0:00
0:00

0:00

„Potrzebujemy więcej Kazimierzów Michałów Ujazdowskich i nie ma co odstraszać tych konserwatystów, którzy się dziś wahają, po której stronie stanąć. Najważniejsze jest odsunięcie PiS od instytucji państwa. Inaczej grozi nam węgierski scenariusz, z którego okrucieństwa Polacy i Polki nie zdają sobie sprawy.

Im bardziej bowiem populiści przeobrażają się w spasione władzą elity, tym bardziej muszą udowadniać, że są wciąż ulicznymi wojownikami, Dawidami walczącymi z potężnym Goliatem wrogich sił" - twierdzi prof. Maciej Kisilowski.

Tekst Kisilowskiego - skierowany przede wszystkim do wyborców lewicowych - wzbudził w redakcji OKO.press dyskusję. Wkrótce polemika z jego tezami.

Prof. Maciej Kisilowski doktoryzował się w Szkole Prawa Uniwersytetu Yale, jest absolwentem Uniwersytetu w Princeton, członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Nie pierwszy raz na łamach OKO.press ostrzega przed autorytarną władzą populistycznej prawicy i prawdopodobnym zaostrzaniem przez nią politycznego kursu (patrz - niżej).

Odwołuje się do przykładu Węgier Victora Orbána, które zna z pierwszej ręki jako wykładowca od 2011 roku Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie, założonego przez Open Society George'a Sorosa. Rząd Orbána nowelizując ustawę o uczelniach wyższych, zmusił władze Uniwersytetu do opuszczenia Budapesztu (uczelnia przenosi się do Wiednia).

Kisilowski: Potrzeba nam więcej Kazimierzów Michałów Ujazdowskich

W niedzielę mamy szansę uratować polską demokrację. Sondaże wskazują, że #JestNasWięcej, że wielu Polaków się waha, a wyborcy PiS są coraz bardziej zdemotywowani kolejnymi aferami.

Przeczytaj także:

Z drugiej strony, ze względu na start w trzech blokach, opozycja musi wygrać co najmniej kilkoma punktami procentowymi, by uzyskać większość mandatów w Sejmie. Bez tego siła naszego poparcia społecznego będzie dla władców z PiS bez znaczenia.

W 2015 roku PiS uzyskał ledwie 37,5 proc. głosów – najsłabszy wynik zwycięskiej partii od 1997 roku, z wyjątkiem... jeszcze słabszego wyniku PiS w 2005 roku, a mimo to, bez najmniejszych oporów, rozpoczął rewolucję ustrojową i budowę wyborczego autorytaryzmu. Tak będzie i teraz, choćby PiS miał przewagę w Sejmie jednego głosu.

O paradoksie wyborów 2105 pisaliśmy w OKO.press ilustrując go wykresem:

polskie wybory procent poparcia, procent foteli
polskie wybory procent poparcia, procent foteli

(O wyborczym autorytaryzmie OKO.press pisało m.in. analizując deklaracje Kaczyńskiego i Dudy a także przedstawiając to pojęcie zaproponowane przez Jana Wernera Muellera i jego teorię populizmu).

Przy widocznej w sondażach mobilizacji elektoratu lewicowego i liberalnego, kluczem do ostatniego tygodnia przed najważniejszymi od 1989 roku wyborami są demokratyczni konserwatyści – ludzie, którzy w wielu sprawach społecznych czy moralnych zgadzają się z programem PiS, ale którzy autorytarnego państwa nie chcą.

Poglądy elektoratu polityków takich, jak Kazimierz Michał Ujazdowski, Paweł Kukiz, czy Władysław Kosiniak Kamysz, budzą duże emocje w obozie progresywnym.

Szczególnie uzasadniona jest złość kobiet czy osób nieheteronormatywnych, których prawa przez dekady były składane na ołtarzu spokoju społecznego.

Jednak doświadczenia innych państw wyborczego autorytaryzmu – czyli systemu, który buduje w Polsce PiS – prowadzą do dwóch konkluzji: po pierwsze, wyciągnięcie ręki do konserwatystów jest jedyną drogą do zwycięstwa; po drugie,

druga kadencja PiS to nie będzie tylko kontynuacja konserwatywnego status quo, ale prawdziwe piekło dla kobiet i osób LGBT.

Zacznijmy od drugiego wniosku.

Istotą autorytaryzmu jest znajdywanie i niszczenie wroga

Ataki na „ideologię gender” i „LGBT” nie są tylko chwytem wyborczym. Istotą wyborczego autorytaryzmu jest to, że swoją bazę władze mobilizują w kontrze do wrogów.

I nie wystarczy tu wróg zewnętrzny – Bruksela czy Niemcy. Wróg musi być blisko, między nami, bo tylko wtedy władza może osłabiać horyzontalne więzi społeczne i zastępować je relacją z obywatelem jako swoim klientem

(stąd w politologii określenie wyborczego autorytaryzmu jako państwa mafijnego).

Wrogów wewnętrznych władza kreuje w zależności od lokalnych warunków. W Rosji na początku rządów Putina byli to Czeczeni, w Turcji teraz są Kurdowie, na Węgrzech byli i są przede wszystkim – uchodźcy.

„Problemem” PiS jest to, że etnicznie spójna i oddalona od kryzysu migracyjnego Polska ma mało »naturalnych« wrogów.

W tej sytuacji środowisko LGBT oraz kwestionujące patriarchat kobiety już teraz stają się obiektem nasilonych ataków. Tak jak mniejszościami narodowymi czy uchodźcami, można nimi skutecznie straszyć. Dodatkowo nagonka na nich ma poparcie Kościoła katolickiego.

Atak na gender i LGBT może nie ustać po wyborach. Wręcz przeciwnie, doświadczenia Turcji, Wenezueli czy Węgier wskazują, że ataki na ulubionych „wrogów wewnętrznych” stają się coraz bardziej agresywne wraz z konsolidacją autorytarnej władzy.

Im bardziej bowiem populiści przeobrażają się w spasione władzą elity, tym bardziej muszą udowadniać, że są wciąż ulicznymi wojownikami, Dawidami walczącymi z potężnym Goliatem wrogich sił.

Na Węgrzech znęcają się nad uchodźcami: bicie, szczucie psami, głodzenie

Jak wygląda ta nagonka na Węgrzech? Wydany w drugiej kadencji Orbána raport „Lekarzy bez Granic” stwierdza, że tylko w latach 2016-17 doszło do ponad 100 przypadków celowego znęcania się nad uchodźcami, również dziećmi, przez węgierskie służby. W tym dziesiątki pobić, pogryzień przez psy czy ataków gazem pieprzowym.

Uchodźcy wspominają, że węgierscy pogranicznicy, bijąc i szczując ich psami, śmieją się im w twarz i pozują do selfies.

Całe rodziny uchodźców trzymane są przez wiele miesięcy w metalowych kontenerach za drutem kolczastym; do niektórych obozów niedopuszczani są reprezentanci ONZ. W 2018, władze pozbawiły niektóre rodziny jedzenia; interweniować musiał Trybunał w Strasburgu, ale uchodźcy głodowali przez prawie tydzień.

Na mocy ustawy z 2018 roku, jakakolwiek pomoc obywateli czy NGO-sów dla uchodźców jest przestępstwem zagrożonym karą więzienia.

Jak PiS wygra, to dopadnie osoby LGBT i progresywne kobiety

Oczywiście, możemy mieć nadzieję, że w Polsce pewne rzeczy się nie wydarzą, pewne granice nie zostaną przekroczone. Ale, niestety, wiele sygnałów wskazuje jednak, że

rolę wroga, którą na Węgrzech grają uchodźcy, PiS przypisał osobom LGBT oraz kobietom odrzucającym tradycyjne role społeczne.

Nagonka medialna na LGBT już teraz jest niemal kalką węgierskiej kampanii antyuchodźczej. Logika systemu każe poważnie obawiać się zatem eskalacji dehumanizacji „wrogich” grup, szczególnie normalizacji pogardy i przemocy oraz penalizacji aktów wsparcia.

Już słychać o trzech latach więzienia za mówienie o tolerancji w szkołach (zobacz projekt "Stop pedofilii").

Można było w Stambule? Może i u nas można

Stawka zwycięstwa lub przegranej 13 października jest ogromna. A przykłady innych państw wskazują jednoznacznie, że do zwycięstwa nad prawicowym autorytaryzmem konieczne jest wyciągnięcie ręki do elektoratu konserwatywnego.

Tak zrobił Ekrem Imamoğlu, który pokonał partię Erdoğana w Stambule prowadząc kampanię „radykalnej miłości” także wobec prawicowo-religijnych wyborców.

Na Węgrzech jedyne istotne zwycięstwo opozycji w ostatniej dekadzie dała kampania Petera Marki-Zaya w mateczniku Fideszu, 50-tysięcznym mieście Hódmezővásárhely. Opozycyjny kandydat na mera startował z poparciem zarówno lewicy i liberałów, jak i - uwaga - skrajnie prawicowego, antysemickiego Jobbiku.

Ujazdowski to nasze zwycięstwo

Doskonale rozumiem, jeśli czytelnikom i czytelniczkom gotuje się krew na myśl o podobnych sojuszach. Ale to nie jest powód, by wybrzydzać na chętnych do współpracy demokratycznych konserwatystów.

Oczywiście dopuszczalne są spory, a nawet rywalizacja w wyborach do Senatu, ale na ostrej kłótni i wrogości w demokratycznej rodzinie może zyskać tylko Jarosław Kaczyński.

Każdy polityk, który przeszedł z PiS na stronę demokratyczną, to nasze zwycięstwo, a nie powód do oskarżeń o oportunizm.

Potrzeba nam więcej Kazimierzów Michałów Ujazdowskich i nie ma co odstraszać tych, którzy się dziś wahają. Najważniejsze jest odsunięcie PiS od instytucji państwa.

Mówiąc krótko: śpieszmy się ich kochać, bo za cztery lata trzeba będzie kochać dużo gorszych.

Doświadczenia innych państw wskazują, że prawicowy autorytaryzm systematycznie przesuwa w prawo punkt ciężkości polityki, powoduje normalizację ksenofobii, homofobii, mizoginii.

Z roku na rok, partie opozycyjne muszą wyciągać rękę coraz bardziej na prawo, bo po prostu coraz więcej wyborców, karmionych propagandą i nienawiścią, przesuwa w tę stronę swoje poglądy.

Dziś opozycyjny rząd po zwycięstwie opozycji z PiS 13 października 2019 musiałby uwzględnić Pawła Kukiza, z jego homofobicznymi i mizoginicznymi wyskokami, ale przynajmniej z demokratycznymi intuicjami w kwestii rozliczalności władzy.

Za cztery lata może się okazać, że wygranie wyborów jest matematycznie niemożliwe bez poparcia środowisk dzisiejszej Konfederacji, na którą głosuje wielu młodych mężczyzn.

Zaakceptowanie demokratycznych konserwatystów jako pełnoprawnych członków opozycyjnego obozu w żadnym wypadku nie oznacza odłożenia na półkę prawnoczłowieczej agendy.

Powrót do demokratycznych standardów odsunie ryzyko przemocy państwa wobec zagrożonych grup i spowoduje, że będziemy mogli normalnie rozmawiać i – w ramach demokracji – przekonywać tych Polaków, którzy wciąż - jak najbardziej szczerze - obawiają się gejów czy feministek.

Nad strategiami tego demokratycznego dialogu można i trzeba rozmawiać. Dziś jednak zgódźmy się co do jednego: warunkiem do trwałego poszanowania praw człowieka w Polsce jest zarówno konstytucyjna demokracja, jak i systemowy pomysł na ułożenie relacji między lewicą, liberałami i konserwatystami w ramach respektowanych przez wszystkich reguł gry.

Taką demokratyczną Polskę warto poprzeć, nawet idąc pod rękę z rodakami o poglądach konserwatywnych.

Zmiana w tekście 08.10.2019: W redakcyjnym wstępie do tekstu użyto formułowania „światli konserwatyści”. Zmieniliśmy je na bliższe intencjom autora sformułowanie „konserwatyści rozczarowani PiSem”

;
Maciej Kisilowski

Profesor prawa i strategii na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu. Naukowo zajmuje się strategicznym podejściem do prawa i polityki, publikując w trzech dyscyplinach: prawie, zarządzaniu i naukach politycznych. Współ- autor artykułów naukowych w wiodących czasopismach, w tym w „Law and Social Inquiry” oraz „Business and Society”, oraz czterech książek, w tym Administrategii wydanej w pięciu językach (wyd.pol. Studio Emka 2016). Jego komentarze publikowane były m.in. w „Los Angeles Times”, „Foreign Policy”, „Politico”, „Project Syndicate” i „Haaretz”. Jest współtwórcą i wiceprezesem stowarzyszenia Inkubator Umowy Społecznej (IUS) i współredaktorem Umówmy się na Polskę (Znak 2023) - książki prezentującej kompleksową propozycję reform ustrojowych przygotowaną przez IUS. Absolwent uniwersytetów Yale, Princeton i Inseadu.

Komentarze