Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / Agencja Gazeta
09 listopada 2020

Polska w pandemii jak Titanic. To eksterminacja obywateli w wyniku zaniechań

Wszystkie epidemiczne decyzje rządu były i są podejmowane bez wizji celu, za wolno, za późno, bez logicznej konsekwencji i na wątłej podstawie prawnej. Nigdy nie byliśmy przygotowani na zapanowanie nad kryzysem pandemii. Tym razem przed „morzem zgonów” nie uratuje nas nawet ponowny lockdown

To czwarty tekst w OKO.press dotyczący pandemii, który piszę. Na początku było ostrzeżenie „Jesień epidemii będzie gorsza od wiosny. Pojawią się infekcje złożone, a chorzy zderzą się ze ścianą” (7 września).

Potem przyszedł czas na komentarz w sprawie dwóch kolejnych rządowych strategii walki z pandemią COVID-19 „Powyżej tysiąca zakażeń to już norma: dziś 1350. A rządowa strategia dziurawa jak szwajcarski ser” (27 września).

Wreszcie 12 października, gdy było już wiadomo, że Titanic Polska zaczyna niebezpiecznie dryfować w kierunku epidemicznej góry lodowej powstał tekst „Czego zabraknie najpierw? Respiratorów, tlenu, łóżek? Personelu? Pędzimy ku katastrofie?”.

Te trzy teksty miały zaalarmować „kapitana i jego załogę”, że zderzenia z epidemiczną górą nie uda się już uniknąć, że za tą górą już tylko otchłań. Wszystkie, oprócz zdefiniowania przeszłości i teraźniejszości, podpowiadały: (1) jak można się dobrze przygotować na nadejście kolejnego szczytu zachorowań, (2) co jest czynnikiem ryzyka dla uwolnienia pandemii, wreszcie (3) co można zrobić, żeby ograniczyć rozmiar medycznej i humanitarnej katastrofy, jaka zawisła nad naszym krajem.

Orkiestra wciąż gra

Mimo prostoty tekstów do nikogo nic nie dotarło. Orkiestra wciąż gra i wciąż jest pełny szpan. Jeszcze nie tak dawno Waldemar Kraska – wiceminister zdrowia od pandemii, sposób postępowania przeciwepidemicznego rządu chwalił i uzasadniał tym, że w Polsce nie widzieliśmy przecież hal, czy stadionów wypełnionych trumnami, a w kilku innych krajach to się wydarzyło.

Nie widzieliśmy też na naszych ulicach kolumn ciężarówek ze zwłokami i chowania zmarłych w zbiorowych mogiłach, a we Włoszech tak było.

Fakt, nie widzieliśmy, ale patrząc na dane statystyczne i wskaźniki epidemiczne oraz na akcyjny, chaotyczny i pozbawiony jakiejkolwiek wizji sposób reagowania kryzysowego rządzących, te obrazy zapewne wkrótce przed nami.

Zbliżamy się do przekroczenia kolejnej magicznej granicy liczby nowo rozpoznanych zachorowań na COVID-19 jednego dnia (30 tysięcy), przy czym wszyscy mamy świadomość, że z powodu relatywnie niewielkiej liczby wykonywanych testów, są to dane kilkukrotnie zaniżone.

Respiratory się kończą

Opierając się na danych obserwacyjnych pochodzących z innych państw wiemy, że odsetek chorych, którzy po upływie około 14 dni od postawienia rozpoznania COVID-19 będą wymagali włączenia terapii oddechowej respiratorem wynosi od 3 do 5 proc.

Kiedy w dniu 20 października przekroczyliśmy liczbę 10 tysięcy zachorowań przewidywaliśmy, że zgodnie z powyższą zasadą, 3 listopada z tej populacji chorych rozpoczęcia wentylacji sztucznej płuc respiratorem może wymagać od 300 do 500 chorych. W dniu 3 listopada do respiratorów podłączono ponad 400 osób (wzrost liczby pracujących respiratorów o 75 oraz 373 zmarłe osoby, z których większość swoim zgonem zwolniła stanowisko intensywnej terapii).

Oznacza to, że za dwa tygodnie - 20 listopada - z populacji niemal 28 tysięcy chorych, u których COVID-19 rozpoznano 6 listopada, rozpoczęcia wentylacji sztucznej płuc respiratorem może wymagać od 800 do 1400 kolejnych chorych – jednego dnia.

To eksterminacja obywateli w wyniku zaniechań

Trudno takie dane skomentować w sposób inny niż eksterminacja obywateli naszego kraju w następstwie szeregu popełnionych zaniechań.

Jakby rządzący nie kombinowali, nie uda się połączyć 27 tysięcy nowych zachorowań i 445 oficjalnych zgonów w związku z COVID-19 zarejestrowanych w dniu 06 listopada z ulicznymi protestami po prowokacyjnej decyzji Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego.

Na protestujących na ulicach miast, miasteczek i wsi nie uda się w żaden sposób przenieść odpowiedzialności za nieodpowiedzialne zachowania polityków, za publiczne odwoływanie w Polsce pandemii, za uwolnienie wesel, otwarcie stadionów i wysłanie dzieci do szkół, wreszcie za pozostawienie systemu ochrony zdrowia bez wsparcia i bez pomysłu na poradzenie sobie z pandemią.

2 czerwca na konferencji prasowej zorganizowanej przed Centralnym Szpitalem Klinicznym MSWiA w Warszawie Prezes Rady Ministrów Pan Mateusz Morawiecki mówił, że „w sprawie COVID-19 działaliśmy szybko i zdecydowanie”.

„Dzięki szybkim decyzjom, nie znaleźliśmy się w sytuacji Włoch czy Hiszpanii, gdzie lekarze musieli decydować, których pacjentów leczyć. W Zachodniej Europie liczba zgonów na milion mieszkańców jest ponad 15 razy większa niż w Polsce. Potrafiliśmy zapewnić polskiej służbie zdrowia odpowiednią liczbę łóżek szpitalnych, respiratorów oraz sprzętu medycznego. Kiedy pojawił się COVID-19, trzeba było podejmować błyskawiczne decyzje, by ratować ludzkie życie. Nie chcieliśmy dopuścić do selekcji pacjentów. Dla nas życie i godność człowieka jest najwyższą wartością”.

To nigdy nie była ani „świento prawda, ani tys prawda”.

Wszystkie epidemiczne decyzje rządu były i są podejmowane bez wizji celu, za wolno, za późno, bez logicznej konsekwencji i na wątłej podstawie prawnej. Nigdy nie byliśmy przygotowani na zapanowanie nad kryzysem pandemii i nie jest prawdą, że „jesteśmy skazani na sukces”.

Tym razem przed „morzem zgonów” nie uratuje nas nawet ponowny lockdown.

W lutym i w marcu wszyscy byli przestraszeni i przerażeni. Gdy w kwietniu i w maju się okazało, że w przeważającej większości przypadków jako narodowość chorujemy lekko, wahadło samozadowolenia wychyliło się w przeciwną stronę. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zdecydowano o rezygnacji z większości zabezpieczeń. Przecież „wszyscy nam zazdroszczą”.

Zakupiliśmy respiratory widma, niespełniające swoich podstawowych funkcji maseczki, a seniorów wysłaliśmy na wybory.

Teraz ponownie, jak w lutym i marcu, dominuje stan depresji i przerażenia tym, co za chwilę zapewne się wydarzy.

Proszę mi wybaczyć porównanie, ale nie mamy tu do czynienia z jakimś skutecznym i świadomym zarządzaniem epidemią, a z zachowaniami ocierającymi się o cyklofrenię.

Pull up, terrain ahead

Wygląda na to, że piloci, którzy kierują statkiem powietrznym Polska, nie posiadają i kwalifikacji i właściwego doświadczenia. Spadamy, system ostrzegający co i rusz powtarza do nas „terrain ahead” i „pull up”, a piloci jakby nie rozumieli znaczenia tych słów.

Rządzący mieli ogrom czasu na właściwe przygotowanie kraju i jego obywateli. Był czas na

  • dostosowanie przepisów prawa do sytuacji kryzysowej,
  • czas na decyzję o wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej,
  • na przygotowanie infrastruktury technicznej i specjalistycznej jednostek ochrony zdrowia,
  • na wydzielenie na każdym poziomie jednostek dedykowanych chorym COVID-19 plus i tych dla chorujących na schorzenia niecovidowe,
  • na przygotowanie kadr stanowiących rezerwę na wypadek gorszego niż planowany przebiegu pandemii,
  • wreszcie na opracowanie szczegółowych planów działań w stanie kryzysu, w tym wczesnego przygotowania szpitali polowych z określeniem z imienia i nazwiska kadr dla tych jednostek.

Ministerstwo Zdrowia wymienionych zadań w znacznej większości nie wypełniło. Udało mu się natomiast skutecznie zamknąć system ochrony zdrowia dla osób ze schorzeniami innymi niż COVID-19.

Mamy już medyczny lockdown

Zamrożenie przez pandemię niemal całego systemu ochrony zdrowia i wywołany medialnymi przekazami strach potencjalnych pacjentów o swoje epidemiczne bezpieczeństwo w czasie kontaktu z ochroną zdrowia doprowadziły do pogorszenia dostępności do niemal wszystkich dziedzin medycyny oraz do zrealizowania istotnie mniejszej liczby bezpośrednich konsultacji medycznych i świadczeń diagnostyczno-terapeutycznych.

W ostatnich tygodniach doszedł jeszcze czynnik przekształcania niemal wszystkiego w publicznym sektorze ochrony zdrowia na jednostki leczące chorych z COVID-19 oraz narastająca niewydolność systemu ratownictwa medycznego z wydłużeniem czasów dojazdu zespołów ratownictwa medycznego na miejsce zdarzenia.

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, lekarz i były minister zdrowia, który w czasie pandemii odpowiada za organizację ochrony zdrowia na zarządzanym przez siebie obszarze, pismem z dnia 5 listopada zalecił samorządom wstrzymanie w szpitalach "niemal wszystkich świadczeń opieki zdrowotnej" innych niż leczenie COVID-19.

Co jeszcze Panie Ministrze, lekarzu można wstrzymać ? Medyczny lockdown już dotknął wszystkie dziedziny medycyny, a w kilku z nich doprowadził do ogromnych strat w ludziach.

Liczba zgonów wzrosła o prawie 40 proc.

Według danych pozyskanych z Ministerstwa Cyfryzacji liczba zarejestrowanych zgonów w październiku 2020 roku wyniosła 47 593.

Ta liczba jest o 13 419 zgonów (o 39 proc.) WYŻSZA niż w podobnym okresie roku 2019 (34 174).

Według tych danych „kowidowe” numery ICD-10 jako przyczynę zgonu wskazano w 3 122 przypadkach.

To oznacza, że z przyczyn pozakowidowych tylko w jednym miesiącu zmarło aż 10 297 osób.

Październik był pierwszym miesiącem z tak dużym przyrostem w liczbie zarejestrowanych zgonów. Każdy kolejny prawdopodobnie będzie gorszy.

Oprócz zwiększającej się liczby zgonów w związku z COVID-19, pośród głównych przyczyn zgonów z innych przyczyn dominują:

  • następstwa udaru mózgu,
  • niewydolności wieńcowej,
  • ciężkich urazów i innych nagłych zagrożeń zdrowotnych,
  • powikłań po zbyt późno wykonanych zabiegach operacyjnych,
  • oraz pierwsze efekty wyhamowania rozpoznawania nowych przypadków chorób onkologicznych.

Były Minister Zdrowia Łukasz Szumowski od kwietnia powtarzał, że rząd ma plan na ewentualną II falę epidemii koronawirusa. Gdy po ucieczce Szumowskiego z Ministerstwa przyszło do weryfikowania w jaki sposób Państwo zostało faktycznie przygotowane do walki z wirusem, okazało się, że ten plan to „Strategia walki z pandemią COVID-19 - jesień 2020”, która na 6 stronach niszczyła dotychczasowy, oparty o szpitale jednoimienne model leczenia chorych COVID-19 plus.

Likwidacja szpitali jednoimiennych

Likwidacja w połowie województw wielospecjalistycznych jednostek jednoimiennych i w całym kraju wielu izolatoriów, przeniesienie pandemii do szpitali I poziomu (powiatowych, które zamiast szpitali jednoimiennych miały zacząć przyjmować pacjentów z podejrzeniem COVID-19) i do praktyk POZ (strategia wymagała osobistego kontaktu lekarza POZ z chorym COVID plus przy niewystępowaniu któregoś z 4 objawów głównych) oraz przeniesienie kolejnych zadań na umęczonych pracowników powiatowych sanepidów, swoim brakiem sensu i logiki porażały.

Przez kolejne miesiące trwania pandemii szpitale jednoimienne wytworzyły swoje schematy, wręcz automatyzmy działań, wprowadziły procedury zabezpieczające. Powstały plany, gdzie i w jaki sposób tworzyć oddziały zapasowe oraz kto w nich miałby pracować.

Likwidując część szpitali jednoimiennych, Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się od tych zabezpieczeń odstąpić.

Wiadomo było, że odtworzenie struktur zlikwidowanego szpitala jednoimiennego paradoksalnie może się okazać zadaniem dużo trudniejszym niż jego utrzymanie, a mimo to takie decyzje podjęto.

Nie trzeba było też mieć wielkiej wyobraźni, żeby przewidzieć co wydarzy się w szpitalach powiatowych (jednostki poziomu I według Strategii), które do tej pory miały raczej iluzoryczną styczność z chorym na COVID-19 i covidowych procedur (nawet jeśli one były przygotowane) nie miały okazji przetestować.

Bez śluz, bez izolatek, bez uzupełnienia infrastruktury dystrybucji tlenu, z nieliczną kadrą.

Koń trojański Szumowskiego

Ta strategia była jakby koniem trojańskim pozostawionym w Ministerstwie Zdrowia przez Szumowskiego i jego ludzi. Adam Niedzielski, który jako nowy Minister Zdrowia i pierwszy (od wielu lat) nie lekarz na tym stanowisku, mógł zdobyć się na nowe otwarcie w MZ, tej strategii zażyrował.

O jakości „Strategii walki z pandemią COVID-19 1.0” świadczyły wywołane nią protesty środowiska lekarzy POZ i lekarzy chorób zakaźnych oraz szybka nowelizacja do wersji 2.0.

W wersji 2.0 Ministerstwo Zdrowia spełniło obietnice złożone lekarzom medycyny rodzinnej i chorób zakaźnych, powróciło do dopiero co zlikwidowanych szpitali jednoimiennych w każdym województwie, tym razem dla niepoznaki nazywanych wielospecjalistycznymi szpitalami koordynacyjnymi i dodatkowymi obowiązkami obciążyło szpitale pierwszego poziomu.

Na szpitale wielospecjalistyczne narzucono obowiązek koordynowania opieką covidową w województwie, nie wskazując kto i w jaki sposób ma tę funkcje wypełniać.

W dniu 3 listopada ogłoszono wersję 3.0 Strategii, w której zapowiedziano zwiększenie dostępności do izolatoriów, które dwa miesiące wcześniej wersją 1.0 zlikwidowano.

Zdecydowano też o zwiększeniu bazy łóżek covidowych przemieniając całe szpitale powiatowe w jednostki leczące chorych COVID-plus i dopuszczając do wydzielenia w każdym z pozostałych szpitali do 35 proc. łóżek jako covidowe.

Być może gdyby propozycja ta została wprowadzona w życie wersją 1.0, miałaby sens. Teraz jest już za późno.

Przez ciągłe zmiany zasad organizacji pracy poradni POZ i szpitali poziomu I oraz zaniechania w podejmowaniu decyzji o sztywnym rozdzieleniu potoku chorych na dwa nie krzyżujące się nurty (chorzy z COVID-19 i chorzy bez towarzyszącego zakażenia COVID-19), chorym ze schorzeniami innymi niż COVID-19 odebrano szansę na bezpieczne leczenie.

Testy antygenowe bez weryfikacji doprowadzą do nieszczęścia

Teraz wirus jest już wszędzie i w zasadzie wszystkie szpitale i całe w nich oddziały zajęte są chorymi z COVID-19.

W strategii 3.0 zmieniono definicję przypadku koronawirusa. Za osobę chorą teraz uznaje się również każdą z dodatnim wynikiem testu antygenowego.

Według MZ testy antygenowe mają teraz trafiać do SOR, izb przyjęć i wszędzie tam gdzie jest potrzeba oddzielenia pacjenta covidowego od niecovidowego. Jednocześnie te same testy mają być od teraz wykorzystywane u pracowników ochrony zdrowia.

Dzięki wykonywaniu codziennych testów antygenowych personel medyczny nie będzie podlegał kwarantannie. Tyle resort zdrowia.

Uwolnienie testów antygenowych i rezygnacja z obowiązku weryfikacji wyniku testu antygenowego testem PCR doprowadzi w jednostkach ochrony zdrowia do wielu nieszczęść.

Czułość różnych testów antygenowych wynosi od 0 proc. do 60 proc. To jak rzut monetą. Z dużą dozą pewności można przypuszczać, że w puli testów dostarczanych do szpitali będą również te zakupione przez Ministerstwo Zdrowia na początku pandemii, które u dużego odsetka chorych będą wskazywać wyniki fałszywie ujemne lub fałszywie dodatnie.

W końcu MZ na zakup tych niebezpiecznych i bezużytecznych testów antygenowych wydało 15 mln dolarów. Jeszcze we wrześniu, czyli na długo przed ogłoszeniem Strategii 3.0 trefne testy MZ trafiły do 263 placówek ochrony zdrowia.

Można zatem postawić pytanie, za ile covidowych ognisk szpitalnych i za ile zachorowań pracowników ochrony zdrowia na COVID-19 już teraz odpowiada sam resort zdrowia.

Za ile będzie odpowiadał w przyszłości, gdy na podstawie fałszywie ujemnych wyników chorzy SOR i Izb Przyjęć będą kierowani na oddziały szpitalne, a pracownicy ochrony zdrowia będą zwalniani z kwarantanny.

Aktualne decyzje MZ pozostają w sprzeczności ze stanowiskiem WHO z kwietnia 2020 roku, w którym organizacja ta nie rekomendowała stosowania w praktyce klinicznej szybkich testów na obecność antygenu SARS-CoV-2 ze względu na brak danych w piśmiennictwie, by takie rekomendacje przedstawić.

Przygnębiające jest również to, że w Strategii 3.0 mówi się, że Minister Zdrowia dopiero coś zrobi. Dopiero wskaże izolatoria, dopiero zacznie budować szpitale tymczasowe w lokalizacjach innych niż Warszawa, dopiero powoła centrum monitoringu pacjenta.

Pulsoksymetry dobrym przykładem

Kwestia pulsoksymetrów jest dobrym przykładem, że działania resortu zdrowia są głównie na pokaz. Jeżeli Minister Zdrowia w strategii pisze „zauważono, że zgodnie z opiniami ekspertów medycznych, m.in. z Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, kluczowe znaczenie ma wartość saturacji”, to dlaczego program wprowadzany jest w formie pilotażu i dlaczego obejmuje tylko 1500 urządzeń i tylko województwo małopolskie.

Co ten pilotaż ma nowego dowieść, skoro jego przydatność jest uznanym już elementem medycyny opartej na faktach.

I dalej, po samodzielnym pomiarze saturacji jej wynik musi być wpisany w aplikację na telefonie komórkowym (razem z temperaturą) skąd trafia do centrum monitoringu pacjenta. Potrafię sobie wyobrazić starsze osoby, dla których sprawna obsługa aplikacji w telefonie to duży problem. Czy zatem wiek będzie jakimś czynnikiem decydującym o dyskwalifikacji od tej techniki monitorowania?

Żadnego centrum monitoringu pacjenta nie ma

Wreszcie sprawa najważniejsza. Żadnego centrum monitoringu pacjenta nie ma i nie wiadomo kiedy zostanie powołane. Nie padła nawet przybliżona data uruchomienia tego faktycznie nowoczesnego narzędzia zdalnego monitorowania dobrostanu skąpoobjawowych chorych COVID-19.

Według Strategii 3.0 do lekarzy POZ należy prowadzenie stałego nadzoru dobrostanu i przebiegu choroby u osób z rozpoznanym COVID-19, których stan pierwotnie pozwalał na pozostawienie ich w miejscu zamieszkania.

Dlaczego Ministerstwo Zdrowia dopuszcza możliwość wykorzystania lekarzy specjalistów, lekarzy w trakcie specjalizacji, stażystów i studentów medycyny ostatnich lat dopiero w sytuacji przekroczenia możliwości systemu POZ. Wsparcie lekarzy rodzinnych jest tu przecież jedynie w tle.

Bezpieczeństwo chorujących w domu powinno być najważniejsze. Czemu już teraz nie można do każdej Poradni POZ wysłać studentów ostatnich lat szkół medycznych, których zadaniem byłoby codzienne wykonanie telefonu do chorych COVID plus leczących się w domu, z zamiarem ustalenia aktualnego stanu zdrowia każdego chorego, jego sytuacji socjalnej oraz ewentualnych potrzeb.

Stan zdrowia byłby odnotowywany w dokumentacji medycznej, a ewentualne potrzeby zgłaszane do „korpusu dla seniorów”. „Korpus seniorów” powinien móc pomagać również młodszym osobom samotnym i społecznie wykluczonym.

Nie mamy żadnego zarządzania

Wszystko co zostało dotychczas napisane można podsumować stwierdzeniami, że nie tylko nie mamy właściwego zarządzania kryzysem epidemicznym. Nie mamy żadnego zarządzania.

Mamy jedynie kolejne mikrotaktyki polegające na proponowaniu wprowadzenia kolejnych mikrorozwiązań - niespójnych i sprzecznych z poprzednimi.

Całą odpowiedzialność za walkę o życie i zdrowie chorych i ciężko chorych, bez względu na przyczynę tych zachorowań, zrzucono na barki pracowników ochrony zdrowia.

Już teraz poszukuje się potencjalnych winnych liczonej tysiącami zgonów Polek i Polaków porażki w walce z pandemią.

Spełnia się główne hasło walki z pandemią: „wszystkie ręce (prokuratorów) na pokład”.

Ciekawe, czy zarzuty zostaną postawione również tym funkcjonariuszom publicznym, którzy zaniedbali swoje służbowe obowiązki i nie przygotowali naszego kraju na rozwój pandemii.

Mamy już trzecią strategię, Niemcy wciąż jedną

A strategie? Można odnieść wrażenie, że te strategie są tylko po to, żeby były (to już nasza trzecia strategia, gdy Niemcy mają tylko jedną). Żadna z nich nawet nie wspomina o kluczowych dla systemu ochrony zdrowia w pandemii problemach i nie przedstawia propozycji ich rozwiązań.

  • Stworzenie całodobowego Ogólnokrajowego Centrum Zarządzania Systemem,
  • sposób sensownego zagospodarowania posiadanych kadr medycznych i możliwości ich uzupełnienia,
  • pomysły na zwiększenie dostępności do wolnych miejsc intensywnej terapii,
  • infrastruktura tlenowa i zapasy ciekłego tlenu,
  • reanimacja ratownictwa medycznego,
  • skorzystanie z oferowanej nam pomocy międzynarodowej.

Każdy z tych punktów jest kluczowym w „łańcuchu przeżycia” w COVID-19. Z definicji „łańcucha przeżycia” wynika, że jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Ten nasz jest „na ślinę i sznurek”.

Cezary Pakulski, dr hab. n. med., lekarz i nauczyciel akademicki, kierownik Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Medycyny Ratunkowej w Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie.

W latach 2001-2010, jako konsultant wojewódzki w dziedzinie medycyny ratunkowej, współorganizował Zintegrowany System Ratownictwa Medycznego w województwie zachodniopomorskim. Inicjator i współorganizator Centrum Urazowego dla Dorosłych i Centrum Urazowego dla Dzieci w SPSK nr 1 w Szczecinie. W latach 2009 – 2013 członek Okręgowej Rady Lekarskiej i jej prezydium – VI kadencja. W roku 2019 kandydat w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej IX kadencji. Obecnie wiceprezes i członek zarządu Stowarzyszenia Plac Solidarności.

Udostępnij:

Cezary Pakulski

Dr hab. n. med., lekarz i nauczyciel akademicki, kierownik Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Medycyny Ratunkowej w Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. W latach 2001-2010, jako konsultant wojewódzki w dziedzinie medycyny ratunkowej, współorganizował Zintegrowany System Ratownictwa Medycznego w województwie zachodniopomorskim. Inicjator i współorganizator Centrum Urazowego dla Dorosłych i Centrum Urazowego dla Dzieci w SPSK nr 1 w Szczecinie. W latach 2009 – 2013 członek Okręgowej Rady Lekarskiej i jej prezydium – VI kadencja. W roku 2019 kandydat w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej IX kadencji. Obecnie wiceprezes i członek zarządu Stowarzyszenia Plac Solidarności.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne