Prezydent Nawrocki, wetując ustawę o wdrażaniu DSA, zadbał o interesy firm technologicznych, głównie amerykańskich, a nie o ochronę obywateli. Jego decyzja sprawia, że Polacy będą wciąż narażeni na nielegalne treści w sieci. Jak, mimo weta, chronić użytkowników internetu?
Ustawa, wdrażająca unijny akt o usługach cyfrowych (DSA), była w Polsce spóźniona o dwa lata w odniesieniu do harmonogramu, na jaki umówiły się w tym zakresie kraje członkowskie Unii Europejskiej. Komisja Europejska zdążyła już zaskarżyć Polskę do TSUE z powodu tego opóźnienia. Ogłoszone w piątek, 9 stycznia, prezydenckie weto będzie miało więc konsekwencje dla państwa na poziomie unijnym. Możliwe jest na przykład nałożenie kar finansowych za niewprowadzenie obowiązujących w UE przepisów.
Ale następstwa tego weta są dużo poważniejsze dla obywateli niż kary finansowe, obciążające polski budżet. Ustawa wprowadzająca DSA dawała bowiem lepszą ochronę użytkownikom platform społecznościowych, a nakładała konkretne obowiązki na platformy i ich właścicieli.
Karol Nawrocki, uniemożliwiając wprowadzenie tych przepisów, podjął decyzję korzystną dla platform, a dokładniej – dla ich właścicieli.
Wpisał się także w politykę realizowaną przez administrację prezydenta USA Donalda Trumpa w tym zakresie. Tyle że amerykańska administracja walczy o interesy amerykańskich milionerów. A o czyje interesy troszczy się polski prezydent?
„Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję »ministerstwa prawdy« z książki George`a Orwella »1984«. Autor pisał o mechanizmie władzy, który najpierw przejmuje kontrolę nad językiem, nad informacją, a w końcu przejmuje kontrolę nad myśleniem obywateli” – mówił prezydent, uzasadniając swoje weto. – „Jeśli władza decyduje, co jest prawdą, a co dezinformacją, kto może mówić, a kto nie, wolność znika krok po kroku, pod pozornymi i szczytnymi hasłami bezpieczeństwa, dobra wspólnego czy ochrony najsłabszych. Najskuteczniejszą formą odebrania wolności nie jest zakaz mówienia, lecz narzucenie jedynej dopuszczalnej wersji rzeczywistości”.
W wielu miejscach tej wypowiedzi można się zgodzić z prezydentem co do zasady. Tyle że to uzasadnienie ma niewiele wspólnego z przepisami zawetowanej ustawy. Akt ten bowiem miał przede wszystkim umożliwić blokowanie nielegalnych treści, rozprowadzanych na platformach społecznościowych, na podstawie wniosku organów ścigania. Te nielegalne treści nie są niczym nowym. Dotyczą konkretnych paragrafów z Kodeksu karnego, w tym:
Ustawa nie wprowadzała nowej kategorii treści nielegalnych.
Chodziło jedynie o to, aby to, co i tak jest w Polsce nielegalne, można było łatwiej usuwać z internetu na wniosek odpowiednich służb.
Nakaz blokady materiałów musiałby zrealizować właściciel platformy, na której takie treści się pojawiły, przy czym miałby on możliwość odwołania się od decyzji – albo do prezesa UKE, albo do przewodniczącego KRRiTV.
W trakcie prac nad ustawą wprowadzono też przepisy, które dają możliwość wniesienia sprzeciwu od decyzji urzędowej do sądu powszechnego.
Natomiast, jeżeli treści nielegalne pojawiłyby się na stronie internetowej, konkretna domena byłaby blokowana oraz wpisywana do rejestru domen, wykorzystywanych do rozpowszechniania nielegalnych treści. Taki rejestr zresztą istnieje, od marca 2020 roku prowadzi go CERT Polska. Co ciekawe, powstał on, jak wskazuje data, za rządów PiS.
„Adresowaliśmy wszystkie wątpliwości i obawy prezydenta Karola Nawrockiego, które pojawiały się w trakcie prac nad ustawą wdrażającą DSA” – mówił po ogłoszeniu weta wiceminister cyfryzacji Dariusz Sanderski. – „Pan prezydent mówił m.in. o obawach, że to urzędnicy będą blokować treści oraz że decyzje będą wykonywane natychmiast. W Senacie wprowadziliśmy zmianę, która spowodowała, że treść nie zostanie zablokowana przez urzędnika bez wyroku sądu powszechnego. Nie ma natychmiastowej wykonalności takich decyzji, a na końcu każdego procesu stoi sąd powszechny”.
Tyle że te zmiany nie pomogły przekonać Karola Nawrockiego.
Dziś platformy społecznościowe także blokują treści, które uznają za sprzeczne ze swoim regulaminem. Jednak jest to działanie uznaniowe, niepodlegające kontroli zewnętrznej. Z takich blokad wynika wiele problemów, na przykład, kiedy automatycznie dokonana ocena jakiegoś zdjęcia czy filmu jest nieadekwatna do jego treści.
Użytkownicy z Polski mają ogromne trudności z odwoływaniem się od tych arbitralnych decyzji. Opisywana ustawa miała to ułatwić, dając użytkownikom prostą drogę odwoławczą. Niestety, te przepisy także nie wejdą w życie.
„Państwo ma wolność gwarantować, a nie reglamentować. Tymczasem proponowane rozwiązania tworzą system, w którym zwykły Polak będzie musiał walczyć z aparatem urzędniczym, aby obronić swoje prawo do wyrażania opinii. Na to zgody, być nie może” – uzasadniał swoje weto prezydent.
W tym kontekście warto przypomnieć, że
PiS, z którym związany jest prezydent Karol Nawrocki, wykorzystywał możliwość blokowania kanałów i stron internetowych.
Chociażby w 2021 roku, kiedy wybuchła afera mailowa, w ramach której na kanale Telegramu o nazwie Poufna Rozmowa nieustaleni sprawcy publikowali wykradzioną korespondencję mailową ówczesnego szefa Kancelarii Premiera, Michała Dworczyka (i kilku innych osób).
Wówczas polski rząd, przy wsparciu polityków zagranicznych, doprowadził do zablokowania kanału z mailami na Telegramie, i to kilkukrotnie. A następnie wydał nakaz blokowania domeny internetowej – po tym, jak przestępcy przenieśli się z Telegramu na własną stronę. Nakaz realizowano wiele razy, ponieważ sprawcy przenosili treści pod nowe domeny.
Także za czasów rządu PiS decyzje o blokowaniu witryn publikujących propagandę i dezinformację rosyjską wydała także Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Gdyby już wtedy obowiązywały unijne przepisy aktu o usługach cyfrowych, byłoby to działanie łatwiejsze. Ale też zablokowani mogliby szybciej odwołać się od takiej decyzji.
W zawetowanej ustawie nie ma natomiast nigdzie wątku „wprowadzania cenzury”, którego to argumentu używała prawica, czy „reglamentowania wolności”, o którym mówił prezydent. Prawdopodobnie politykom chodziło o możliwą blokadę treści ze względu na przestępstwa z nienawiści i zakaz dyskryminacji.
Jednak obie te kwestie są już od dawna wpisane w katalog przestępstw w Polsce. Ich rozumienie doprecyzowano za pomocą definicji oraz praktyki orzeczniczej. Odrzucona ustawa nie wprowadzała w tym zakresie nic nowego, poza możliwością łatwiejszego blokowania dostępu do treści i tak nielegalnych.
„Naprawdę nie rozumiem argumentacji prezydenta. Absurdalne jest to, że dziś nie mamy – i w wyniku prezydenckiego weta jak na razie nie będziemy mieli – szybkiej i skutecznej ścieżki odwoławczej od cenzorskich decyzji wielkich platform internetowych takich jak TikTok, X czy YouTube” – komentowała decyzję Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon. – „Absurdem jest, że nie możemy się w Polsce poskarżyć się na tak rażące naruszenia prawa, jak to, że […] algorytmy zoptymalizowane na klikalność serwują dzieciom treści drastyczne, pornografię i instruktaże prowadzące do samookaleczeń czy zaburzeń odżywiania”.
Kto skorzysta na wecie prezydenta? Platformy społecznościowe, a dokładniej ich właściciele. Weto było bowiem decyzją polityczną. W tej rozgrywce
istotne były interesy amerykańskich platform, których właściciele współpracują z administracją prezydenta USA Donalda Trumpa.
To pod ich wpływem, zwłaszcza Elona Muska, który posiada platformę X, administracja amerykańska naciska na polityków europejskich, by zrezygnowali ze zwalczania dezinformacji oraz wprowadzania przepisów aktu o usługach cyfrowych. Najbardziej widomym tego przejawem w ostatnich tygodniach było nałożenie sankcji wizowych USA na byłego komisarza europejskiego Thierry`ego Bretona. Breton został ukarany za to, że pilnował, by platformy społecznościowe przestrzegały przepisów DSA.
Cała polityka w tej sprawie sprowadza się do pieniędzy. DSA nakłada bowiem konkretne obowiązki na platformy. Chodzi o zwiększenie przejrzystości ich działania, danie dostępu badaczom do znajdujących się tam treści oraz, oczywiście, ochronę użytkowników. Nierealizowanie tych przepisów oznacza wysokie kary. Przekonał się o tym w grudniu Elon Musk. Platforma X ma zapłacić 120 milionów euro kary właśnie za naruszenia DSA.
Próba uporządkowania infosfery stała się więc sprawą polityczną. Musk i inni właściciele firm technologicznych wykorzystują dobry dla nich układ polityczny oraz kontakty z Donaldem Trumpem i jego zastępcą, wiceprezydentem J.D. Vance`em, by wywierać presję na Komisję Europejską.
Tym samym weto Karola Nawrockiego stało się elementem polityki międzynarodowej. A dokładniej – budowania przez niego osobistych kontaktów z prezydentem USA i jego przedstawicielami.
Prezydent, ogłaszając weto, zaapelował do polityków, by ustawę poprawić i „wspólnie przygotować dobry projekt”. Na tym etapie nie wiadomo jednak, co „dobrego” musiałby się znaleźć w projekcie, by zadowolić prezydenta.
Weto nie oznacza jednak, że nie można zrobić nic, by chronić obywateli w sieci. Rada Konsultacyjna do spraw Odporności na Dezinformację Międzynarodową przy Ministrze Spraw Zagranicznych w ostatni dzień 2025 roku ogłosiła swoje rekomendacje, dotyczące przeciwdziałania dezinformacji w infosferze.
To oczywiście co innego niż zwalczanie treści nielegalnych. Ale
działania podjęte w każdym z tych obszarów rozpoczęłyby proces porządkowania infosfery, przez skuteczne eliminowanie zarówno oszustw i pedofilii, jak i fake newsów oraz mowy nienawiści.
I chociaż pierwszy punkt z przedstawionych rekomendacji jest już nieaktualny, bo dotyczył właśnie wdrożenia DSA, warto podjąć próbę zrealizowania przez rząd i parlament pozostałych zaleceń.
Rada zaproponowała między innymi:
„Oferta współpracy i wsparcia ze strony instytucji rządowych powinna zostać zaadresowana również do polskich przedsiębiorców, organizacji branżowych, samorządów oraz szkół średnich i wyższych” – podkreślili eksperci.
Cała grupa rekomendacji dotyczyła budowania odporności społecznej, czyli edukowania obywateli w dziedzinie krytycznego myślenia. Chodzi nie tylko o dzieci i młodzież, które mogłyby mieć na ten temat zajęcia w szkołach. Edukacją powinny być też objęte osoby dorosłe, a zwłaszcza seniorzy, którzy w rekomendacjach zostali wskazani jako grupa najbardziej wrażliwa na internetowe oszustwa i fake newsy.
Rada Odporności ma charakter doradczy, Ministerstwo Spraw Zagranicznych ani inne podmioty nie są zobowiązane do wprowadzania w życie jej wskazówek. Jednak przedstawione rekomendacje dowodzą, że na poziomie rządowym istnieje coraz silniejsze przekonanie, iż zarówno z treściami nielegalnymi, jak i z dezinformacją w internecie trzeba walczyć systemowo.
Tylko wprowadzanie zmian prawnych, zwiększanie presji na platformy społecznościowe oraz edukacja społeczeństwa może ochronić obywateli przed tego rodzaju zagrożeniami.
Bezpieczeństwo
Władza
Karol Nawrocki
Ministerstwo Spraw Zagranicznych
Prezydent
akt o usługach cyfrowych
dezinformacja
DSA
Rada Odporności
treści nielegalne
usługi cyfrowe
weto Nawrockiego
weto prezydenta
zwalczanie dzeinformacji
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Komentarze