0:00
Prawa autorskie: Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plWladyslaw Czulak / A...
20 września 2022

Problem numer jeden lekarzy w Polsce? Zastraszanie [ROZMOWA]

„Lekarze są ciągani do prokuratur, do sądów" - mówi OKO.press prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. „Ostatnio koleżanka była wzywana do prokuratury, by złożyć zeznania w sprawie zgonu 98-latka. Musiała brać wolne w pracy, żeby się tam udać. To absurdalne [...] Ta atmosfera niepewności zabija tak naprawdę naszego lekarskiego ducha"  

Wydrukuj

Sławomir Zagórski, OKO.press: W maju 2022 koledzy wybrali pana prezesem swojego samorządu - Naczelnej Rady Lekarskiej. Jak pan ocenia aktualny stan swojego zawodu w Polsce?

Dr Łukasz Jankowski*: Negatywnie. Mam na myśli zarówno postrzeganie zawodu lekarza przez rządzących, jak i próby podporządkowania sobie lekarzy i środowiska lekarskiego przez sprawujących władzę.

Próby reform robione bez żadnej strategii, bez systemowego przygotowania, tylko po to, żeby ogłosić polityczny sukces. Albo po to, żeby wyjść na konferencję prasową i móc się pochwalić, że coś się dzieje.

Zwracam uwagę, że przez ostatnich kilka miesięcy mieliśmy do czynienia z katastrofalną dla systemu ochrony zdrowia żonglerką danymi. Okazało się, że w zasadzie nie wiemy, ilu mamy lekarzy w Polsce na tysiąc mieszkańców. Bo jedne dane wskazują, że wskaźnik ten wynosi 2,2, a tymczasem nagle GUS opublikował, że to 3,3. A jeszcze inne wyliczenia podają, że naprawdę to 3,4 lekarza na tysiąc mieszkańców.

Podobnie jest z procentem PKB wydawanym na zdrowie. Inne dane podaje pan premier, inne wynikają z metodologii przyjętej przez organizacje międzynarodowe, a jeszcze inne publikuje GUS.

Od kilku miesięcy funkcjonujemy w systemie ochrony zdrowia, który się bardzo szybko zmienia, który musi być nastawiony na nowe wyzwania, a który na dobrą sprawę nie ma ani zdefiniowanych problemów, ani nawet punktu oparcia na rzetelnych danych, nie mówiąc już o jakiejkolwiek strategii zmian na przyszłość.

Dobrym przykładem jest tu mnożenie kierunków lekarskich na uczelniach i szkołach zawodowych, bez żadnej tak naprawdę oceny, ilu lekarzy brakuje i jaka powinna być ich alokacja. Robi się to wyłącznie po to, by pochwalić się, że kształcimy wielu lekarzy. Tymczasem my oceniamy, że taki kształt systemu edukacji sprawi, że jakość w ochronie zdrowia będzie niższa, a osoby z dyplomem lekarza będą obawiały się stanąć przy łóżku pacjenta.

Mało tego, zaczęliśmy już w Polsce kształcić lekarzy na eksport. Nie mamy żadnej strategii, żadnej mapy potrzeb w tym zakresie. W dokumentach strategicznych rządu próżno szukać jakichkolwiek zapisów na temat pracowników ochrony zdrowia, strategii płacowej w tym sektorze czy strategii poprawy warunków pracy. Zwiększono skokowo liczbę studentów, a nie zadbano o odpowiednie warunki kształcenia, liczbę miejsc stażowych czy miejsc, w których ci młodzi ludzie mogliby robić po stażu specjalizacje.

Dlatego cały obraz systemu ochrony zdrowia w Polsce to dziś obraz chaosu. Trochę przypudrowanego.

Np. jak wtedy, kiedy minister zdrowia wraz ministrem edukacji ogłaszają wprowadzenie do szkół przedmiotu „wiedza o zdrowiu”. Kiedy jednak podejrzymy, co kryje się pod tym określeniem, okazuje się, że to program zapoznania uczniów z profilaktyką zdrowotną na godzinach wychowawczych i na lekcjach biologii. Czyli tak naprawdę to, co już było.

Jakoś to było i jakoś będzie

W Polsce wiele rzeczy idzie siłą rozpędu. Jakoś to było, jakoś jest i jakoś to będzie. Ma pan wrażenie, że ta lub poprzednia władza rzeczywiście podjęła się głębszych reform systemu?

Miałem takie wrażenie. Jestem dość młodym lekarzem, więc trudno mi się wypowiadać o tym, co działo się 20-30 lat temu, ale za moich czasów ostatnie próby reformowania ochrony zdrowia miały miejsce za pana ministra Radziwiłła. I choć organizowana wtedy sieć szpitali nie udała się, była jednak początkiem pewnej dyskusji systemowej. Wtedy także weszła w życie ustawa o płacy minimalnej w ochronie zdrowia, która potem była poprawiana. Tak zwaną ustawę 6 proc. PKB na zdrowie też wprowadził pan minister Radziwiłł.

My – mam myśli lekarzy rezydentów - nie zgadzaliśmy się wówczas na propozycje ministerialne, zgłaszaliśmy merytoryczne zastrzeżenia, gdy była konieczność, protestowaliśmy, ale w tych sporach i dyskusjach rodziły się jakieś plany na przyszłość. Część reform była nieudana, ale te reformy przynajmniej się działy.

Potem nastąpiły czasy pana profesora Szumowskiego, którego niewątpliwym osiągnięciem jest cyfryzacja. Wymuszona trochę przez pandemię, ale jest. A potem w systemie ochrony zdrowia obserwujemy wyłącznie stagnację. Nie dostrzegam żadnego myślenia strategicznego, żadnych nawet prób reform. A te ustawy, które są przygotowywane w tej chwili, są przygotowywane chyba już z przeświadczeniem, że w ogóle nie przejdą przez sejm.

Np. ustawa o Agencji Restrukturyzacji Szpitali, która została oprotestowana nawet przez większość rządową. Tam w trakcie prac legislacyjnych nie pojawiły się żadne nowe argumenty, które nie byłyby znane na początku procesu.

Tymczasem rządzący zdają się trwać w przeświadczeniu, że mają pełne ręce roboty i ocierają pot z czoła, że tak ciężko pracowali nad danym rozwiązaniem. Ale w systemie niewiele z tego wynika.

Z czego to się bierze? W ministerstwie brakuje ludzi, ze znajomością problemów środowiska, z wizją? Czy też po prostu nie ma komu robić tej reformy, prowadzić dyskusji? Ta władza się zużyła i nawet nie próbuje na poważnie się za to zabrać?

Na pewno atmosfera polityczna wokół zdrowia i w ogóle polityczna w kraju związana z poczuciem braku stabilności i pewnym oczekiwaniem, nie pomaga systemowi ochrony zdrowia, ani próbom jego naprawiania.

Dodatkowo opinia publiczna jest zmęczona kwestią zdrowia po pandemii, kiedy to o zdrowiu słyszeliśmy dosłownie każdego dnia. Sądziliśmy naiwnie, że to daje wiatr w żagle rządzącym i pozwoli im zaspokoić społeczne żądania na zmiany. Tak się jednak nie stało.

Na pewno w kierownictwie ministerstwa zdrowia brakuje praktyka. W tym gronie jest tylko jeden lekarz — wiceminister Waldemar Kraska — i to też sprawia, że nie tylko sposób komunikowania, ale i podejście do problemów ze strony ministerstwa zdrowia, wydaje się mocno teoretyczne.

Ludzie są zmęczeni zdrowiem

Ponoć jedna z partii opozycyjnych zrobiła badanie opinii publicznej, jakie tematy będą się liczyć w kampanii wyborczej i - niestety - zdrowie się tam nie znalazło.

Nie znalazło się? To smutne, co pan mówi.

To by współgrało z pana stwierdzeniem, że ludzie są zmęczeni tą tematyką. Poza tym myśmy się już chyba pogodzili z faktem, że nie możemy za wiele od tego systemu oczekiwać? Że za wiele usług trzeba płacić.

Rzeczywiście, jest społeczne przyzwolenie na brak systemu. Bo to, o czym pan mówi, to w istocie brak systemu. To komunikat: „Niech każdy radzi sobie sam. Radź sobie człowieku sam, poza systemem i to jest OK”.

Wydaje mi się, że niedomogi systemowe całkiem nam spowszedniały. W COVID-zie wszyscy mówili, że system ochrony zdrowia się załamie i on się de facto załamał. Karetki stały na podjazdach, ludzie umierali. Rządzący natomiast z pewną miną mówili, że system na szczęście się nie załamał. A to nie było prawdą, bo załamanie systemu nie wygląda tak, że w szpitalach gasną światła, tylko właśnie tak, że nie dajemy rady zapewniać pomocy.

Politycy przeszli zatem - w ich mniemaniu - przez pandemię suchą nogą. I teraz są przekonani, że nikt i nic ich już nie zaskoczy.

Poza tym w tej chwili jest też nawał innych spraw, takich jak inflacja czy wojna na Ukrainie. W efekcie zdrowie schodzi na dalszy plan. Dla mnie to jednak zdumiewające, bo odkąd działam w przestrzeni publicznej, w każdej kampanii zdrowie bardzo się liczyło jako temat przedwyborczy.

Mam wrażenie, że poważną zmianę naszego systemu opieki mogą wymusić wyłącznie pacjenci, a nie medycy. Ale na taki ruch się nie zanosi. To chyba zbyt trudne i skomplikowane zadanie?

Też mi się tak wydaje. Siłami samej ochrony zdrowia nie da się wywrzeć na tyle silnej presji na rządzących, by zreformować system. Natomiast my – profesjonaliści - z niepokojem obserwujemy, jak system reformuje się sam. To znaczy odpływają lekarze, zamykają się kolejne ośrodki i następuje wyraźny proces prywatyzacji systemu. Cichej prywatyzacji.

Zastraszanie lekarzy

Co w tej chwili jest największym problemem lekarzy w Polsce?

Sprawą numer 1 jest atmosfera wokół naszej odpowiedzialności zawodowej, w tym odpowiedzialności karnej. Innymi słowy: zastraszanie lekarzy.

Lekarze są ciągani do prokuratur, do sądów. Ostatnio koleżanka była wzywana do prokuratury, by złożyć zeznania w sprawie zgonu 98-latka. Musiała brać wolne w pracy, żeby się tam udać. To absurdalne. Nie wiadomo, czy sprawa, choć dla lekarzy oczywista, nie będzie skierowana do sądu. Prokurator na razie nie mówi, co dalej. Ta atmosfera niepewności zabija tak naprawdę naszego lekarskiego ducha.

I druga niezwykle ważna kwestia, to kształcenie lekarzy i odpowiedź na demolowanie systemu tego kształcenia przez ministerstwo zdrowia oraz edukacji i szkolnictwa wyższego. Otwieranie kierunków lekarskich pomimo negatywnej opinii Państwowej Komisji Akredytacyjnej i udzielanie przez ministerstwo warunkowej zgody, czyli de facto godzenie się, że wprawdzie opinia jest negatywna, ale kształci się lekarzy. I robienie tego bez żadnych wyliczeń, ilu potrzebujemy studentów, bez zwiększenia miejsc na stażu, bez zwiększenia miejsc na specjalizacje, z całkowitym pominięciem kwestii jakości.

Moim zdaniem może to doprowadzić do tego, że Unia Europejska postawi pod znakiem zapytania uznawalność kwalifikacji uzyskanych w Polsce po 2021 roku.

W kwestii odpowiedzialności zawodowej lekarzy spór trwa od dawna. Ostatnio lekarze postanowili, że sami złożą tu pewną propozycję. Co się w niej znalazło?

Rząd włączył zapisy dotyczące odpowiedzialności medyków do ustawy o jakości opieki. Podczas niedawnego spotkania w Karpaczu minister zdrowia zapowiedział, że ustawa trafiła już na komitet stały rady ministrów.

Wydaje się jednak, że nie przejdzie ona przez rząd. Znajduje się w niej jakoby kompromis między ministrem sprawiedliwości a ministrem zdrowia. Chodzi o możliwość nadzwyczajnego złagodzenia kary w sytuacji, gdy lekarz się przyzna i zgłosi swój błąd do rejestru zdarzeń niepożądanych.

My uważamy, że to tak, jakby lekarz doniósł na samego siebie, a wtedy być może sąd spojrzy na niego łaskawie. To system, który jest wadliwy a priori, ponieważ nikt się w takiej sytuacji tak nie zachowa.

Stoimy jako samorząd na stanowisku, że trzeba iść w trzech kierunkach.

  • Po pierwsze powinien powstać specjalny fundusz kompensacyjny, finansowany np. z OC lekarza. W tym celu w grę wchodziłoby np. zwiększenie składki na to ubezpieczenie lub znalezienie innego finansowania takiego funduszu. Pacjent miałby z niego wypłacane zadośćuczynienie natychmiast po szkodzie.
  • Po drugie należy stworzyć rejestr zdarzeń niepożądanych. I tutaj zgadzamy się z ministrem, że taki rejestr powinien powstać jak najszybciej.
  • Wreszcie - po trzecie - należy znieść odpowiedzialność karną lekarzy z pozostawieniem odpowiedzialności cywilnej i zawodowej.

Ale tutaj chcemy dwóch wyłączeń. Pierwsze z nich miałoby miejsce, gdy wina lekarza jest rażąca. Np. pacjent miał sepsę, a lekarz nie dał antybiotyków. To rozumie nawet laik. Albo lekarz nie wyszedł i nie zbadał chorego. Albo lekarz był pijany. W każdej z tych spraw byłaby odpowiedzialność karna, jak najbardziej.

Ponadto nieumyślne spowodowanie śmierci też należy naszym zdaniem do spraw, które mogłyby być badane przez prokuraturę.

Szykujemy się na długi marsz

Samorząd broni oskarżanych lekarzy? Do jakiego stopnia mają oni oparcie w Izbach?

Izby udzielają pomocy prawnej na wczesnym, jeszcze przedsądowym etapie.

Dzięki formule, którą ustaliliśmy, Okręgowa Rada Lekarska, która z mocy ustawy ma dbać o godność wykonywania zawodu i o zbiorowe interesy lekarzy, może scedować te uprawnienia na miejscowego rzecznika praw lekarza. A sądy dopuszczają już rzeczników do udziału w postępowaniach na prawach strony.

Procesy w obronie lekarzy kończą się oczywiście różnie, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że procesów karnych zdarza się naprawdę niewiele. To są jednostkowe przypadki.

Spraw w prokuraturze jest sporo, tymczasem – jak pan mówi - do sądu trafia niewiele z nich. Ale co się lekarz nadenerwuje, to jego.

W pierwszym półroczu 2022 roku do prokuratury wpłynęło 1130 spraw. Z tego 78, czyli zaledwie 6 proc., skończyło się aktem oskarżenia do sądu. Czyli ostatecznie skazanych będzie promil. Z tego jasno wynika, że po sądach ciągani są niewinni ludzie.

Niedawno słyszałem o medyku, która czeka na wezwanie do prokuratury za wzięcie udziału w konsylium lekarskim i wyrażenie swojego zdania. Jakie są szanse, na to, żeby wasze propozycje w kwestii odpowiedzialności zawodowej zostały przyjęte przez ustawodawcę?

Szykujemy się na długi marsz, dlatego piszemy naszą własną ustawę. Będziemy zabiegać o poparcie społeczne. Planujemy kampanię społeczną, żeby powiedzieć, o co tak naprawdę nam chodzi. Czyli nie o bezkarność, ale o zniesienie atmosfery nagonki na lekarzy i niszczenie, deprecjonowanie relacji lekarz/pacjent.

Myślę, że osiągniecie tych celów zajmie nam parę lat, biorąc pod uwagę obecny klimat społeczny i postawę rządzących.

Jak odbudowywać zaufanie

Jesteście na pierwszej linii frontu. Pacjent nie myśli o systemie, o tym, że lekarzowi też trudno się w nim poruszać. Że jest zawalony pracą administracyjną. Jeśli system działa źle, chory myśli, że to wasza wina.

To prawda. Bywa, że straty, które politycy mogą zadać jedną nieprzemyślaną wypowiedzią, odkręcamy potem przez lata.

Co możecie zrobić, żeby odbudowywać społeczne zaufanie?

Powołaliśmy po raz pierwszy w Naczelnej Radzie Lekarskiej zespół do spraw wizerunku lekarza. Zespół ten zaczął od wizerunku lekarza w Internecie. Jego członkowie zbierają informacje o tym, jak się pisze, jak się mówi, jak się komentuje rzeczy o lekarzach. Robią nawet tzw. negatywną prasówkę. Czyli młodsi koledzy przeglądają media, szukając negatywnych artykułów o lekarzach.

Chodzi o to, byśmy wiedzieli, na co zwraca uwagę opinia publiczna i gdzie ten wizerunek poprzez zmianę działań czy też lepszą komunikację można poprawić.

Ale nasz wizerunek zmieni się również wówczas, kiedy zrealizujemy jeden z postulatów na tę kadencję, tzn. wzmocnimy pion odpowiedzialności zawodowej. I ludzie uwierzą, że oprócz działań komunikacyjnych jesteśmy również w stanie pozbyć się z naszego zawodu czarnych owiec. O tym trzeba głośno mówić.

Kiedy mówimy o lekarzach i ich przewinach, to każdy z nas – w tym sami lekarze - przypominają sobie jakiegoś doktora, który był niemiły albo, co gorsza, coś źle zrobił, bo tak też bywa. Ale musimy wszyscy mieć przekonanie, że w skrajnych sytuacjach samorząd nie roztacza parasola ochronnego. Tylko że dalej taka osoba, która się nie nadaje do tego zawodu, nie będzie mogła już go wykonywać.

Ludzie na ogół sądzą, że w waszym fachu wyjątkowo silnie kryje się błędy kolegów. I, niestety, chyba mają rację?

Z pewnością cały obecny system, jeśli chodzi o odpowiedzialność zawodową, dla osób z zewnątrz może wydawać się nieprzejrzysty. Myślę, że trzeba zacząć od profesjonalizacji i sędziów, i rzeczników, w tym sensie, żeby nie musieli robić tego pasjonaci, tylko ludzie, którzy działają w tym obszarze profesjonalnie, mają do tego odpowiednie podstawy i są odpowiednio przeszkoleni.

Powinno się również dopuścić pewną jawność tych postępowań, również w sensie komunikacji zewnętrznej, żeby pokazywać, iż faktycznie walczymy z patologią wśród lekarzy. Choć ta samorządowa walka z patologią trwa od dawna, zmiana postrzegania pionu odpowiedzialności zawodowej izb wśród ludzi, a także jego usprawnienie, to zadanie na lata.

Łapanka na wykładowców

Wspomniał pan o kłopotach kadrowych, ale także o tym, że próby kształcenia większej liczby lekarzy, są mocno nieprzemyślane. Widziałem państwa list w sprawie Elbląga, gdzie za chwilę mają ruszyć zajęcia na kierunku medycznym i gdzie trwa łapanka na asystentów i wykładowców.

Protestujemy w tej sprawie. Uczelnia oczywiście może tłumaczyć się tym, że akredytację otrzymała stosunkowo późno i natychmiast po jej otrzymaniu otwiera nabór kandydatów na kadrę. Ale nie tak to powinno wyglądać.

Proponowaliśmy w trakcie rozmowy z panem ministrem Czarnkiem, że być może należałoby zwiększyć liczbę miejsc dla lekarzy na tych kierunkach, na tych uczelniach akademickich, które są, i są do takiego kształcenia przygotowane, a które dziś kształcą innych przedstawicieli zawodów medycznych – np. elektroradiologów. Wskazywaliśmy, że te kierunki można by przesunąć w kierunku kształcących do zawodu, a medycynę jednak pozostawić na kierunku akademickim.

Uważam, że staliśmy się w oczach ministerstwa nauki zakładnikiem tej narracji, że lekarzy jest za mało. „Przecież sami mówicie, że lekarzy jest najmniej w Unii Europejskiej, no to kształćmy” – stwierdza ministerstwo. Tylko urzędnicy nie widzą tego, co działo się w Hiszpanii, gdzie zwiększono wyłącznie liczbę osób kształconych, a nie zwiększono ani liczby miejsc stażowych, ani tych na specjalizacje.

Czym się to skończyło?

Dzisiaj w Hiszpanii medycynę kończy rocznie 7000 osób, tyle, że cztery tysiące z tych siedmiu wyjeżdża.

Lekarzy w Polsce jest na pewno za mało. Szczególnie w publicznym systemie ochrony zdrowia. Ale jeżeli nie będzie się działać wielotorowo, tylko będzie się zwiększać liczbę studentów, to ostatecznie nie będziemy mieli więcej lekarzy, lecz więcej studentów, którzy będą po studiach wyjeżdżali. W Polsce brakuje lekarzy, a wygląda na to, że ministerstwo uważa, iż brakuje studentów medycyny. I tutaj się różnimy.

Nie mamy możliwości silniejszego protestu przeciwko takiemu, wręcz partyzanckiemu, otwieraniu uczelni medycznych. Ale zastanawiamy się w gronie samorządu, czy fakt ukończenia takiej uczelni nie mógłby być przesłanką do podjęcia uzasadnionego podejrzenia o braku przygotowania zawodowego lekarza.

To dokładnie ta sama sytuacja, gdy jakiś lekarz już pracuje, tymczasem jego szef pisze do Okręgowej Rady Lekarskiej, że np. lekarz ten nie umie badać albo nie umie wykonywać danej procedury. W takiej sytuacji Okręgowa Rada powołuje z mocy ustawy komisję i komisja ocenia, czy lekarz jest przygotowany do zawodu, czy nie.

We wspomnianej kwestii możemy dojść moim zdaniem do sytuacji, w której taki absolwent uczelni, która kształciła pomimo negatywnej opinii Państwowej Komisji Akredytacyjnej, złoży dokumenty o prawo wykonywania zawodu, dostanie to prawo, po czym zostanie ono natychmiast zawieszone i powołana będzie komisja do sprawdzenia jego przygotowania zawodowego.

Jeżeli pójdziemy dalej w kierunku kształcenia lekarzy na uczelniach, co do których wiemy, że nie spełniają one kryteriów jakości kształcenia, można się spodziewać takiego właśnie obrotu spraw. Ponieważ my jako samorząd musimy dbać o godność i o jakość wykonywania zawodu lekarza, nie tylko w naszym interesie, ale także interesie pacjentów.

Jeden etat - lepsza płaca

A co pan sądzi o propozycji władz, że lekarz będzie lepiej opłacany, jeżeli będzie pracować wyłącznie w sektorze publicznym?

Wydaje mi się, że jeżeli idziemy w system zachęt, to jest to rozwinięcie tego, o czym rozmawialiśmy z panem ministrem Szumowskim, czyli tzw. lojalki Szumowskiego.

Wtedy przekonywaliśmy, że specjalista, który zadeklaruje brak wykonywania tożsamych świadczeń w innych miejscach pracy, powinien dostawać 6750 zł brutto. W istocie szło właśnie o to, żeby taki ktoś pracował w systemie publicznym i wtedy dostał podwyżkę.

Więc zachęty do pracy w publicznym systemie - jak najbardziej tak. To dobry pomysł. Ja to popieram.

Gdybyśmy w przyszłości mieli tylu lekarzy, ilu nam potrzeba, można by było się w ogóle pokusić o rozłączenie sektora publicznego i prywatnego. Tak, jak to ma miejsce np. w Niemczech, gdzie lekarz pracuje albo w sektorze prywatnym, albo w publicznym i musi wybrać. Styk tych dwóch systemów zawsze rodzi różne niezdrowe sytuacje.

Ostatnio Naczelna Rada Lekarska powołała własną radę ekspertów. Czy to nie są aby konsultanci krajowi bis?

Nie. Rzeczywiście nie powoływaliśmy co do zasady (oprócz jednego przypadku) konsultantów krajowych, bo oni mogą czuć się związani lojalnością w stosunku do ministerstwa zdrowia. Uważamy, że taka rada jest potrzebna. Bo kiedy prosiliśmy konsultantów o zaopiniowanie jakiegoś aktu prawnego, odpisywali nam, że już opiniują dla ministerstwa, więc trudno, żeby robili to dla nas.

Do naszej rady weszli całkowicie niezależni eksperci, którzy nie są konsultantami krajowymi bis, ale mają służyć swoją wiedzą, kiedy ministerstwo pyta o zdanie nasze środowisko. Są zatem nie z wyboru ministra, a z wyboru środowiska. I w mojej ocenie tym silniejszy jest ich mandat.

Kiedyś będzie normalnie?

Lekarze w Polsce nie chcą należeć do związku zawodowego. Ludzie są zajęci. Są możliwości zarabiania i nie ma czasu na działalność społeczną. Do Izby natomiast należeć muszą wszyscy. Ma pan wrażenie, że młodzi koledzy są zajęci własnym życiem, własną karierą, a sprawy środowiska są dla nich dziś mniej istotne?

Uważam, że jest lepiej, niż było. Jak zaczynałem funkcjonowanie w izbach, słychać było głośne narzekania, że nie ma młodych, że jest luka pokoleniowa, bo młodzi zajmują się swoimi sprawami.

A teraz wielu młodych ludzi zauważyło, że to, co robi ministerstwo i władza, jednak wpływa na ich pracę. I nie da się zamknąć we własnej bańce i tylko robić pieniądze.

Jest tak dużo tych zmian, w których sprawie musimy protestować. Jesteśmy tak naprawdę w wiecznej gotowości do protestu przeciwko złym i głupim zmianom. Dlatego trudno jest nam w ogóle pokusić się o kreację, bo cały czas jesteśmy w pozycji negacjonistów, którzy muszą sprowadzać na ziemię zapędy urzędników ministerstwa, opierając się ciągłym próbom podporządkowania sobie tych grup.

Ale jest lepiej. Na pewno z zaangażowaniem środowiska jest lepiej.

Nie wiem, czy ma pan dzieci.

Mam dwójkę.

Chciałby pan, żeby jak dorosną, były lekarzami w Polsce?

Jeżeli one będą tego chciały, to tak.

Czyli nie traci pan nadziei, że kiedyś doczekamy się normalnego systemu opieki zdrowotnej?

Ja bym im tego życzył.

Zawód lekarza to nie jest zły zawód. Również pod kątem tego, że nie ma bezrobocia. Że jest dużo możliwości. Jak ktoś nie lubi pracować non-stop z pacjentami, nie musi tego robić, jest wiele opcji. Można też pracować na pół etatu, ćwierć, spełniać się na innych polach korzystając ze swojego wykształcenia. Więc myślę, że to dobra droga.

Zostając prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej, musiał pan chyba zrezygnować z leczenia pacjentów?

Zawiesiłem na chwilę lekarzowanie. Obiecałem żonie, że do końca października nie dyżuruję, bo musiałem poukładać sobie sprawy w Izbie. Ale mam jeszcze na szczęście studentów. A od listopada mam nadzieję wrócę też, choć pewnie w mniejszym niż dotychczas zakresie, do leczenia.

Łukasz Jankowski, lekarz, specjalista nefrologii, absolwent podyplomowych studiów menedżerskich „Zarządzanie w Ochronie Zdrowia” na Uniwersytecie Warszawskim, doktorant I Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Zawodowo związany z Kliniką Medycyny Transplantacyjnej, Nefrologii i Chorób Wewnętrznych w Warszawie. Reprezentant środowiska lekarskiego w próbach dialogu z organizatorami systemu, w konferencjach i w dyskusjach w mediach. Od 13 maja 2022 prezes Naczelnej Rady Lekarskiej (kadencja prezesa trwa 4 lata).

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne