0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
18 lipca 2022

Polityka klimatyczna USA na łopatkach. Przez jednego senatora-demokratę?

14 lipca Joe Manchin, senator z Partii Demokratycznej, powiadomił partyjnych kolegów i koleżanki, że nie poprze klimatycznych wydatków prezydenta Bidena. To wydarzenie przemknęło gdzieś na marginesie debaty publicznej, szczególnie w Polsce. Niesłusznie

Wydrukuj

Ma ono ogromne znaczenie nie tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale też dla całego świata.

Manchin w zasadzie pogrzebał politykę klimatyczną USA – wciąż jednego z największych emitentów gazów cieplarnianych na świecie.

Tym samym postawił pod znakiem zapytania całe porozumienie paryskie. Przypomnijmy: w 2015 roku 195 państw zgodziło się na przyjęcie porozumienia, które zakładało, że mamy nie dopuścić do tego, by klimat ocieplił się o dwa stopnie Celsjusza względem czasów przedprzemysłowych, najlepiej byłoby się zaś zatrzymać przed granicą półtora stopnia.

Bez pełnego zaangażowania ze strony USA trudno będzie zrealizować te cele.

Jak do tego doszło, że jeden senator ma taką władzę? I dlaczego właściwie blokuje on plan zgłoszony przez prezydenta z jego własnej partii? I czy to naprawdę kwestia tylko jednej osoby, czy może głębszych problemów, z którymi Stany Zjednoczone borykają się od lat?

Na zdjęciu senator Joe Manchin tuż za prezydentem Bidenem na ceremonii w Białym Domu 7 czerwca 2022 r. Fot. Brendan SMIALOWSKI / AFP

Prezydent wcale nie taki potężny

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest niemożliwa bez przyjrzenia się pogmatwanemu systemowi politycznemu w Stanach Zjednoczonych. Choć czasem nazywa się amerykańskiego prezydenta „najpotężniejszym człowiekiem na świecie”, to w rzeczywistości możliwości działania osób sprawujących ten urząd są ograniczane na wiele różnych sposobów.

Administracja Bidena przygotowała plan inwestycji klimatycznych, ale musi on zostać przegłosowany w Izbie Reprezentantów, a następnie w Senacie. W tej pierwszej Demokraci mają obecnie większość, w tej drugiej faktycznie też – choć obecnie reprezentuje ich tam 50 senatorów, czyli tyle samo co Republikanów, to w razie remisu decydujący głos ma osoba sprawująca urząd wiceprezydenta – obecnie jest to Kamala Harris z Partii Demokratycznej.

Tak więc wszystko dobrze się składa dla Demokratów?

Nie tak szybko. W rzeczywistości w Senacie nie wystarczy zwykła większość głosów, a to z powodu mechanizmu zwanego filibuster – czyli obstrukcji. Dowolny senator Partii Republikańskiej może w nieskończoność blokować głosowanie nad nielubianą ustawą. Żeby przełamać filibuster, potrzeba aż 60 głosów. Tylu Demokraci nie mają, a Republikanie nie przejawiają najmniejszej chęci popierania inwestycji klimatycznych, z góry było więc wiadomo, że wykorzystają obstrukcję, by przeszkodzić w ich uchwaleniu.

Istnieje jednak pewna furtka – od lat wykorzystywana przez obie partie. Chodzi o „reconciliation bill”.

To specjalna procedura, która pozwala przegłosować ustawy budżetowe zwykłą większością głosów. Ograniczenie polega na tym, że można to robić tylko raz w roku. Demokraci od samego początku spodziewali się, że w 2022 roku mogą stracić większość w Izbie Reprezentantów i Senacie (partia, która wygrywa wyścig o fotel prezydencki, zazwyczaj przegrywa w kolejnych wyborach, tak zwanych midterms). Wiedzieli więc, że mają tylko dwie szanse. Pierwszą wykorzystali na sfinansowanie wydatków związanych z koronawirusem. Druga miała służyć do realizacji długofalowych priorytetów Bidena.

Pakiet, na który kręci nosem Joe Manchin

Demokraci, z prezydentem na czele, postanowili więc włączyć do reconciliation bill szeroki pakiet inwestycji gospodarczych – od pomocy finansowej dla rodzin z dziećmi, po kwestie klimatyczne. Nazwali tę ustawę Build Back Better Act. Koszt całego pakietu był szacowany wstępnie na około 3,5 biliona dolarów. Suma robi wrażenie, ale mówimy o inwestycjach rozłożonych na lata, a nie o jednorazowym wpompowaniu całej kwoty do amerykańskiej gospodarki.

Wciąż potrzeba było jednak głosów niemal wszystkich Demokratów w Izbie Reprezentantów i dokładnie wszystkich w Senacie. I tu na scenę wkracza Joe Manchin. Początkowo wysyłał on sprzeczne sygnały, ale w końcu dał jasno do zrozumienia, że nie zagłosuje za tak rozbudowanym programem. W szczególności nie podobał mu się Clean Electricity Performance Programkosztujący 150 miliardów dolarów program, który miał pomóc nagradzać dostawców energii odchodzących od węgla i gazu oraz karać tych, którzy tego nie robią.

Rozpoczęły się renegocjacje, w trakcie których ustalono ostateczny kształt Build Back Better Act. Jego koszt został obniżony do 2,2 biliona dolarów, wydatki klimatyczne opiewały na sumę około 500 miliardów dolarów. W ich skład wchodziły: ulgi podatkowe dla konsumentów na samochody elektryczne i infrastrukturę elektryczną dla domów, specjalne granty i pożyczki dla społeczności rolniczych, inwestycje w krajową produkcję wiatraków i paneli słonecznych czy program rozbudowy transportu zbiorowego.

Biden liczył, że te inwestycje wystarczą, by spełnić wytyczony przez niego cel: zredukowanie do 2030 roku emisji gazów cieplarnianych o 50 proc. względem tego, ile wynosiły one w 2005 roku. Niektórzy mieli wątpliwości co do tego, czy ten program wystarczy, ale jedno jest pewne: byłby to najbardziej ambitny plan inwestycji klimatycznych w historii Stanów Zjednoczonych.

Ustawa przeszła bez problemu przez Izbę Reprezentantów w listopadzie 2021 roku. Miesiąc później, kiedy wszyscy oczekiwali na głosowanie w Senacie, Manchin ogłosił w skrajnie prawicowym Fox News, że nie poprze nawet tego skromniejszego planu.

Co kieruje senatorem?

Powszechnie uznano, że Build Back Better Act nie ma szans na przegłosowanie. Za kulisami wciąż toczyły się jednak negocjacje. Biały Dom i większość Demokratów liczyła na to, że uda się przeprowadzić przez Senat chociaż elementy planu, w tym jakieś inwestycje klimatyczne. Wypowiedzi Manchina z 14 lipca pokazują jednak, że nie zagłosuje on za żadnym planem klimatycznym, nawet znacznie skromniejszym niż te 500 miliardów dolarów.

Dlaczego Manchin to robi? Dlaczego sprzeciwia się planom własnej partii? On sam twierdzi, że niepokoi go rozmiar wydatków budżetowych, który przyczyniłby się do powiększenia deficytu USA.

Demokraci od początku mieli jednak pomysł na sfinansowanie Build Back Better Act: chcieli podnieść podatki korporacjom i najbogatszym Amerykanom, obniżone kilka lat wcześniej przez Donalda Trumpa. Rozwiązanie, które popiera nie tylko zdecydowana większość wyborców Partii Demokratycznej, ale także wielu ekonomistów – jak nobliści Joseph Stiglitz i Paul Krugman – uważających, że amerykańscy miliarderzy i multimilionerzy od lat płacą horrendalnie niskie stawki podatkowe.

Jak reagował na te pomysły sam Manchin? Podobnie jak na wszystkie inne plany Demokratów. Najpierw wysyłał niejednoznaczne sygnały, dając nadzieję, że poprze takie rozwiązanie, a gdy na stole pojawiała się konkretna oferta reformy podatkowej, ogłaszał, że nie może się na nią zgodzić.

Inną sprawą jest to, że eksperci od lat powtarzają, że długofalowo koszt zaniedbań klimatycznych będzie dużo wyższy niż wynosiłyby same inwestycje. Wedle obliczeń jednego z biur Białego Domu amerykańska gospodarka może zacząć tracić nawet dwa biliony dolarów rocznie z tego powodu.

Kalkulacja wyborcza?

Dlatego wyjaśnienie przedstawione przez samego Manchina jest mało wiarygodne. Niektórzy komentatorzy zwracają uwagą na to, że za jego działaniami stoi prosta kalkulacja wyborcza.

Manchin jest senatorem z Wirginii Zachodniej, bardzo konserwatywnego stanu, w dodatku z gospodarką opartą na węglu.

To wytłumaczenie także jednak nie wydaje się zadawalające. Jak zauważył Krugman w „New York Timesie”, Wirginia Zachodnia była kiedyś uzależniona od węgla, ale obecnie to się zmieniło: „W 1982 roku, gdy Joe Manchin zaczął swoją karierę polityczną, płace i świadczenia wypłacane górnikom stanowiły 16 procent całkowitego dochodu z pracy w Wirginii Zachodniej. Skurczyły się jednak znacząco za rządów Reagana i Busha seniora, spadając do około 7 procent w połowie lat 90. Od tego czasu spadły jeszcze bardziej; Wirginia Zachodnia przestała być węglowym stanem pokolenie temu”.

Skuteczny lobbing biznesu?

Dodatkowo nawet związek zawodowy górników z Wirginii Zachodniej wystosował oficjalnie oświadczenie, w którym potępia Manchina za blokowanie planu Bidena.

Górnicy patrzą na ten plan przychylnie, bo w jego ramach miałyby powstać dla nich nowe miejsca pracy, łatwiej byłoby im uzyskać odszkodowania zdrowotne, a także poprawiłyby się warunki prowadzenia działalności związkowej.

Istnieje jeszcze jedno wyjaśnienie postawy Manchina – obrazujące szerszy problem całej amerykańskiej polityki.

Chodzi o ścisłe związki senatora z wielkim biznesem.

Jest on właścicielem udziałów w firmie węglowej, na których zarabia pół miliona dolarów rocznie. Reformy klimatyczne nie są więc w jego prywatnym interesie. Nie są też w interesie jego największych sponsorów. Od samych lobbystów ExxonMobil, wielkiej spółki paliwowej, otrzymał on 65 tysięcy dolarów na prowadzenie kampanii wyborczej. Wedle doniesień Business Insider jeden z przedstawicieli spółki, Keith McCoy, miał się przechwalać, że rozmawia z biurem Manchina każdego tygodnia.

Wygląda więc na to, że ostatecznie plan niezbędnych inwestycji klimatycznych popierany przez prezydenta, prawie wszystkich członków Partii Demokratycznej w Senacie i Izbie Reprezentantów, a także – co najważniejsze – przez większość amerykańskiego społeczeństwa (według sondażu z grudnia 2021 roku poparcie wynosiło nieco ponad 60%) zostaje utrącony z powodu ogromnych wpływów lobbingu korporacyjnego, które przenikają do samego Senatu.

Co dalej?

Osoby, które miesiącami negocjowały plan inwestycji klimatycznych, nie kryją frustracji z powodu działań Manchina. Senator Ron Wyden z senackiej komisji finansowej stwierdził wprost: „To nasza ostatnia szansa, aby zapobiec najbardziej katastrofalnym – i kosztownym – skutkom zmiany klimatu. Jeśli odłożymy problem na kolejną dekadę, będzie to oznaczało straty setek miliardów – jeśli nie bilionów – dolarów wynikających ze szkód gospodarczych oraz ofiary w ludziach”.

Leah Stokes, badaczka zajmująca się polityką środowiskową z University of California Santa Barbara, mówiła jeszcze ostrzej: „Stawka jest taka wysoka. Doprowadza mnie do szału, że Manchin skazuje nasze własne dzieci”.

A zachowanie Manchina to niejedyny cios, który spotkał administrację Bidena w kwestii klimatu. O Sądzie Najwyższym było ostatnio głośno głównie w kontekście odebrania kobietom prawa do aborcji, ale w ostatnim tygodniu konserwatywni sędziowie przegłosowali jeszcze jedną ważną decyzję. Uznali, że Agencja Ochrony Środowiska nie może narzucać niektórych prośrodowiskowych regulacji na firmy paliwowe.

Wszystko to składa się na ponury obraz potężnego kraju, który na dziś przegrywa walkę z biznesowymi interesami i może pociągnąć za sobą w dół cały świat. Problemem jest nie tylko to, że USA musi obciąć swoje emisje, jeśli chcemy spełnić cele porozumienia paryskiego. Rzecz także w tym, że rządy innych państw mogą potraktować to, co dzieje się w USA jako wygodną wymówkę. Na zasadzie: skoro tak bogaty kraj, z tak dużymi emisjami, robi tak mało w sprawie klimatu, to dlaczego my mamy się wychylać?

Biden wciąż ma pewne możliwości działania, jako prezydent może wydawać rozporządzenia wykonawcze, które nie potrzebują zgody Senatu i Izby Reprezentantów. Zapowiedział już zresztą, że zamierza wreszcie sięgnąć po to narzędzie. Nie da się ocalić w ten sposób całego planu klimatycznego jego administracji, bo owe rozporządzenia też podlegają różnym ograniczeniom, ale bez nich prezydentura Bidena okaże się całkowitą klęską, jeśli chodzi o klimat.

Klęska nie tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale dla wszystkich mieszkańców naszej planety.

Udostępnij:

Tomasz Markiewka

Filozof, autor książek „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017) i "Gniew" (Wydawnictwo Czarne, 2020)

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne