22 maja 2022

Taras Prochaśko, pisarz i botanik: Nie chciałem wojny, ale to katharsis dla Ukrainy. [Rozmowa Opryszka]

Dla matki, a może też dla Ukrainy, w 1945 wojna się nie skończyła, tylko zamarzła. Matka pozostała wystraszoną dziewczynką, która żyje z piętnem groźby. Wtłoczyła nam to do głów. Więc jako dziecko rozumiałem, że jesteśmy okupowani. Teraz najważniejsze to nie przekazać tej historii dalej, choćby mojemu 6-letniemu synowi Luce

Siedzimy przy stole w mieszkaniu Tarasa Prochaśki* w kamienicy w centrum Iwano-Frankiwska. Przez uchylone okno dochodzą dźwięki kawiarnianego życia miasta.

Pisarz co chwilę wstaje do kuchenki, chwyta za drewnianą łyżkę i mieszka potrawkę dla syna w zużytym rondelku. Rozmawiamy o początkach wojny, literaturze, problemach z pisaniem w ostatnich latach.

A potem wkładamy buty i idziemy przez miasto. Pisarzowi kłaniają się czytelnicy, podchodzą przyjaciele, wstępujemy po piwo do delikatesów, bo mer Iwano-Frankiwska zezwolił na zakup lżejszych alkoholi. Siadamy na ławce na jednym z ukrytych podwórek między odrapanymi kamienicami, a Prochaśko odpala papierosa od papierosa. Na gałęziach ptaki, milkną, gdy nad miastem przelatują wojskowe samoloty.

Szymon Opryszek, OKO.press: Wyją syreny, a pana matka leży.

Taras Prochaśko: - Leży w łóżku i woła: „Czego oni jeszcze chcą? Czego im trzeba?”. Dla niej oni już wzięli wszystko w 1944 roku. Jej pierwsze żywe wspomnienie to Sowieci. Może się tak zdarzyć, że umrze z myślą o nich.

Trzyma ją pan za rękę?

- Ona tego nie potrzebuje. To może zaskakujące, ale nie widzę, by się bała. W jej wyobraźni fakt, że nie było u nas Ruskich przez ostatnie trzydzieści lat, to jakiś cud, wynaturzenie, podarowany czas. Całe życie na nich „czekała”. Wiedziała, że przyjdą. Aż dziwne, że przyszli dopiero na końcówkę jej życia.

Wojna pozwoliła mi spojrzeć na moją starą i przykutą do łóżka matkę nowym okiem. Widzę, że ona tej wojny tak bardzo nie przeżywa. Bardziej skupia się na swojej chorobie. A może to mechanizm samoobrony? Więc leży. W tym samym pokoju, w tym samym łóżku, w którym się urodziła. Choć może to nadużycie literata, bo mogła się urodzić kilka kroków dalej: na stole. Podobno w latach czterdziestych tak rodziły się dzieci.

Matka od lat potrzebuje pomocy: podać jedzenie, podać telefon, pomóc z toaletą. Żeby było jasne: nie żalę się, tylko opowiadam, bo jak mówi mój ulubiony Bohumil Hrabal, trzeba pisać i opowiadać historie, do których ma się klucze. A ja mam ich sporo. Gdy w pierwszym dniu wojny, jeden jedyny raz zeszliśmy z żoną i sześcioletnim synem do schronu podczas alarmu bombowego, to matki nie wzięliśmy. Nie chciałem jej katować. Pogodziłem się z tym, że nie da rady iść.

Zeszliśmy więc na dół, a tam na jednej ze ścian zobaczyliśmy wydrapane daty sowieckich bombardowań z 1944 roku. Matka miała wtedy cztery lata. Pamięta, że ojciec nosił ją na rękach. Że się tam przeziębiła. I że dziadkowie nie mogli zrobić nic. Byli bezradni i wystraszeni. I ona przejęła ten ich strach na całe życie. Była świadkiem ich niepewności i wmówiła sobie, że wojna to jej wina.

Czemu nie uciekli?

- Wielu ludzi uciekło ze Stanisławowa, jak wtedy nazywał się Iwano-Frankiwsk, a oni zostali. Nie wiem czemu. Nasza rodzina to była taka miejska inteligencja. Mieli kamienicę, której część zajęli w 1944 roku Sowieci. Wyrzucili stare ciotki z ich mieszkania, wujka zabrali do więzienia, przesłuchiwali, szybko wrócił, ale w ciężkim stanie psychicznym. Zwariował.

Więc wszyscy zamieszkali razem w jednym mieszkaniu, a za sąsiadów mieli sowieckich żołnierzy. A potem, już po wojnie, jeszcze jeden pokój w ich mieszkaniu zajął sowiecki żołnierz z rodziną. Ludzie z NKWD przychodzili do domu regularnie. Mój dziadek, ojciec matki, w czasie niemieckiej okupacji pracował jako inżynier w elektrowni. Sowieci podejrzewali go o kolaborację. Więc przez lata cała rodzina żyła w lęku, który pozostał z matką na całe życie. Dla niej, a może też dla Ukrainy, w rzeczywistości w 1945 roku żadna wojna się nie skończyła, tylko zamarzła.

Napisał pan: „Dorastałem w cieniu czterolatki”.

- Matka pozostała naiwną, wystraszoną dziewczynką, która żyje z piętnem jakiejś groźby. Wtłoczyła nam to do głów. Więc jako dziecko rozumiałem, że jesteśmy okupowani. Nic dziwnego, że wojna jest w naszej narodowej pamięci, przechodzi z pokolenia na pokolenie. Nie istniało dla niej nic innego. Tylko wojna. I ludzie z tamtego domu. Przeżyła życie wspomnieniami i lękami. Uzależniła się od tego strachu, dziś pewnie by to nazwano syndromem postraumatycznym. Gdy długo po wojnie umarli jej rodzice, wmówiła sobie, że to przez nią, że nie upilnowała ich i nie uchroniła, jak wtedy na wojnie. Że to jej wina.

Zafiksowała się na historii. Wraz z bratem nie dostaliśmy od niej nic życiowego. Karmiła nas tymi wojennymi opowieściami. To były właściwie jedyne momenty bliskości, jeszcze raz przypomnieć tamtą historię, ojcu, bratu, mi. Dziś już to rozumiem, umiem sobie z tym poradzić, nawet niekiedy matka dopytuje o daty i nazwiska, czy czegoś nie przekręciła. Ale jako dziecko nie radziłem sobie z tym, że wojna zabrała matce spokój i empatię.

Drugim rodzaj bliskości, jaki istniał dla naszej matki, były choroby. Gdy się przeziębiliśmy, ja czy mój brat, była w swoim żywiole. Dlatego nie lubiłem chorować, choć wtedy na swój sposób się o nas troszczyła. Ale tak naprawdę przejmowała moją chorobę, miała wroga. Ta obsesja walki z chorobą jej pozostała. Dziś ma sześciu lekarzy, z którymi się konsultuje, a mnie wysyła po recepty. I ciągle o tym rozprawia, i tak od dziesięcioleci.

Jak wyglądało pana dzieciństwo?

- Muszę podkreślić, że matka nigdy nie była wobec nas agresywna. Po prostu żyła sobie ze swoimi lękami, nie wiem, czy dla niej istnieliśmy. Pamiętam, gdy byłem małym chłopcem, gdzieś na strychu znalazła słoik z rtęcią. Zaczęła maniakalnie dezynfekować wszystko, co było w domu. Nie wpuszczała żadnych ludzi. Raz zamknęła się w pokoju, bo jakiś pies polizał jej rękę, a ona jej nie obmyła. To były symptomy szaleństwa: myć, wycierać się i tak w kółko. Matka cały czas musi się czegoś bać.

A ojciec?

- Urodził się w styczniu 1940 roku, był pogrobowcem. Mój dziadek był rezerwistą w polskiej armii, Niemcy rozstrzelali go jeszcze przed narodzinami taty. Po wojnie ojciec wraz z babcią Prochaśko zostali wywiezieni z Morszyna do specjalnego osiedla w Czycie na Syberii. Miał dziesięć lat. Na Ukrainę wrócił dopiero w 1956 roku. Dziś na to patrzę i zastanawiam się, czy nie zdrowsze było pojechać na Syberię, przeżyć to, wrócić, zamknąć trudny etap, niż po prostu żyć w tym samym miejscu i wciąż rozdrapywać historię.

Babcia poznała na Syberii mojego przyszywanego dziadka. Zamieszkali na wsi w Delatynie, spędzałem z nimi pierwsze lata życia. To była idylla, która pozwoliła obronić się przed traumami matki, bo rodzice pracowali w Iwano-Frankiwsku i tylko do nas wpadali. Pamiętam, jak dziadek śpiewał piosenkę: „Pisze Stalin do Hitlera, mielą żarna jak cholera, Hitler jemu odpisuje, wszystkie ziarna konfiskuje”. To była wesoła piosnka, taka w sam raz do szatkowania kapusty, pachniało kapustą, marchewką, kminkiem. No i przy tym szatkowaniu śpiewaliśmy całkiem rytmiczny refren: „Kręcą żarna w prawo, w lewo, bo jeść im się chciało, tną szablami w prawo, w lewo, żeby serce nie bolało”. Rozumiałem to tak, że żyjemy w jakimś mikroświecie, ale gdzieś tam czai się wielka polityka. A może dziś mi się tak wydaje?

Krajobraz Ukrainy, w którym pan dorastał, też został ukształtowany przez wojnę.

- Zachodnia Ukraina mojego dzieciństwa to powoli zarastający system linii obronnych. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych bawiliśmy się w okopach, które pamiętały wojny z początku wieku. Dawne szańce służyły nam za bawialnie, biegaliśmy po lasach, gdzie stare druty telefoniczne zdążyły się poplątać już z korzeniami drzew. Tam w Delatynie zaczęła się moja przygoda z naturą.

Dziadek pokazywał mi tę przyrodę, zwracaliśmy uwagę na wszystko, choćby na te samotne drzewa, które rosną przy drogach w całej Ukrainie. W jednym z tekstów porównałem do nich Ukrainę. Niby wciąż wypuszczamy jakiś nowe pędy, ale jesteśmy zakorzenieni w przeszłości, wciąż żywimy się mikroelementami, które wytworzyły się z gnijących gałęzi, które wyschły i opadły. Jeśli pomyślimy o świadomości drzewa, to w jego długim życiu wojna jest krótkim błyskiem tak jak wszystkie wcześniejsze konflikty i wydarzenia historyczne.

Zazwyczaj, gdy myślimy o wojnie, to w ogóle nie pochylamy się nad naturą.

- Pamiętam, jak wiele lat temu do zachodniej Ukrainy przyjechała biolożka ze Stanów Zjednoczonych. To był początek wiosny, rozmowa zeszła na bociany. I ta dziewczyna zaczęła ubolewać, jakie biedne te ptaki, jakie bezbronne, jak pokonają drogę z Afryki do Ukrainy, skoro w Sarajewie wojna i latają bomby. Dziewczyna czuje świat jak ja, pomyślałem sobie. Dla większości Ukraińców świat przyrody to świat bajkowy, bociany pojawiają się i znikają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mało kto myśli o bioróżnorodności, trasach migracji ptaków, wpływie wojny na siedliska.

A dzieją się straszne rzeczy, także dla świata zwierząt i roślin: lasy pod Kijowem zmasakrowane, duże ryzyko pożarów w puszczy nieopodal Czarnobyla, stepy rozjechane przez czołgi. A tam przecież roślinność jest najdelikatniejsza. Patrzę na mapy i widzę, że działania wojenne toczą się na jednej trzeciej terenów stepowych, które są pod ochroną! A co będzie potem? Jak posprzątać zaminowane lasy, wyciągnąć powojenne śmieci z ziemi?

Jak zajmujesz się przyrodą, to zawsze dotkną cię traumy związane z działalnością człowieka. Muszę przyznać, że w czasie pokoju jest nawet gorzej. Teraz przecież nie mam złudzeń, że żołnierze, którzy mają za zadanie przeżyć i zabić, będą nagle dbali o las, bo ma on charakter reliktowy.

Słyszał pan, że ukraińskie pszczoły zaatakowały Rosjan?

- Tak, podobno zabiły trzech okupantów. A dron wroga rozbił się po zderzeniu z ptactwem. Wydawać by się mogło, że matka natura wzięła sprawy w swoje ręce. To oczywiście przypadek, ale ludzie potrzebują takich symboli. Ciekawe, że Putin też postanowił wykorzystać naturę. Na początku wojny rosyjska propaganda ostrzegała przed zatrutymi biologicznie ptakami z Ukrainy, które miały atakować Rosjan jakimiś wyniszczającymi mikrobami.

Nie korzystam ze smartfona, żyję poza sieciami, ale żona pokazała mi video, jak ukraiński żołnierz zadzwonił do kuzyna w Rosji. „Jak jedziesz samochodem, to zamykaj szczelnie okna, bo wiesz, te ukraińskie komary są naprawdę groźne”, robił sobie jaja. Rusek był naprawdę przerażony. Propaganda zrobiła swoje.

Długo przed wojną napisał pan, że Ukraina to laboratorium Rosji i Zachodu.

- Wystarczy spojrzeć na historię. Zachód potrzebuje Wschodu i nawzajem. Tak jak Rzym potrzebował Bizancjum, tak Konstantynopol musiał mieć Rzym w zasięgu wzroku. Ich nakładanie się jest częścią ich konfrontacji. Mam wrażenie, że Ukraina w końcu dojrzała, by odgrywać rolę pomostu między Rosją i Europą: to zupełnie inna demokracja niż dwadzieścia lat temu.

Nie chciałem tej wojny, ale może jej potrzebowaliśmy? Niepodległość zdobyliśmy bez rozlewu krwi. Oczywiście ludzie walczyli, w lasach siedzieli partyzanci, ale jakoś ewoluowaliśmy do innego systemu, choć wciąż tkwiliśmy w postsowieckim. Budowaliśmy państwo, ale cały czas w cieniu tej Rosji, cały czas z przeświadczeniem, że wszystko, co związane z państwem, jest wrogie ludziom.

I stąd ten brak wiary i zaufania w państwo, w system, każdy żył jak mógł, ale czy byliśmy razem? Wydarzyła się Czeczenia, wydarzyła się Gruzja, potem mieliśmy Odessę. Cała retoryka Putina mówiła o tym, że to nastąpi. Wojnę czuć było w powietrzu.

Europa ten moment przespała?

- Mam wrażenie, że powojenna Europa uwierzyła, że zasłużyła na pokój. Był Irak, Syria, Donbas, a Europa patrzyła z daleka i mówiła, musicie nad sobą pracować, czegoś wam brakuje, patrzcie na nas, jaką pracę wykonaliśmy w zakresie pokoju i rozładowania konfliktów. Nikt nie wierzył, że wojna wydarzy się u jej granic.

Nie wiem, czy ta myśl jest wystarczająco naukowa, ale być może dzięki tej wojnie ta nowa Europa będzie miała zdrowy stosunek do Rosji. Jestem jak Kasandra i będę powtarzał: z Rosjanami żadna przyjaźń nie jest możliwa. Inna kultura, inna mentalność. Jeśli dziś czegoś się boję, to hipermobilizacji narodu rosyjskiego. Kiedy żaden Niemiec czy Holender już nie walczy, to Rosjanin rzuca wszystko i idzie na front. To taka osobliwa mentalność.

Dziś Ukraińcy są solidarni jak nigdy. Ale to też wyzwanie.

- Zawsze zazdrościłem Polakom, że mogli oprzeć swoją historię i tożsamość narodową na małych zwycięstwach. Mam na myśli nawet dziewiętnastowieczne powstania, które niekiedy ostatecznie czasem nawet zwycięstwami nie były. Nam zawsze brakowało zrywów, małych wygranych, zawsze byliśmy narodem przegranym, terytorium podbitym. Potrzebowaliśmy tego dla psychicznego zdrowia narodu.

Dobrze, że udało nam się choć w takim momencie (śmiech). Wcześniej były Majdan, czy Odessa, ale duch wspólnoty był bardziej lokalny. Teraz wszyscy pomagają, to nie jest nawet tak patriotyczne, bardziej wychodzi z potrzeb psychologicznych, wręcz humanistycznych. Pomagając, pomagamy sobie. No i nie patrzymy, czy ktoś pochodzi z zachodniej Ukrainy, czy ze wschodniej. Albo mówi takim, czy innym językiem.

Wielu podnosi kwestię rosyjskiego, którym posługują się uchodźcy ze wschodu. Cieszmy się, że w Ukrainie istnieje język ukraiński. To pozytywnie działa na rosyjskojęzycznych. I to już jest coś. Wojna połączyła nas mocniej, ale to nie znaczy, że to jest dane na zawsze. Różnice istnieją. Trzeba zdać sobie z tego sprawę i nie robić problemu. To wyzwanie przed ukraińskim społeczeństwem.

A ten brutalny język wojny, który słychać w rozmowach i widać na plakatach? Nie zostanie z Wami?

- Zauważam, że z podziemia wyszła wulgarna leksyka. „Pizdziec”, „bladź”, „zajebali”, czy zwrot „idi nachuj”, który robi największą karierę, a przecież przed wojną byłby niedopuszczalny. Nikt nie pozwalał sobie publiczne mówić takich słów, a teraz lecą na paskach w telewizji, widać je na ulicznych plakatach. To pewnie dobrze robi ludziom, pomaga rozładować złość, ale zwracam uwagę, że używamy charakterystycznych słów wroga, jak swoich.

Te słowa z nami zostaną, ale nie boję się, że to wpłynie na brutalizację społeczeństwa. Tak dużo ludzi jest zestresowanych przemocą, tak wielu przeżyło ucieczkę od przemocy, że uda nam się to wyważyć jako społeczeństwu. Inna sprawa, że hasło skierowane do rosyjskiego statku, to pierwszy mit tej wojny, choć teraz to się chyba nazywa memy. A wojna służy przede wszystkim budowaniu mitów.

I kreowaniu bohaterów. Byłem w bazie terytorialsów we Lwowie. Komendant powiedział mi, że w pierwszej kolejności rekrutują chuliganów lwowskich klubów. Agresywnych nacjonalistów.

- Dotąd mieliśmy narodowych bohaterów, którzy irytowali Polaków. Ciężko było i nam dawać sobie z tym radę. To był też problem wewnątrz ukraiński, bo przecież wszyscy – na czele z Banderą – byli rosyjskojęzyczni. Cała ta miłość do nich opierała się na pewnej mitologii, całe ich bohaterstwo polegało na antyrosyjskości.

To było ważne dla społeczeństwa. Każdy naród potrzebuje bohaterów. Po tej wojnie Bandera i jemu podobni z nami zostaną, nadal będą elementem mitu bohaterskiego, ale – i to dobre dla naszych relacji z Polską – zostaną przyćmieni przez nowe postaci.

Razem z tymi co walczą, zawsze znajdą się tacy, którzy się kreują na bohaterów. Po wojnie zaczną się medale, odznaki. To nic nowego. Mamy różnych żołnierzy, oficerów policji, którzy wyjeżdżali na trzy dni na wschód Ukrainy i dostawali miano uczestnika wojny. Teraz niektórzy terytorialsi siedzą na barykadach, zajadają obiady, które przynoszą im ludzie i czekają na dywersantów (śmiech). Rozumiem, że to wszystko potrzebne, ale jak to będzie potem, jak odnajdą się w społeczeństwie po wojnie? Tego nie wiem.

I znów wracamy do spirali traum.

- Każdy jakieś ma. Dawno temu zrozumiałem, że nie zmienię mojej matki. Przynosiłem książki filozofów, opowiadałem, że można żyć i się nie bać, pokazywałem jej, jak się męczy ze swoimi lękami. Ale potem zrozumiałem, że to zbyt głębokie, że jej nie zmienię, że muszę nauczyć się być sobą. Teraz najważniejsze to nie przekazać tej historii dalej, choćby mojemu sześcioletniemu synowi Luce.

Pogadaliśmy pierwszej nocy wojny. Spałem przy oknie. Często w środku nocy Luka przychodzi do łóżka i dosypia ze mną. 24 lutego nad ranem usłyszeliśmy serię huków, a potem syrenę. Potem okazało się, że rakiety uderzyły w Iwano-Frankiwsk. Powiedziałem mu, że zaczyna się wojna. Że będą czołgi i żołnierze. Że na świecie są różne narody. I jest też naród, który chce walczyć z nami. Chyba zrozumiał, bo już wcześniej temat wojny nam towarzyszył - ojciec jego najlepszego przyjaciela zginął podczas walk w Donbasie.

Kiedy opowiada się coś dziecku jego językiem, prostym i obrazowym, to dla dorosłego nawet takie doświadczenie staje się prostsze do zrozumienia. Wydaje mi się, że w takich rozmowach najważniejsze nie są słowa, ale spokój rodzica. Mamy być opoką, muszą widzieć, że mamy plan, że kontrolujemy ten lęk. Myślę sobie, że tego zabrakło moim dziadkom.

Nie myślał pan, by uciec?

- Zastanawiałem się gdzie wywieźć rodzinę. Co będzie najlepsze dla młodego? Może San Sebastian, dostaliśmy taką propozycję od znajomych. Może dom Moniki Sznajderman i Andrzeja Stasiuka, z naturą i owieczkami? A może teatr Gardzienice z Lublina? Opcji było wiele. Ale co zrobić z matką? Na razie więc zostaliśmy.

Zastanowimy się, jak będę musiał iść do wojska, na razie takich wiekowych jak ja nie biorą. Ale kto wie, jak to się potoczy? Jeszcze przed narodzeniem dziecka wziąłem udział w zawodach dziennikarzy na strzelnicy. Wygrałem, dali dyplom. Miałem to nieszczęście, że służyłem w wojsku w czasach sowieckich, to były lata 1986-88. Najpierw w Czerniowcach, a potem na północy Ukrainy. Miałem taki kuferek z zaszyfrowanymi kodami. Żartowaliśmy, że nasza służba potrwa od 2 do 10 lat, bo doliczaliśmy lata odsiadki za zgubiony kuferek. To były ćwiczenia, ale stan armii nie był najlepszy, a herbatniki z zapasów żywności pamiętały czasy Stalina. Śmialiśmy się, że armia sowiecka to zagrożenie militarne dla całego świata, a największe dla siebie samej. Teraz ta armia nas napadła, ale mówi się, że jej stan jest taki jak wtedy.

Czy wojna przyniesie coś dobrego?

- W moim życiu to ostatnia szansa dla Ukrainy, by odplątać losy historii, odciąć więzy zależności od Rosji. Nie byłem zadowolony z tego, co stało się z Ukrainą po odzyskaniu niepodległości. Oczywiście nie chciałem wojny, ale tłumaczę sobie to jako katharsis na wielu poziomach, także społecznym.

Wielu ludzi, nawet Ukraińców, poddawało w wątpliwość nas jako społeczeństwo. Okazało się, że trzydzieści lat to nie tak mało, by scementować społeczeństwo, nawet jeśli to była rzeczywistość pełna konfliktów wewnętrznych. Zdążyliśmy. Pokazaliśmy, że obowiązuje u nas zupełnie inna umowa społeczna niż w Rosji. Ichniejsze fanaberie propagandowe, porządek policyjny, czy poddanie państwu są dalekie naszemu światu.

Nawet jeśli wojna połamała model przyszłej Ukrainy, który sobie przez trzydzieści ostatnie lat układaliśmy, to wciąż rozsypał się on na konkretne elementy, które łatwiej będzie złożyć.

*Taras Prochaśko (1968) — dziennikarz i pisarz, z wykształcenia botanik. Mieszka w Iwano-Frankiwsku. Reprezentant słynnego "fenomenu stanisławowskiego", laureat m.in. literackiej nagrody imienia Josepha Conrada fundowanej przez Instytut Polski w Kijowie. W Polsce ukazały się jego powieści "Niezwykli" i "Z tego można zrobić kilka opowieści", zbiór opowiadań "Inne dni Anny", oraz tom esejów "W gazetach tego nie napiszą". Przetłumaczył na język ukraiński m.in. "Opowieści galicyjskie" oraz "Wschód" Andrzeja Stasiuka.

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne