"Dajemy tyle, ile możemy" - odpowiada Rafalska matkom, które upominają się o pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego dla swoich dzieci. Tymczasem brak waloryzacji progu dochodowego pozwala rządowi oszczędzać. Na co? Minister może nie wprost, ale odpowiada: "Nie możemy zapomnieć o rodzinach wielodzietnych". Pełnych rodzinach. Są równi i równiejsi?

„Przykro mi” – mówi minister rodziny Elżbieta Rafalska w odpowiedzi na krytykę sposobu podnoszenia progu dochodowego uprawniającego do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego. Rząd PiS w 2018 roku podniósł żałośnie niski próg – 725 zł na osobę w rodzinie – o 75 zł.

Ten mikro wzrost do 800 zł nie wystarczy nawet do zamortyzowania rosnącej płacy minimalnej. Pisaliśmy o tym w tekście „Żelazne progi PiS. Płace rosną, próg zostaje, 650 tys. dzieci bez alimentów”.

Gdyby próg rósł równo z minimalnym wynagrodzeniem, to w 2018 roku powinien wynosić nie 800 zł, a 1589,36 zł, a w 2019 – 1732,5 zł.

Minister Rafalskiej nie jest jednak „przykro” z powodu trudnej sytuacji samodzielnych rodziców i 650 tys. dzieci, które nie dość, że nie dostają alimentów od ojców (bo to oni stanowią 90 proc. dłużników), to jeszcze pozostają bez wsparcia państwa.

„Nadal tak się czuję, gdy słyszę, że proponowane przez nas podniesienie progu dochodowego do Funduszu Alimentacyjnego jest poniżające, i że to jałmużna” – żali się Rafalska w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

„To nie jałmużna, bo tylko my podnosimy progi”

Minister pokrętnie tłumaczy się z groszowej podwyżki. Zapytana przez dziennikarkę, czy to faktycznie nie jest „poniżająca jałmużna”, stanowczo zaprzecza. „Osoby samotnie wychowujące dzieci nigdy nie dostały więcej od którejkolwiek z politycznych opcji niż od nas” – mówi minister.


Przede wszystkim odtworzyliśmy fundusz, a kryterium dochodowe, 725 zł, w 2007 r. było bardzo wysokie. Potem, przez osiem lat rządów koalicji PO-PSL, nastąpił okres stagnacji.

Elżbieta Rafalska, Dziennika Gazeta Prawna - 03/12/2018

Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta


Stagnacja za rządów PO-PSL była, ale za PiS też jest. Wzrost progu, który proponuje minister, to ruch pozorowany. Zmiana, która dla setek tysięcy dzieci, nic nie zmieni


Dopiero w trzecim roku rządów PiS minister zdecydowała się na podniesienie progu. Wcześniej przekonywała, że nie ma na to pieniędzy.

Wzrost jest zbyt niski, by na próg w 2019 roku załapała się np. samotna matka wychowująca jedno dziecko i zarabiająca minimalne wynagrodzenie. Przekroczy ona próg o blisko 34 zł.

PiS – podobnie jak rząd PO-PSL – konsekwentnie unika waloryzacji progów uprawniających do pobierania świadczeń i pieniędzy z Funduszu Alimentacyjnego choćby równo z rosnącą płacą minimalną.

Jej wzrost spowodował, że w 2018 roku 156 tys. niezamożnych rodzin straciło prawo do pobierania 500 plus. Wiceminister rodziny Bartosz Marczuk tłumaczył, że powinniśmy się cieszyć, bo sytuacja materialna tych rodzin „poprawiła się”.

Tak naprawdę te rodziny traciły 500 plus, jeśli przekroczyły próg o kilka/kilkadziesiąt zł. Ich dochody nadal jednak były niższe tzw. minimum socjalne, rodziny z takimi dochodami żyją w ubóstwie i nie mogą realizować wielu elementarnych potrzeb.

„Gazeta Wyborcza” 5 grudnia 2018 opisała kolejny sposób, w który MRPiPS dyskryminuje rodziny, tym razem samodzielnych rodziców. Świadczenia z „500 plus” mają stracić ci, którzy nie mają zasądzonych alimentów nie tylko na pierwsze dziecko, ale także drugie i trzecie. Pomysł jest o tyle absurdalny, że tylko przy pierwszym dziecku obowiązują progi dochodowe. Wyrok WSA w tej sprawie z września 2018 roku był jednoznaczny. Tam, gdzie mają znaczenie dochody (przy pierwszym dziecku), może obowiązywać dodatkowe wymaganie przedstawienia zaświadczenia o zasądzonych alimentach. W innym przypadku jest to nieuprawnione, bo pieniądze wypłacane są automatu.

Dyskryminacja samodzielnych rodziców to też historia podnoszenia progu dochodowego w Funduszu Alimentacyjnym. Gdyby rósł równo z minimalnym wynagrodzeniem, to w 2018 roku powinien wynosić nie 800 zł, a 1589,36 zł, a w 2019 – 1732,5 zł.

Płaca minimalna w Polsce a wysokość progu dochodowego w Funduszu Alimentacyjnym

2007 - 2019

„Nie ma na to pieniędzy”


Na spotkaniach mówiłam, całkowicie szczerze, że państwa nie stać na jednoczesne wprowadzanie drogiego programu [red. "500 plus] i zmiany w Funduszu Alimentacyjnym

Elżbieta Rafalska, Dziennika Gazeta Prawna - 03/12/2018

Fot. GoodPictures Franek Mazur


Fundusz nie jest świadczeniem socjalnym, tylko pożyczką udzielaną zaocznie rodzicowi, który nie płaci alimentów.


W 2017 roku budżet Funduszu Alimentacyjnego wynosił 1,5 mld zł. Gdyby rząd PiS chciał rozszerzyć świadczenie na wszystkie spośród miliona dzieci, które nie dostają alimentów (dane z Krajowego Rejestru Długów z 2017 roku), musiałby zwiększyć budżet o ok. 2 mld zł. Wszystko przy zachowaniu średniej kwoty świadczeń na dzisiejszym poziomie – 374 zł na jedno dziecko miesięcznie.

Tłumaczenie minister jest o tyle pokrętne, że Fundusz Alimentacyjny nie jest – tak jak „500 plus” – świadczeniem socjalnym. Jest to zwrotna pożyczka dla dłużnika (rodzica niepłacącego alimentów), którą państwo może odebrać egzekwując pieniądze. A to – z każdym rokiem – udaje się coraz bardziej.

Z rządowych sprawozdań z realizacji ustawy alimentacyjnej wynika, że w 2015 roku państwo ściągnęło od dłużników alimentacyjnych zaledwie 12,9 proc. kwoty wypłaconych z Funduszu świadczeń. Do kasy półtoramiliardowego Funduszu państwo dokładało więc 1,195 mld zł.

W grudniu 2017 roku ściągalność wzrosła o 100 proc. – z 13 do 26 proc.

Zgodnie z art. 14 ustawy alimentacyjnej, Rada Ministrów mogłaby podnieść próg i wysokość świadczeń z Funduszu „kierując się wysokością wyegzekwowanych świadczeń alimentacyjnych”. Natomiast próg wzrósł z opóźnieniem – po 1,5 roku  – i to zaledwie o 10 proc.

  • Przeczytaj więcej o większej skuteczności egzekucji

    Wpływ na wzrost egzekucji alimentów z pewnością mają spadek bezrobocia i lepsza sytuacja na rynku pracy, ale także zmiany w kodeksie karnym wprowadzone w maju 2017 roku. Najważniejsza dotyczy art. 209 kk. Zamiast niejasnego określania o „uporczywym uchylaniu się” od płacenia wprowadzono konkretną „miarę”:

    zaległości co najmniej trzech świadczeń okresowych lub trzech miesięcy.

    Dodatkowo:

    • Alimenciarz może uniknąć kary, jeśli dobrowolnie pokryje zaległości w ciągu 30 dni od pierwszego przesłuchania w charakterze podejrzanego.
    • Wprowadzono dozór elektroniczny, umożliwiający pracę, zarabianie i płacenie alimentów, zamiast wsadzania alimenciarza do więzienia.
    • Podwyższono karę, gdy niepłacący alimentów narażają osobę najbliższą lub inną osobę na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych.

    O wszystkie te zmiany od lat postulowały organizacje działające na rzecz dzieci i samodzielnych opiekunów, a także Zespół Ekspertów ds. Alimentów przy RPO.

„Dajemy tyle, ile możemy”

W wywiadzie minister kilka razy wraca do ograniczeń budżetowych. Mówi: „Dajemy tyle, ile możemy. Ale nie mogę zapominać o innych grupach, które potrzebują wsparcia państwa. Choćby rodzinach wielodzietnych”.

I to chyba najlepiej wyjaśnia, na co idą pieniądze, które PiS oszczędza na braku waloryzacji progów dochodowych i wyższej skuteczności egzekucji długów od „alimenciarzy”.

Pieniądze z Funduszu zasilają sztandarowy program „Rodzina 500 plus”. Zgodnie z danymi GUS, pieniądze z tego programu w 2017 roku otrzymały rodziny, w których żyje 55 proc. dzieci w kraju. Koszt to 23 mld zł. Żadne poprzednie świadczenie nie miało tak pozytywnego wpływu na wyciąganie rodzin z ubóstwa.

Ale paradoksalnie, to właśnie rodziny, w których jest więcej niż trójka dzieci, najwolniej zyskują na programie.

Dane GUS pokazują, że korzyści dla rodzin są nierówne:

  • wśród rodzin z jednym dzieckiem ubóstwo skrajne spadło tylko o 5 proc. Nie jest to jednak duży problem, bo w tej grupie zagrożonych ubóstwem skrajnym był bardzo mały odsetek osób (zmiana z 1,8 proc. na 1,7 proc.),
  • wśród rodzin z dwójką dzieci ubóstwo skrajne spadło o 32 proc. (w tej grupie zmniejszył się odsetek takich rodzin z 4 proc. do 2,7 proc.),
  • wśród rodzin z trójką dzieci ubóstwo skrajne spadło aż o 48 proc (w tej grupie zmniejszył się odsetek takich rodzin z 9 proc. na 4,3 proc.),
  • wśród rodzin z czwórką lub więcej dzieci ubóstwo spadło o 22 proc. – a to tu odsetek takich rodzin żyjących w ubóstwie jest nadal bardzo wysoki (zmiana z 18,1 proc. na 14 proc).
  • wśród samotnych rodziców o 14 proc. (z 6,5 proc. na 5,6 proc.).

Okazuje się więc, że z program świetnie zadziałał w rodzinach dwu- i trzydzietnych. Ale bardzo słabo w przypadku grupy, o którą PiS obiecywał walczyć najmocniej.

Deklaracja minister Rafalskiej jest nie tylko nieprawdziwa, ale przede wszystkim dyskryminująca. Pokazuje, że w polityce socjalnej PiS nie kieruje się miarą potrzeb, ale raczej politycznym efekciarstwem.

Nie ujmując zasług programowi „500 plus”, warto pytać, czyim kosztem PiS ogłasza sukcesy we wspieraniu polskich rodzin. I dlaczego jedne rodziny dowartościowuje,  a inne pomija.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". Wcześniej członek zarządu Fundacji "Trans-fuzja". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym