0:00
Prawa autorskie: Martyna Niecko / Agencja GazetaMartyna Niecko / Age...
15 lutego 2021

Naukowcy: podnosi się poziom Bałtyku i zagraża miastom na wybrzeżu

Do końca wieku poziom Bałtyku może się podnieść o 60, a nawet o 100 cm. Gdańsk i inne miasta na wybrzeżu będą więc regularnie podtapiane podczas sztormów. Trzeba będzie decydować, które fragmenty lądu oddać morzu

Wydrukuj

"Nieuchronny charakter i narastające tempo wzrostu poziomu morza pokazują niebezpieczeństwo, jakie niesie zmiana klimatu. W razie niepowodzenia w redukcjach emisji gazów cieplarnianych

być może już niedługo będziemy musieli zmierzyć się z problemem podtopień w strefie przybrzeżnej i przygotować się na zalewanie coraz większej powierzchni lądu"

- czytamy w komunikacie interdyscyplinarnego Zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego przy prezesie Polskiej Akademii Nauk (PAN). Zespół zajął się wpływem ocieplenia klimatu na wzrost poziomu morza. Również Bałtyku, co oznacza konkretne negatywne konsekwencje dla wybrzeża, przede wszystkim miast.

Jak mówi OKO.press prof. Jacek Piskozub, jeden z autorów opracowania, możemy się spodziewać, że Morze Bałtyckie podniesie się do końca o 60-100 cm. Gdańsk i inne miasta wybrzeża jeszcze w tym stuleciu zaczną być regularnie podtapiane podczas sztormów.

"Będziemy też musieli zdecydować, których fragmentów lądu bronimy, a które zdecydujemy się oddać morzu. Takie pytanie z pewnością będziemy musieli sobie postawić w przypadku Helu. Być może sensowniej będzie pozwolić Helowi zostać wyspą i zamiast w wały zainwestować w kilka promów, które będą wozić mieszkańców i turystów na ląd" - mówi naukowiec.

Prof. Jacek Piskozub jest oceanologiem i pracownikiem Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk. Niżej cała rozmowa z naukowcem.

Robert Jurszo, OKO.press: Kiedy poziom wody w Bałtyku podniesie się na tyle, że zacznie zalewać Gdańsk?

Prof. Jacek Piskozub, Instytut Oceanologii PAN: Jeszcze w tym wieku. Za jakieś 25 lat, do 2050 roku będzie to się zdarzało, ale rzadziej.

Ale potem, a już na pewno pod koniec wieku, woda będzie wdzierać się do miasta przy każdym spiętrzeniu sztormowym.

W pierwszej kolejności podtopienia będą dotyczyły znajdującego się na wschodnim brzegu Motławy tzw. dolnego miasta, które jest najniżej położoną częścią Gdańska. Bałtyk będzie podtapiać też inne nadmorskie, nisko położone fragmenty miasta, w tym Park Reagana.

Co w praktyce oznaczają dla Gdańska te podtopienia?

Przykładowo, we wspomnianym Parku Reagana znajdują się ujęcia, z których Gdańsk pobiera 30 proc. swojej wody pitnej. Regularnie zalewane oznacza niebezpieczeństwo ich zasolenia.

Z kolei okresowe zalewanie niektórych dzielnic mogłoby doprowadzić do sytuacji znanej choćby z tych rejonów Wenecji, w których po prostu nikt już nie mieszka na parterze. To oczywiście scenariusz ekstremalny dla obecnego stulecia, ale nie niemożliwy.

O ile do końca wieku podniesie się poziom Bałtyku?

To zależy od tego, ile będzie wynosiła emisja gazów cieplarnianych na świecie. Jeśli pozostanie ona na obecnym poziomie, to możemy się spodziewać podniesienia o jakiś metr. Jeśli zaś uda nam się zatrzymać, zgodnie z celami porozumienia paryskiego, globalny wzrost temperatury na poziomie 1,5 st. C w stosunku do epoki przedprzemysłowej, to będzie to ok. 60 cm.

Do końca przyszłego stulecia, XXII wieku, będzie to kolejny metr, może dwa, jeśli nie będziemy próbować zatrzymać ocieplania się klimatu.

To by oznaczało w zasadzie trwałe zalanie całej historycznej części Gdańska a także jego głównej części.

Czy ten scenariusz jest również aktualny dla innych miast polskiego wybrzeża Bałtyku?

Jeśli mówimy o takich miastach jak Ustka, czy Kołobrzeg, to tak. Podobnie może wyglądać sytuacja w Świnoujściu i w Międzyzdrojach.

A co z miastami, które są połączone dużymi rzekami z Bałtykiem? Czy podtopienia mogą też występować, przykładowo, w Szczecinie nad Odrą i w Toruniu nad Wisłą?

O Toruń bym się nie martwił, bo to miasto znacznie oddalone od wybrzeża morskiego. Natomiast okresowe zalania niektórych nadodrzańskich części Szczecina w przyszłości są realne. Jest niechroniony przed podtopieniami, bo to miasto portowe, które ma nabrzeże przystosowane do cumowania statków, a nie wały przeciwpowodziowe.

Nieco generalizując, można powiedzieć, że zagrożone czasowymi zalaniami są wszystkie miejscowości portowe leżące nad Bałtykiem. A także te, które są położone w jego pobliżu i połączone z nim rzekami.

Dwa lata temu prof. Paweł Rowiński spekulował, że w wyniku zmian klimatycznych linia polskiego Bałtyku może się znaleźć na wysokości Płocka. To jest realny scenariusz?

Gdyby stopił się cały lód Antarktydy i Grenlandii, to poziom morza podniósłby się o 60 metrów. Wtedy nawet Warszawa mogłaby się stać portem morskim (śmiech).

Co ciekawe, nie znaczy to, że wszystko, co na północ od stolicy trafiłoby pod wodę. Na przykład, wyższe części Gdańska i Szczecina nie zostałyby zalane. Ale to oczywiście jest scenariusz całkowicie apokaliptyczny, który w tym momencie nam nie grozi. Na razie martwmy się tym 1 metrem, który stanowi realne zagrożenie dla miast na wybrzeżu.

Podnoszenie się poziomu Bałtyku jest skutkiem globalnego ocieplenia. Ale jakie konkretnie zjawiska za tym stoją?

Są dwie przyczyny podnoszenia się poziomu Bałtyku, i w ogóle mórz oraz oceanów. Pierwszą jest wytapianie się lądolodu Grenlandii, Antarktydy oraz lodowców górskich. Drugą jest samo nagrzewanie się wody morskiej, w wyniku którego dochodzi do zjawiska zwanego rozszerzaniem się termicznym – woda zwiększa swoją objętość.

Kilkanaście lat temu, kiedy zaczynałem wykładać na uczelni, to obydwie przyczyny były zrównoważone.

Dziś w większości, w ok. 60 proc., za podnoszenie się poziomu mórz i oceanów odpowiedzialne jest topnienie lodu.

Istnieją przypuszczenia, że topnienie dotyczy już głębokich partii Antarktydy i warstwa lodu zaczęła się odklejać od skalnego podłoża. Jeśli się potwierdzą, to będą to fatalne wieści, bo to będzie oznaczało destabilizację dużej części Antarktyki.

Co możemy zrobić w związku z podnoszeniem się poziomu Bałtyku? Czy możemy jakoś temu zapobiegać, czy zostaje nam jedynie adaptacja do tej zmiany?

Jak mówiłem, im mniej dwutlenku węgla wyemitujemy, tym lepiej, ale tego procesu nie jesteśmy już w stanie w pełni zatrzymać. Więc pozostaje adaptacja, czyli inwestycje przeciwzalewowe w konkretnych miejscach wybrzeża Bałtyku.

Jeśli chodzi o Gdańsk, to dobrym pomysłem byłaby budowa wrót przeciwsztormowych na Martwej Wiśle, które po zamknięciu zabezpieczałyby miasto podczas sztormów.

Niestety, takiej konstrukcji nie da się postawić na Odrze, by uchronić Szczecin i pobliskie nadodrzańskie miejscowości, bo to rzeka płynąca wartkim nurtem. Jej zamknięcie z powodu sztormu nawet na dwa dni skończyłoby się wzrostem poziomu rzeki i jej wylaniem się z koryta, więc osiągnięty efekt byłby odwrotny od zamierzonego.

Na plażach będzie też trzeba budować kolejne wały przeciwsztormowe, a w portach podnosić nabrzeża.

Będziemy też musieli zdecydować, których fragmentów lądu bronimy, a które zdecydujemy się oddać morzu.

Na przykład?

Takie pytanie z pewnością będziemy musieli sobie postawić w przypadku Helu. Przy czym, zaznaczam, chodzi mi tu o półwysep, a nie samą miejscowość.

Już w latach 80. miał miejsce sztorm, który przerwał ciągłość półwyspu. Jeszcze w tym stuleciu będą sztormy, które będą w stanie odciąć część półwyspu od reszty kraju, jeśli nie będziemy temu zapobiegali próbując budować leżące równolegle do siebie wały przeciwsztormowe, które będą też chronić biegnącą środkiem półwyspu drogę i linię kolejową.

Być może sensowniej będzie pozwolić Helowi zostać wyspą i zamiast w wały zainwestować w kilka promów, które będą wozić mieszkańców i turystów na ląd.

Czy w innych krajach nadbałtyckich problem również jest dostrzegany?

Tak, i tam jest traktowany bardzo poważnie, czego na razie nie można powiedzieć o naszym kraju. W Niemczech, przykładowo, realizują olbrzymi program budowy i podwyższania wszystkich umocnień, a także wzmacniania wydm.

Ryzyko zabierania lądu przez morze jest uwzględnione w prawie budowlanym, bo w landach nadmorskich można stawiać budynki tylko od określonej wysokości nad poziomem morza.

W Europie powstają też pomysły szalone, jak budowa tamy na morzu.

Tama na morzu? To brzmi jak pomysł z filmu science fiction!

Jego autorami są inżynierowie z Holandii. Zamiar jest taki, by w cieśninie La Manche i na Morzu Północnym postawić dwie zapory. Pierwsza miałaby długość ok. 160 km i łączyła Anglię z Francją, druga przebiegałaby między Szkocją a Norwegią i byłaby długa na ok. 500 km.

Dzięki temu w basenie bałtyckim nie trzeba by robić żadnych prac związanych z umacnianiem wybrzeża, bo zostałby on odcięty od podnoszących się wód Oceanu Atlantyckiego.

Proponowane przez holenderskich inżynierów dwie morskie zapory, które odcięłyby część Morza Północnego oraz Bałtyk od Oceanu Atlantyckiego. Źródło: Sjoerd Groeskamp i Joakim Kjellsson, "The Northern European Enclosure Dam for if Climate Change Mitigation Fails", Bulletin of the American Meteorological Society, lipiec 2020, źródło

Czy to w ogóle jest technicznie wykonalne?

To nie jest do końca pewne. Te konstrukcje przez kilkaset lat nie mogłyby w żadnym miejscu pęknąć, np. w wyniku osunięcia się dna, wojny czy ataku terrorystycznego. Musiałyby też być gigantycznie wysokie, ponieważ w kilku miejscach proponowanego przebiegu przez Morze Północne jest nawet 500 metrów głębokości.

Inwestycja byłaby niewiarygodnie droga, bo koszty wstępnie oszacowano na 250-500 mld euro, ale pewnie byłyby i tak przynajmniej wielokrotnie większe.

Abstrahując już od technicznej wykonalności tego pomysłu, to jakoś nie widzę tego, że Polska dołożyłaby, dajmy na to, ze 20 mld euro do tej inwestycji, skoro mamy finansowy problem, by zbudować wrota przeciwpowodziowe w ujściu Wisły.

Podtopienia spowodowane zmianami klimatycznymi to nie tylko europejski problem. Całkowitego zalania obawiają się niektóre pacyficzne państwa jak np. Vanuatu.

Niedawno ukazała się praca naukowa, w której przeczytamy, że w przypadku ograniczenia podniesienia się średniej temperatury do 1,5 st. C od czasów przedprzemysłowych

zagrożone przynajmniej okresowym zalewaniem będę tereny, które obecnie zamieszkuje 200 mln ludzi, a bez ograniczenia emisji - nawet 600 mln ludzi.

W większości to ubodzy mieszkańcy krajów tropikalnych. I to oni, jak zwykle zresztą, ucierpią najbardziej.

Udostępnij:

Robert Jurszo

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne