Polska przedstawia ogłoszony projekt zmian w ETS jako sukces. Ten faktycznie może nadejść – o ile transformacja naszego przemysłu przestanie być traktowana jako przymus, a zacznie być postrzegana jako szansa rozwoju.
W piątek (17 lipca 2026) Komisja Europejska zaproponowała długo wyczekiwany pakiet zmian w ETS, europejskim systemie handlu emisjami (ang. Emission Trading System). I niewykluczone, że doczekaliśmy się politycznego cudu.
Choć propozycje budzą duże kontrowersje i z pewnością wywołają ostre napięcia na kolejnych etapach negocjacji, możliwe, że uda się pogodzić ogień z wodą. Jeśli tak się stanie, Unia Europejska utrzyma sensowne cele klimatyczne, a najbardziej problematyczne firmy faktycznie zainteresują się transformacją energetyczną, zamiast wiecznie zabiegać o ustępstwa.
Z perspektywy Polski wstępne zadowolenie naszego rządu może się jednak rozbić o szczegóły.
O co chodzi? Kto broni reformy ETS, a kto ją krytykuje? I czy ktoś ma rację?
System handlu emisjami CO2 to jedno z najważniejszych narzędzi, za pomocą których państwa Unii Europejskiej chcą osiągnąć uzgodnione cele klimatyczne. W ostatnich lata jego znaczenie wzrosło jeszcze bardziej, bo kolejne kryzysy energetyczne (pandemia, wojna w Ukrainie, a potem w Iranie) pokazały, jak groźna jest zależność Europy od importu paliw kopalnych.
W ramach ETS energochłonne sektory przemysłu i energetyki (m.in. elektrownie węglowe oraz huty stali i aluminium) muszą wykupywać uprawnienia do emisji CO2 na aukcjach. Pula uprawnień jest regularnie zmniejszana, co przekłada się na wzrost cen – i ma stanowić zachętę dla przedsiębiorstw, by odchodziły od paliw kopalnych i w ten sposób ograniczały emisje.
Żeby firmy nie powiedziały „żegnam” i nie przeniosły się do państw, w których takich regulacji nie ma, wprowadzono też pulę darmowych uprawnień, która z czasem również ulega zmniejszeniu.
ETS obejmuje sektory odpowiadające za ponad 40 proc. emisji UE. Wprowadzony za zgodą wszystkich państw członkowskich w 2005 roku mechanizm przysłużył się do ograniczenia emisji w tych branżach o ponad połowę, czyli znacznie więcej niż tam, gdzie podobne opłaty nie obowiązują.
Choć część firm i rządów przystosowała się do tych zasad, a nawet na nich skorzystała, wiele wciąż się im opiera. W tym gronie jest m.in. Polska, która od lat przekonuje, że z gospodarką tak mocno zależną od węgla nie może przesadnie przyspieszać transformacji.
Polska, Włochy i osiem innych państw (głównie z Europy Wschodniej) utworzyły nawet blokującą mniejszość w Radzie UE i w liście do KE domagają się mocnego złagodzenia obecnej ścieżki ETS.
„System musi zapewniać przewidywalność i uwzględniać nowe europejskie priorytety: wzrost konkurencyjności (w tym poprzez przystępne ceny energii), bezpieczeństwo i odporność, a także utrzymanie silnej bazy produkcyjnej. System, który sprawdził się w redukcji emisji CO2, musi teraz stać się elementem kształtującej się polityki przemysłowej UE” – napisali sygnatariusze listu.
Bruksela posłuchała.
Jak przekonuje Komisja Europejska, przedstawiony pakiet zmian przyniesie przemysłowi ulgę, a jednocześnie utrzyma znaczenie ETS.
Jedna z najważniejszych zmian ma dotyczyć zmniejszenia tempa ograniczania emisji. Obecnie jest ono ustalone na poziomie 4,3 proc. rocznie, a pod koniec dekady (2028-2030) ma wzrosnąć do 4,4 proc. Takie cele wprowadzono kilka lat temu, by przyspieszyć transformację przemysłu w tej dekadzie.
Utrzymanie tempa w późniejszym okresie oznaczałoby jednak, że już przed 2040 rokiem unijny przemysł stałby się bezemisyjny, choć cała UE chce osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku. Dlatego też KE proponuje, by tempo redukcji zmniejszyć do 3,7 proc. rocznie w latach 2031-2035 i 1,7 proc. od roku 2036.
Inna ważna propozycja dotyczy darmowych uprawnień dla energochłonnego przemysłu, które obecnie odpowiadają za 43 proc. ogółu uprawnień (reszta jest sprzedawana na aukcjach). Wciąż obowiązujące zasady zakładają, że przydział tych uprawnień skończy się w 2034 roku, KE chce wydłużenia tego okresu do roku 2038.
Jednocześnie tempo ich wycofywania ma być zmniejszone z 2,5 do 2 proc. rocznie. Oprócz tego zmienione mają być benchmarki (referencyjne poziomy emisji na tonę produktu), które decydują o liczbie darmowych uprawnień dla przemysłu. Rynek ma dzięki temu zyskać 6 mld euro w latach 2026-2030 (regulacja będzie działać więc z mocą wsteczną).
Z perspektywy Polski ostatnia z dużych zmian dotyczy Funduszu Modernizacyjnego. Zasilają go pieniądze ze sprzedaży części uprawnień, które trafiają do 13 biedniejszych państw UE.
Zdecydowanie największym beneficjentem jest właśnie Polska, która może liczyć na ponad 40 proc. kwoty. Może to się przełożyć nawet na 14 mld euro, choć ostateczna suma zależeć będzie od cen uprawnień za emisje CO2. Fundusz Modernizacyjny miał przestać istnieć po 2030 roku, ale Polsce i innym jego beneficjentom udało się przedłużyć jego życie na kolejne lata (choć liczba przypisanych do niego uprawnień spadnie z 760 mln euro do 280 mln euro).
Co jednak ważne, wiele zmian powiązanych jest z oczekiwaniami wobec przemysłu.
Na przykład pieniądze z Funduszu Modernizacyjnego będzie można wydawać wyłącznie na projekty niezwiązane z użyciem paliw kopalnych. Również darmowe uprawnienia, które obecnie warte są 35-40 mld euro rocznie, mają być uzależnione od zaangażowania przedsiębiorstw w transformację.
„Zgodnie z propozycją KE dostęp do darmowej alokacji uprawnień do emisji po 2030 roku będzie uzależniony od zobowiązań przedsiębiorstw dotyczących dekarbonizacji. 80 proc. darmowych uprawnień ma być przyznawane po zatwierdzeniu przez zarządy i publikacji planów inwestycji ograniczających emisje CO2, natomiast pozostałe 20 proc. po wdrożeniu zaplanowanych działań i potwierdzeniu osiągniętych redukcji” – wyjaśnia portal Energetyka24.pl.
To jednak nie ten warunek byłby najważniejszym nowym wymogiem. Na taki wyrasta zapewnienie, że 50 proc. przychodów ze sprzedaży ETS, które zasilają budżety państw, zostaną przeznaczone na transformacje najbardziej emisyjnych sektorów objętych systemem (np. energetyka, sieci elektroenergetyczne, magazyny energii, lotnictwo).
„Zasada jest jasna: wkłady przemysłu powinny wracać do przemysłu. Takie podejście zachęca i nagradza tych, którzy inwestują w czystą transformację – oraz motywuje tych, którzy mają trudności z nadrobieniem zaległości” – tłumaczy Komisja Europejska.
Dodatkowymi zachętami do transformacji są też inne mechanizmy. To istniejący już Fundusz Innowacji, który ma być rozwinięty, a także zupełnie nowe narzędzia. Uruchomiony w przyszłej dekadzie Bank Dekarbonizacji Przemysłu ma uzbierać na inwestycje 100 mld euro. Jego wprowadzenie ma poprzedzić Wzmacniacz Inwestycji (Investment Booster), który zostanie zasilony uprawnieniami o wartości szacowanej na 30 mld euro.
Do tego, zgodnie z propozycją Komisji, 10 proc. firm emitujących najmniej byłoby zwolnionych z zasad warunkowości. Oznacza to, że darmowe uprawnienia będzie otrzymywać bez konieczności spełniania procedur, które dla reszty będą wymogiem.
„To, co będziemy robić – zarówno pod względem przemysłu, jak i klimatu – w następnej dekadzie będzie lepsze i bardziej ambitne niż obecnie” – podsumowuje Wopke Hoekstra, unijny komisarz ds. transformacji, w rozmowie z Financial Times.
Mimo to nie brak głosów, że takie podejście KE to kapitulacja przed trucicielami oraz policzek dla tych, którzy w transformację uwierzyli – i już niemało w nią zainwestowali.
„Ostateczna propozycja stanowi znaczące osłabienie ambicji i prawdopodobnie wywoła walkę w Parlamencie Europejskich oraz wśród krajów członkowskich między tymi, którzy chcą większych ustępstw dla przemysłu, a tymi, którzy chcą przyspieszyć drogę do neutralności klimatycznej” – komentuje „Politico”.
Portal przywołuje też wypowiedzi Rominy Pourmokhtari, szwedzkiej minister ds. klimatu i środowiska, która powiedziała, że jej rząd będzie „walczył rękami i nogami przeciwko osłabieniu ram”.
„Ta propozycja podważa równe szanse dla firm, które wyznaczają kierunek, inwestując w ambitne działania klimatyczne” – powiedziała Pourmokhtari.
„Komisja Europejska właśnie podarowała paliwom kopalnym linę ratunkową oraz kolejne darmowe przepustki do trucia” – ocenia Carbon Market Watch, organizacja pozarządowa specjalizująca się w rynkach uprawnień do emisji.
CMW podkreśla, że wiele organizacji, progresywnych branż i firm oraz niektóre rządy (siedem) apelowały do KE, by nie majstrowała przy ETS. Mimo to urzędnicy w Brukseli ugięli się pod presją zanieczyszczającego przemysłu. Przez to, jak szacuje organizacja, otrzymają one zgodę na wyemitowanie do atmosfery 2 mld ton CO2 (ok. sześć lat emisji Polski).
„Co gorsza, setki miliardów euro w dotacjach i gratisach z pieniędzy podatników obwarowano jedynie nielicznymi warunkami: te »warunkowości« nie spełniają nawet standardów, które sama Komisja wcześniej wyznaczyła. Najwyraźniej darmowy obiad jednak istnieje – pod warunkiem że jest się dużym trucicielem w UE. A rachunek za niego płacą pozostali” – podsumowuje Carbon Market Watch.
Krytyki nie szczędzi też European Environmental Bureau (EEB). Największa w Europie sieć organizacji pozarządowych zajmujących się środowiskiem pisze wprost o „uginaniu się przed maruderami”.
„W ETS nie chodzi tylko o zmuszanie trucicieli do płacenia. To napęd Europy dla odnowy przemysłu. W momencie, gdy globalny wyścig o czysty przemysł przyspiesza, osłabienie rynku uprawnień oznacza osłabienie przewagi konkurencyjnej Europy. Zamiast wspierać firmy będące liderami tej transformacji, Komisja nagięła się w każdą stronę, by zadowolić przemysłowych maruderów, którzy od lat wykorzystują ETS jako kozła ofiarnego dla dekad niedoinwestowania” – komentuje Duncan Woods, jeden z ekspertów EEB.
I podsumowuje: „Słabsza cena emisji CO2 karze inwestycje w produkcję bez paliw kopalnych, grozi zabetonowaniem Europy w realiach XIX-wiecznych procesów przemysłowych i przedłuża naszą zależność od importu paliw kopalnych”.
Z kolei WWF ocenia, że „uginanie się przed maruderami” nie przyniesie niczego dobrego. Według organizacji wiele dowodów pokazało już, że darmowe uprawnienia opóźniają transformację przemysłową, bo zmniejszają motywację do inwestowania w czystsze metody produkcji. Poza tym ustępstwa wobec przemysłu podważają realizację celu klimatycznego UE na 2040 rok (90 proc. redukcji emisji) i sprawiają, że ciężar ograniczania emisji będzie musiał być przerzucony na inne sektory i obywateli.
„ETS działa, ponieważ jego kluczowe elementy wzajemnie się wzmacniają: malejący limit emisji, znacząca cena za zanieczyszczenia oraz przychody wspierające czystą transformację. Jak w wieży jenga, gdy zaczynasz usuwać klocki, destabilizuje to całą konstrukcję” – ocenia Camille Maury, ekspertka ds. przemysłu w europejskim biurze WWF.
Spowolnienie tempa ograniczania liczby uprawnień, wydłużenie czasu obowiązywania tych darmowych i przedłużenie Funduszu Modernizacyjnego na przyszłą dekadę to rozwiązania, o które polski rząd zabiegał od miesięcy. Nic więc dziwnego, że propozycję Brukseli przyjęto w Warszawie z zadowoleniem.
„Dzisiaj robimy milowy krok w zmianie systemu ETS. Po raz pierwszy Komisja Europejska proponuje rozwiązania, które łagodzą, a nie zaostrzają wpływ systemu na gospodarkę i obywateli. To ogromny sukces polskiej dyplomacji” – twierdzi Paulina Hennig-Kloska, ministra Klimatu i Środowiska.
Hennig-Kloska podkreśla przy tym, że Polska nie mówiła „nie” transformacji, tylko „tak” dla rozsądnych zmian. „Dzięki współpracy z partnerami w UE udało się wypracować propozycję, która spowalnia tempo redukcji emisji, wzmacnia Fundusz Modernizacyjny i tworzy nowe wsparcie dla przemysłu. To dobry kierunek i ważny etap dalszych negocjacji” – zapewnia.
Zadowolenia nie ukrywał też premier Donald Tusk. „O tym mówiliśmy od samego początku, Polska nie będzie respektowała tej pierwotnej wersji ETS-u, cały czas skutecznie zmieniamy pewne zapisy tak, aby Polska była w lepszej sytuacji niż inne kraje” – powiedział premier dziennikarzom w Sejmie.
O sukcesie mówi też ugrupowanie, do którego Koalicja Obywatelska należy w europarlamencie, czyli Europejska Partia Ludowa.
„Dziś jest dobry dzień dla ochrony klimatu i konkurencyjności naszych branż. Przede wszystkim to dobry dzień dla miejsc pracy" – ocenił w piątek Peter Liese, europoseł EPL i główny negocjator reformy ETS.
„Chcemy dać przemysłowi więcej czasu, ale w tym okresie nie może on siedzieć bezczynnie; zamiast tego musi przygotować konkretne inwestycje. Ochrona klimatu, która prowadzi do bezrobocia, nie jest globalnym wzorem do naśladowania. Naszym celem jest inwestycja w UE, a ta propozycja realizuje go znacznie skuteczniej” – podkreślił Liese.
Ale nie tylko politycy chroniący zanieczyszczający przemysł wyrażają zadowolenie. Umiarkowany optymizm płynie również od części polskich organizacji pozarządowych i branżowych mediów.
„Propozycja Komisji to krok w stronę bardziej sprawiedliwego podziału korzyści z funkcjonowania ETS, która odpowiada na szereg postulatów Polski. Wydłużenie funkcjonowania Funduszu Modernizacyjnego zapewni Polsce dziesiątki miliardów złotych na inwestycje wspierające nie tylko przemysł, ale też gospodarstwa domowe. Będzie to konkretne wsparcie na remonty domów czy rozwój transportu publicznego” – ocenia Michał Wojtyło, analityk Instytutu Reform.
„Potrzebujemy reformy ETS, jeśli chcemy zapewnić konkurencyjność przemysłu i stabilność miejsc pracy w Europie. Transformacja musi odbyć się w sposób odpowiedzialny. Czyli tak, by przemysł ją udźwignął, nie tracąc swojej pozycji w krótkim horyzoncie. Dlatego potrzebujemy mechanizmów, które sprawią, że większa część środków z ETS wygenerowanych przez przemysł będzie wracała w postaci finansowania dekarbonizacji i modernizacji infrastruktury energetycznej” – dodaje Marcin Korolec, prezes Instytutu Zrównoważonej Gospodarki, były pełnomocnik ds. polityki klimatycznej w rządzie PiS.
Jak ocenia Kacper Świsłowski, dziennikarz portalu WNP, po zaproponowaniu zmian przez KE każde z państw członkowskich może ogłosić sukces. Według niego zwolennicy większej reformy (jak Polska) „mogą śmiało mówić o zmianie paradygmatu”, a jej przeciwnicy – o korekcie, nie rewolucji. „W dodatku ustępstwa na rzecz grupy proreformatorskiej mają zaszyte mechanizmy, które utrudnią inwestowanie nowych funduszy w paliwa kopalne” – zauważa.
Najważniejsze jednak dopiero przed nami. Teraz propozycją KE zajmą się europosłowie i poszczególne rządy, a negocjacje między trzema stronami potrwają miesiące. Kluczowym i uzgodnionym już wcześniej celem wszystkich jest przyjęcie zmian w ETS na początku 2027 roku. Czyli przed wyborami w kilku krajach, w tym Polsce i Francji, w których reforma systemu stanie się zapewne jednym z głównych celów ataku antyunijnych ugrupowań.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze