Prokuratorka: „Naruszenie nietykalności policjanta to poważne przestępstwo. Wnoszę jednak o warunkowe umorzenie kary”. Obrona: „To policja brutalnie zaatakowała demonstrantów. Ale to my jesteśmy na ławie oskarżonych. Policjantów za atak na demonstracje pod domem Kaczyńskiego w 2020 roku nikt nie rozliczył”
Nierozliczenie policji – jak zauważa obrona – oznacza, że wolność zgromadzeń nie jest w Polsce pewna.
9 kwietnia 2026 Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza wyda wyrok w sprawie z oskarżenia policji po demonstracji pod domem Jarosława Kaczyńskiego. Odbyła się ona spontanicznie po wyroku TK Przyłębskiej w sprawie aborcji. Było to w nocy z 22 na 23 października 2020.
31 marca zakończył się przewód sądowy. Przed sędzią na tej ostatniej już rozprawie leżało jedenaście tomów akt.
Pięć lat zajęło postępowanie przygotowawcze, sprawa przed sądem toczy się od lipca 2025 roku.
Tymczasem przed tygodniem rządowa komisja opublikowała raport o atakach prawnych państwa PiS na obywateli. Tej sprawy w tym raporcie nie ma, mimo że ma wszelkie cechy sprawy typu SLAPP (strategic lawsuit against public participation – postępowania prawnego mającego zniechęcić do aktywności obywatelskiej). Nie mogła się tam znaleźć, bo sąd jeszcze nie rozsądził, czy rzeczywiście sześć osób napadło tamtej nocy na policjantów, czy raczej mamy do czynienia z oskarżeniem zmyślonym. A zmyślonym po to, by się ludziom odechciało demonstrowania przeciw władzy.
W ciągu tych pięciu lat szóstka oskarżonych przeszła przesłuchania, rewizje osobiste, musiała meldować się na policji. A teraz chodzi do sądu. Na korytarzu sadu powtarzają, że ta sprawa odbiera sens wszelkiej obywatelskiej aktywności.
Przecież prokuratura mogła wycofać oskarżenie. Jest jednak przekonana, że policjanci zostali zaatakowani. Choć ma jednak wątpliwości, bo proponuje warunkowe umorzenie, choć naruszenie nietykalności policjanta zagrożone jest karą więzienia do lat trzech („Motywacja oskarżonych oraz to, że funkcjonariusze nie odnieśli obrażeń, ma duże znaczenie dla oceny ich winy”).
Jeśli sąd zgodzi się z tym stanowiskiem, oskarżeni będą osobami skazanymi.
Policja oskarżyła sześć osób: reżyserkę teatralną, aktywistę i dziennikarza, studentkę, dwóch przedsiębiorców i handlowca (nie podajemy nazwisk, bo nie wszyscy się na to zgodzili) o to, że naruszyli nietykalność osobistą policjantów.
Oskarżeni mówią, że było dokładnie odwrotnie: to oni zostali poturbowani, gdy oddziały prewencji policji próbowały spacyfikować legalną demonstrację. Chodziło o to, by protestujący nie przeszli pod oknami domu Jarosława Kaczyńskiego.
Po pięciu rozprawach, w czasie których zeznania złożyli rzekomo zaatakowani policjanci, ich koledzy, a także sami oskarżeni, a sąd obejrzał nagrania z protestu, wiemy już sporo o tym wydarzeniu.
W czwartek 22 października 2020 roku po południu Trybunał Konstytucyjny orzeka, że oddanie w ręce kobiety decyzji, czy kontynuować ciążę z uszkodzonym płodem, łamie Konstytucje. TK zaostrza przepisy antyaborcyjne tak, jak tego życzy sobie prawica PiS, od której zależny większość rządowa Jarosława Kaczyńskiego.
Zszokowany tłum, który czekał na rozstrzygnięcie, rozchodzi się spod budynku TK, co widzi jeden z później oskarżonych. Jako obywatelski dziennikarz relacjonuje wydarzenie. Kiedy wydaje mu się, że relację można już zakończyć, ludzie zaczynają wracać pod TK. Wieść o tym, co się stało, roznosi się po mieście (wieczorem dotrze do dwóch innych oskarżonych – więc pójdą na miasto zobaczyć, co się dzieje).
Spontaniczna manifestacja rośnie i rusza do centrum miasta, pod siedzibę PiS. Stamtąd kieruje się na północ, na Żoliborz, gdzie mieszka Jarosław Kaczyński.
Policja reaguje odruchowo, czyli zgodnie z prawem. Zabezpiecza przejście demonstrantów i chroni wolność zgromadzeń. Do czasu.
Pod dom Kaczyńskiego dowództwo ściąga „w trybie alarmowym z dnia wolnego” pododdziały prewencji. Sytuacja jest nadzwyczajna (co przyznają niektórzy z zeznających policjantów), a policja działa chaotycznie. To też zeznają policjanci.
Kiedy manifestanci docierają do placu Wilsona, odchodząca od niego ulica Mickiewicza z domem Kaczyńskiego jest odgrodzona kordonem policjantów w rynsztunku obronnym, z tarczami.
Manifestanci się nie rozchodzą.
Od tej chwili mamy już dwie wersje wydarzeń.
Zdaniem zeznających przed sądem policjantów oddziały prewencji zostały sprowadzone ze względu na możliwość zagrożenia dla porządku publicznego. Jakie zagrożenie, skoro manifestanci pokojowo przemaszerowali przez całe miasto? Policjanci nie umieją odpowiedzieć.
Następnie wedle tej wersji sześcioro oskarżonych – każdy osobno i w innym miejscu – zaatakowało policjantów i naruszyło ich nietykalność. Poprzez szarpanie za mundur i kopanie – choć nie wiadomo, jak skoro policjanci mieli ochraniacze i tarcze. Jak ich szarpali w kordonie, skoro rzekomo zaatakowani nie stali w pierwszym ani w drugim rzędzie.
To szarpanie, a także popychanie zostało wpisane jako powód zatrzymania. Policjanci opowiadają też przed sądem, że demonstranci rzucali kamieniami z torowiska tramwajowego. Ale nie oskarżeni.
Zeznania te policjanci złożyli zaraz po zdarzeniu. To, co mówili potem, różni się od pierwszych zeznań. Obecnie policjanci (młodzi ludzie!) zasłaniają się niepamięcią. Ale coś niecoś udało się im zeznać.
Nieścisłości we wszystkich tych zeznaniach jest dużo:
Istotne w oskarżeniu jest to, że choć sprawia ono wrażenie udokumentowanego opisu ataku grupy ludzi na policjantów, to każde z zeznań dotyczy jednej osoby. A więc każdy z oskarżonych staje przed sadem tylko i wyłącznie na podstawie jednego zeznania, którego nic więcej nie potwierdza.
„Jaki iżby mieli motyw policjanci, żeby bezpodstawnie oskarżać przypadkowe osoby?” – prokuratorka w mowie końcowej 31 marca nie umiała takich motywów znaleźć. „Policja to formacja, która ma służyć społeczeństwu i funkcjonariuszem. Nie mają motywu, by niesłusznie oskarżać”.
Obrona odpowiada: policja miała oczywisty powód. Brali udział w pacyfikowaniu legalnego zgromadzenie, choć ich obowiązkiem było je chronić. Wymyślając po fakcie zarzuty po bezpodstawnych zatrzymaniach, bronili się przed odpowiedzialnością. Bo w 2020 r. jako formacja nie służyli społeczeństwu, tylko władzy. Dziś zaś niczego przed sądem nie pamiętają, bo boją powiedzieć, jak było naprawdę.
Żadna władza nie może wykorzystywać policji do swoich celów. Przez osiem lat jednak policja była traktowana instrumentalnie. I nikt tego nie rozliczył.
Zablokowana przez kordon policyjny demonstracja zatrzymała się na początku ulicy Mickiewicza. Padały okrzyki, poleciała w stronę kordonu pusta plastikowa butelka. Doświadczeni w demonstracjach zaczęli ostrzegać przed prowokacją. Na znak pokojowych zamiarów część demonstrantów usiadła na jezdni i na torowisku.
W pewnym momencie – już po północy – policja ruszyła do ataku. Użyła gazu i zaczęła wywlekać ludzi za kordon. To znana taktyka pacyfikowania zgromadzeń: reszta ma się przestraszyć i rozejść.
Kobiety z czoła pochodu, które dostały gazem w twarz, wycofały się, zostawiając banner. Jeden z oskarżonych wraz z kolegą podniósł go, by zasłonić pozostałych przed gazem. Dostał w głowę pałką, a kiedy banner padł na ziemię, także gazem po oczach. Policjanci wciągnęli go za kordon, a kiedy leżał, przeszli po nim. Kilkakrotnie traci przytomność. Został poraniony. Nie stawiał oporu, bo na tym polega działanie ruchu Obywatele RP, do którego należy.
Dwie oskarżone stały w szeregu, trzymając się za ręce z innymi kobietami. Policja ten szereg rozrywa. Jedną kobietę od razu ciągną do radiowozu. Nie stawia oporu. Druga próbuje pomóc kobiecie, która przy rozrywaniu szeregu upadła. Zostaje zatrzymana i oskarżona o napaść.
Kolejny oskarżony: „Kiedy doszedłem do czoła pochodu, po nawoływaniach do rozejścia się policja zaczęła napierać na demonstrujących. Rozstąpił się kordon i chcieli wciągnąć chłopaka, który stał obok mnie. Ja go starałem się przytrzymać, ale się nie udało. Zaraz potem uwaga policji skupiła się na mnie i ja zostałem wciągnięty. Ciągnęli mnie za kaptur i urwali go. Widziałem, jak policjant wyciąga butlę z gazem i celuje nim w twarz jednej pani”.
I jeszcze jedno zeznanie: „Postanowiłem wrócić do domu. Kątem oka zobaczyłem biegnącą grupę ludzi. To byli policjanci, którzy złapali mnie i wykręcili mi ręce. Nie stawiałem oporu, chciałem się wylegitymować, jednak zostałem zaprowadzony do samochodu policyjnego. Policjant powiedział: »pobiłeś policjanta«. Powtórzył to z pięć razy. To mnie uspokoiło, bo uznałem, że sprawa zaraz się wyjaśni, skoro nie miałem kontaktu z żadnym policjantem”.
I ostatni oskarżony: „Mimo że to było torowisko, nie widziałem, by ktokolwiek trzymał kamień. Byłem zaskoczony ich pokornym zachowaniem. Na koniec tego zamieszania, idąc do domu, zadałem policjantom pytanie, dlaczego robią nam w Polsce drugą Białoruś. Wtedy zostałem złapany, skuty i wrzucony do samochodu”.
Jak zeznał pierwszy oskarżony, policja działała wtedy prawdopodobnie na rozkaz, by połapać ludzi po podwórkach, gdyż kilkunastu zatrzymanych to „za mało”. Oskarżony słyszał to, siedząc z policyjnego radia w radiowozie.
Sceny z policyjnego ataku sąd oglądał 31 marca. Część wydarzeń była rejestrowana i fotografowana. Sąd włącza to jako dowody do sprawy.
Część zatrzymanych wtedy osób dostanie zarzut udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Te oskarżenia upadną, kiedy Sąd Najwyższy potwierdzi, że zgromadzenie było legalne. Panowała wtedy co prawda pandemia i rząd rozporządzeniem zakazał zgromadzeń. Ale konstytucyjnego prawa nie da się uchylić w ten sposób.
Szóstka po zatrzymaniu dowiaduje się, że odpowie za napaść na policjantów.
Niektórzy policjanci są brutalni, inni przyjacielscy. Ale sytuacja zmienia się na komisariatach, na które trafiają zatrzymani. Policja próbuje wymusić na nich przyznanie się do winy. Jednak z kobiet będzie potrzebować pomocy lekarskiej – policjanci mówią, że pomoc będzie, jeśli potwierdzi wersję policyjną. Na komisariatach dyżurują jednak prawnicy. Są też pracownicy Biura RPO. Ponieważ policja próbuje włożyć w usta zatrzymanych słowa, których nie powiedzieli, odmawiają podpisania protokołów.
Gdyby wtedy tych ludzi złamano, nie byłoby już tej sprawy. Ale się nie dali.
W mowach końcowych sześciu obrońców – część nadal pracuje pro bono dla klientów, których wyłowili na komisariatach w nocy 23 października 2020 roku – punktuje wady dowodów oskarżenia.
Dalej obrona wskazuje, że policji przysługuje ochrona, ale tylko wtedy, gdy działa zgodnie z prawem. Atak na legalną demonstrację taką sytuacją nie był. Więc nawet gdyby sześcioro oskarżonych rzeczywiście szarpałoby się z policjantami, to nie popełniłoby czynu zabronionego. A oni policjantom nic nie zrobili.
A jeśli przez „popychanie policjanta” oskarżenie rozumie sytuację, że policja napiera na legalną demonstrację, a ludzie z pierwszego szeregu nie mają gdzie się cofnąć, to nie ma mowy o naruszeniu nietykalności policjanta, bo to nie jest działanie świadome.
Obrona odbija też argument prokuratury, że choć dowodem oskarżenia są tylko zeznania policjantów, to należy im dać wiarę, gdyż policjanci działają w imieniu państwa. „Tak kiedyś było” – mówią. Jednak w czasach PiS państwo zostało zawłaszczone przez jedną partię i policja działała na jej rzecz. Te dowody trzeba więc ocenić jak wszystkie inne.
Obrońcy wnoszą o uniewinnienie.
Obrona przypomina: policja naruszyła tego dnia konstytucyjną wolność zgromadzeń. Prawo fundamentalne dla naszego ustroju, bo tylko dzięki niemu obywatele mogą wyrażać różne poglądy. A to jest istota demokracji.
Z tej perspektywie należy ocenić działanie policji 22 i 23 października 2020 jako nielegalne, nieproporcjonalne i bezpodstawne.
Policja i służby
Prawa człowieka
Sądownictwo
Prokuratura
aborcja
Obywatele RP
Ogólnopolski Strajk Kobiet
protest
Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza
wolność zgromadzeń
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze