0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Wojtek RADWANSKI / AFPFot. Wojtek RADWANSK...

7 marca 2024 około południa w Braniewie, w województwie warmińsko-mazurskim, funkcjonariusze policji zatrzymali ukraińskich dziennikarzy agencji informacyjnej Rayon.in.ua – redaktora Jurija Konkewycza i kamerzystę Ołeksandra Piluka. O incydencie dziennikarze poinformowali 13 marca.

Rayon.in.ua to sieć medialna, która działa w obwodach wołyńskim, rówieńskim, lwowskim, zakarpackim i chersońskim.

Do Polski dziennikarze przyjechali, żeby się dowiedzieć, jak wygląda ruch towarowy na granicy rosyjsko-polskiej. Z Ukrainy wyjechali 6 marca, kiedy w Polsce odbywały się strajki rolników. Drogi były pełne traktorów. Dziennikarze objeżdżali Warszawę cztery godziny. Braniewo nie było ich celem. Jednak tam zatrzymali się ich współpracownicy, którzy jechali innym samochodem, i którym udało się przejechać korki szybciej.

– Jechaliśmy dwoma samochodami, żeby później się rozdzielić i szybciej nagrać to, co nas interesowało w pobliżu granicy, tzn. chcieliśmy zbadać temat ruchu towarowego, ocenić przepływ ładunków i dowiedzieć się, czy do przekroczenia granicy używane są polskie, czy rosyjskie pojazdy. Przy okazji planowaliśmy porozmawiać ze świadkami i ekspertami, aby ocenić skalę takiego handlu – mówi OKO.press Jurij Konkewycz . Ma za sobą 20 lat pracy w mediach.

Przeczytaj także:

Jurij: gdzie jest nasz sprzęt?

Mieli jechać na przejście graniczne Bezledy-Bagrationowsk. Przedtem jednak pojechali na stację kolejową w Braniewie, niedaleko granicy z Rosją. Zobaczyli wagony z węglem i cysterny z rosyjskim skroplonym gazem ziemnym przewożone przez rosyjskie koleje i kazachskich dostawców.

– Nie spotkaliśmy tam ani jednego punktu kontrolnego polskich rolników, za to widzieliśmy wagony RŻD – Kolei Rosyjskich (Rossijskije żeleznyje dorogi; РЖД) – opowiada Jurij.

– Byłem zszokowany. Kiedy czytasz w mediach o tym, że kontynuowany jest handel LNG, skroplonym gazem ziemnym, to jedno, a kiedy widzisz te setki wagonów, to drugie. Zrobiłem kilka zdjęć i wideo cystern. Poczuliśmy się obrażeni, ponieważ uwaga jest zwrócona tylko na granicę polsko-ukraińską. A z rosyjską granicą wszystko jest okej.

„Powodem zatrzymania było to, że dziennikarze zbyt długo robili zdjęcia infrastruktury krytycznej, a mianowicie rosyjskich wagonów ze skroplonym gazem”

czytamy na stronie agencji.

Dziennikarze zostali zatrzymani z telefonami, aparatem fotograficznym i trzema kartami pamięci. Policja zabrała również sprzęt redakcyjny i rzeczy osobiste z samochodu.

– Jakie są losy tego sprzętu, nie wiemy do tej pory – mówi Jurij. – Później zatrzymano też naszych współpracowników. Wrócili z Polski, ale bez sprzętu. W protokole oficjalnie policja odnotowała tylko te rzeczy, które były przy nas.

W samochodzie było też zezwolenie na wyjazd z Ukrainy, redakcyjne skierowanie na wykonanie zadania opisujące, że dziennikarze mają sprawdzić, jak wygląda kontynuowanie handlu Rosji z UE. Mężczyźni mieli legitymacje prasowe.

Po zatrzymaniu dziennikarze byli przesłuchiwani przez różne polskie służby, m.in. funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W tłumaczeniu pomagał jeden z policjantów, który zna język ukraiński. Do tego Jurij rozumie język polski.

– Pytano nas, co tutaj robimy, dlaczego tu jesteśmy. Najpierw nie mówiłem wprost, że jestem dziennikarzem. Myślałem, że dzięki temu szybciej nas wypuszczą i dokończymy pracę. Ale już potem, w rozmowie z ABW powiedziałem, że jesteśmy dziennikarzami i nad czym pracujemy. Funkcjonariusze znaleźli w samochodzie nasze dokumenty, zaświadczenie z redakcji.

8 marca odbyło się przesłuchanie z protokołem i tłumaczem.

Jurij podkreśla, że

policja nie dała im możliwości zadzwonienia do bliskich czy do redakcji.

ABW: zagrożenie dla bezpieczeństwa i interesu RP

Wieczorem 8 marca zostali zwolnieni. Po wyjściu z komisariatu dziennikarzy zatrzymała jednak Straż Graniczna. Funkcjonariusze poinformowali, że muszą wyjaśnić powody ich przebywania w Polsce. Potem dodali, że od ABW otrzymali rozkaz, żeby natychmiast ich deportować, ponieważ są osobami zagrażającymi bezpieczeństwu narodowemu Rzeczypospolitej Polskiej.

– Otrzymaliśmy zakaz wjazdu do Strefy Schengen na pięć lat – mówi Jurij Konkewycz. – Policja dwa razy nas zapewniała, że poinformowała konsula Ukrainy o naszym zatrzymaniu. To mnie uspokoiło. Skoro konsul wie, to zawiadomi redakcję i rodzinę. Potem okazało się, że konsul nie był poinformowany. Moja żona dowiedziała się, że zostałem zatrzymany, po półtorej doby, kiedy już zatrzymała nas SG. Oni od razu pozwolili na telefon do bliskich.

Decyzja o deportacji została podjęta na podstawie postanowienia wydanego przez ABW. Samo uzasadnienie, według Straży Granicznej, która nas deportowała, jest poufne – mówi Jurij. – Zgodziliśmy się współpracować przy deportacji.

Wieczorem 9 marca SG doprowadziła dziennikarzy do punktu kontrolnego Dorohusk-Jahodyn.

Sejm: „Naszym moralnym obowiązkiem jest zaprzestanie handlu…”

Jurij mówi, że ironią losu jest to, że dokładnie wtedy, kiedy stali się osobami, które zagrażają polskiemu bezpieczeństwu, Sejm podjął projekt uchwały ws. nałożenia sankcji na import rosyjskiej i białoruskiej żywności i produktów rolnych do Unii Europejskiej.

– Po to tam jechaliśmy. Chcieliśmy udowodnić Polakom, że nie w stronę Ukrainy trzeba patrzeć w sprawie problemów polskich rolników.

A na to, że w ciągu dwóch lat Rosja zwiększyła eksport zboża do UE, które obniżyło cenę na rynku

– tłumaczy Jurij. – Widzę, że już polscy posłowie zaczęli o tym mówić.

Na razie rosyjskie zboże nie jest objęte sankcjami UE.

„W uchwale »w sprawie nałożenia sankcji w związku z importem rosyjskiej i białoruskiej żywności oraz produktów rolnych do Unii Europejskiej« Sejm podkreślił, że import żywności i produktów rolnych z Rosji i Białorusi cały czas generuje ogromne dochody dla rosyjskich i białoruskich producentów i handlowców oraz budżetów tych państw” – czytamy na stronie Sejmu.

– Zdecydowanie nie mieliśmy zamiaru wywoływać skandalu w tym czasie, kiedy wszyscy są zdenerwowani, a dwa rządy przygotowują się do spotkania w Warszawie

[28 marca – red.], ale zostaliśmy deportowani – mówi dziennikarz.

– Redakcja rozpoczęła teraz proces odwoływania się od deportacji na własną rękę – mówi dyrektor agencji Ihor Denysewycz. – Taka reakcja polskich organów ścigania zagraża wolności słowa nie tylko w odniesieniu do ukraińskich dziennikarzy. Domagamy się również zwrotu mienia, które jest cenne i ma wartość materialną. Brak sprzętu w dużej mierze blokuje działalność agencji informacyjnej Rayon.in.ua.

Redakcja apeluje do władz państwowych Ukrainy i Polski o odpowiednią reakcję na ten incydent.

Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy wyraził solidarność ze swoimi kolegami i apeluje do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP) oraz Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy o interwencję i ochronę praw ukraińskich dziennikarzy.

Jurij: import skroplonego gazu do UE wzrósł o 40 proc.

Dziennikarze nie zdążyli sfilmować tego, co planowali. Natomiast zobaczyli cysterny z rosyjskim LNG. Sibur, INK – Irkutsk Oil Company i Texol.

„Ostatecznym beneficjentem Sibur jest rosyjski Novatek, którego udziałowcami są putinowscy oligarchowie Leonid Michelson i Giennadij Timczenko. INK jest własnością rosyjskiego miliardera Nikołaja Bujnowa. W 2023 roku INK uruchomiła projekt LNG. Texol to kazachski gazowiec LNG” – czytamy w materiale Rayon.in.ua.

„Kraje europejskie aktywnie importują rosyjski arktyczny skroplony gaz ziemny. W 2023 roku import LNG do UE wzrósł o 40 proc., a eksperci przewidują dalszy wzrost importu w 2024 roku. W przeciwieństwie do USA UE nie nałożyła sankcji na import LNG, a największymi nabywcami rosyjskiego LNG są Francja i Hiszpania” – dodaje Konkewycz.

Według raportu Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) i koalicji Business4Ukraine „w rezultacie UE pozostaje miejscem docelowym dla 50 proc. rosyjskiego eksportu LNG i co miesiąc wysyła do Rosji 1 miliard dolarów”, podaje High North News w grudniu 2023.

„Zostaliśmy zatrzymani i wydaleni z Polski za próbę stworzenia materiału o nie do końca zamkniętym handlu Europejczyków z Rosją” – dodaje dziennikarz.

Prokuratura: śledztwo jest na wstępnym etapie

Zwróciliśmy się do Prokuratury Okręgowej w Elblągu z pytaniami, m.in. co fotografowali dziennikarze oraz jakie są wobec nich zarzuty.

„Prokuratura Rejonowa w Braniewie prowadzi postępowanie [...] w zakresie przestępstwa z art. 130 § 3 kk polegającego na gromadzeniu w celu udzielenia obcemu wywiadowi wiadomości, których przekazanie może wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej w postaci zdjęć i nagrań cywilnej infrastruktury krytycznej przez czterech obywateli Ukrainy” – mówią w prokuraturze. I dalej:

„W chwili podjęcia interwencji mężczyźni nie wskazali, że są dziennikarzami, żaden z nich nie okazał legitymacji dziennikarskiej. Dopiero w trakcie wykonywania z nimi czynności procesowych, dwóch z nich oświadczyło, że są dziennikarzami, a wykonanie nagrań i zdjęć było elementem przygotowywanego przez nich materiału prasowego. Dwóch pozostałych miało być ich kierowcami.

Mężczyźni wykonywali zdjęcia wielu obiektów na terenie Braniewa, m.in.: ramp przeładunkowych PKP Cargo, elektrowni wodnej, mostu, terminalu przeładunkowego gazu itd. [...]

Zatrzymani mężczyźni zostali przesłuchani w charakterze świadków, nie przedstawiono im żadnych zarzutów. Śledztwo jest na wstępnym etapie, w jego trakcie weryfikowana będzie, w szczególności, wersja podana przez ww. obywateli Ukrainy”.

Konkewycz wyjaśnia OKO.press, że o żadnej elektrowni nikt im nie mówił.

– Już widzę na mapie tę elektrownię w centrum Braniewa – jest w parku przy stadionie, przez który przechodziliśmy. Zrobiliśmy zdjęcia parku, stadionu, kaczek na rzece i zdjęcia na moście. W tych przypadkach elektrownia mogła być w kadrze. Nie widzieliśmy ostrzeżeń o zakazie fotografowania przyrody w parku, w którym, jak się okazało, była elektrownia. Podczas przesłuchań w ogóle nie było mowy o żadnej elektrowni, pytano tylko o sfotografowane cysterny i wagony.

W 2023 roku Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego rozbiła rosyjską siatkę szpiegowską złożoną z obywateli Ukrainy, Rosji i Białorusi, którzy obserwowali transporty broni do Ukrainy i planowali wykolejenie pociągu z takim transportem.

Ukraińska Prawda: polskie służby chciały wywołać efekt mrożący

To już drugi raz polscy funkcjonariusze organów ścigania zatrzymują dziennikarzy zajmujących się wymianą handlową między Polską a Białorusią i Rosją.

27 lutego zostali zatrzymani dziennikarze śledczy Ukraińskiej Prawdy – największej ukraińskiej gazety online – Mychajło Tkacz i Jarosław Bondarenko. Przygotowywali materiał dotyczący handlu z Białorusią (chodziło o produkty rolne; poniżej zamieszczamy śledztwo z polskimi napisami). Wtedy nie doszło do deportacji. Materiał ukazał się 29 lutego 2024 i był szeroko komentowany w ukraińskich mediach.

Dziennikarzom również nie pozwolono na telefon do bliskich ani do redakcji. Zatrzymanie trwało około czterech godzin. Kiedy odzyskali swoje rzeczy okazało się, że część materiału została usunięta.

„Jako redakcja portalu internetowego »Ukraińska Prawda« mamy świadomość, jak ważne jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa, w tym ustalenie tożsamości osób znajdujących się w strefie przygranicznej. Doceniamy pracę organów ścigania przyjaznej sąsiadki naszego kraju – Polski. Jednocześnie apelujemy do polskich funkcjonariuszy o przestrzeganie procedur, do których zobowiązuje ich krajowe prawo.

Celem wczorajszych działań Policji Polskiej wobec kierownika działu śledczego „Ukraińskiej Prawdy” Mychajła Tkacza i operatora Jarosława Bondarenki nie było dbanie o bezpieczeństwo w strefie przygranicznej. Działania funkcjonariuszy miały znamiona przeszkadzania w pracy dziennikarskiej, ingerencji w nią oraz rażąco naruszały procedurę ustalenia tożsamości” – czytamy w oświadczeniu Ukraińskiej Prawdy w związku z zatrzymaniem w Polsce swoich dziennikarzy (przygotowane również w języku polskim).

Redakcja UP dostrzega próbę wpłynięcia „na pracę dziennikarską, aby wywołać „efekt mrożący" wśród ukraińskich dziennikarzy pracujących w Polsce”.

Jako redakcja portalu internetowego „Ukraińska Prawda” mamy świadomość, jak ważne jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa, w tym ustalenie tożsamości osób znajdujących się w strefie przygranicznej. Doceniamy pracę organów ścigania przyjaznej sąsiadki naszego kraju – Polski. Jednocześnie apelujemy do polskich funkcjonariuszy o przestrzeganie procedur, do których zobowiązuje ich krajowe prawo.

Celem wczorajszych działań Policji Polskiej wobec kierownika działu śledczego „Ukraińskiej Prawdy” Mychajła Tkacza i operatora Jarosława Bondarenki nie było dbanie o bezpieczeństwo w strefie przygranicznej. Działania funkcjonariuszy miały znamiona przeszkadzania w pracy dziennikarskiej, ingerencji w nią oraz rażąco naruszały procedurę ustalenia tożsamości.

Przypominamy, że grupa redaktorów „Ukraińskiej Prawdy” została zatrzymana przez policję podczas robienia zdjęć do materiału dotyczącego tranzytu towarów z Rosji i Białorusi do Rzeczypospolitej Polskiej. Funkcjonariusze przeszukali pojazd, wyciągnęli karty pamięci z kamer, zarekwirowali naszym dziennikarzom telefony komórkowe i dokumenty. Redaktorów „Ukraińskiej Prawdy” przewieziono do komendy policji w Łukowie, gdzie zatrzymywano na co najmniej 4 godziny. Naszych pracowników przesłuchiwali zarówno policjanci, jak i przedstawiciele polskich służb specjalnych. Przez cały ten czas nie pozwalano im na wykonanie żadnego telefonu.

Mychajło i Jarosław kilkakrotnie zwracali się do funkcjonariuszy z prośbą o możliwość skontaktowania się z prawnikiem w Ukrainie lub skorzystania z usług prawnika w Polsce. Podczas przesłuchania funkcjonariusze grozili naszym kolegom aresztem na 14 dni oraz założyli im kajdanki. Po przesłuchaniu Mychajłowi i Jarosławowi oddano karty pamięci, jednak niektóre z nagranych materiałów zostały usunięte. Zniszczono również ładowarkę do akumulatorów. Operatora Jarosława Bondarenkę zmuszono do podpisania niezrozumiałego dokumentu w języku polskim, którego nie zna.

Po dobie od zdarzenia polscy funkcjonariusze nadal nie potrafią wyjaśnić przyczyn i podstaw do zatrzymania naszych pracowników. Wersje policji ciągle się zmieniają – od początkowego twierdzenia, że wieści o zatrzymaniu miały być „fałszywą informacją”, do prób tłumaczenia czynności barierą językową czy potrzebą ustalenia tożsamości i sprawdzenia dokumentów.

Zwracamy również uwagę na manipulacje, rozpowszechniane przez Polską Policję, jakoby nasi koledzy mieli filmować infrastrukturę kolejową (co nie jest prawdą, policjanci mogli się o tym przekonać w trakcie sprawdzenia materiałów wideo) oraz nie mieli… zezwolenia na pracę w Polsce.

Uważamy, że policja w ten sposób próbowała wpłynąć na pracę dziennikarską, aby wywołać „efekt mrożący" wśród ukraińskich dziennikarzy pracujących w Polsce.

W naszym odczuciu polscy funkcjonariusze dopuścili się nielegalnych działań wobec dziennikarzy, nie przedstawiając podstawy prawnej i faktycznej naruszyli podstawowe prawa człowieka.

Kontrola tożsamości nie może trwać 4 godziny – na co wskazują wyroki polskich sądów. Polska Policja nie poinformowała dziennikarzy o zatrzymaniu, funkcjonariusze nie podali imion, nazwisk i stopni służbowych, nie pokazali swoich legitymacji, nie wezwali tłumacza, nie wydali dokumentu o zatrzymaniu z opisem sposobu odwołania się od działań funkcjonariuszy.

Sytuacja rozwiązała się dopiero po interwencji pracowników ambasady i konsulatu Ukrainy w Polsce.

Ostatnie stanowiska Policji wyglądają jak próby przerzucenia odpowiedzialności na dziennikarzy „Ukraińskiej Prawdy”. W żaden sposób nie usprawiedliwiają one sposobu zatrzymania i nielegalnej ingerencji w pracę naszych kolegów. W związku z tym redakcja podjęła kroki prawne we współpracy z polskim prawnikiem.

Chcielibyśmy podkreślić, że pomimo tego zdarzenia planujemy opublikować materiał dotyczący tranzytu między Polską a Białorusią.

„Cztery godziny bez prawa do zadzwonienia, bez telefonów i dwie godziny stania na dziedzińcu biura komendanta bez pozwolenia na siedzenie, kiedy patrzysz, jak twoje rzeczy osobiste są przerzucane przez maskę samochodu.

Szkoda wideo. Ale będziemy kręcić więcej.

Albo może skończy się handel z krajami agresorami i sponsorującymi terroryzm i nie będzie czego filmować.

W międzyczasie przepraszam, to jest zdecydowanie ważną społecznie informacją. W szczególności dla polskiego społeczeństwa” – pisał po zwolnieniu Mychajło Tkacz, dziennikarz UP.

Organizacje dziennikarskie: zagrożenie dla wolności prasy

6 marca, dzień przed zatrzymaniem dziennikarzy Rayon.in.ua Komisja Wolności Słowa Rady Najwyższej Ukrainy oficjalnie zaapelowała do właściwych komisji Sejmu i Senatu RP w sprawie zatrzymania dziennikarzy Ukraińskiej Prawdy.

„Polska powinna objąć tę kwestię kontrolą parlamentarną, ponieważ

groźby wobec dziennikarzy i przesłuchania nie są normalnymi praktykami dla europejskiego państwa, które wspiera wolność słowa.

Jesteśmy wdzięczni naszym polskim partnerom za nieustające wsparcie w wojnie, ale nie daje to funkcjonariuszom policji prawa do utrudniania pracy ukraińskim dziennikarzom” – pisze Jarosław Jurczyszyn, szef komitetu.

14 marca Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ-EFJ) wydała komunikat, w którym opisuje obie sprawy oraz „wzywa polskie władze do przeprowadzenia niezależnego i dokładnego śledztwa w sprawie tych poważnych ataków na dziennikarzy oraz do ponownego rozważenia ich deportacji z terytorium”.

„Wrogość nasiliła się jeszcze bardziej, gdy Jurij Konkewycz i Ołeksandr Piluk otrzymali pięcioletni zakaz wjazdu do krajów strefy Schengen” – dodaje Federacja Dziennikarzy. „IFJ i EFJ są zaniepokojone tak uporczywym utrudnianiem pracy ukraińskich dziennikarzy w Polsce, które stwarza poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa dziennikarzy i samej wolności prasy”.

W poniedziałek 18 marca 2024 Committee to Protect Journalists, Komitet Ochrony Dziennikarzy również stanął w obronie ukraińskich dziennikarzy.

„Dziennikarze powinni mieć możliwość relacjonowania spraw będących przedmiotem zainteresowania publicznego bez obawy przed zatrzymaniem lub deportacją” – powiedziała Gulnoza Said, koordynatorka programu CPJ w Europie i Azji Środkowej.

;

Udostępnij:

Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką, „ambasadorką” Ukrainy w Polsce. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media.

Komentarze