Znany łódzki kardiochirurg, 71-letni prof. Ryszard J. został w ekspresowym tempie oskarżony przez prokuraturę, bo w procesie sądowym wydał opinię korzystną dla doktora G. Według młodego śledczego, który niedawno awansował i zaczął pracę w Warszawie, lekarz z 46-letnim stażem skłamał w ekspertyzie.
OKO.press dotarło do aktu oskarżenia, który mu przedstawiono

Ryszard J., były konsultant wojewódzki ds. kardiochirurgii i kierownik kliniki kardiochirurgii w jednym z łódzkich szpitali, zapewne nie spodziewał się, że tak się potoczą sprawy, gdy na zlecenie sądu podjął się oceny operacji przeprowadzonej przez innego kardiochirurga – Mirosława G.

W czasach pierwszego rządu PiS ze sprawy Mirosława G., byłego szefa kardiochirurgii w warszawskim szpitalu MSWiA, próbowano zrobić pokazówkę, która miała dowieść, jak zdemoralizowane jest środowisko lekarskie. Prokuratura oskarżała go w kilku procesach. Najważniejszy dotyczył śmierci Floriana M., któremu G. wszczepił sztuczną zastawkę. Po zabiegu w ciele pacjenta został gazik. Lekarzowi postawiono za to początkowo zarzut zabójstwa w zamiarze ewentualnym.

Zbigniew Ziobro, który wtedy – tak jak dziś – był ministrem sprawiedliwości i szefem prokuratury, podczas konferencji mówił o nim: „Już nikt, nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.”

Później przegrał proces i musiał za te słowa przepraszać.



Po upadku rządu PiS prokuratura zmieniła zarzut wobec doktora G. – na nieumyślne narażenia pacjenta na utratę życia i nieumyślne spowodowanie jego śmierci.

Proces trwał kilka lat. Dwa tygodnie temu, 31 maja 2017 roku, zakończył się oczyszczeniem Mirosława G. z zarzutów.

W odniesieniu do pierwszego zarzutu, sąd umorzył sprawę. Bo choć podczas operacji gazik został zaszyty w ciele pacjenta, po kilku dniach, gdy wykryto błąd, doktor przeprowadził drugą operację i go wyciągnął. Czyli – zdaniem sądu – uchylił niebezpieczeństwo narażenia na utratę życia.

Z drugiego zarzutu sąd lekarza uniewinnił. Uznał, że pozostawienie gazika nie miało bezpośredniego wpływu na śmierć pacjenta. Został on w ciele nie z winy Mirosława G., lecz instrumentariuszki, która w czasie operacji informowała, że nic w ciele nie zostało. Florian M. zmarł po 70 dniach od zabiegu. Przez ten czas był pod opieką anestezjologów, a nie doktora G.

Wydając wyrok, sąd oparł się m.in. na opinii prof. Ryszarda J., korzystnej dla lekarza ze szpitala MSWiA.

Z biegłego – oskarżony

Prokuratura sprawy doktora G. nie odpuści. Było to widać już pod koniec jego procesu, gdy prokurator niespodziewanie do akt sprawy dołączył jako dowód… akt oskarżenia przeciwko prof. Ryszardowi J. – kardiochirurgowi, który został powołany na biegłego w tej sprawie.

Obserwatorzy procesu Mirosława G. mówią OKO.press, że odebrali to jako nacisk na sąd przed wydaniem wyroku.



Akt oskarżenia przeciwko Ryszardowi J. przygotowała w błyskawicznym tempie Prokuratura Okręgowa Warszawa – Praga. Śledztwo wszczęła 7 kwietnia 2017, czyli w czasie gdy kończył się już proces doktora G. Już 28 kwietnia był gotowy akt oskarżenia.

Profesorowi J. postawiono jeden zarzut, na podstawie artykułu 233, paragraf 4 kodeksu karnego. Zgodnie z nim biegłemu, który „przedstawia fałszywą opinię” w postępowaniu sądowym grozi od roku do 10 lat pozbawienia wolności.

Do niedawna za to przestępstwo groziły maksymalnie trzy lata więzienia, ale PiS podniósł wymiar kary.

Prokuratura uważa, że profesor przedstawił w sądzie fałszywą opinię pisemną dotyczącą leczenia Floriana M., a potem potwierdził ją, zeznając przed sądem.

Prokurator wie lepiej – bo ma inne opinie. Cóż, że niepełne

Z jakimi dowodami idzie prokuratura do sądu, oskarżając Ryszarda J. po zaledwie 21 dniach śledztwa, wliczając w to soboty i niedziele?

Głównym dowodem mają być ekspertyzy przygotowane jeszcze na etapie śledztwa prokuratury w sprawie doktora G. Ich autorami byli zagraniczni lekarze: Gunter Laufer, Wolfgang Wandscheider i Roland Hetzer.

Wydali je, opierając się tylko na części dokumentacji medycznej Floriana M. (dopiero w trakcie procesu sądowego została ona uzupełniona np. o raporty z 70-dniowego leczenia pacjenta po operacji).

W akcie oskarżenia prokuratura cytuje Laufera, który stwierdził, że za pozostawienie gazika w sercu odpowiada chirurg nadzorujący cały zespół operacyjny. Jego zdaniem gazik miał wpływ na ostrą dysfunkcję protezy zastawki i to miało doprowadzić do niewydolności serca i niewydolności wielonarządowej, a potem śmierci pacjenta. Hetzer uznał, że gdyby szybciej zrobiono badanie echokardiograficzne, szybciej wykryto by gazik i szybciej można by zrobić drugą operację. A Wandscheider stwierdził, że gdyby gazik został usunięty szybciej, pacjent miałby większe szanse na przeżycie.



Według prokuratury wnioski prof. Ryszarda J. „nie są adekwatne do poziomu wiedzy medycznej, jaką z pewnością posiada”.

Za szczególnie fałszywe prokuratura uważa stwierdzenie profesora J., że „leczenie M. było prowadzone zgodnie z zasadami sztuki medycznej, oraz, że jedynie instrumentariuszka jest odpowiedzialna za pozostawienie ciała obcego podczas operacji w jamie serca pacjenta”.

Prokurator kwestionuje też opinię prof. Ryszarda J., że pozostawienie gazika w sercu nie było bezpośrednią przyczyną zgonu M., bo pacjent żył po operacji 70 dni. Według śledczego, z „medyczno-sądowego punktu widzenia” nie można się z tym zgodzić, bo „pozostawienie ciała obcego w sercu stanowi realne zagrożenie dla życia pacjenta, w każdej chwili może dojść do przemieszczenia ciała obcego z prądem krwi i zablokowania zastawki aortalnej skutkujące niewydolnością układu krążenia i zgonu pacjenta”. Zgon był więc naturalnym i spodziewanym następstwem zbyt późno usuniętego gazika.

W akcie oskarżenia śledczy napisał, że opinia Ryszarda J. to „rażące odstępstwo od zasad wiedzy medycznej oraz opiniodawczej, zaś

biorąc pod uwagę doświadczenie lekarskie oraz tytuły naukowe, wydanie przez niego opinii sprzecznych z powyższymi zasadami, znamionuje celowe działanie i przesądza o zabarwieniu zamiaru sprawcy”.

Przyjęto więc, że profesor świadomie złożył fałszywą opinię.



Sprawa nieobojętna Ziobrze

Profesor Ryszard J. w prokuraturze nie przyznał się do winy. Podkreślił, że nie jest biegłym sądowym. To sąd prowadzący proces doktora G. zwrócił się do krajowego konsultanta w dziedzinie kardiochirurgi – prof. Mariana Zembali, by wskazał biegłego. I Zembala wskazał na niego, ze względu na jego dorobek naukowy, wiedzę i 46-letni staż pracy. Profesor J. podkreślał również, że opinię wydał, badając całą dokumentację medyczną, a nie część jak zagraniczni biegli.

Na tę okoliczność zwraca także uwagę jego obrończyni – mecenas Beata Czechowicz. „Biegły nie złożył fałszywej opinii. Opinie zagraniczne zostały wydane na podstawie niepełnej dokumentacji medycznej. Sąd zastanawiał się, czy tłumaczyć jeszcze raz całą dokumentację na język niemiecki, co zajęło by czas, czy powołać nowego biegłego. I zdecydował się na drugie rozwiązanie” – mówi.

Akt oskarżenia wobec tak doświadczonego lekarza mecenas Czechowicz ocenia jako formę nacisku i próbę zdyskredytowania go. Uważa, że do oskarżenia doszło nieprzypadkowo, bo proces doktora G. nie jest obojętny ministrowi Ziobro, który musiał przepraszać za wypowiedzi o doktorze G.

Od lat Ziobro prowadzi też sądową walkę z lekarzami, którzy leczyli – i jak twierdzi – doprowadzili do śmierci jego ojca. Biegli, którzy wydawali w tej sprawie opinie korzystne dla lekarzy, również mają kłopoty. O sprawie pisał parokrotnie tygodnik „Polityka”.



Młody prokurator, awansowany do Warszawy

Sprawę Ryszarda J. prowadzi prokurator Mariusz Matys. W akcie oskarżenia kilka razy wytykał profesorowi, że jego opinia nie była adekwatna do poziomu wiedzy medycznej jaką biegły powinien posiadać, jego dorobku naukowego i doświadczenia. Pisze o rażących „odstępstwach” od wiedzy medycznej.

Prokurator Matys tak kategorycznie ocenia dorobek i wiedzę doświadczonego kardiochirurga, choć sam kroki w zawodzie prokuratora stawia zaledwie od kilku lat. Od przejęcia władzy nad prokuraturą przez Zbigniewa Ziobrę szybko wspina się po szczeblach awansu. Pracę zaczynał w Żyrardowie. Prokuratorem rejonowym został na początku 2013 roku.

W maju 2016 roku, czyli krótko po tym jak Ziobro przejął zwierzchnictwo nad prokuraturą, został delegowany do Prokuratury Okręgowej Warszawa – Praga i od razu został szefem I wydziału.

Szybko zrobiło się o nim głośno. Jak pisała „Gazeta Wyborcza” 29 sierpnia 2016 roku postanowił ponownie wszcząć śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego, w związku z akcją CBA wymierzoną w Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich. Śledztwo tego samego dnia umorzył, stwierdzając, że podczas operacji specjalnej nie złamano prawa.

W październiku 2016 roku mianowano go prokuratorem okręgowym.

Śledztwo w sprawie opinii prof. Ryszarda J. śledczy Matys wszczął po przekazaniu przez prokuraturę regionalną materiałów z procesu doktora G. Jak zapewnia OKO.press rzecznik praskiej prokuratury, nie było polecenia z góry, by wszcząć postępowanie.



Biegli będą się bali?

Oskarżenie prof. Ryszarda J. to kolejna sprawa, która może mieć rujnujący wpływ na przebieg innych procesów, w których powoływani są biegli – nie tylko lekarze z resztą.

Zdaniem byłego ministra sprawiedliwości prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego surowa sankcja karna dla biegłych za „fałszywe opinie” jest niebezpieczna, bo może naruszać prawo obywateli do obrony.

„Prokurator może uważać, że tylko jego biegli mają rację i będzie straszyć procesami innych biegłych. Co wtedy? Biegli będą bali się sporządzać opinie dla sądu” – mówi redakcji OKO.press Ćwiąkalski.

Może to sparaliżować postępowania sądowe, bo eksperci wiedząc, że mogą trafić za swoje opinie do więzienia będą odmawiali ich sporządzenia albo po prostu będą się wykreślać z listy biegłych sądowych. A w sprawach skomplikowanych bez pomocy biegłych sąd nie będzie w stanie wydać wyroku.


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym