Donald Trump nie panuje nie tylko nad swoim językiem, ma też bardzo ograniczoną kontrolę nad rzeczywistością. Przekonał się o tym, próbując zakończyć wojnę Rosji przeciwko Ukrainie, przekona się, próbując narzucić kontrolę Wenezueli. A to tylko fragmenty naszej rzeczywistości.
Donald Trump rozpoczął rok, wysyłając światu bombogram w postaci zbrojnej interwencji w Wenezueli. Ogłoszona niedawno strategia bezpieczeństwa narodowego USA nabrała konkretnego wyrazu. Tyle tylko, że pojmanie i aresztowanie Nicolása Maduro wraz z żoną, choć spektakularne, jeśli chodzi o skuteczność amerykańskich oddziałów specjalnych, było najłatwiejszym elementem „brania Wenezueli pod kontrolę”.
Rok dopiero się zaczyna, a już jest o czym rozprawiać.
Jeśli cele Stanów Zjednoczonych są rzeczywiście takie, jak mówi Donald Trump, czyli przejęcie kontroli nad Wenezuelą na tak długo, jak trzeba, by odzyskać m.in. dostęp do wenezuelskich pól naftowych, to perspektywy nie rysują się wesoło. Zwłaszcza jeśli kontrola miałaby oznaczać zapowiadane zaangażowanie wojska USA.
Sekretarz Stanu USA Marco Rubio jest ostrożniejszy i zamiast o inwazji mówi o operacji policyjnej, której celem było pochwycenie międzynarodowego przestępcy. Coś to przypomina retorykę „specjalnej operacji wojskowej” podtrzymywaną przez Rosję od 24 lutego 2022 r. wobec inwazji na Ukrainę.
Fakt, że Maduro nie miał mandatu do sprawowania władzy, bo ostatnich wyborów nie wygrał. Ale nie ustąpił, a z kolei użycie siły zbrojnej wobec suwerennego państwa na pewno nie ma wiele wspólnego z respektem dla prawa międzynarodowego. Bardziej przypomina wojnę wydaną Irakowi przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników w 2003 r. Saddama Husseina udało się nie tylko złapać, ale także osądzić i stracić.
Kontrola nad Irakiem zamieniła się wszakże w katastrofę długotrwałej okupacji kosztującej więcej niż wpływy z irakijskiej ropy naftowej, nie mówiąc o tragicznym rachunku ofiar ludzkich.
Jak będzie w Wenezueli, jeszcze nie wiadomo, wiceprezydentka Delcy Rodriguez, następczyni Maduro, mówi co innego, niż Donald Trump mówi, że Rodriguez mu powiedziała. Tak czy inaczej, kluczowe będą nie słowa, tylko wynikające z nich czyny. A te z kolei będą pochodną dostępnych zasobów i sił.
I niestety jeden z możliwych scenariuszy, podobnie jak było w Iraku, to kolaps państwa i konflikt wewnętrzny, a nawet ryzyko wojny domowej. Co oznaczałoby dokładnie odwrotny efekt od oczekiwanego przez Trumpa, który liczy, że sąsiedztwo USA tworzyć będą państwa stabilne i zgodne z wolą Waszyngtonu.
Najbliższe dni pokażą, w jakim kierunku rozwija się sytuacja i jak będzie korelować z rozwojem innych ważnych procesów, jak wojna w Ukrainie czy kryzys polityczny w Iranie. A także ze stanowiskiem Chin, Rosji, Brazylii, Unii Europejskiej. Dopiero uwzględnienie tego kontekstu umożliwi ocenę, czy interwencja w Wenezueli okaże się kapiszonem, czy też wydarzeniem mającym szansę nadać bieg sprawom w 2026 r. Więc przyglądajmy się, choć nawet wariant „kapiszona” niesie groźne konsekwencje.
Jak groźne, będzie zależało nie tylko od politycznych reakcji reszty świata. Wiele też zależeć będzie od rozwoju innych, pozapolitycznych trendów. Spośród wielu warto wybrać dwa szczególnie ciekawe i jednocześnie potencjalnie niezwykle istotne.
Pierwszy to jeden z powodów amerykańskiej interwencji – ropa naftowa. Wenezuela dysponuje największymi udokumentowanymi zasobami tego surowca, choć lata destrukcji sektora naftowego w tym kraju spowodowały, że wenezuelska produkcja jest znikoma, na poziomie miliona baryłek dziennie. Wenezuelska ropa jest trudna w wydobyciu, ale jest bezcenna jako doskonały surowiec do produkcji oleju napędowego i cięższych frakcji przetwórstwa, jak choćby asfalt.
To ważny szczegół. Rok 2026 zapowiada się jako kolejny rok nadprodukcji ropy naftowej, nadwyżka może sięgać, zgodnie z prognozami Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), ponad 3 mln baryłek dziennie. Tyle że dotyczy to ropy lekkiej. Jeśli chodzi o olej napędowy, świat cierpi na niedobór zarówno odpowiedniego surowca, jak i w efekcie paliwa. Co wpływa na jego cenę. Stany Zjednoczone, które są największym producentem ropy naftowej na świecie dzięki rewolucji łupkowej, surowiec do produkcji oleju napędowego importują, głównie z Kanady, ale także niewielką część z Wenezueli.
Nieuchronnie też zbliża się „peak oil” w USA i najpóźniej w 2027 r. produkcja zacznie maleć. Wenezuelska ropa byłaby więc obiecującym substytutem utraconych własnych mocy, na dodatek stabilizowałaby produkcję oleju napędowego potrzebnego do funkcjonowania logistyki, rolnictwa etc. Eksperci przekonują wszak, że odbudowa wenezuelskiego potencjału to lata pracy i dziesiątki miliardów dolarów inwestycji. I to pod warunkiem stabilności politycznej w kraju.
Niezależnie od kontekstu wenezuelskiego sytuacja na rynku ropy jest co najmniej ciekawa i niepokojąca. Nadprodukcja przekłada się na to, co każdy klient lubi – niższe ceny benzyny. Efekt nadprodukcji lubią też Ukraińcy, bo spadek cen surowca oznacza kłopoty finansowe Rosji. W perspektywie długoterminowej sytuacja nie wygląda dobrze, bo ceny ropy są zbyt niskie, by zachęcały do inwestycji potrzebnych dla utrzymania produkcji w przyszłości.
Teoretycznie to dobrze, bo w przyszłości mamy nie używać paliw kopalnych, zastępując je bezemisyjnymi źródłami energii. Owszem, nawet jednak najbardziej optymistyczne prognozy IEA pokazują, że w 2050 r. ciągle jeszcze większość energii na świecie pochodzić będzie z ropy, gazu i węgla.
OZE przyspieszają ale nie na tyle, by nadążyć za ciągle rosnącym światowym popytem na energię. Więc w efekcie dzisiejszych zaniechań inwestycyjnych może zabraknąć surowca, jego cena wzrośnie – podobny scenariusz procesu wzrostu cen rozpoczęty w 2005 r. doprowadził do globalnego kryzysu finansowego, który wybuchł w latach 2007-08.
Ocena prawdopodobieństwa takiego scenariusza uwzględniać musi przyczynę spowolnionego wzrostu popytu na ropę. Wiadomo na przykład, że nie doszacowano tempa adopcji samochodów elektrycznych w Chinach, gdzie ponad połowa nowych aut jeździ na prąd. A więc nie na benzynę. Ale pojawiają się też hipotezy, że spowolnienie popytu ma charakter strukturalny i wynika z powiększającego się rozwarstwienia dochodowego właściwego dla współczesnego kapitalizmu. Bogaci bogacą się ponadprzeciętnie, reszta stara się utrzymać poziom, ale odkrywa, że dług narasta i zmusza do konsumpcyjnych ograniczeń.
Jeśli te hipotezy są prawdziwe i stagnacja popytu nie wynika z postępu technologicznego i rosnącej efektywności energetycznej, tylko ze spadku siły nabywczej, zamiast zielonej rewolucji technologicznej możemy mieć do czynienia z czerwoną rewoltą społeczną. Jej konkretny wyraz polityczny to na razie wzrost popularności prawicowego populizmu.
Donald Trump także obiecał Amerykanom tanią energię i tanie paliwo. Niewiele na razie jednak robi, żeby podnieść siłę nabywczą swojego elektoratu. Lub jeśli wydaje mu się, że robi, to efekty nie są zadowalające.
Rynki energii są kluczowe, bo od jej dostępności i cen nośników zależy możliwość funkcjonowania gospodarek. Rok 2026 będzie bardzo pod tym względem ciekawy. Na dodatek nie można wykluczyć, że dojdzie w tym roku do przesilenia w innym, najgorętszym obszarze inwestowania – sztucznej inteligencji. Istotna część inwestycji w AI idzie w rozwój infrastruktury energetycznej potrzebnej, żeby zasilać gigaserwerownie obsługujące Metę, Microsoft, OpenAI, Alphabet, Amazon i dziesiątki mniejszych przedsięwzięć.
Inwestorzy zaczynają jednak się już niecierpliwić, bo nakłady rosną szybciej niż wpływy z wykorzystania systemów AI w realnym życiu i biznesie. Jeśli rację ma np. Daron Acemoglu, ekonomiczny noblista i autor klasycznego już artykułu „The Simple Macroeconomics of AI” z 2024 r., to inwestorzy prędzej czy później odkryją, że ich nakłady nigdy się nie zwrócą.
Acemoglu przewiduje bowiem, że przyrosty produktywności pracy będą nawet dziesięciokrotnie mniejsze niż obiecywane przez ekonomistów korporacyjnych i obsługujących firmy konsultingowe.
Bez przyrostów produktywności nie będzie zwrotu kapitału, w końcu więc bańka inwestycyjna okaże się bańką spekulacyjną, która pęknie pod wpływem nieprzewidywalnego teraz impulsu. Czy nastąpi to w 2026 r.? Nie można tego wykluczyć. Jeśli się stanie, może mieć taki impuls recesyjny, jak pęknięcie internetowej bańki spekulacyjnej w marcu 2000 r. I dodatkowo wpłynie na spadek popytu na ropę i zwiększy efekt nadprodukcji.
W sumie to nie musi być złe. Reset i urealnienie gospodarki są niezbędne, żeby pojawił się polityczny impuls do poddania procesu zmiany technologicznej kontroli instytucjonalnej w taki sposób, żeby miała charakter prorozwojowy, a nie eksploatacyjny tak jak w tej chwili. O tym, jak takie zmiany mogłyby wyglądać, Daron Acemoglu mówił m.in. w swoim wykładzie noblowskim.
Mówi o tym dużo także Carlota Perez, badaczka rewolucji technologicznych. Rzecz w tym, żeby impuls technologiczny nie służył jedynie właścicielom kapitału do zwiększania akumulacji poprzez redukcję zatrudnienia, tylko do zwiększenia akumulacji poprzez poszerzanie pola gospodarki przez zwiększanie produktywności istniejących zasobów pracy.
Zapowiada się więc ciekawy i niebezpieczny rok. Nie tylko dlatego, że końca trwających wojen nie widać – zwłaszcza perspektywy pokoju w Ukrainie są ciągle bardzo odległe. Dochodzą nowe fronty, a amerykańska interwencja w Wenezueli pokazuje, że doktryna „pokoju przez siłę” mogła ewoluować do bardziej złowieszczej koncepcji „pokoju przez wojnę”.
Donald Trump nie panuje jednak nie tylko nad swoim językiem, ma też bardzo ograniczoną kontrolę nad rzeczywistością. Przekonał się o tym, próbując zakończyć wojnę Rosji przeciwko Ukrainie, przekona się, próbując narzucić kontrolę Wenezueli. A to przecież ciągle tylko fragmenty rzeczywistości.
Tekst został najpierw opublikowany na blogu „Antymatrix” Edwina Bendyka
Świat
Władimir Putin
Donald Trump
Wołodymyr Zełenski
Unia Europejska
energia
prognoza
Rosja
USA
Wenezuela
wojna w Ukrainie
Dziennikarz, aktywista społeczny, pisarz. Od lipca 2020 prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Szef działu Nauka w „Polityce”. Twórca Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i wykładowca Graduate School for Social Research PAN. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Członek Polskiego PEN Clubu. Sympatyk alternatywnej sztuki, uczestnik wielu inicjatyw oddolnych, entuzjasta lokalnych mikroutopii.
Dziennikarz, aktywista społeczny, pisarz. Od lipca 2020 prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Szef działu Nauka w „Polityce”. Twórca Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i wykładowca Graduate School for Social Research PAN. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Członek Polskiego PEN Clubu. Sympatyk alternatywnej sztuki, uczestnik wielu inicjatyw oddolnych, entuzjasta lokalnych mikroutopii.
Komentarze