Sytuacja, w której Polska, budująca od lat własny silny system obrony i sąsiadująca z Ukrainą, nie dołączyła do koalicji antybalistycznej, dyplomatycznie i wizerunkowo nie wygląda dobrze. Jednak bezpośrednie militarne i techniczne szkody na razie są ograniczone.
13 lipca, podczas spotkania państw wspierających Ukrainę, ogłoszono powstanie koalicji antybalistycznej, w skład której wchodzi 10 państw deklarujących wolę wzmocnienia europejskiej obrony przeciwrakietowej. Bez Polski.
Analizując problem z perspektywy stricte militarnej i technicznej można powiedzieć, że jesteśmy sytuacji w lepszej niż szereg państw Europy. Od roku 2014 bowiem prowadzony jest program modernizacji obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu („Wisła”), który zaowocował dużymi zamówieniami na systemy Patriot.
W ramach obu faz tego programu Polska zamówiła łącznie osiem baterii tego systemu, każda z ośmioma wyrzutniami. Zamówienia na pociski obejmują 208 rakiet PAC-3 w pierwszej fazie a w ramach drugiej – zakupione zostanie do 644 pocisków. Ponadto zawarto także oddzielną umowę (wg Jarosława Wolskiego – prawie 800) na kilkaset pocisków PAC-2 GEM-T.
Wraz z systemem Patriot nabyto także nowoczesne Ghost Eye oraz system dowodzenia IBCS (Integrated Battle Command System). Uzupełniają go inne programy, zapewniające niższe piętra obrony przeciwlotniczej. Potencjalnie Narew z pociskami CAMM-ER będzie także miała zdolności zwalczania pocisków balistycznych.
Zatem Polska ma już pewne zdolności obrony przed rakietami balistycznymi — i będzie je rozbudowywać wraz z kolejnymi dostawami.
Problemem jest oczywiście tempo dostaw i ich wielkość. To oznacza, że można rozważać alternatywę — jednak jedyną aktualnie obecną jest francusko-włoski system SAMP/T.
Ewentualny system powstały na skutek inicjatywy koalicji antybalistycznej w oparciu o ukraiński pocisk Freya (o szczegółach dalej w tekście) będzie dostępny za kilka lat — i dopiero wówczas będzie można rozważać jego pozyskanie. Należy przy tym mieć na uwadze, że na obronę przeciwlotniczą już wydajemy wiele, więc może się okazać, że nie będzie już miejsca w systemie lub budżecie na jeszcze jeden system.
To, co w obecnej sytuacji byłoby najcenniejsze, to nie same urządzenia, ale ukraińskie doświadczenia bojowe oraz wiedza o rosyjskim sprzęcie i sposobach jego użycia. Także ta wiedza byłaby cenna, gdy mowa o dalszych kierunkach rozwoju naszych systemów obronnych.
Paradoksalnie, mając na uwadze cały czas tylko stronę techniczną i wojskową, to co potencjalnie dla Polski jest szczególnie cenne, a co posiada strona ukraińska, to doświadczenia związane z systemami ofensywnymi, w tym pociskami balistycznymi (które na Ukrainie rozwijano już wcześniej).
To są bowiem zdolności, które pozwalają na uderzenia w głąb terytorium Rosji, a więc ważne w razie ewentualnego konfliktu. Tutaj także zasób wiedzy i doświadczeń jest po stronie ukraińskiej olbrzymi.
Trzeba bowiem mieć na uwadze, że przeciwnika można od ataku rakietowego odstraszać poprzez odmowę korzyści – a więc skuteczną obronę, która nie przepuści pocisków i nie pozwoli przeciwnikowi odnieść sukcesu. Ale można także stosować odstraszanie poprzez obietnicę kary. A posiadając skuteczne środki ofensywne, można na przykład zwalczać wrogie wyrzutnie czy magazyny rakiet.
Niestety na aspekty wojskowe i techniczne kładzie swój cień bieżąca polityka. Pojawiające się sugestie portalu Onet, oparte wyłącznie na anonimowych źródłach, a więc trudne do weryfikacji, obwiniają stronę ukraińską, jako rzekomo niechętną polskiej obecności w tej koalicji.
Trudno także na obecnym etapie ocenić, czy faktycznie nie było możliwości, aby polskie przedsiębiorstwa włączyły się w ten projekt, choćby występując jako dostawcy radarów lub systemów łączności i dowodzenia. Jest jednak możliwe, że eskalacja napięć na tle polityki pamięci po raz kolejny dała o sobie znać i utrudniła lub wręcz uniemożliwiła współpracę wojskową i techniczną.
Faktem jest także, że sytuacja, w której Polska, budująca od lat własny silny system obrony i sąsiadująca z Ukrainą, nie dołączyła do koalicji antybalistycznej, dyplomatycznie i wizerunkowo nie wygląda dobrze.
Faktem jest także jednak to, że bezpośrednie militarne i techniczne szkody na razie są ograniczone. Największą może być właśnie brak dostępu do wiedzy o przeciwniku i doświadczeń wojennych, który może się bezpośrednio przełożyć na efektywność naszej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej.
Nie oznacza to, że będzie ona nieefektywna podczas konfliktu –
po prostu, może się okazać, że sami będziemy musieli odrobić te same lekcje, które być może ma za sobą strona ukraińska.
Jednak jak już wspomniano, istotne są także inne kierunki współpracy — i w ich przypadku szkody mogłyby być znacznie poważniejsze. Pozostaje mieć nadzieję, że napięcia osłabną, zanim dojdzie do kolejnych problemów, które będą na rękę przede wszystkim wspólnemu przeciwnikowi.
Wróćmy jednak do powodów zawiązania koalicji antybalistycznej i uporządkujmy fakty.
Założycielskie grono koalicji to Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Hiszpania, Holandia, Dania, Włochy, Norwegia, Szwecja i Ukraina. Celem tej koalicji jest „budowa nowej zintegrowanej architektury obrony przeciwrakietowej”.
Kontekst jest oczywisty — jest nim rosyjskie zagrożenie, a pociski balistyczne różnych typów są jednym z najgroźniejszych narzędzi, jakie Kreml ma w swoim arsenale.
Jest to bowiem broń, przed którą obrona jest trudna. Pocisk manewrujący, taki jak Ch-101, czy samolot-pocisk jak Szahid-136, może być trudny do wykrycia, jako że leci nisko — ale przechwycenie i strącenie jest względnie łatwe. Jest wiele narzędzi, od myśliwców po artylerię przeciwlotniczą.
Pocisk balistyczny wykryć można łatwo — ale obiekt lecący kilkukrotnie szybciej niż dźwięk, poruszający się po trajektorii, której apogeum wynosi kilkadziesiąt kilometrów nad Ziemią, a czas lotu wynosi kilka minut — jest ekstremalnie trudnym celem.
Boleśnie odczuwa to obecnie Ukraina, której zasoby przeciwpocisków, zwłaszcza do zestawów Patriot, są ograniczone lub wręcz wyczerpane i Rosjanie wykorzystują tę lukę. I tak samo narażone na ataki są państwa należące do NATO — jeśli Rosja zdecydowałaby się na eskalację.
Co gorsza, nie jest to zagrożenie ograniczone tylko do państw graniczących z Rosją. O ile znane dobrze pociski bazowania lądowego Iskander zagrażają przede wszystkim państwom takim jak Polska, Finlandia czy Szwecja — mają bowiem zasięg oficjalnie nieprzekraczający 500 kilometrów, to sytuację komplikuje obserwowany i możliwy postęp w zakresie tych zdolności.
Już względnie prosty krok, jakim była konwersja Iskandera na pocisk przenoszony przez samolot — czyli pocisk Kindżał — oznacza, że odpalenie rakiety może nastąpić spoza terytorium Rosji, na przykład nad Atlantykiem czy Morzem Norweskim.
Inną możliwością jest zbudowanie pocisku odpalanego z pokładu jednostki pływającej. I tu Rosja ma szerokie możliwości, choćby wykorzystując pociski Cyrkon.
Wreszcie możliwe jest zwiększenie zasięgu rakiet — i tą drogą Rosja podąża, tworząc dość prymitywny, ale istniejący pocisk Oriesznik.
Trzeba przy tym mieć na uwadze, że traktat INF, ograniczający rozmieszczenie pocisków średniego zasięgu (o zasięgu od 500 do 5000 km), zawarty pod koniec Zimnej Wojny między USA i ZSRR – już nie obowiązuje.
A nawet biorąc pod uwagę prowizoryczną konstrukcję Oriesznika, poważne skutki polityczne i psychologiczne może wywoła odpalenie jednego lub kilku takich pocisków w kierunku dużej aglomeracji (na przykład stolicy) albo choćby rafinerii czy portu.
Do tego dochodzi aspekt czysto wojskowy.
W razie hipotetycznej wojny Rosji z NATO, pociski balistyczne będą odpalane przeciwko ważnym celom takim jak stanowiska dowodzenia, składy paliw i amunicji, bazy lotnicze i inne ważne obiekty. Na polu walki bowiem zaletą pocisków balistycznych jest ich krótki czas lotu — można więc szybko zwalczać wykryte cele, zwłaszcza gdy czas jest kluczowy.
Takim celem może być lotnisko — które może zostać ostrzelane wtedy, kiedy znajdują się na nim samoloty, odtwarzające gotowość bojową pomiędzy kolejnymi misjami.
Z tych powodów obrony przed pociskami balistycznymi potrzebują zarówno obiekty cywilne (w tym aglomeracje miejskie), jak i siły zbrojne.
O ile Ukraina do wojny weszła, posiadając względnie silną obronę przeciwlotniczą, choć z ograniczonymi zdolnościami zwalczania pocisków balistycznych, to państwa europejskie są w dużo gorszej sytuacji.
Przykładowo, Wielka Brytania nie posiada obecnie żadnych lądowych zdolności w tym zakresie. Obrona przeciwlotnicza to jedynie systemy bliskiego zasięgu Starstreak oraz SkySabre. Zdolności przeciwbalistyczne zapewnić może jedynie Royal Navy z jej niszczycielami typu 45 – których jest sześć i nawet przy założeniu pełnej ich dostępności, jest to o wiele za mało, zwłaszcza że te okręty wykonują także inne zadania.
A bieżące wydarzenia, jak awarie czy remonty pogarszają sytuację: przykładowo obecnie połowa niszczycieli Royal Navy znajduje się w stoczniach, przechodząc remont i modernizację. W przypadku państw Europy kontynentalnej także znaczna część zdolności została zachowana w siłach morskich.
Oprócz wspomnianych okrętów brytyjskich, okręty zdolne do strefowej obrony przeciwlotniczej, w tym przeciwrakietowej — niszczyciele i fregaty posiadają Norwegia, Dania, Holandia, Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy.
Łączna pula to 42 okręty.
Okręty brytyjskie, włoskie i francuskie przenoszą europejskie rakiety Aster 30, o zasięgu do 120 kilometrów. Pociski te mogą zwalczać także pociski balistyczne. Główną bronią pozostałych okrętów są amerykańskie pociski SM-2. Mogą zwalczać cele balistyczne — ale tworząc najniższe piętro obrony, są bowiem pociskami o uniwersalnej charakterystyce.
Flota amerykańska wprowadziła do eksploatacji nowsze wersje tych pocisków: przeznaczony specjalnie do obrony przeciwbalistycznej SM-3 oraz wielozadaniowy SM-6. W przypadku okrętów należy mieć na uwadze, że wykonują one także inne zadania, więc liczba okrętów zdolnych do obrony przeciwrakietowej będzie mniejsza.
Ilustruje to przypadek flot Francji i Włoch, których „końmi roboczymi” są fregaty rodziny FREMM, mogące przenosić pociski Aster 30. Lecz będą one potrzebne w innych zadaniach, zwłaszcza zwalczania okrętów podwodnych. A tu mamy inną, krytycznie ważną lukę.
Wreszcie w przypadku sił morskich pojawia się inny problem. W razie kryzysu lub wojny siły okrętowe będą wykonywały wiele zadań. Wielka Brytania czy Francja posiadają lotniskowce. Niszczyciele oraz fregaty będą wchodzić w skład lotniskowcowych grup uderzeniowych.
Okręty będą też mogły wesprzeć siły sojusznicze (choćby na Bałtyku), zapewniając tam obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową — ale nie będą mogły osłaniać własnych państw. Niezbędne jest więc uzupełnienie ich obroną lądową, zwłaszcza gdy mowa o wojskach lądowych, które mogą działać z dala od morza oraz obroną obiektów stałych – miast i infrastruktury krytycznej.
Szereg państw europejskich tak zredukowało swoje zdolności wojskowe, że występują deficyty w obronie przeciwlotniczej — o obronie przeciwbalistycznej nie mówiąc.
Obecnie w siłach zbrojnych państw NATO występują dwa lądowe systemy przeciwlotnicze, zapewniające także zdolności obrony przed pociskami balistycznymi.
Jednym jest europejski SAMP/T (francusko-włoska kooperacja) z rakietami Aster 30, które mają Francja (osiem baterii) i Włochy. Powszechniejszy jest amerykański Patriot, wykorzystywany przez Hiszpanię, Holandię, Niemcy, Szwecję, Polskę, Rumunię i Grecję.
Ponadto potencjał poszczególnych państw także się różni — na przykład Niemcy posiadają dziewięć baterii, Holandia cztery, Szwecja dwie.
Europejski system SAMP/T od roku 2021 przechodzi modernizację, właśnie pod kątem polepszenia zdolności przeciwrakietowych. Włochy i Francja zamówiły łącznie osiemnaście baterii nowej generacji systemu. Do grona użytkowników dołącza także Dania, która jednocześnie kupuje także systemy niższego piętra, pośpiesznie odtwarzając swoją lądową obronę przeciwlotniczą.
Specyficznym uzupełnieniem tych zdolności są systemy przeznaczone tylko do zwalczania celów balistycznych. W Europie, oprócz amerykańskich instalacji oraz sił okrętowych, są to tylko zakupione przez Niemcy trzy baterie izraelskich przeciwpocisków Arrow 3. Jest to więc mało, w porównaniu do spektrum zagrożeń.
Jak poważne są braki i luki w europejskiej obronie ilustruje jeden hipotetyczny scenariusz. Gdyby Rosja chciała dokonać demonstracji siły i wystrzelić pocisk na Brukselę, gdzie swoje siedziby mają przecież centralne organy NATO i Unii Europejskiej, bez osłony sojuszniczej — trafiłby bezkarnie, Belgia bowiem własnej obrony przeciwrakietowej nie posiada.
Zapotrzebowanie na tego rodzaju uzbrojenie w Europie jest więc duże. Zwiększa je trwająca agresja Rosji na Ukrainę — część posiadanych sił została Ukrainie przekazana, zarówno w postaci całych systemów, jak i samych pocisków. I niestety, zapotrzebowanie nie będzie maleć.
Dobrą wiadomością jednak jest to, że jak pokazują działania bojowe, w tym w Ukrainie oraz na Bliskim Wschodzie — zachodnie systemy przeciwrakietowe działają. I jeśli tylko dostępna jest wystarczająca liczba wyrzutni i rakiet — te rozwiązania, nad którymi pracowano przez cale dekady, sprostały wyzwaniom.
Z drugiej strony okazało się, że kryzysy w relacjach Europy z USA stawiają pod znakiem zapytania dawną trwałość transatlantyckich więzi. To oznacza niepewność wobec tego, czy siły, którymi dysponują Amerykanie — choćby ich baterie przeciwrakietowe oraz okręty — zostaną użyte do obrony Europy w razie kryzysu, oraz czy do Europy będzie docierać zaopatrzenie, w tym zwłaszcza pociski dla Patriotów.
Ich licencyjna produkcja, której zapowiedzi można było usłyszeć w ostatnich dniach, nie jest rozwiązaniem prostym z uwagi na stopień skomplikowania tej produkcji i inne ograniczenia — choćby związane z ochroną informacji niejawnych, a jeśli Amerykanie zażądają zakończenia tej produkcji — będzie musiała się zakończyć.
Rozwiązaniem jest więc sięgnięcie po możliwości europejskie.
Wyraźnym sygnałem jest ogłoszenie w Paryżu planu dostaw europejskiego uzbrojenia. Ukraina otrzyma myśliwce Rafale, ale także dwie baterie SAMP/T w formie krótkoterminowego wypożyczenia oraz docelowo cztery baterie zestawów nowej generacji. Ponadto Ukraina otrzyma licencje na kilka typów pocisków rakietowych, w tym właśnie Aster 30.
Opcja produkcji licencyjnej gotowego wyrobu jest potencjalnie obiecująca. Wdraża się do produkcji gotowy wyrób, z istniejącymi łańcuchami dostaw podzespołów, z działającą linią produkcyjną. Wystarczy to tylko uruchomić w nowym miejscu. Co jest zarazem skomplikowane — mowa o wyrobach wymagających wysokiej precyzji, specjalistycznych podzespołów oraz przeszkolonych kadr.
Nie można także zapomnieć o względach bezpieczeństwa. Wymogiem jest zarówno ochrona informacji niejawnych dotyczących samego systemu, jak i groźba ataków na zakłady produkcyjne. Jeśli zaś produkcja ulokowana jest poza samą Ukrainą — istnieje duże ryzyko prób sabotażu.
Podpisana w Paryżu deklaracja z kolei dotyczy innego projektu. Wspomniany w deklaracji „projekt flagowy” ma być oparty o projektowany przez ukraińską firmę Fire Point pocisk FP-7x Freya.
FP-7 był pierwotnie rozwijany jako pocisk balistyczny, wzorowany na rosyjskim pocisku 48N6 z zestawów przeciwlotniczych S-400. Wobec tego możliwe jest wykorzystanie go do roli pocisku przechwytującego. O ile jednak stworzenie prototypu pocisku balistycznego jest względnie łatwe, to dalsze kroki są trudniejsze.
Przede wszystkim, pocisku jeszcze nie ma w produkcji seryjnej. Ponadto sam start rakiety i jej lot to dopiero pierwszy krok.
Aby można było mówić o efektywnym użyciu go jako uzbrojenia obronnego, musi istnieć cały system. Na taki system składają się stacje radiolokacyjne wykrywające i śledzące cele, system dowodzenia oraz głowica naprowadzania.
To wszystko musi zostać albo skonstruowane, albo dostarczone — i tutaj uwidacznia się rola współpracy z państwami zachodnimi. Wykorzystanie bowiem istniejących urządzeń i ich integracja z pociskiem zwiększają szanse na powodzenie projektu.
Jednak taka integracja zajmuje wiele czasu. Pierwsza próba przechwycenia celu latającego zapowiedziana została na rok 2027. Można sądzić, że sam proces rozwoju nowego systemu zajmie kolejnych kilka lat.
Co więcej, na razie nie wiadomo, jakie systemy zostaną wybrane. W grę wchodzi na przykład kilku dostawców radarów, zarówno kierowania ogniem, jak i wczesnego wykrywania.
Nie jest pewne, jaka będzie ostatecznie zastosowana głowica bojowa — na razie mowa o pasywnie naprowadzanej na podczerwień — czyli na ciepło celu. Jest to rozwiązanie potencjalnie prostsze i tańsze niż typowe dla pocisków przeciw balistycznych naprowadzanie za pomocą radaru (naziemnego lub własnego w głowicy rakiety).
Jednak z tego samego powodu pojawia się pytanie o parametry pocisku i jego efektywność — wyrażaną zarówno w parametrach przestrzennych (zasięg, wysokość), jak i prawdopodobieństwie rażenia celu.
Zasadniczą zaletą ma być przy tym cena, niższa w porównaniu do rakiet zestawów Patriot (zwłaszcza PAC-3), oraz dostępność.
Tutaj znów pojawia się szereg niewiadomych.
Nie jest bowiem pewne czy niższą cenę uda się utrzymać, podobną niewiadomą jest wielkość i tempo produkcji. W szczególności dotyczy to takich wąskich gardeł jak głowica naprowadzania czy silniki — sam kadłub jest względnie prosty w produkcji.
Prawdopodobnie, jeśli projekt okaże się sukcesem, to doprowadzi do powstania systemu o niższych parametrach, który będzie uzupełniać wyższe piętra obrony, tworzone właśnie przez Patrioty czy SAMP/T. W takiej roli może okazać się interesujący dla państw europejskich — jako tani, dostępny system, pozwalający szybko zapełnić luki w potencjale. Nawet bowiem częściowe zdolności są lepsze niż ich zupełny brak.
Muszą jednak zostać spełnione dwa warunki. Jeden to skuteczność systemu i spełnienie założeń konstrukcyjnych. Drugi to… brak konkurencji wewnętrznej i tu zaczynają się schody.
Może się bowiem okazać, że pojawi się konkurencyjna konstrukcja europejska — i wówczas to ona może być chętniej kupowana. Drugim rozwiązaniem może być zakup ukraińskich pocisków i podjęcie ich produkcji na potrzeby państw europejskich, choćby na mocy porozumień licencyjnych czy barteru: pociski w zamian za pozostałe komponenty systemu.
W tle cały czas widać także inne elementy gry o rynek i pieniądze, a wyraźnie pokazuje to deklaracja o dostawach francuskiej broni dla Ukrainy. Należy bowiem mieć na uwadze jeden żywotnie ważny czynnik. Nawet jeśli dojdzie do zawieszenia broni z Rosją czy zamrożenia konfliktu, Ukraina będzie potrzebować uzbrojenia.
A armia będzie musiała przejść reorganizację — przechodząc częściowo na stopę pokojową. To oznacza ogromny rynek do zagospodarowania. I może się okazać, że inicjatywa antybalistyczna przyniesie nie tyle poprawę europejskich zdolności obronnych, ile będzie sposobem na zajęcie ważnej pozycji na rynku.
System Freya — jeśli powstanie, będzie przecież wykorzystywać szereg elementów dostarczanych przez przedsiębiorstwa europejskie. Ponadto, wejście w kooperację z Ukrainą i inwestycja w proponowany przez Ukrainę system okazać się ceną, jaką warto będzie zapłacić za to, że Ukraina wybierze inne, droższe systemy obronne.
Mogą to być pociski przeciwlotnicze, mogą być to samoloty. I Ukraina jakoś będzie musiała — bezpośrednio lub nie — płacić za ich dostawy. O ile na razie obecne pożyczki mają być spłacone z rosyjskich reparacji wojennych, to jest to bardzo odległe źródło spłaty. Wobec tego, w grę będą wchodzić inne metody.
Jednym ze środków kompensacji będzie dostęp do informacji z pola walki. Bojowe użycie zachodniej broni generuje sporą pulę doświadczeń, które są ważne dla dalszego ich doskonalenia. Ponadto Ukraina zdołała zgromadzić duży zasób wiedzy dotyczący rosyjskich systemów uzbrojenia, ich wad, zalet, ewolucji oraz rosyjskiej taktyki.
W roku bieżącym zresztą doszło do instytucjonalizacji dostępu do części tej wiedzy poprzez specjalny portal „Trophy Lab”.
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze