, że certyfikaty można przyporządkować raczej do sektora zasobów energetycznych niż rynku instrumentów finansowych.

Proporcje liczby pośredników i instytucji finansowych (które mogłyby liczyć na ewentualny łatwy zarobek na certyfikatach) i niefinansowych (czyli na przykład spółek energetycznych) obecnych na rynku EU ETS od 2018 roku nie zmieniły się. Ci pierwsi, zdaniem urzędników, nie grają na podwyżki cen, ale jedynie zapewniają płynność rynkowi.

Co więcej, podmioty finansowe handlujące certyfikatami stanowią zaledwie osiem procent całego rynku.

Na razie EMSA wydała skrócone podsumowanie swojego raportu. Jego pełna treść, którą poznamy już w przyszłym roku, ma dać Komisji Europejskiej wskazówki dotyczące ewentualnych zmian w systemie.

Rosnące ceny prądu w wielu państwach

Na pierwszy rzut okiem można przypuszczać, że Polska wcale nie musi być osamotniona w walce z drożyzną na rynku EU ETS. Zwyżki cen energii w hurcie dotyczą wielu krajów wspólnoty. Z taką sytuacją próbują sobie poradzić między innymi Włochy (trzykrotny wzrost od początku roku) czy Hiszpania (czterokrotny wzrost).

Według unijnych danych za pierwszą połowę 2021 roku ceny dla gospodarstw poszły w górę w siedmiu krajach członkowskich. W Polsce nie były wcale najwyższe i wynosiły około 15 eurocentów za kilowatogodzinę (kWh). Według Eurostatu jesteśmy jednak jednym z czterech krajów z najwyższymi cenami wyrażonymi w standardach siły nabywczej. Poza nami na tej liście jest jeszcze Rumunia, Niemcy i Hiszpania.

Właśnie dlatego to ostatnie państwo wymienia się jako potencjalnego sprzymierzeńca polskiej delegacji. Mateusza Morawieckiego miałaby poprzeć również Praga. Ustępujący czeski minister energii Karel Havlíček stwierdził, że „mógłby” poprzeć polską propozycję zawieszenia systemu handlu emisjami. Oszacował, że punkt widzenia Polski podziela połowa przedstawicieli krajów członkowskich. Według informacji portalu Biznes Alert skupiona wokół Polski koalicja składa się poza tym z Estonii, Rumunii, Cypru i Węgier. Trudno sobie jednak wyobrazić, by takie poparcie wystarczyło do wprowadzenia tak radykalnej zmiany.

Trudno sobie też wyobrazić Unię bez systemu EU ETS – twierdzą eksperci. W dyskusji o handlu uprawnieniami do emisji pomija się często jego istotę. Jest on przecież głównym narzędziem Unii w walce z kryzysem klimatycznym i ma zachęcać kraje do stawiania na ekologiczne źródła energii.

"Unia Europejska ma w tej chwili płynny system rynkowy. To elastyczne narzędzie pozwalające redukować emisje w ekonomicznie efektywny sposób" – mówi Izabela Zygmunt, ekspertka polskiego przedstawicielstwa Komisji Europejskiej do spraw Europejskiego Zielonego Ładu.

"Alternatywą mogą być jedynie twarde rozwiązania regulacyjne – limity czy zakazy spalania i wydobycia paliw kopalnych. Trudno oczekiwać znaczących zmian osłabiających ten system tuż po tym, jak Unia Europejska przedstawiła nowe, ambitne cele redukcji emisji podczas listopadowego szczytu klimatycznego ONZ w Glasgow".

Uprawnienia mniej ważne od cen gazu?

Polska propozycja może też zostać zepchnięta na margines debaty o energii przez inny temat – rosnące ceny gazu, który dla wielu krajów jest ważnym surowcem energetycznym. Na przykład we Włoszech stanowi on 45 proc., a w Holandii aż 60 proc całego miksu energetycznego. W całej Unii odpowiada on za 19 proc. produkcji prądu. Koszt wytworzenia magawatogodziny (mWh) energii z gazu wzrósł od stycznia do września tego roku prawie trzykrotnie – z 53 do 153 euro. Rosnące ceny uprawnień odpowiadają za zaledwie 12 proc. tego wzrostu – wylicza think-tank Ember. Niektóre z krajów (jak Portugalia, Hiszpania i Francja) w związku z tym opowiadają się za wspólnotowymi zakupami gazu.

Dla wielu krajów ważniejszym od EU ETS tematem jest mechanizm ustalania cen w hurtowym handlu energią.

Cena prądu na giełdach jest uzależniona od stawki, za jaką sprzedaje się elektryczność z najbardziej kosztownego źródła wchodzącego w danej chwili do miksu danego kraju. Dzięki temu spółki energetyczne mają pewność, że zarobek pokryje wszystkie koszty funkcjonowania ich elektrowni, a największe zyski będzie generować produkcja z najtańszych, odnawialnych źródeł energii.

W większości państw UE tym najdroższym źródłem jest zazwyczaj gaz, którego ceny są obecnie bardzo wysokie. To winduje stawki w hurcie. Do zmiany systemu tak zwanych „cen krańcowych” Komisję Europejską wezwała już Hiszpania, a francuski minister energii nazwał go „aberracją”. Jego kraj w obecnym systemie przepłaca za prąd, który w większości produkuje w elektrowniach nuklearnych.

Unijna komisarz ds. energii Kadri Simson przestrzegła jednak, że rezygnacja z obecnego systemu zagrozi stabilności rynku i pozbawi nas przewidywalności cen. Urzędniczka proponuje, by Wspólnota skupiła się na krótkoterminowych programach osłonowych dla najuboższych.

Stanowisko Komisji poparło dziewięć krajów, w tym Niemcy, Irlandia czy Holandia.

Wątków spornych jest więc wiele, dlatego czwartkowy szczyt zakończył się negocjacyjnym fiaskiem. Przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zapowiada jednak, że liderzy wrócą do tematu energetyki podczas kolejnego spotkania.

Udostępnij:

Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska i Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne