26 sierpnia 2021

Rada Akbar: "Co teraz? Jestem uchodźcą. I myślę, co straciły miliony afgańskich dziewczynek i kobiet"

Gaisu Jari skończyła studia w USA, wróciła do Afganistanu, działała na rzecz kobiet, weszła do rządu, zajmowała się służbą cywilną. Dziś jest w ośrodku dla uchodźców w polskim Lininie. Ludwika Włodek rozmawia z Afgankami - tymi, które zostały i tymi, które wyjechały

"Spędziłam najpiękniejsze lata mojego życia budując lepszą przyszłość dla Afganistanu. Wierzyłam w nią. Było ciężko, trzeba było iść na wiele kompromisów, tyle ludzi straciło życie, ale wydawało nam się, że warto", opowiada mi Rada Akbar, afgańska fotografka i artystka. "A teraz co? Jestem uchodźcą. Nawet nie rozumiem co to znaczy, nie dotarło to jeszcze do mnie. Przecież lepiej było wyjechać 10 lat temu, wtedy nie zostawiłabym połowy życia za sobą, nie musiałbym budować wszystkiego od nowa".

Miały godzinę na spakowanie się

Jechała akurat samochodem, kiedy zadzwoniła jej koleżanka i powiedziała, że talibowie zaraz wejdą do miasta. Była niedziela, 15 sierpnia 2021 przed południem. Potem zadzwonił jej brat i poradził, żeby natychmiast wracała do domu. Wynajmowała mieszkanie w szahre nau, w samym centrum. Kiedy już była w środku patrzyła jak pustoszeją ulice miasta. Kabul, tego dnia bardziej zakorkowany niż zwykle, nagle się wyludniał. Jej współlokatorką byłą francuska dziennikarka. Wróciła chwilę po niej. Zaraz później dostała telefon z ambasady, że ma jechać tam się ukryć i że może zabrać Radę ze sobą.

Miały godzinę na spakowanie się. Rada do mieszczącej 20 kilogramów walizki wrzucała przypadkowe rzeczy. Jakąś biżuterię, dwie pary butów, trochę ciuchów. W ambasadzie, przy check poincie u wejścia już mieli listę, odhaczali kto przyjechał. W środku podzielili wszystkich na Francuzów i innych obcokrajowców oraz Afgańczyków. Po pierwszą grupę po kilku godzinach przyleciał helikopter. Reszta, czyli Afgańczycy, czekała jeszcze na ewakuacje dwa dni. W końcu, samochodami zawieźli ich na lotnisko. Po dobie na lotnisku lot do Emiratów Arabskich i stamtąd do Paryża, gdzie Rada wylądowała w czwartek wieczorem.

Od tamtej pory nie jest w stanie poukładać sobie w głowie co się właściwie stało. Przez te wszystkie dni była w ciągłym wirze, załatwiania ewakuacji dla reszty rodziny, myślenia o najprostszych czynnościach związanych z ciągłym prawie przemieszczaniem się.

Że będzie musiała wyjechać wiedziała od kilku tygodni. Ofensywa talibów postępowała, ale nikt nie myślał, że to nastąpi tak szybko. Było dla niej oczywiste, że nie zostanie w państwie talibów. "To są terroryści, którzy przez tyle lat zabijali Afgańczyków. Jak oni teraz mogą twierdzić, że coś zrobią dla Afganistanu? Jak mogą mówić, że nam wybaczają i łaskawie pozwalają nam chodzić do pracy i żyć w rządzonych przez nich państwie? Co oni nam mogą wybaczać? Przecież to nie my jesteśmy mordercami, to oni. My nie zrobiliśmy nic złego", mówi z naciskiem.

Podkreśla, że nie martwi się o siebie.

"Ja jestem bezpieczna, mojej rodzinie też udało się uciec, są w Niemczech. Ale myślę o tych milionach afgańskich dziewczynek i kobiet. O tym, co one straciły".

Jej córka mówi do tylu ludzi

W Afganistanie rządzonym przez talibów kobiety nie mogły się uczyć ani pracować. Zostały całkowicie wyrugowane ze sfery publicznej. Nawet nie mogły same wychodzić na ulicę bez opieki męskiego krewnego. W związku z tym dorosłe kobiety, by iść na zakupy, zabierały ze sobą dziesiecio- czy nawet ośmioletnich synów, bo w państwie, w którym od dwudziestu lat toczyła się wojna wiele z nich nie miało w swoim otoczeniu żadnych mężczyzn.

Po 20 latach prozachodnich rządów kobiety były parlamencie, kierowały ministerstwami, prowadziły własne biznesy, wykładały na uniwersytetach i występowały w telewizji. Robiły zdjęcia, filmy, pisały książki, miewały wystawy. Nawet w tak prestiżowych miejscach jak dawny pałac królewski Darulaman. Tam była ostatnia wystawa Rady.

Odsetek alfabetyzacji wzrósł przez tych 20 lat o kilkanaście punktów procentowych. Dla kobiet wciąż jest alarmująco niski, bo wynosi tylko 30 procent, jednak stale od 2001 roku rósł. W ostatnich latach do szkół chodziło już 48 proc. dziewcząt. To nadal mało, ale jak porówna się te dane z rokiem upadku rządów talibów, to wzrost jest jednak imponujący. Poprawił się dostęp do opieki medycznej, zmalała śmiertelność noworodków i matek w połogu.

Z tych zdobyczy cywilizacji korzystały głównie kobiety z dużych miast. Posłanki i polityczki najczęściej były córkami znanych polityków. Jednak zdarzało się, że i proste dziewczynki z prowincji zostawały dziennikarkami czy wysokimi urzędniczkami. Jak Gaisu Jari (na zdjęciu poniżej), która dzięki amerykańskiemu programowi pomocowemu jako licealistka zaczęła prowadzić własny program radiowy w dystrykcie Dżogari, w prowincji Ghazni.

"Moja mama zawsze słuchała mnie na żywo. I mówiła, że rozpierała ją wtedy duma, że jej córka mówi do tylu ludzi".

Potem Gaisu dostała stypendium w Stanach, zdała tam maturę, skończyła szkołę i studia. Wróciła do Afganistanu, bo tak samo jak Rada chciała budować lepszy Afganistan, choć mogła zostać w Ameryce. Organizowała kobiece spółdzielnie pracy, współpracowała z fundacjami. Dwa lata temu weszła do rządu. Została komisarzem w organie zajmującym się służbą cywilną. Była odpowiedzialna za to, żeby wśród zatrudnianych urzędników było jak najwięcej kompetentnych kobiet. Dziś siedzi w ośrodku dla uchodźców w Lininie. Udało jej się wyjechać z Afganistanu polskim samolotem, bo jej mąż, wojskowy, współpracował z Polakami w Ghazni. Podobnie jak Rada nie miała dylematów. Wiedziała, że dla takich jak ona nie ma w państwie talibów przyszłości.

Gaisu Jari, Kabul. Fot. Ludwika Włodek

Zostały

Po przejęciu kraju przez talibów wyjeżdżają z niego nie tylko znane artystki i pracowniczki administracji rządowej. Także zwykłe dziewczyny, proste kobiety. I mężczyźni oczywiście też. Każdy kto ma dość kontaktów, koneksji i przedsiębiorczości by sobie zorganizować ucieczkę.

Ale nie wszyscy, którzy zostali, zostali z musu. Mahbuba Seradż (na zdjęciu poniżej) jest jedną z tych Afganek, które nie zamierzają wyjeżdżać z Afganistanu, choć by mogły. Przyznaje, że od niedzieli urywają się telefony. Dzwonią do niej amerykańscy urzędnicy i jej prywatni znajomi. Wszyscy oferują jej pomoc w ewakuacji, za co im dziękuje, ale grzecznie wyjaśnia że nie skorzysta. "Już posiedziałam sobie w kawiarniach, pojeździłam po świecie, ponosiłam obłędne kreacje, jednym słowem nażyłam się", tłumaczy mi. "Teraz zamierzam zająć się tym krajem i przypilnować, co się tu dzieje. Ktoś to musi zrobić i ja się do tego świetnie nadaję. Dlatego nigdzie się nie wybieram".

Wyemigrowała z Afganistanu jako młoda dziewczyna, w 1978 roku, po rewolucji komunistycznej. Nie miała wyjścia, inaczej by ją zabili. Wróciła w 2003 roku. Zajmuje się działalnością humanitarną, agituje na rzecz praw kobiet, a przede wszystkim prowadzi schroniska dla kobiet, ofiar przemocy domowej.

Pochodzi z rodziny królewskiej. Jej przodkiem był królewski doradca Mahmud Tarzi, afgański modernizator, który zafascynowany ruchem młodotureckim próbował w podobnym duchu reformować Afganistan. A także wychowanek tego pierwszego, szach Amanaullah. A że wszyscy władcy Afganistanu, od założyciela państwa w połowie XVIII wieku aż do rewolucji komunistycznej wywodzili się w zasadzie z jednej rodziny, Mahbuba z dumą mówi: "Moi krewi 300 lat rządzili tym krajem". I po chwili dodaje: "I dobrze rządzili".

To jest już bardziej dyskusyjne, ale nie polemizuję z nią. Chcę się dowiedzieć, jak wygląda jej życie w zajętym przez Talibów Kabulu. "Nie było walk, nie polała się krew, nikt nikogo nie zabił. Wszędzie poza lotniskiem panuje spokój", wylicza.

"Jest cicho, na ulicach mało ludzi. Miasto trochę jak wymarłe. Nic nie działa, choć część osób podobno chodzi do pracy. Kilku moich pracowników też".

Dwa dni temu do prowadzonego przez nią przytułku zawitali talibowie. Mężczyzna, którego żona tam trafiła, powiedział im podobno, że żona jest w więzieniu i poprosił ich, żeby ją uwolnili. Seradż wytłumaczyła talibom grzecznie, ale stanowczo, że żona tego mężczyzny nie jest przetrzymywana wbrew własnej woli. Trafiła do przytułku, bo uciekła od męża i jest tam dobrowolnie. Podobnie jak wszystkie inne kobiety, którym się tam krzywda nie dzieje, wręcz odwrotnie, znajdują tam schronienie przed opresyjnymi mężami czy rodzicami.

"I co?", pytam. "Jak zareagowali?"

"Przeprosili i poszli. Szczęka opadała, bo chyba nigdy nie widzieli tak z nimi rozmawiającej kobiety".

Twierdzi, że się nie boi, bo nie zrobiła nic złego. Nikogo nie skrzywdziła, nikomu nic nie ukradła. Uważa, że do rządu powinny wejść kobiety. I że Zachód nie może grać na szykujących się do rebelii przeciw talibom zwolenników młodego Massuda. Powinien popierać negocjacje, jakie toczą się pomiędzy talibami a byłym prezydentem Hamidem Karzajem i byłym szefem Komisji do spraw Negocjacji Pokojowych Abdullahem Abdullahem.

"No ale przecież w takim rządzie nie będzie wcale kobiet", wypalam. "Widziała pani chyba zdjęcia z domu Abdullaha z niedzielnych rozmów, sami faceci".

"No właśnie, duży błąd", zgadza się ze mną. "To ja tam powinnam siedzieć jako kobieta. Mam siwe włosy, jestem stara, dużo przeżyłam. Ale do tego musiałabym mieć poparcie innych kobiet. A one mi nie dają poparcia, bo boją się, że to grono nie przyjmie żadnej kobiety".

Mahbuba uważa, że mimo to trzeba się starać wyszarpać swój udział w rządzie. Że kobiety po prostu muszą jasno pokazać, że oczekują że mężczyźni podzielą się z nimi władzą.

"Skąd u pani taki optymizm?", pytam.

"To nie optymizm. To chęć przeżycia, survival".

Winię za to też Amerykanów

O udział kobiet w negocjacjach z talibami upomina się też była posłanka, wiceprzewodnicząca parlamentu, a później jedna z czterech kobiet w teamie negocjacyjnym kierowanym przez Abdullaha Abdullaha – Fawiza Kufi. Nikt jej, ani innych afgańskich polityczek na razie do negocjowania z talibami nie zaprosił. "Myślę, że afgańskie kobiety powinny być teraz jeszcze bardziej zjednoczone niż kiedykolwiek wcześniej. Nikt nie da nam naszych praw na tacy. Same musimy zapewnić sobie obecność na scenie politycznej. Nie możemy siedzieć w najciemniejszym kącie naszych domów i biernie przyglądać się rozwojowi wypadków", mówiła Kufi afgańskiej Tolo TV.

Wiele Afganek boi się jednak uwierzyć w zapewnienia talibów. Dla tych, co wyjechały jest oczywiste, że nie można im wierzyć. Nie ufają też negocjującym z nimi politykom dawnego rządu. "Oczywiście, nie tylko talibowie są winni temu, co się stało", uważa Rada.

"Winię za to i Amerykanów, i NATO, i wszystkie kraje, które mieszały się w sprawy Afganistanu. A także nasz rząd. Jak oni mogli tak się poddać? To wielki wstyd. Tacy politycy jak Karzaj właściwie nie różnią się od talibów. Poglądy on ma do nich zbliżone. Jest w stanie sprzedać Afgańczyków byle tylko utrzymać chociaż cząstkę władzy",

kończy gorzko Rada.

Owszem, na razie panuje względny spokój, a talibowie opowiadają zachodnim dziennikarzom (i dziennikarkom), że zapewnią kobietom możliwość pracy i kształcenia się w ramach tego, na co zezwala szariat. Problem w tym, że jeszcze niedawno ich interpretacja szariatu, jak sami twierdzili, zakazywała kobietom nauki, o udziale w rządzeniu nawet nie wspominając.

Wbrew zapewnieniom o amnestii dla wszystkich współpracowników byłego rządu i innych zwolenników westernizacji kraju, talibowie odwiedzili już kilku dziennikarzy, pracowników ministerstw i działaczy NGO-sów. Moim znajomym prowadzącym fundację działającą na rzecz emancypacji kobiet (z troski o ich bezpieczeństwo wolę nie podawać nazwy organizacji) ktoś wdarł się przedwczoraj do biura. Zabrano też należący do fundacji samochód. O wszystkim donieśli im sąsiedzi, ich samych nie było na miejscu. "Nosimy brudne ciuchy, klapki. Nie chcemy rzucać się w oczy europejskim strojem, od niedzieli, 15 sierpnia, nie mieszkamy w domu, nie chodzimy do biura", pisali mi na whatsappie.

Włamanie było też do domu dyrektora lokalnej kabulskiej telewizji. Po tym incydencie talibowie utworzyli nawet komitet, który ma przeciwdziałać podobnym wypadkom, ale wszyscy pamiętają, że jeszcze kilka tygodni temu to właśnie oni przyznawali się do ataków na dziennikarzy i dziennikarki. Niektórym Afgańczykom trudno uwierzyć w ich zapewnienia, że teraz będą dziennikarzy chronić.

Siedzimy w domu jak w więzieniu

W obietnice talibów nie wierzy też Pasztana Durrani, nauczycielka i aktywistka. Jeszcze w poniedziałek, tydzień temu, przestrzegała na antenie BBC, że to co talibowie mówią, a to co robią w praktyce, to dwie różne rzeczy. Podała przykład studentek z Heratu, które zawrócono do domu i urzędniczek z Kandaharu, którym kazano na ich własne miejsca pracy przysłać męskich krewnych. Jej zdaniem talibowie potrzebują międzynarodowego uznania i dlatego są skłonni obiecać prawie wszystko czego Zachód od nich oczekuje, ale nie zamierzają realizować swoich obietnic. Durrani, podobnie jak wiele innych kobiet znanych ze swojej działalności publicznej, obecnie się ukrywa.

Podobnie robią moje znajome z Kabulu. Te, które nie mają szans na szybką ucieczkę za granicę, też nie wróciły do normalnego życia. "Siedzimy w domu, jak w więzieniu", mówiła mi jedna.

"Nie chodzę do pracy, nie odwiedzam przyjaciół, nie mówiąc o robieniu zakupów czy wyjściu do kawiarni. W stolicy zamknięte są urzędy i uniwersytety",

relacjonowała druga.

W dotychczasowym Afganistanie życie kobiet nie było łatwe. Choć prawo formalnie gwarantowało im równość z mężczyznami, a konstytucja wprost mówiła o ich prawie do edukacji i decydowania o sobie, wiele z nich musiało o te podstawowe prawa mocno walczyć.

Humaira Kaderi, pisarka i wykładowczyni uniwersytecka, po rozwodzie, który zresztą zarządził jej mąż, ponieważ znalazł sobie nową, młodszą żonę, a ona nie zgodziła się na bycie tą drugą (w Afganistanie wielożeństwo nigdy nie przestało być dozwolone), straciła prawo do opieki nad synem. Maleńki, zaledwie trzyletni wtedy Siowasz został jej odebrany. Nawet własna rodzina Humairy mówiła o nim do niej używając zwrotu „jego syn”.

Jednak Humaira postanowiła się nie poddawać. Walczyła w sądzie jak lwica. W pierwszej instancji przegrała. W drugiej nie tylko odzyskała prawo do widywania się z dzieckiem, ale także do części wspólnego majątku, który jej mąż miał zamiar zachować dla siebie w całości. Owszem, wiele kobiet, które znalazły się w podobnej sytuacji jak ona, nie miałoby wystarczająco odwagi, a przede wszystkim kompetencji i kapitału społecznego, by przeprowadzić taką ofensywę. Humairze się jednak udało, bo skutecznie wykorzystała skromne, ale jednak możliwości prawne, jakie dawała jej Islamska Republika Afganistanu - państwo stworzone pod auspicjami Amerykanów, skorumpowane, ale jednak bardziej praworządne i sprzyjające kobietom niż poprzedzający je Islamski Emirat Afganistanu talibów.

W tym proamerykańskim i skorumpowanym państwie dało się wprowadzać zmiany, które dla wielu afgańskich kobiet były zmianami o ogromnym znaczeniu. Jak choćby ta dotycząca aktów urodzenia. Urzędniczki ministerstwa do spraw kobiet (także instytucji przeforsowanej do miejscowego systemu prawnego przez zachodnich donorów) przeprowadziły kampanię na rzecz wpisywania imienia nie tylko ojca, ale i matki do dokumentów dziecka. Udało się.

Prawa kobiet, w Polsce niestety też dobrze o tym wiemy, nigdy nie są dane raz na zawsze. Trzeba o nie ciągle zabiegać, ciągle walczyć. Dobrze mieć chociaż prawo stanowione po swojej stronie. Nic na razie nie wskazuje, żeby talibowie utrzymali zachodnią konstytucje. Chcieli ją zmieniać, jeszcze kiedy negocjowali z rządem prezydenta Ghaniego i Amerykanami. Dziś, gdy kontrolują cały kraj, nawet nie będą nikogo musieli prosić, po prostu zaprowadzą swoje porządki.

Inkluzywny rząd, o którym tyle opowiadają telewizjom Al Jazeera i BBC może dopuści innych pasztuńskich przywódców do władzy, może nawet jakichś innych dżiahadich, czyli weteranów licznych afgańskich wojen, bo za nimi stoi siła i ludzie pod bronią.

Za kobietami nie stoi już w tej chwili nic oprócz ich własnej determinacji.

Udostępnij:

Ludwika Włodek

Dziennikarka, socjolożka, adiunktka w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka zbioru reportaży z Azji Środkowej „Wystarczy przejść przez rzekę"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne