0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. ANDREW CABALLERO-REYNOLDS / AFPFot. ANDREW CABALLER...

Zwrot w polskiej polityce wobec Ukrainy jest eksponowany w rosyjskich dziennikach telewizyjnych dzień po dniu od 20 czerwca. Nigdy wcześniej doniesienia z Polski nie plasowały się na tak wysokich miejscach. Przekaz informacyjny, z którego media i influencerzy mogą legalnie w Rosji tkać swoje opowieści, pełen jest cytatów z polskich, ukraińskich i rosyjskich polityków. Wystarczy, że poseł Janusz Kowalski albo były premier Leszek Miller coś powie antyukraińskiego, a informowana jest o tym cała Rosja.

Orzeł Biały trafił się Moskwie w idealnym momencie – gdy propaganda musi wyjaśnić poddanym Putina, co się dzieje z wojną.

Ukraińskie drony trafiają coraz częściej, coraz celniej i coraz dalej. O braku benzyny w Rosji i – dodatkowo – braku prądu na Krymie – w końcu mówi się w Rosji otwarcie. Choć z komentarzem, że jest to „przejściowe”. Gdyż właśnie na Zachodzie rozpada się koalicja wsparcia dla Ukrainy. Trzeba tylko zacisnąć zęby i przeczekać.

„Zachód jako całość przestaje być monolitem; Moskwa dostrzega pewne pęknięcia w tej wspólnocie” – zauważył z satysfakcją 24 czerwca rzecznik prasowy Putina Dmitrij Pieskow. .

„Stanowisko Rosji, że Ukraina jest neonazistowska, zyskuje poparcie i nowych zwolenników” – tak skomentował sprawę orderu 21 czerwca senator Aleksiej Puszkow.

„Kryzys dyplomatyczny prawdopodobnie potrwa do wyborów parlamentarnych w Polsce, zaplanowanych na koniec 2027 roku. Ta kwestia jest kluczowym elementem kampanii. Stosunek Polaków do Ukraińców gwałtownie się pogorszył. Oczywiście to uczucie jest wzajemne” – ocenia agencja TASS, a na dowód obiektywizmu cytuje kijowskiego politologa Rusłana Bortnika.

Cytuje też Denisa Denisowa: „Ekspert Uniwersytetu Finansowego przy Rządzie Federacji Rosyjskiej, [który] uważa, że konflikt wokół gloryfikacji UPA mógłby wybuchnąć nawet wcześniej, gdyby Nawrocki został prezydentem przed 2025 rokiem”.

Kolejny ekspert też ocenia, że kwestia ukraińska stanie się kluczowa przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2027 r. Propaganda Kremla cytuje też ukraińskie media, w których pojawia się obawa, czy Polska nie stanie się w Europie nowymi Węgrami i nie zacznie blokować pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Konflikt o Wołyń jest „wojną ropuchy ze żmiją”, jak to określiła propagandystka Margarita Simonjan.

Przeczytaj także:

Wołyń wiecznie żywy ... w Moskwie

Moskwa od początku wojny liczyła na Wołyń i wywołanie antyukraińskich nastrojów dzięki przypominaniu Rzezi Wołyńskiej. Temat pojawiał się w rosyjskiej propagandzie stale, z komentarzem, jak to możliwe, że „po tym wszystkim” Polacy chcą pomagać Ukraińcom.

Orzeł Biały nie spadł jednak Moskwie z nieba, rosyjska propaganda starała się ze wszystkich sił, by wypromować niszowe postulaty środowisk prorosyjskich w Polsce jako stanowisko „narodowej” i „konserwatywnej” opinii publicznej.

Od początku pełnoskalowego najazdu na Ukrainę narracja Kremla była właśnie taka, jaka obecnie zalęgła się w Polsce: bez historycznego kontekstu, bez wspominania, jakie warunki do mordów na Wołyniu urządzili na „skrwawionych ziemiach” Hitler ze Stalinem. Chodziło w tej opowieści tylko o to, że walcząca dziś o przetrwanie Ukraina nie zasługuje na pomoc z powodu zbrodni popełnionych 80 lat temu. Rosja zaś zasługuje na uznanie swoich praw do Ukrainy, gdyż jej zbrodnie nie były zbrodniami, tylko realizowaniem „słusznych interesów suwerennego państwa”.

Rosja w swojej opowieści jest zawsze niewinna.

W 2022 r. została napadnięta przez Zachód (taka jest oficjalna wersja obecnej wojny najeźdźczej na Ukrainę). Nigdy w Ukrainie nie zaatakowała celów cywilnych (to propaganda Kremla opowiada w piątym roku ostrzeliwania ukraińskich miast, zabijania i pozbawiania cywili ogrzewania i prądu).

Tak samo było 80 lat temu. W 1941 r. Rosja niewinnie została zaatakowana przez Hitlera. II wojnę światową sprowokowała Polska, nie uwzględniając „słusznych postulatów terytorialnych Hitlera (Putin w rozmowie Tuckerem Carlsonem w 2024 r.)

Po 17 września 1939 r. nie było mordów i wywózek – tylko starania Stalina o pokój. A na Wołyniu może i zginęli etniczni Polacy, ale przede wszystkim „obywatele ZSRR”, gdyż takie obywatelstwo „zyskali” 1 listopada 1939 r. (Opowiada to publicznie rzeczniczka rosyjskiemu MSZ Zacharowa i ambasador Rosji w Polsce).

„Tak, ofiarami ukraińskich nacjonalistów z UPA podczas rzezi wołyńskiej w latach 1943–1944 byli głównie Polacy. Jednak od 1 listopada 1939 roku byli obywatelami radzieckimi. Po klęsce Polski w wyniku agresji nazistowskich Niemiec we wrześniu 1939 roku, Zachodnia Ukraina stała się częścią ZSRR, jednocząc się ponownie z Ukraińską SRR”.

Tę prymitywną wersję dziejów Moskwa utrzymuje siłą. Za mówienie, że było inaczej — że Stalin był wiernym sojusznikiem Hitlera, że wspólnie na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej urządzili piekło, niszcząc struktury społeczne i państwowe, i w ten sposób umożliwili rzezie Polaków i czystki etniczne — grożą w Moskwie surowe kary.

Polak po szkodzie głupi

Gdyby ktoś się dziwił, po co Kreml używa kodeksu karnego w debacie historycznej, to już teraz wie: tylko tak Moskwa mogła szerzyć swoją wersję dziejów. W obiegu była tylko wersja moskiewska, a ona – od wypowiedzi kremlowskich dygnitarzy, przez oficjalne media ściekała do internetu. Najpierw rosyjskiego, a potem już na całym świecie, w tym w Polsce.

Dla władzy Putina największym zagrożeniem jest powiedzenie, że historia tych ziem była straszna.

Nikt nie był całkowicie dobry, a doświadczenie masowych mordów było możliwe – bo jak pokazuje amerykański historyk Timothy Snyder – zabrakło tam administracji państwowej odpowiedzialnej za swoich obywateli. Byli tylko sowieccy i hitlerowscy okupanci.

Dziś dowodem Moskwy na „neonazizm” obecnej Ukrainy, walczącej z moskiewskim najazdem, jest nie tylko Wołyń, ale nawet to, że Ukraińcy odmawiają czczenia 22 czerwca, rocznicy najazdu hitlerowskiego na ZSRR. Bo dla Ukrainy II wojna światowa zaczęła się, tak jak dla Polski i Europy, 1 września 1939 r. A to, co się stało do 1941 r., przygotowało grunt do kolejnych tragedii.

Moskwa świętuje więc dziś to, że Polacy kupują moskiewską wersję dziejów, w której wszystko jest wyrywkowe, nie ma PRZED, nie ma POTEM. Winni są „oni”, niewinni i bohaterscy jesteśmy „my”.

Propaganda Kremla opowiada teraz w kółko, że bliską Moskwie perspektywę przyjmuje w sprawie II wojny światowej nie tylko połowa Polaków (Moskwa cytuje tu polskie badania opinii publicznej, a telewizja pokazuje to na obrazku w głównych wiadomościach).

Kołowy wykres pokazujący, że 59,7 proc. Polaków sprzeciwia sie wejściu Ukrainy do UE. Rosyjskie napisy
Tylko 35,3% Polaków jest za przystąpieniem Ukrainy do UD, 59.7% przeciw. "Wiesti", 25 czerwca 2026 r. wybijają te dane w relacji z gdańskiego kongresu poświęconego odbudowie Ukrainy

Moskiewską perspektywę przyjęli także polscy politycy. Mimo że wielu z nich ma historyczne wykształcenie albo oczytana jest w historii — nie w moskiewskiej wersji. Zyski bieżące okazały się ważniejsze – co akurat w dziejach Polski nie zdarza się pierwszy raz.

Zauważa to moskiewski komentator (jeden z wielu, bo wysyp analiz i komentarzy o „ukraińskiej klęsce w Polsce” jest gigantyczny). Cytuje przy tym Jana Kochanowskiego (!!!), „że [Polak] i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.

Moskwa czeka z pierogami

Moskwa oczywiście jest przekonana, że za Wołyń i konflikt o Wołyń odpowiada osobiście Wołodymyr Zełenski, bo to on nadał imię Bohaterów UPA jednostce wojskowej. Polska reakcja pozwala Moskwie iść dalej: domagać się od Warszawy, by zmieniła sojusze:

  • „Polska musi zdecydować, czy stanie po stronie własnego narodu, czy zbrodniczego reżimu kijowskiego” – ogłosił 21 czerwca marszałek Dumy Wiaczesław Wołodin.
  • „Warszawa starannie unika sedna sprawy: jak można wspierać kraj, który gloryfikuje bandy ukraińskich nazistów i ich przywódców, którzy dopuścili się ludobójstwa 100 000 Polaków?” – dodał tego samego dnia senator Puszkow.
  • „Może oficjalna Warszawa powinna przyznać swoje najwyższe odznaczenie tym obywatelom, którzy naprawdę pracują dla dobra swojej polskiej ojczyzny? W szczególności tym, którzy pielęgnują pamięć historyczną w Polsce, którzy dbają o pomniki żołnierzy Armii Czerwonej i ich polskich towarzyszy broni” – podpowiedziała rzeczniczka Zacharowa 25 czerwca.

W propagandzie Kremla nic nie jest przypadkiem – więc zapewne przypadkiem nie jest, że w ciągu ostatniego miesiąca agencja RIA Nowosti dwukrotnie zadepeszowała z Warszawy, że mimo panującej tu „rusofobii” Polacy kochają „ruskie pierogi”. Że nie są to pierogi rosyjskie, ale ukraińskie właśnie (przy czym w Ukrainie nazywane są „polskimi”), nie dodała – bo „ruskie” po rosyjsku brzmi jak „rosyjskie”.

Tak się robi propagandę.

PiS gorszy od Konfederacji, a najlepszy Leszek Miller

Propaganda to też sztuka powtarzania.

Na dowód „katastrofy ukraińskiej w Polsce” propaganda cytuje więc polskich polityków. Najczęściej z Konfederacji. Wysoko notowani są też politycy niezrzeszeni (Ewa Zajączkowska-Hernik i Janusz Kowalski) oraz były premier Leszek Miller, niegdyś lider SLD.

Propaganda odnotowuje też radykalny zwrot PiS, w tym antyukraińskie gesty Jarosława Kaczyńskiego (za którym pospieszyli kolejni politycy PiS, czemu telewizyjne „Wiesti” 26 czerwca poświęciły osobny materiał). Ale PiS-owi Kreml nie wierzy: przypomina, że gdy PiS rządził, pomagał broniącej się Ukrainie (materiał w t „Wiestiach”, 24 czerwca).

Odnotowuje też antyukraińskie wybryki, protesty w Polsce („Protestujący przynieśli ze sobą plakaty z napisami »Pamiętamy Wołyń« i skandowali »Ukraina bez Bandery!« i »Hańba!«”) oraz anonimowe komentarze na polskich portalach.

Cytuje szeroko antyukraińskie artykuły z ultraprawicowej prorosyjskiej „Myśli Polskiej”. Kolportuje ostre reakcje Kijowa na kwestię orderu i Rzezi Wołyńskiej, powtarza wszystkie niesprawdzone plotki (jak opowieść Arlety Bojke z Kanału Zero). Twardo powtarza swoją wersję: że współcześni Ukraińcy są sojusznikami Hitlera, a każdy, kto ich wspiera, jest w zasadzie samym Hitlerem.

Polski premier Donald Tusk przyznał, że w jego kraju narastają nastroje antyukraińskie i jest to groźne, wysłannik Putina do negocjacji biznesowych z Amerykanami Kiriłł Dmitrijew ogłosił: „Tusk pospieszył z obroną zwolenników nazistów ujawnionych przez polskiego prezydenta Nawrockiego”.

„Po odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu polskiego odznaczenia wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew oświadczył, że przywódca reżimu w Kijowie ma teraz miejsce na Krzyż Żelazny Hitlera. »Myślę, że główny banderowiec z łatwością znajdzie następcę i przypnie hitlerowski Krzyż Żelazny ze złotymi liśćmi dębu do swojego zielonego surduta«” – napisał Miedwiediew na swoim profilu w mediach społecznościowych .

  • Między Warszawą a Kijowem krąży czarny kot: prezydent Polski Karol Nawrocki postanowił odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu najwyższe odznaczenie państwowe w Polsce, Order Orła Białego. Skandal w zacnej europejskiej rodzinie!

„Ostatni krok Kijowa, mający na celu gloryfikację członków OUN, dosłownie rozwścieczył Polaków. Były prezydent Polski Lech Wałęsa stwierdził, że Zełenski »obraził go osobiście«. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał decyzję Zełenskiego „niedopuszczalną” i »bardzo bolesną dla Polaków«. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało ambasadora Ukrainy i wyraziło zaniepokojenie. Nawet premier Donald Tusk, jeden z najwierniejszych zwolenników Ukrainy w konflikcie z Rosją, przyznał, że czasami »irytują go głupie oświadczenia płynące zza granicy«.

Prezydent Polski Karol Nawrocki poszedł dalej niż inni, proponując cofnięcie Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Poprzednik Nawrockiego, Andrzej Duda, przyznał to najwyższe polskie odznaczenie kijowskiemu przywódcy w 2023 roku za »wybitne osiągnięcia« w rozwijaniu przyjaznych stosunków, promowaniu „współpracy na rzecz demokracji, pokoju i bezpieczeństwa w Europie” oraz »niezłomność w obronie niezbywalnych praw człowieka«”.

  • Grzegorz Płaczek, lider Konfederacji Korony Polskiej, zaproponował pozbawienie Wołodymyra Zełenskiego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, Orderu Orła Białego, z powodu jego decyzji o nadaniu elitarnej jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „bohaterów UPA”
  • „Były premier Polski (2001-2004) Leszek Miller stwierdził, że woli być »rosyjską szmatą« (obraźliwe określenie używane w Polsce wobec tych, którzy promują interesy Rosji – dopisek propagandy, red.) niż »pampersem Bandery«”.
  • „Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej bez Polski. Może w końcu powinniśmy postawić warunki (członkostwa Ukrainy w UE – red.)” – powiedział marszałek Włodzimierz Czarzasty, komentując ostatnie pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich.
  • „Przede wszystkim musimy oświadczyć, że Polska zablokuje przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej, dopóki nie wyrzeknie się ona kultu zbrodniarzy i nie odblokuje całkowicie wszystkich ekshumacji i nie zostanie osiągnięte nowe porozumienie” – powiedział Krzysztof Bosak.
  • „Moim zdaniem, nadszedł czas, aby Polska zaczęła blokować dalsze negocjacje w sprawie przystąpienia Kijowa do Unii Europejskiej” – ogłasza Jarosław Kaczyński, a za gazeta.pl natychmiast cytuje go RIA Nowosti.
  • Poseł Janusz Kowalski zaproponował wdrożenie programu repatriacji obywateli Ukrainy. „Czas rozpocząć program wysyłania Ukraińców z Polski na Ukrainę. Wszyscy powinni tam wrócić” – napisał Kowalski, który formalnie nie jest członkiem żadnej frakcji parlamentarnej, na swoim profilu na Facebooku, portalu społecznościowym uznawanym w Rosji za ekstremistyczny.
  • „Ukraina nadal podąża ścieżką Bandery i skończy się to dla niej źle. Ukraina przegra wojnę z Rosją, a całe kierownictwo polityczne Ukrainy ulegnie zmianie” – powiedział Miller. Jest przekonany, że w Polsce działa „piąta kolumna banderowców”, bardzo rozległa i silna. „Jeśli komuś nie podoba się określenie »piąta kolumna«, niech to będzie »potężne lobby banderowskie«” – powiedział były premier. Miller poparł również decyzję prezydenta Polski Karola Nawrockiego o cofnięciu najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, Orderu Orła Białego, Wołodymyra Zełenskiego. Odradzał polskim uczestnikom międzynarodowej konferencji na temat odbudowy Ukrainy, która odbędzie się w Gdańsku w dniach 25-26 czerwca, inwestowanie w ukraińską gospodarkę. „Każda inwestycja w całkowicie skorumpowaną Ukrainę to ogromne ryzyko dla każdej firmy”.
  • Telewizja cytuje Millera, który skarży się, iż z ukraińskich prezydentów tylko prorosyjski Janukowycz nie dostał Ordery Orła Białego. „Skoro wszyscy tak bardzo chcą zwrócić to, co dostali, niech zwrócą MiG-i, czołgi i broń. To byłby gest dobrej woli, prawda?” – powiedział Miller.

W kremlowskim przekazie pojawiają się szczegółowe analizy sytuacji politycznej w Polsce – co też dowodzi, że dla Moskwy chwila nastała szczególne.

Analiza nr 1: Czy Polskę da się ostatecznie odciągnąć od Ukrainy?

„Zełenski osobiście w dramatyczny sposób odesłał order do Warszawy pocztą, najprawdopodobniej wybierając opcję opłacenia zamówienia przez adresata. Ci, którzy posiadają polski złom niższej jakości [chodzi o Order Orła Białego], najprawdopodobniej oszczędzali na przesyłkach międzynarodowych, wybierając opcję bez numeru śledzenia.

Tak czy inaczej, wszyscy rzucili się do dyskusji o tłuczeniu talerzy. Philippot, lider francuskiej partii Patriotów, uznał odebranie orderu za zwrot Polski, praktycznie przejście do obozu antyukraińskiego: »Polska karze neonazizm reżimu Zełenskiego!«.

Amerykański portal Politico oświadczył, że »decyzja Nawrockiego doprowadziła jeden z najważniejszych europejskich sojuszy w wojnie z Rosją na skraj upadku«. Kijowscy urzędnicy z kolei nazwali pozbawienie Zełenskiego orderu »strategicznym błędem«, na którym »korzysta tylko Moskwa«. (...)

Jak trafnie napisał wczoraj amerykański dziennik »Los Angeles Times«, »Nawrocki jest politykiem nacjonalistycznym, który wykorzystał nastroje antyukraińskie do osiągnięcia korzyści wyborczych« i niewątpliwie polska opinia publiczna była niezwykle zadowolona z teatralnego antyukraińskiego ataku.

Jak jednak pisze gazeta, »Nawrocki stwierdził, że decyzja o odebraniu tytułu honorowego nie oznacza, że ​​wsparcie Polski dla Ukrainy w jej obronie przed Rosją zmniejszy się«. Wręcz przeciwnie, wzrośnie. Polskie władze umiejętnie uspokoiły elektorat, ale nigdy nie porzucą swoich strategicznych interesów i zamiaru dalszego utrzymywania przywilejów w obliczu konfliktu na Ukrainie. Jak sam Nawrocki przyznał w wystąpieniu wideo dotyczącym odebrania orderu Zełenskiemu: »Nie jesteśmy bezpośrednio w stanie wojny, ale nasze zaangażowanie jest wyjątkowe i silne«.

(...)

Pomoc wojskowa dla Ukrainy napędziła niezwykły wzrost krajowego budżetu obronnego. W tym roku Polska planuje przeznaczyć 5 procent swojego PKB na obronę – najwyższy poziom wśród krajów NATO, co napędza wykładniczy wzrost polskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Jednocześnie Polska staje się największym beneficjentem proukraińskiego programu SAFE Unii Europejskiej (150 miliardów euro), zgarniając dokładnie połowę tej kwoty.

Od 2022 roku ponad 90 procent całej pomocy wojskowej i humanitarnej dla Ukrainy przechodziło przez Polskę, a lotnisko Rzeszów-Jasionka stało się kluczowym węzłem NATO w Europie Wschodniej. Za to wszystko Polska, co naturalne, skrupulatnie pobiera od swoich bogatych partnerów wygórowane ceny.

Do tego należy dodać status Ukrainy jako głównego partnera handlowego UE (Warszawa sprzedaje Kijowowi towary o wartości 13 miliardów euro rocznie), wysokie ceny za tranzyt ukraińskiego zboża do UE i wiele innych czynników.

Co więcej, Polska chce również zaangażować się w wielomiliardowy program „odbudowy Ukrainy”, który będzie omawiany na specjalnym szczycie w Gdańsku w najbliższych dniach. Jak przyznał Tusk, „to wielki biznes”, na który będą przeznaczone pieniądze, a to są duże pieniądze, prawdopodobnie z rosyjskich reparacji lub zamrożonych rosyjskich funduszy”. Dodał: „Wszyscy chcieliby też zarobić, pomagając Ukrainie”. Dla porównania, mówimy o pół biliona euro (!).

Innymi słowy, Zełenskiego można gonić po polskich ulicach z kijami, nagiego i opierzonego, ile tylko zechce, ale żarliwa miłość ideowej szlachty do Ukrainy jako źródła twardej waluty nigdy nie wygaśnie”.

Analiza nr 2: Gra na przedterminowe wybory w Polsce

Analizę zamieściła rządowa agencja TASS.

„Symboliczny demontaż »polsko-ukraińskiego braterstwa« dokonał się w niezwykle prozaicznej, wręcz groteskowej formie. Zełenski nie tylko odwołał wizytę, ale także odesłał pocztą najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego. Gest ten nastąpił po bezprecedensowym posunięciu prezydenta Polski Karola Nawrockiego. (...)

Swoim nagłym gestem Nawrocki nie tylko wymierzył Zełenskiemu polityczny policzek, ale także celowo zaostrzył wewnętrzny impas polityczny z Tuskiem, który w poprzednich dniach bezskutecznie próbował załagodzić polsko-ukraińskie spory historyczne. (…)

Antykijowskie démarche prezydenta trafiło do większości Polaków, którzy od dawna mają dość ukraińskich uchodźców, niekończących się próśb Zełenskiego i Ukrainy w ogóle.

Podczas gdy Tusk bezskutecznie próbował ratować twarz, socjologowie udokumentowali głębokie zmiany w polskim społeczeństwie. Według sondażu United Surveys dla portalu Wirtualna Polska, ponad 51% Polaków wprost poparło pozbawienie przywódcy kijowskiego reżimu najwyższego odznaczenia państwowego. Przeciwko temu było tylko 35,5% respondentów.

Ale jeszcze ważniejszy jest podział partyjny w badaniu. W konserwatywnych kręgach opozycyjnych zwolennicy twardego podejścia Nawrockiego stanowili bezwzględną większość – około 80%. A wśród wyborców skrajnie prawicowych partii Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej odsetek ten osiągnął rekordowe 87%.

Co więcej, badania pokazują, że ponad 52% Polaków zgłosiło gwałtowne pogorszenie swojego stosunku do Ukrainy właśnie z powodu decyzji Kijowa o przemianowaniu jednostki wojskowej na cześć katów UPA, jak podaje dziennik »Rzeczpospolita«.

Trzeba przyznać, że Nawrocki działał pragmatycznie. Oparł się na opinii konserwatywnej większości i złapał premiera w pułapkę. Tusk musiał wybrać mniejsze zło.

Albo sprzymierzyć się z Kijowem i sprzeciwić się ponad połowie własnych obywateli, albo poprzeć prezydenta Polski, uznać jego przywództwo w tej sprawie i przyznać się do porażki polityki wspierania Zełenskiego bez względu na wszystko. Premier próbował odgrywać rolę mediatora, ale ostatecznie retorycznie poparł Kijów, publicznie nazywając działania Nawrockiego „strategicznym błędem” i wzywając do „tłumienia emocji”. (...)

Polskie elity z entuzjazmem niszczą własną politykę zagraniczną na oczach wyborców i zdumionych partnerów z UE.

Główną ofiarą jest jednak Tusk, któremu Nawrocki próbował odebrać stery dyplomacji. (...)

W tym kontekście coraz głośniej słychać głosy wzywające do przeprowadzenia przedterminowych wyborów parlamentarnych, które w przeciwnym razie odbyłyby się w listopadzie 2027 roku. Czy rzeczywiście się odbędą, czas pokaże, ale prezydent Nawrocki zajmuje się obecnie kwestią ukraińską, w pełni świadomy, że Tusk nie ma innego wyjścia w tym historycznym impasie.

Koniec imitacji

Porażka w Gdańsku i „wojna o nagrody” dobitnie pokazały, że pełna hipokryzji era polsko-ukraińskiego „braterstwa” dobiegła końca. Udawanie sojuszu nie jest już możliwe. Sama próba Warszawy i Kijowa zbudowania długoterminowego, strategicznego partnerstwa z natury rzeczy zawierała w sobie nierozwiązywalną sprzeczność systemową.

Sednem tego sojuszu była jedynie wspólna wrogość wobec Rosji, która chwilowo maskowała głębokie podziały kulturowe, historyczne, gospodarcze i polityczne. Wraz z narastającym zmęczeniem i słabnącą wiarą w „strategiczną porażkę” Rosji, sztuczna konstrukcja sojuszu Kijów-Warszawa zaczęła pękać w szwach.

Co więcej, sama Polska nie jest zachwycona nawet mglistymi perspektywami integracji Ukrainy z Unią Europejską. Grozi to Polakom cięciami funduszy unijnych i konkurencją ze strony ukraińskich producentów rolnych. Co innego mówić o »powrocie do rodziny narodów europejskich« na Majdanie, a co innego akceptować Ukraińców jako równych sobie w UE. (...)

Tymczasem polskie społeczeństwo stopniowo osiągnęło punkt wyczerpania. Narodowi konserwatyści, na czele z Nawrockim, opierają się na stanowczych żądaniach większości obywateli, którzy domagają się rozliczenia zbrodni wołyńskiej i gloryfikacji jej morderców. Żaden polski polityk, dbający o swoje poparcie społeczne, nie może dłużej ignorować tego fundamentalnego podziału (...).

Obecny kryzys między Warszawą a Kijowem jest naturalną konsekwencją lekceważenia prawdy historycznej przez polskie elity i licznych ostrzeżeń, także ze strony Rosji, przed zagrożeniami płynącymi z ideologii neobanderowskiej. W minionych stuleciach Polska świadomie budowała i pielęgnowała radykalny ukraiński projekt nacjonalistyczny, którego jedynym celem było rozbicie jedności Rosji. Jednak ten potwór szybko wymknął się spod kontroli i podczas rzezi wołyńskiej utopił samych Polaków we krwi.

Historia zatoczyła koło. (...)".

Czego nie mówi propaganda Kremla?

Spór o sposób interpretacji przeszłości przysłonił nie tylko w Rosji, ale i w Polsce, to, co dziś dzieje się na wojnie w Ukrainie. Ukraińcy otworzyli w Rosji dronowy „drugi front”. To najważniejszy moment tej wojny od początku pełnoskalowego najazdu Rosji w 2022 r.

W Rosji się o tym nie mówi: opowieść o wojnie jest po staremu prostacka i nawiązuje do II wojny, kiedy „naród solidarnie stawił czoła najeźdźcy”. Więc stawi czoła i dziś. Dowodem jest to, że ludzie zaczęli podwozić się nawzajem samochodami, skoro są kłopoty z benzyną. (Na taki poziom oddolnej organizacji Kreml się zgadza, ale propagandyści w telewizji podkreślają, że podwożenie to „gest nadzwyczajny”).

Obecnie najeźdźcą jest Ukraina — tak jak najeźdźcą była w czasie II wojny. Wszystko im się ładnie składa.

Ale Kreml nie może więc na razie publicznie cieszyć się z tego, że Polska jest na prostej drodze do nieskorzystania z ukraińskiego doświadczenia w wojnie obronnej. A to jest coś, czym musimy zacząć się przejmować.

Ja przejmuję się coraz bardziej – bo codziennie z otwartych źródeł uzupełniam mapkę o ukraińskim drugim froncie. I widzę, co się dzieje.

To, że Polska może stracić sojusznika, jest kolejnym, ukrytym na razie powodem do radości Kremla.

***

Od początku pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku śledzimy, co mówi na ten temat rosyjska propaganda. Jakich chwytów używa, jakich argumentów? Co wyczytać można między wierszami?

UWAGA, niektóre z linków wklejanych do tekstu mogą być dostępne tylko przy włączonym VPN.

Na zdjęciu Agnieszka Jędrzejczyk
Agnieszka Jędrzejczyk

Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)

Komentarze