0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.plAgnieszka Sadowska /...

I nowych uciekinierach na zielonej granicy - z Rosji.

Chłopak LGBT z Jemenu pisze do aktywistek o swoich doświadczeniach na granicy polsko-białoruskiej:

Tydzień byłem w lesie. Zachorowałem, miałem gorączkę. Byłem tak zmęczony, że gdy Armia Białorusi nas złapała, to nie potrafiłem iść i nadążyć za oddziałem. Żołnierz uderzył mnie rogami jelenia [aktywistki podejrzewają, że to błąd translatora i chodziło o kolbę broni – red.] (…) Kiedy przybyliśmy do autobusu dla żołnierzy, jeden z nich powiedział, że szedłem za wolno. Odbezpieczył broń i włożył mi lufę w usta. Zapytał się, czy mówię po rosyjsku. A ja nic nie mogłem mówić z lufą w ustach. Żołnierze zaczęli się śmiać”.

„Ewentualna śmierć w lesie to lepsza peprspektywa”

Aktywistki Hope & Humanity Poland zdalnie opiekują się ok. 200 migrantami na Białorusi. Załatwają im noclegi w bezpiecznych domach, transport, jedzenie, leki, pomoc medyczną itd. Są w stałym kontakcie też z wolontariuszami, którzy im tam pomagają: właścicielami mieszkań, lekarzami, taksówkarzami, studentami itd. Na tej podstawie i swojej już rocznej działalności, szacują, że obecnie u naszego wschodniego sąsiada jest od 2,5 do 4 tys. uchodźców.

„Łukaszenka już ich nie ściąga, nawet ich nie chce. Ale przetarł ten szlak i on jest otwarty. Niektórzy dostają wizy białoruskie, część leci przez Rosję i wjeżdża na Białoruś bez wiz”

- tłumaczy Zosia Krasnowolska z Hope & Humanity Poland działająca zdalnie z Wielkiej Brytanii.

Przeczytaj także:

Dlaczego migranci nadal wybierają ten szlak skoro wiedzą o ryzyku, a reżim z Mińska już nie ściąga ich tam mydleniem oczu?

„To ludzie w desperacji. Często uciekają z piekła, a trasa przez Białoruś jest mniej śmiertelna niż ta przez Morze Śródziemne. I nie jest dla nich aż taka straszna. Gdy uciekasz od pewnej egzekucji, tortrur, czy wojny to ewentualna śmierć w lesie to lepsza perspektywa” - tłumaczy aktywistka. Dodaje, że wielu z tych, którym pomagają straciło bliskich w katastrofach na morzu.

Obecnie szlak białoruski wybierają „ludzie z najsłabszymi paszportami na świecie”:

  • Syryjczycy – wojna od kilkunastu lat, do września 2021 wg ONZ ok. 350 tys. ofiar;
  • Jemeńczycy – wg szacunków ONZ do czerwca 2022 zginęło w niej 150 tys. osób, a 227 tys. zł zmarło z głodu, braku dostępu do wody, opieki zdrowotnej itd.;
  • Irakijczycy – kraj na skraju wojny domowej, z licznymi zamachami terrorystycznymi, bezprawiem;
  • Afgańczycy – reżim Talibów kontynuuje prześladowania;
  • Etiopczycy – wojna w Tigrayu pochłonęła od 300 do 500 tys. ofiar;
  • Erytrejczycy – jeden z najbardziej okrutnych reżimów na świecie, silne prześladowania polityczne;
  • Kongijczycy - Demokratyczna Republika Konga od lat targana wojnami, obecnie partyzanci zabijają ludność w pobliżu granicy z Ugandą.
  • Po wybuchu demonstracji w Iranie na granicy zaczęli się znów pojawiać obywatele z tego kraju.

Tylko w czwartek i piątek (20 i 21 października) Krasnowolska dostała wiadomości od czterech nowych rodzin z Iranu.

Są też emigranci ekonomiczni: z Kuby, Haiti, Sudanu, Nigeriii, Egiptu.

Większość uchodźców to dobrze wykształcona elita, ludzie, którzy mieli własne firmy, pracę. „Zdarzają się niepiśmienni, ale rzadziej – biednych nie stać na tę podróż” tłumaczy aktywistka.

  • Egipcjanka ucieka, bo rodzina jej nieżyjącego męża najpierw dokonała obrzezania 2 nastoletnich córek (13 i 16 lat), a teraz chciała zmusić je do poślubienia mężczyzn starszych o 20-30 lat.
  • Osoby LGBT+ uciekają, bo w takim Sudanie czy Iraku grozi im śmierć tylko za to, że są np. gejami. Krasnowolska: „Jeśli podpadniesz jakieś milicji w Jemenie to nie pomoże ci ani dobre wykształcenie ani pieniądze.” Aktywistki pomagają migrantom, którzy przeżyli już potworne traumy. Stracili rodziny na wojnie, byli torturowani, aresztowani, prześladowani.
  • Na Białorusi walczą o przeżycie. Rodziny ukrywające się w jednym mieszkaniu są w stanie kraść jedna drugiej jedzenie. „To darwinowska walka o przetrwanie”, mówi aktywistka. Niektórzy tam utknęli na dobre – są od ponad roku. Większość przejada w ten sposób życiowe oszczędności – często, by wyjechać sprzedali dosłownie wszystko, zadłużyli się.

W oceanie problemów aktywistki mówią o wysepkach radości. Opowiadają o rodzinie z małymi dziećmi, która ukrywa się od tak dawna, że ich dzieci nie miały nawet szczepień. Aktywiści im je zorganizowali. W połowie października inna migrantka objęta opieką H&HP - ciężarna Kubanka – po próbie przejścia przez zieloną granicę wróciła na Białoruś i tam szczęśliwie urodziła.

Aktywistki organizują zbiórki, by takie noworodki wyposażyć we wszystko, co potrzebne. Pieluszki są na Białorusi są drogie, bo importowane - paczka ok. 20 dolarów. Bezpieczne mieszkanie dla czwórki dorosłych + 2 dzieci - 600-800 dolarów miesięcznie. Do tego potrzeba pieniędzy na jedzenie, ubrania, które migrantom szybko niszczą się w lesie. By zebrać pieniądze, H&HP organizuje aukcje. Produkty na sprzedaż dostarczają sympatycy. Ostatnio za „zieloną latarnię” od Kamila Syllera – prawnika, mieszkającego przy granicy, który rozpoczął akcję „zielone światła”, tj. miejsc pomocy dla migrantów - katedra Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego zapłaciła 5,1 tys. zł.

„Na granicy są traktowani gorzej niż zwierzęta”

Krasnowolska:

„Oni myślą, że w Europie obejmą ich prawa człowieka, bo wiedzą, jak przyjmowaliśmy Ukraińców. Tymczasem na granicy są traktowani gorzej niż zwierzęta”.

Zwłaszcza po białoruskiej stronie. Nadal są bici torturowani, gwałceni, okradani. Pogranicznicy strzelają im pod nogi, szczują psami, tną. Krasnowolska opowiada o Syryjczyku – I. - któremu Białorusini obcięli palec nożycami, jakie miał do cięcia drutu. Zdjęcie nie nadaje się do publikacji.

  • Pod koniec września, według informacji H&HP, między drutami – polskim płotem i białoruską kolczastą zaporą – utknęło w sumie ok. 800 osób. Białorusini nie wypuszczali ich w stronę swoich miast, więc ludzie cierpieli przy granicy.
  • W połowie października aktywiści podawali informację o grupie ok. 50 osób, która utknęła w tej tzw. „strefie śmierci”. Bez jedzenia, picia. Próbowali się dostać z powrotem na Białoruś.
  • Fundacja Ocalenie też miała informacje o większych grupach kilkudziesięcioosobowych trzymanych przez Białorusinów między płotami nawet po 2 tygodnie.
„W pasie śmierci służby nie pozwalają im pójść po wodę, jedzenie. Szczują ich psami. Bardzo, bardzo ciężka sytuacja”

- opowiada Mateusz, nastoletni aktywista z Hajnówki, który już 15 miesięcy pomaga migrantom w lasach.

Efektem tych barbarzyństw są zgony. H&HP wysyła nam zdjęcia ciał w lesie osób, które miały umrzeć na granicy. M.in jest ujęcie ciała leżącego blisko płotu, który wygląda dokładnie tak jak ten wybudowany przez polskie państwo. Dostajemy zdjęcia ciał migrantów w prosektoriach na Białorusi – w takich miejscach H&HP też ma swoje kontakty. Ciało migranta, które leżało trzy miesiące, zanim trafiło do kostnicy, jest w zaawansowanym stadium rozkładu. Sina, jakby już zmumifikowana twarz.

O zgonach polskich aktywistów informuje też miejscowa społeczność muzułmańska – pomagają przy pogrzebach migrantów w Grodnie, Brześciu, Mińsku.

„Wiele osób tonie. Nawet w Świsłoczy, która jest ponoć płytka”

- przekonuje Krasnowolska.

„Płot to kolejne narzędzie tortur”

Według Straży Granicznej od powstania wysokiego płotu „znacząco” spadła liczba prób nielegalnego przekroczenia granicy.

„W ubiegłym roku dziennie takich prób było do 800, obecnie - do 120. W ciągu ostatnich 30 dni liczba dziennych prób była od 26 do max 120. Dokładnie to cztery dni były powyżej 100”

– precyzuje por. Anna Michalska, rzeczniczka prasowa Komendy Głównej SG.

  • W sierpniu 2021 SG odnotowała 3531 prób, w tym roku w sierpniu – już „tylko” 936.
  • We wrześniu 2021 – 7 667, a w tym roku 1370. W październiku 2021 – 17 454, a w bieżącym roku do 16 października – tylko 1300.

Rzeczniczka zaznacza, że w tych danych są ujęte próby polegające na tym, że migranci podchodzą pod płot, nie mogą go sforsować i wycofują się na Białoruś. „Najważniejszy element zapory na granicy polsko-białoruskiej, czyli bariera elektroniczna, jeszcze nie powstał” - zaznacza rzeczniczka KG SG.

Aktywiści potwierdzają – jest mniej migrantów niż w zeszłym roku, ale i tak nadal bardzo wielu udaje się przejść przez bariery i zagony żołnierzy.

„Ostatnio prawie codziennie jeździmy na akcję. Dziś mieliśmy jechać do 14-osobowej grupy, potem do sześcio- i trzyosobowej”

– opisuje Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie. „Mamy wezwania o pomoc codziennie, od jednej do kilku grup” twierdzi Aleksandra Chrzanowska z Grupy Granica i Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, która na granicy jest od sierpnia 2021, a od lutego prawie non stop.

Tylko w lipcu – latem więcej migruje – Grupa Granica miała prośby o pomoc od ponad 850 osób. A GG to tylko jedna z czterech głównych grup wolontariuszy, które działają przy granicy na Podlasiu (lokalni wolontariusze, Fundacja Ocalenie, Klub Inteligencji Katolickiej). Z powodu ciągłych push-backów przez Straż Graniczną, niektórym migrantom aktywiści pomagają wielokrotnie.

Tylko jednej nocy, przez relatywnie łatwy odcinek granicy do pokonania (miejsce do informacji redakcji) potrafi przejść do 80 osób. Polscy aktywiści pomagają też uchodźcom, którzy przeszli przez granicę Białorusi z Litwą.

Służby muszą zauważać tę niską skuteczność płotu wybudowanego za 1,6 mld zł, bo wracają dawno temu zlikwidowane punkty kontrolne na drogach.

Przy czym obecnie są one lotne – w różnych miejscach, o różnej porze. Często przy wjeździe i wyjeździe do/z Hajnówki, w Dubach Cerkiewnych, Bondarach.... Aktywiści w lasach częściej też spotykają patrole piesze, zwłaszcza o poranku. „Zrobili się perfidni. Chodzą czasem w ubraniach cywilnych, bo zorientowali się, że morki [migranci - red.] na taki widok nie uciekają” - mówi nam E., jedna z bardzo aktywnych, lokalnych wolontariuszek pomagających nadal uchodźcom przy granicy.

Wszyscy nasi rozmówcy potwierdzają – z powodu 5,5-metrowej bariery, skoków z niej, bardzo wzrosła liczba osób ze złamaniami nóg, rzadziej rąk, skręceniami kostek, czy urazami kręgosłupa, miednicy, palców, stawów. „To prawie codzienność” twierdzi Mateusz. „Jest więcej urazów ortopedycznych” potwierdza Paulina Bownik lekarka, od początku kryzysu leczy migrantów w lasach. Do tego przecięcia concentriną są potężne – trudniej te zwoje pokonywać na wysokości 5 metrów nad ziemią. Łatwiej paść ich ofiarą. Dostajemy zdjęcia ran od tego drutu – tak głębokie i krwawiące, że fotografie nie nadają się do publikacji.

Chrzanowska:

„Płot, to kolejne narzędzie tortur, które uchodźcy spotykają na swojej drodze".

„Kilka razy prosiłem o śmierć”

I. pochodzi z Syrii. „Ile ja okrucieństw tam widziałem na własne oczy” - pisze o lesie granicznym - dostajemy screeny jego wiadomości do aktywistek. W październiku podczas próby przejścia, spadł z płotu po polskiej stronie. Złamał boleśnie nogę. Polacy mieli go „brutalnie” wypchnąć na Białoruś.

„Krzyczałem, błagałem ich o doktora. Trzymałem ręce na krzyżyku, który nosiłem na szyi. Mówiłem im, że nie jestem żadnym terrorystą, że jestem chrześcijaninem. Ale oni zachowywali się jak potwory, jak nie ludzie. Kiedy sobie o tym przypomnę to płaczę, bo nie spodziewałem się, że tutaj znajdę ludzi tak brutalnych”

- pisał do aktywistek.

Trzy dni „czołgał się”. Cierpiał z powodu bólu, głodu, pragnienia, zimna. Sam w „dżungli”. Połamaną nogę, w bucie pełnym błota, ciągnął za sobą. „Kilka razy prosiłem o śmierć – ta przyniosłaby mi ulgę od tego bólu. A czułem go za każdym razem, gdy uderzyłem nogą w gałąź, kamień”. Spał w deszczu, obejmując ciasno rękoma ułamane drzewo. Modlił się o troszeczkę ciepła, by przynajmniej zasnąć na chwilę. Gdy dotarł do jakiegoś płotu po białoruskiej stronie, znaleźli go żołnierze.

„Jeden z oficerów, gdy się upewnił nogą, że moja jest złamana, wrzucił mnie do auta i to z wielką siłą. W ścisku ok. 10 ludzi, ciągle ktoś kopał lub siadał mi na nodze. Krzyczałem z bólu, aż straciłem przytomność. Obudziłem się, gdy polewali mi twarz wodą”

- opisuje. Żołnierze porzucili go gdzieś na skrzyżowaniu dróg rolniczych, blisko siedzib ludzkich, gdzie mógł użyć telefonu.

Trafił do szpitala. Dostajemy szereg zdjęć z jego paskudnym złamaniem. W połowie października miał operację - wkręcono mu śrubę w kość. Doliczamy się 14 szwów na opuchniętej po operacji nodze. Ta teraz spędzi dwa miesiące w szynach/ gipsie.

„Polscy mundurowi też biją, pryskają gazem w oczy, czasem szczują psami”

„Do wiosny/ lata tego roku ludzie mówili nam o przemocy fizycznej niemal wyłącznie ze strony Białorusinów. Ostatnimi miesiącami coraz częściej słyszymy, że polscy mundurowi też biją, pryskają gazem w oczy, czasem szczują psami. Nie tylko niszczą telefony, ale też zabierają im pieniądze i dokumenty. Na porządku dziennym słyszymy o tym. To jest przerażające!”

- mówi Aleksandra Chrzanowska z GG. Twierdzi, że jeden z chłopaków, któremu wczoraj pomagali, został 2 razy wypchnięty przez Polaków za granicę. „Za pierwszym razem go pobili i dali mu gazem po oczach. Za drugim już nie”.

„To prawda. Wzrosła liczba zgłoszeń od migrantów, że są bici, okradani, a kobiety są bardzo źle traktowane” - twierdzi Mateusz z Hajnówki. Mówi o grupie trzech mężczyzn, kobiety i trójki dzieci, w której nawet najmłodsze kilkuletnie zostało spryskane gazem i uderzone pałką.

„Robili to i Polacy, i Białorusini”

- twierdzi.

„Rzeczywiście - mam też informacje, że nasi są zdecydowanie bardziej brutalni od kilku miesięcy” - dodaje Paulina Bownik, lekarka.

Podaje przykład nastolatków z etiopskiego Tigrayu (region pogrążony w wojnie domowej). Zostali pobici, pokazywali obrażenia i twierdzili, że dokonali tego Polacy. Krasnowolska opowiada o chłopaku, którego funkcjonariusze SG rozebrali do bielizny i wyrzucili na Białoruś. Miał szczęście. Bardzo dużo szczęścia – trafił na grupę, która go nie tylko ubrała, ale po przejściu granicy zabrała do Niemiec. „Nie chce nawet teraz powiedzieć o tym, co mu się przydarzyło – tak się boi. A bardzo bym chciała, by ujawnił to”, mówi Krasnowolska.

Aktywistom H&HP migranci mówią o brutalności „Marcina” („psychopata, niektórych torturował”) i „Adama” – tak mają się do nich zwracać inni.

„Od migrantów słyszałem o nich często. Ale do teraz nie wiem, kim są” - twierdzi Mateusz.

Mają działać w regionie Puszczy Białowieskiej.

„Adama zapamiętała kobieta w średnim wieku z dwójką nastoletnich córek. Została przez niego pobita do nieprzytomności. Jakim trzeba być skurw...?”

- pyta Zosia Krasnowolska. I wysyła zdjęcie tej Egipcjanki – nos lekko zakrwawiony i opuchnięty na wysokości oczu. Mateusz dodaje, że mundurowy uderzył ją z pięści.

Aktywistki mówią też o I. z Jemenu, któremu „Marcin” kazał biegać boso „po jakichś chaszczach” i poszczuł go psami. Migrant miał tak zmaltretowane stopy, że na Białorusi trafił do Lekarzy Bez Granic.

Gdy I. po drugim nielegalnym przejściu przez granicę, znów trafił na tego samego mundurowego, psy „zmasakrowały” pewną część ciała jego kolegi. „Nie pisz jaką, bo to będzie charakterystyczne, a boimy się, że chłopak znów może na niego trafić. Polacy też ich straszą, że jeśli jeszcze raz ich spotkają, to ich zabiją” - mówią aktywistki.

Inny polski mundurowy, w wojskowej ciężarówce, pozszywał rany migranta po psie. Zszywaczem.

Dostajemy szereg zdjęć. Rany długie, nawet na 20-30 cm, głębokie, krwawiące, raczej od pazurów niż kłów. Wyglądają fatalnie. Zszywki są kiepsko pozakładane – na niektórych ranach co druga trafiła w środek, zamiast poza. Efekt? Rany rozchodzą się, niektóre ropieją.

„Dziś nasi pogranicznicy złapali grupę z Konga. Chłopaków wypchnęli od razu na Białoruś, a dwie młode dziewczyny – jedna ma 17 lat – oddzielili od nich. Są bez telefonu, nie ma z nimi kontaktu” - Krasnowolska opowiada, przy kolejnej rozmowie do tego tekstu. Dwie godziny później pisze, że dostały smsa od Kongijek.

Migranci nie są w stanie powiedzieć, z jakiej formacji są mundurowi, którzy ich tak traktują. Dla nich wszyscy w mundurach to wojsko. Do tego czasem boją o tym mówić nawet aktywistkom. Żadne z tych pobić nie jest zgłaszane, bo każdy kontakt ze służbami to prawie 100 proc. push-back.

Polacy nadal też robią to, co już rok temu opisywaliśmy: niszczą telefony lub je zabierają, znęcają się psychicznie nad migrantami, przepychają przez druty, zabierają ciepłą odzież, plecaki, wodę itd., by migranci – po push-backu - byli zmuszeni bez niczego wrócić do miast Białorusi.

Aktywistka E. z Podlasia nie zauważyła, by wzrosła liczba skarg migrantów na przemoc ze strony polskich służb. „Powtarzają to, co wiemy od dawna – że Polacy w porównaniu z Białorusinami lepiej ich traktują” dodaje.

Czwórka wolontariuszy opowiada nam też o dwóch przypadkach, o jakich ostatnio jest w ich środowisku głośno - żołnierze polscy przeładowali broń, by do nich mierzyć z niej. „Krzyczeli do nas z daleka: Gleba! Gleba! Gleba!” - opowiada jedna z dziewczyn. To byli żołnierze regularnego wojska.

„Oni się boją. Lasu. Dlatego tak reagują” - uważa E.

Mjr Katarzynę Zdanowicz, rzecznik prasową Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej, pytamy:

  • czy mają jakieś doniesienia o brutalności służb mundurowych na granicy?
  • czy dotarły do nich jakieś informacje o brutalności "Marcina", "Adama" działających w regionie Białowieży?

Nie odpowiada na nasze pytania. Pisze jedynie „Jeśli ma Pan doniesienia o brutalności polskich służb mundurowych, to należy bezwzględnie i natychmiast zgłosić to odpowiednim organom”.

„- Chcę tylko wody - Wracaj do domu”

Nagranie z granicy polsko-białoruskiej, spod płotu, jakie udostępnił aktywistkom H&HP migrant. Rozmowa toczy się po angielsku.

- Chcę tylko wody – mówi migrant.

- Wracaj do domu. Chcecie iść do Niemiec, by tam zbierać pieniądze? - odpowiada mundurowy.

- Nie po pieniądze. Chcę mieć normalne życie, jak każda istota ludzka. Normalnego życia nie ma w Syrii.

- Masz wizę do Polski?

- Nie. Polska nie wydaje wiz Syryjczykom.

- To jesteś nielegalny.

- Wiem, chcę tylko wody.

- Wracaj – mówi mundurowy z karabinem i z zamaskowaną twarzą, już teraz widoczny na ujęciu.

Otwiera kieszeń na środku uniformu, zamykaną na rzepa. Wyciąga z niej coś. Nie widać dokładnie co. Prawdopodobnie to paralizator albo gaz. Syryjczyk – po drugiej stronie płotu, jest o kilka metrów, wystraszył się.

- Okej, okej, okej – i szybko odchodzi.

„Żaden mur na świecie nie spowodował, że ludzie (...) przestaną iść”

Nowością na tej granicy są Rosjanie uciekający przed „mogilizacją”. „Dużo ich jest w Mińsku. Z tego powodu ceny mieszkań bezpiecznych wzrosły tam dwukrotnie. Ludzie wolą wynająć im niż np. Syryjczykom” - tłumaczy Krasnowolska.

Według aktywistów na razie sporadycznie, ale Rosjanie pojawiają się też na zielonej granicy. Bo na przejściach granicznych Polacy nie chcą ich wpuścić do EU.

Chrzanowska opowiada o mężczyźnie, którego nie wpuszczono na granicy w Bobrownikach i za drugim razem udało mu się przejść nielegalnie. Bywają i Białorusini, których z kolei reżim Łukaszenki nie chce wypuścić legalną drogą więc idą przez lasy. Szlak wydeptany przez służby Łukaszenki, mimo zaangażowania tysięcy mundurowych w Polsce i wybudowania wysokiego płotu, nadal działa.

Chrzanowska: „Żaden mur na świecie nie spowodował, że ludzie, którzy desperacko szukają bezpiecznego miejsca do życia, przestaną iść. Bo tam skąd uciekają, ich życie jest zagrożone”.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze