0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Rewolucja cyfrowa sięga co najmniej równie głęboko jak rewolucja przemysłowa sprzed dwóch i pół wieku. Oznacza to, że mamy do czynienia z odmiennym sposobem produkcji w świecie, który dysponuje globalną, natychmiastową łącznością i w którym dochodzi do centralizacji wiedzy oraz ogólnej dominacji czynników niematerialnych, przewagi pieniądza wirtualnego i nieproduktywnego przejmowania renty, będącego główną formą zawłaszczania nadwyżki społecznej. Nie są to nowe cechy systemu, lecz nowy system.

Ustalmy to jasno od samego początku. Niszczymy świat dla korzyści bardzo nielicznych osób. UBS (Union des Banques Suisses) w swoim Global Wealth Report podaje podstawowe dane dotyczące nierówności. Najbogatszy 1 proc. populacji posiada około 230 bln dolarów, podczas gdy uboższa połowa ludzkości dysponuje jedynie 5 bln. Najbogatszy 1 proc. ma po pokryciu kosztów życia znaczne nadwyżki, które może inwestować w dalszy finansowy rentieryzm, przez co jego majątki rosną. Tymczasem uboższe 50 proc. z trudem wiąże koniec z końcem, a nawet popada w długi. W rezultacie jesteśmy uwięzieni w mechanizmie narastających nierówności, które już osiągnęły absurdalny poziom.

Jeśli jednak spojrzymy na to, kto powinien rozwiązać ten problem, na szczytach władzy politycznej zobaczymy ten sam 1 proc. Mechanizm nakręca się sam. I to jest pierwsze z naszych kluczowych wyzwań.

Mamy niby wszystko, czego potrzebujemy

Wszyscy jesteśmy już zmęczeni wskazywaniem na drugi problem – zrównoważony rozwój: zmiany klimatyczne, utrata bioróżnorodności, zanieczyszczenie wód na całym świecie, degradacja gleb rolnych, przełowienie, mikrocząstki plastiku nawet w naszych mózgach. A jednak reagujemy w sposób zdumiewający: tytoń zabija ponad 8 mln ludzi rocznie, a mimo to pozostaje legalny i jest promowany. Pierwotne lasy Amazonii, Konga i Indonezji znikają, a giganci soi i wołowiny, tacy jak JBS, zalewają nasze kanały telewizyjne przekazem, jakoby karmili świat i chronili środowisko.

Nie ma żadnej tajemnicy co do tego, co należy zrobić w kwestii nierówności i degradacji środowiska. Cele Zrównoważonego Rozwoju (SDGs) są oczywiste: 17 jasnych celów, rozpisanych na 169 praktycznych działań. Wiemy więc, co trzeba zrobić. Dysponujemy także wszystkimi niezbędnymi informacjami dotyczącymi sposobów działania. Liczne, zaawansowane technologicznie badania pokazują szczegółowo każdy problem we wszystkich zakątkach świata; ich wyniki są publikowane i aktualizowane w raportach ONZ, czołowych uniwersytetów oraz licznych ośrodków badawczych. Niezbędne działania można realizować w zdecentralizowanym systemie zarządzania sieciowego – mamy wszystkie potrzebne technologie, a algorytmy pozwalają śledzić każdy szczegół. Co najważniejsze, mamy również potrzebne środki finansowe.

Zapisy w komputerach, które nazywamy pieniądzem wirtualnym, mogą zostać wykorzystane do tego, czego potrzebujemy, zamiast służyć rentieryzmowi finansowemu. Według danych BIS (Bank for International Settlements – Bank Rozrachunków Międzynarodowych) wartość instrumentów pochodnych wykorzystywanych w działalności spekulacyjnej przekracza 600 bln dolarów – niemal sześciokrotność światowego PKB. Jeśli za punkt odniesienia przyjmiemy światowy PKB, który według parytetu siły nabywczej (PPP) przekracza 219 bln dolarów, oznacza to, że wytwarzane przez nas rocznie dobra i usługi odpowiadają około 9 tysiącom dolarów miesięcznie na czteroosobową rodzinę. Jak pisze Tom Malleson, to, co obecnie produkujemy, w zupełności wystarczyłoby, by zapewnić wszystkim dobre i dostatnie życie. Podniesienie śmiesznie niskiego podatku dla najbogatszych, na przykład 2-procentowego podatku Zucmana, mogłoby zmienić świat.

Mamy więc zdefiniowane wyzwania – katastrofalne nierówności i narastające kryzysy środowiskowe – wiemy, co należy zrobić, dysponujemy niezbędną wiedzą, odpowiednimi technologiami oraz ogromnymi, niewykorzystanymi zasobami finansowymi. Naszym głównym problemem nie są same trudności, lecz nasza uparta skłonność do ich pogłębiania oraz bezradność w odwróceniu tego trendu. A zmierzając ku katastrofie, słyszymy, że uratuje nas niewidzialna ręka – dzięki rzekomo naturalnej logice maksymalizacji zysku w tym, co nazywamy „rynkami”. Michael Hudson trafnie nazywa to „śmieciową ekonomią”.

Jak daleko jeszcze będziemy się staczać i do jakiego nieodwracalnego punktu dotrzemy, zanim zdołamy zareagować?

Gdzie jest władza

Celem niniejszych uwag nie jest opisywanie kolejnych dramatów, lecz ukazanie struktury władzy, która uniemożliwia nam podjęcie niezbędnych działań. Na samym szczycie znajdują się tak ogromne fortuny, rosnące w zawrotnym tempie, że miliarderzy – wraz ze swoimi partnerami, prawnikami i technologicznie zaawansowanymi „magikami” – potrafią utrzymać resztę świata w roli bezradnych widzów. Obywatelstwo pozbawione sprawczości nie jest prawdziwym obywatelstwem.

Staliśmy się bezsilną publicznością. Widok uśmiechniętych miliarderów stojących za plecami Donalda Trumpa podczas jego inauguracji w 2025 roku, a następnie jego komentarze w płonącym Los Angeles – kiedy twierdził, że Kalifornijczycy nie powinni byli głosować na demokratycznego gubernatora, głosząc jednocześnie hasło „drill, baby, drill” („wydobywajmy ile się da”) jako polityczny drogowskaz – dają globalny obraz tego, jak daleko może posunąć się ludzka głupota, osiągając jednocześnie szczyty technologiczne.

W otoczeniu Trumpa znajduje się 13 miliarderów. A właściwie już o jednego mniej – Elon Musk obraził się jak w szkolnej bójce. Ot, biznes. Na myśl przychodzi Ojciec chrzestny. Czy to złe porównanie? Sam Trump mówi, że wiele krajów „ustawia się w kolejce, by całować go w tyłek”. To nie jest wulgarny tekst – to opis wulgarnej rzeczywistości. I wszyscy za nią płacimy. Potrzebujemy otrzeźwienia.

Co roku z głodu umiera 6 mln dzieci (wybaczcie, że powtarzam to w różnych tekstach), a ich rodzice tylko bezradnie patrzą, mimo że produkujemy znacznie więcej żywności, niż potrzeba, by wyżywić wszystkich. Dane ONZ wskazują na 735 mln ludzi głodujących w 2024 roku, a jeśli uwzględnić osoby zagrożone brakiem bezpieczeństwa żywnościowego, liczba ta wynosi 2,3 mld.

Według FAO (Food and Agriculture Organization) produkujemy żywność, której wystarczyłoby dla 12 mld ludzi, przy obecnej populacji wynoszącej 8,2 mld.

To prowadzi nas do kluczowej kwestii: jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do zatwierdzenia Nowego Ładu (New Deal), którzy stworzyli system opieki społecznej (i zarządzali nim) w „złotych trzydziestu latach” powojennych. Możemy krytykować konkretne postacie albo opowiadać się po różnych stronach, ale ogólny wniosek jest taki, że proces podejmowania decyzji i instytucje, którymi dysponujemy, nie nadążają za dramatycznymi zmianami technologicznymi. Ostrzeżenie Friedricha Merza podczas spotkania w Davos w 2026 roku, że „światowy porządek oparty na zasadach już nie istnieje”, brzmi realistycznie.

Przeczytaj także:

Nowy system

Nasza kultura polityczna i instytucje zmieniają się bardzo wolno w porównaniu z gwałtownym przyspieszeniem zmian technologicznych. To nie jest „Przemysł 4.0”, jak lubią mówić uczestnicy Forum Ekonomicznego w Davos – to rewolucja cyfrowa, równie głęboka, a może głębsza niż rewolucja przemysłowa sprzed dwóch i pół wieku. Demis Hassabis szacuje, że jest ona co najmniej dziesięciokrotnie głębsza i szybsza. Żyjemy w nowym świecie XXI wieku, w warunkach rewolucji cyfrowej, podczas gdy instytucje i ramy prawne posuwają się w tempie lepkich, analogowych interesów politycznych. Nie chodzi o to, że nagle „źli ludzie” przejęli władzę polityczną – chodzi o to, że cały proces decyzyjny oderwał się od nowych wyzwań, otwierając przestrzeń dla różnego rodzaju oportunizmów. Naszym wyzwaniem nie jest jedynie wybór „dobrych ludzi”, lecz zaktualizowanie sposobu działania instytucji, które nami rządzą.

Na świecie obserwujemy interesujące zmiany teorii ekonomicznych i proponowanych alternatyw. Thomas Piketty otworzył drogę swoją książką Kapitał w XXI wieku i proponuje „socjalizm partycypacyjny”. Joseph Stiglitz mówi o „kapitalizmie progresywnym”, Wolfgang Streeck o „kapitalizmie demokratycznym”, a Robert Reich krytykuje „kapitalizm korporacyjny”. Mariana Mazzucato wskazuje na „kapitalizm ekstrakcyjny”, Joel Kotkin na „neofeudalizm”, Zygmunt Bauman na „kapitalizm pasożytniczy”, Shoshana Zuboff na „kapitalizm nadzoru”, Grzegorz Konat na „realny kapitalizm”, Yanis Varoufakis na „technofeudalizm”, Raymond Baker mówi o „zepsutym systemie”, Brett Christophers o „kapitalizmie rentierskim”, Marjorie Kelly o „supremacji bogactwa”, a Nicholas Shaxson o „klątwie finansów”. Bernie Sanders pyta: „Dokąd zmierzamy?”, Noam Chomsky – „Kto rządzi światem?”, a tytuł raportu Oxfam z Davos z 2023 roku, Survival of the Richest, grą słów nawiązuje do darwinowskiego „przetrwania najlepiej przystosowanych”.

Zaktualizowany raport z 2026 roku, Resisting the Rules of the Rich, pokazuje jedynie, jak szybko pogłębiają się kryzysy. Martin Wolf stwierdza wprost, że

system „utracił swoją legitymizację”.

Sama liczba etykiet przypisywanych temu nowemu systemowi pokazuje, że mamy do czynienia z czymś radykalnie nowym. Zaszło zbyt wiele zmian strukturalnych, nagromadziło się zbyt wiele ciemnych chmur, byśmy mogli dalej funkcjonować jak dotąd, licząc, że wszystko samo się ułoży. Problem polega jednak na tym, że nie chodzi już o „ekonomię” i PKB – chodzi o przetrwanie. Jak zauważył Ignacy Sachs: pesymista to dobrze poinformowany optymista. Taka jest rzeczywistość.

Rewolucja cyfrowa

Kapitalizm definiowano jako proces akumulacji kapitału. Bogate elity istniały już w starożytnym Egipcie faraonów. Arystokraci w Wersalu byli zamożni, czerpiąc dochody z pracy chłopów, ale nie byli kapitalistami. Henry Ford, budując fabryki, produkując samochody, kupując maszyny i surowce, był bogatym człowiekiem działającym w ramach systemowego procesu rozszerzania produkcji. Wyzyskiwał pracowników, ale – aby się wzbogacić ich kosztem – musiał zapewniać im pracę i wytwarzać produkty. Rozumiał, że fabryki muszą płacić rozsądne wynagrodzenia, ponieważ potrzebny jest popyt na produkowane przez nie dobra. Podatki, które płacono, umożliwiały funkcjonowanie państwa, polityki społecznej i infrastruktury. Samochody potrzebują dróg, ruch uliczny – świateł i policji. Konieczne były także umowy społeczne: jazda po prawej stronie drogi nie jest ograniczeniem wolności. Nazywaliśmy to kapitalizmem – kapitalistycznym sposobem produkcji, systemowo odmiennym od feudalizmu.

Różnica polega na tym, że w obecnym systemie fabryki i gospodarstwa nadal istnieją, lecz zostały podporządkowane innemu sposobowi bogacenia się elit – poprzez przejmowanie renty, a nie osiąganie zysków z produkcji.

Michael Hudson wyjaśnia: „Od Adama Smitha aż po Marksa i innych socjalistów, klasyczna teoria wartości definiowała rentę ekonomiczną jako dochód niezarobiony, uzyskiwany bez wkładu w produkcję, a więc jako zbędne obciążenie struktury kosztów i cen w gospodarce.”

Istnienie sfery produkcji i sfery obiegu nie jest niczym nowym. Co jednak się dzieje, gdy sfera obiegu zaczyna dominować?

Rentierzy, którzy dominują dziś w gospodarce światowej, lubią nazywać siebie kapitalistami, swoje działania „rynkami”, pracę przy komputerach – „inwestowaniem” (nawet jeśli polega ona jedynie na przesuwaniu pieniędzy), a systemy spekulacyjne – „produktami finansowymi” (choć są to jedynie wirtualne zapisy).

Mamy do czynienia ze zmianą strukturalną – z innym systemem, opartym właśnie na rewolucji cyfrowej.

Jedna z największych globalnych transformacji polega na tym, że podstawowym czynnikiem produkcji nie jest już ziemia ani fabryka, lecz informacja.

Dotyczy to nauki, technologii i wirtualnych pieniędzy. Ziemia i fabryki nadal istnieją, ale siła przekształcająca tkwi w nowym, wirtualnym uniwersum. Podobnie było w czasie rewolucji przemysłowej: rolnictwo nie zniknęło, ale to przemysł był siłą reorganizującą i zmienił świat – także rolnictwo. Obecna globalna zmiana strukturalna jest napędzana przez informację, rozumianą w jej różnych wymiarach. Nie maszyny, lecz programy, które nimi sterują.

Postrzeganie tego jako „Przemysłu 4.0”, czyli niewielkiego kroku naprzód w tym samym systemie, jest mylące – a nawet po prostu błędne. To zmiana systemowa. I jest ona chaotyczna, co wszyscy dziś widzimy: technologia i świat informacji zmieniają się w zawrotnym tempie, podczas gdy polityka, instytucje, ramy prawne, w których żyjemy, a zwłaszcza nasze kultury, zmieniają się równie dramatycznie wolno. W Brazylii przed lotami międzynarodowymi nadal sprawdza się na lotnisku, czy nie przewożę w bagażu więcej niż 5 tysięcy dolarów – tych zielonych papierowych banknotów – podczas gdy banki wysyłają miliony do rajów podatkowych jednym naciśnięciem klawisza Enter. Żyjemy w erupcji cyfrowej w ramach analogowego systemu – i właśnie to rodzi chaos.

Globalna łączność oczywiście zmieniła świat. Przesyłanie pieniędzy, informacji, plotek, pornografii, danych wojskowych, mowy nienawiści czy wiadomości miłosnych – to zupełnie nowe pole walki, radykalnie różne od podawania pizzy w restauracji. Nawet tutaj mamy dostawy jedzenia za pośrednictwem aplikacji iFood [popularna w Brazylii aplikacja do zamawiania jedzenia – red.], a drony dostarczają bomby, których nie zamawialiśmy.

Informacyjny sposób produkcji napędzany przez rewolucję cyfrową gwałtownie wdziera się w ten „burżuazyjny” świat – wkracza do dawnych okręgów przemysłowych, lokalnych banków, radia i telewizji, a także do rozsądnie działających rządów państw, które kiedyś nazywaliśmy demokracjami. Elon Musk kupił Twittera (obecnie X) za 44 mld dolarów i swobodnie wpływa na setki milionów umysłów, podczas gdy budżet Organizacji Narodów Zjednoczonych, próbującej wprowadzić ład w świecie 193 państw, wynosi 40 mld. To coś pomiędzy wizją z Nowego wspaniałego świata Huxleya a Rokiem 1984 Orwella. Margaret Atwood w Opowieści podręcznej proponuje interesującą aktualizację. Nie chodzi tylko o technologię – chodzi o władzę. Kto za tym stoi?

Twarda struktura władzy korporacyjnej

Zaskakujące jest to, że pierwsze globalne badanie władzy korporacyjnej przeprowadzono dopiero w 2011 roku. Badacze z Politechniki Federalnej w Zurychu opracowali listę najważniejszych korporacji świata, analizując nie tylko ich wartość rynkową – tę codziennie prezentowaną w mediach – lecz także sieciowy system kontroli, jaki tworzą. Wzajemne powiązania kapitałowe (krzyżowe udziały) oraz współdzielenie kadry zarządzającej stworzyły bowiem globalną, współzależną strukturę władzy.

Korporacje ponadnarodowe tworzą ogromną strukturę i duża część kontroli przepływa do niewielkiego rdzenia ściśle powiązanych ze sobą instytucji finansowych. Ten rdzeń można postrzegać jako ekonomiczną „superjednostkę”, która stawia nowe, istotne pytania zarówno badaczom, jak i decydentom politycznym.

Autorzy nie wahają się nazwać tej superjednostki „klubem bogaczy”.

W analizie przeprowadzonej tuż po kryzysie z lat 2007–2008 zaledwie 147 grup kontrolowało 40 proc. światowego systemu korporacyjnego, z czego trzy czwarte stanowiły instytucje finansowe. To nie są „rynki”, lecz „ściśle powiązana grupa korporacji, które wzajemnie posiadają większość swoich udziałów”.

Jednocześnie zaledwie 737 głównych udziałowców kontrolowało 80 proc. wartości wszystkich korporacji ponadnarodowych.

Oznacza to, że kontrola sieciowa jest znacznie bardziej nierówno rozłożona niż bogactwo. W szczególności należy zwrócić uwagę na fakt, że najwyżej sklasyfikowani gracze sprawują kontrolę dziesięciokrotnie większą, niż wynikałoby to z ich majątku.

To zasadniczo zmienia sposób postrzegania systemu. Podstawowy mechanizm, w którym konkurencja skłaniała firmy do wytwarzania lepszych i tańszych dóbr, został zastąpiony przez zorganizowaną sieć kontroli o ogromnej sile oddziaływania. Co najważniejsze, na szczycie nie znajdują się producenci, lecz instytucje finansowe – rdzeń rentierskiej sieci.

Oznacza to, że władza korporacyjna przybrała formę ustrukturyzowanego oligopolu, zdolnego do ustalania cen i organizowania strategicznych działań w skali globalnej. Zamiast finansować produkcję – jak to było w kapitalizmie przemysłowym, w którym banki uczestniczyły w podziale wartości dodatkowej – sektor finansowy zyskał zdolność narzucania warunków, stając się dominującą siłą rentierską. W klasycznym rozróżnieniu Karola Marksa między sferą produkcji a sferą obiegu oznacza to, że ta druga przejęła dominację – i to ona wyznacza dziś zasady gry. Marks był w pełni świadomy istnienia „kapitału fikcyjnego”, ale jego dominacja całkowicie zmienia reguły. Na Wall Street trafnie mówi się o tym, że „ogon macha psem”.

Opierając się na tym rozumieniu nowych struktur władzy zdominowanych przez pośredników finansowych, Peter Phillips przedstawia w książce Titans of Capital (2024) szczególnie przejrzystą i aktualną mapę nowych zasad gry. W skrócie: dziesięć platform zarządzania aktywami – nie przedsiębiorstw produkcyjnych – zarządzało w 2022 roku majątkiem rzędu 50 bln dolarów, czyli połową światowego PKB. W 2026 roku sama firma BlackRock zarządza około 14 bln dolarów, podczas gdy Donald Trump dysponuje budżetem federalnym USA na poziomie około 7 bln. Trump codziennie podkreśla swoje znaczenie w mediach, podczas gdy Larry Fink co roku publikuje spokojny list do przedsiębiorstw – uważnie czytany przez tych, którzy naprawdę uczestniczą w grze. Kto tu jest marionetką?

Cyfrowa ekstrakcja pieniędzy

To oczywiście coś więcej niż zarządzanie pieniędzmi. Poprzez pieniądze zarządza się umysłami ludzi – wystarczy inwestować w system komunikacji, który dziś określa się mianem „przemysłu uwagi”. Niezależnie od tego, czy chodzi o platformę Facebook docierającą do niemal 4 mld ludzi, czy o cały system GAFAM (czyli pięć największych amerykańskich korporacji technologicznych) – to właśnie tam skupia się nasza uwaga.

Dzieci spędzają przed ekranami czas porównywalny z tym, który poświęcają na edukację.

Algorytmiczne zarządzanie danymi osobowymi pozwala tworzyć spersonalizowane komunikaty maksymalizujące zaangażowanie. A dziesięć największych firm zarządzających aktywami posiada udziały we wszystkich tych gigantach komunikacyjnych.

Cały system produkcji również uczestniczy w tej grze: chcąc sprzedać swoje produkty, firmy kupują naszą uwagę w systemach masowej komunikacji, wykorzystując marketing behawioralny. To, co kiedyś było informacją o produkcie, stało się dziś wszechobecną uciążliwością – ingerującą w każdą czynność wymagającą koncentracji, ponieważ pracujemy i odpoczywamy przy tych samych ekranach. To ogromne środki, które gospodarka przekazuje do przemysłu uwagi. Stanowią one część kosztów obok rzeczywistych kosztów produkcji tego, co sprzedają.

Na przykład 27 procent ceny jakiegoś produktu firmy Johnson & Johnson w supermarkecie to koszty marketingu. W praktyce oznacza to, że jako konsumenci znajdujemy się na końcu tego procesu: płacimy więcej za produkty, aby finansować przekazy, które zakłócają nam pracę lub rozrywkę. Pieniądze te trafiają do gigantów marketingu, następnie do platform komunikacyjnych, a potem – poprzez dywidendy – do gigantów zarządzania aktywami. Pieniądz rzeczywiście „kręci światem” – i naszymi umysłami. Oczywiście także naszym wynagrodzeniem. Nie chodzi już o zarabianie poprzez produkcję lepszych butów.

Zrozumienie „kapilarności” całego systemu – od pieniądza wirtualnego, przez globalną łączność, po handel wysokiej częstotliwości; od zdolności algorytmów do manipulowania informacją zgodnie z naszymi wartościami i „bańkami społecznymi”, aż po powiązania z tym, co kupujemy i jak głosujemy – oraz faktu, że za wszystko to płacimy w cenach produktów, jest kluczowe, by uchwycić głębię strukturalnej transformacji systemu, w którym żyjemy. Treści, którymi karmione są umysły naszych dzieci, są również zawarte w cenach wszystkiego, co kupujemy. Krąg się zamyka, a mechanizm przyspiesza. Finansjalizacja to system – i tłumaczy ogromne sumy skoncentrowane na szczycie.

Władza oparta na komputerach rządzi światem, w tym systemem ekstrakcji pieniądza wirtualnego. Jej podstawą jest informacja, a nie fabryki. Kiedyś walczyliśmy o demokratyzację własności środków produkcji – fabryk. Dziś musimy zdemokratyzować własność i kontrolę nad samym systemem kontroli. Ta kontrola „sterylizuje” globalną zdolność produkcyjną i inwestycyjną, spychając nas w dół.

Proces decyzyjny korporacji

Kluczową kwestią jest to, że kontrolę przejęła logika maksymalizacji zysku. W innych czasach mogło to być korzystne: gdy firma podlegała konkurencji, zwyciężały lepsze i tańsze produkty. Właściciele przedsiębiorstw byli znani i ponosili odpowiedzialność za swoje działania. W środowisku zdominowanym przez oligopole maksymalizacja zysku oznacza jednak, że „niewidzialna ręka rynku” przestaje działać: aby zwiększyć zyski, wystarczy podnieść ceny lub unikać kosztownych działań na rzecz ochrony środowiska. A nawet jeśli zawyżone ceny i skutki ekologiczne są oczywiste, nieobecni właściciele – odlegli „inwestorzy” – pozostają niewidoczni. To akcjonariusze manipulują algorytmami w celu maksymalizacji krótkoterminowego zysku.

Adam Smith w 1776 roku mógł mieć rację, twierdząc, że piekarz będzie produkował dobry chleb i sprzedawał go w rozsądnej cenie – bo inaczej zastąpi go inny piekarz. Proste pragnienie zysku sprawiało, że system działał.

Jednak w świecie wielkich korporacji pojawia się pęknięcie pomiędzy maksymalizacją prywatnego interesu a dobrobytem społecznym.

To kluczowa zmiana, podważająca podstawowe założenie, zgodnie z którym ci, którzy zarabiają ogromne pieniądze, są jednocześnie społecznie użyteczni lub przynajmniej nieszkodliwi. W obliczu skandalicznych nierówności i narastających kryzysów środowiskowych świat korporacyjny odwołuje się do argumentu, że część tych bogactw „skapnie w dół” (choć w obliczu naszych wyzwań brzmi to absurdalnie) oraz że angażuje się w ESG, a nie tylko dąży do zysku. Czy dzieje się coś nowego?

Najbardziej uderzająca wiadomość brzmi: nic się nie dzieje. A nawet gorzej – cofamy się, czego symbolem jest hasło drill, baby, drill. Trzeba być ślepym, by nie dostrzec, że ten system jest po prostu wadliwy.

Mroczni Tytani

Kluczowe jest zrozumienie, jak silnie powiązany stał się świat największych korporacji. W różnych opracowaniach zwracałem uwagę na to, że 10 największych firm zarządzających aktywami kontroluje równowartość połowy światowego PKB – około 50 bln dolarów. Zarządza nimi 117 dyrektorów zasiadających w ich radach.

Dyrektorzy ci, nazywani przez Petera Phillipsa „Tytanami”, są powiązani poprzez krzyżowe członkostwa w radach nadzorczych, co tworzy z dziesięciu finansowych gigantów współzależną strukturę władzy, w której indywidualne opinie mają niewielkie znaczenie. Jednocześnie Tytani zasiadają w radach 133 innych korporacji – od General Motors po Freddie Mac, IBM, Mercedes-Benz, Mitsubishi, UnitedHealth, Shell, Société Générale, Volkswagen czy Apple. Firmy te są bezpośrednio powiązane poprzez krzyżowe członkostwa w zarządach, co umożliwia potencjalny dostęp inwestycyjny do 50 bln dolarów zarządzanych przez dziesięć największych firm inwestycyjnych. Firmy te, połączone ze sobą poprzez członkostwa 117 Tytanów w radach nadzorczych, osiągają łączne przychody wyższe niż produkt krajowy brutto wszystkich państw świata z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, Chin i Japonii.

Tytani są szeroko zaangażowani w mechanizmy i polityki rządowe oraz biznesowe, działania organizacji non-profit oraz edukację w Stanach Zjednoczonych, Europie i na całym świecie, często pełniąc podwójne i potrójne role. Żaden z tych Tytanów nie został wybrany przez obywateli, a mimo to działają oni w takich strukturach jak NATO, UN Foundation, Institute of International Finance, czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Wspominam tu jedynie kilka przykładów z listy przedstawionej przez Petera Phillipsa, ponieważ dobrze ukazuje ona skalę zmian strukturalnych.

„Władza polityczna zarządzana przez tych dyrektorów została znacząco rozszerzona po orzeczeniu Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United v. Federal Election Commission z 2010 roku, które umożliwiło bogaczom i korporacjom – poprzez dokonywanie nieograniczonych wpłat – wykorzystywanie swoich pieniędzy do działań politycznych, które pozwalają im dominować nad procesem demokratycznym w Stanach Zjednoczonych” — pisze Phillips.

Uczestniczą oni również w trzech głównych radach biznesowych i radach polityki międzynarodowej w USA: Council on Foreign Relations, Business Roundtable oraz Business Council: „Te grupy polityczne mają z kolei znaczący wpływ na działania rządu USA, wojska i służb wywiadowczych – od decyzji w polityce zagranicznej po interesy Tytanów Kapitału i 50 bln dolarów kapitału inwestycyjnego, który kontrolują” – przywołuję Phillipsa. Tytani są także obecni w takich strukturach jak CIA oraz w takich firmach zbrojeniowych jak General Dynamics (piąta pod względem sprzedaży uzbrojenia firma na świecie).

Przykłady te – lista jest oczywiście o wiele dłuższa – pokazują, że nie chodzi tu o „rynki”. Choć formalnie zarządzają prywatnymi korporacjami, Tytani sprawują realną władzę nad kluczowymi aspektami organizacji społeczeństwa, wykraczając daleko poza gospodarkę. Urodzili się w Stanach Zjednoczonych lub w Europie, wychowali się w zamożnych, profesjonalnych rodzinach i ukończyli elitarne prywatne uczelnie. Poważnie traktują swoją powierniczą odpowiedzialność za maksymalizację zwrotu z inwestycji kapitałowych, którymi zarządzają. Ci z nich, którzy głosują w Stanach Zjednoczonych, są najczęściej republikanami lub demokratami o wyraźnie probiznesowych poglądach. Wierzą w kapitalistyczny system wolnej przedsiębiorczości i postrzegają socjalizm oraz komunizm jako odrażające globalne zagrożenia.

Są na ogół świadomi społecznych i środowiskowych zagrożeń związanych ze zmianą klimatu, ale uważają, że skuteczne środki zaradcze można wypracować bez ograniczania zwrotów z globalnego kapitału.

To nie Trump tak naprawdę wymyślił hasło drill, baby, drill – jest ono częścią głębszej logiki systemu. Utknęliśmy w strukturze władzy, w której dwa kluczowe wyzwania – nierówności i środowisko – nie są realnie uwzględniane w procesie decyzyjnym. Nasze ogromne możliwości finansowe i technologiczne są wykorzystywane do pogłębiania problemów. To nie kwestia „złych ludzi”, lecz wadliwego systemu operującego negatywnymi bodźcami. W epoce kapitalizmu przemysłowego bogactwo było powiązane z produkcją i zatrudnieniem, a podatki szły na finansowanie infrastruktury i polityk społecznych.

W rzeczywistości Tytani są rentierami – kontrolującymi rynki i wpływającymi na demokrację poprzez finansowanie polityki. Dysponują również aparatem kształtowania opinii, który tkwi w naszych głowach.

Globalna sieć władzy

Istnieje wiele innych wymiarów tej globalnej sieci władzy, ale jednym z kluczowych jest przemysł uwagi. Faktem jest, że niewielka grupa platform z siedzibą w USA kontroluje system komunikacji na świecie, z częściowym wyłączeniem Chin. Altamiro Borges (Miro), szef Barão de Itararé – sieci niezależnego dziennikarstwa w Brazylii – zauważa: „Kiedyś musieliśmy walczyć z mediami należącymi do rodzin – feudalnymi i monopolistycznymi. Dziś musimy walczyć z cyfrową dominacją wielkich firm technologicznych”. Pośród nich znajdujemy wszystkich wcześniej wspomnianych gigantów zarządzania aktywami, wymagających maksymalizacji zysków dla akcjonariuszy.

Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak destrukcyjne jest to, że ktoś taki jak Zuckerberg dociera do 4 mld ludzi – połowy populacji świata – za pomocą algorytmów maksymalizujących uwagę albo że Elon Musk, ze swoimi rasistowskimi poglądami rodem z RPA, kupuje sobie możliwość docierania do setek milionów ludzi i rozpowszechniania swoich opinii.

Potrzebujemy kultury i rzetelnej informacji, a nie śmieciowych treści podporządkowanych maksymalizacji zysku.

Potrzebujemy demokratycznej informacji, aby móc kierować procesem odwracania destrukcji społecznej i środowiskowej, z którą się mierzymy.

W rzeczywistości przemysł uwagi kierowany przez USA stał się poważnym wyzwaniem politycznym, ponieważ globalne platformy, takie jak Alphabet (Google), Meta (Facebook), Amazon, Microsoft i inne są formalnie powiązane z Departamentem Stanu, NSA, CIA oraz innymi elementami systemu bezpieczeństwa, co Henry Farrell i Abraham Newman szczegółowo pokazali w swojej książce Underground Empire: How America Weaponized the World Economy.

Nowe przepisy, takie jak ustawa CLOUD z 2018 roku, pozwalają amerykańskim organom ścigania zmuszać firmy do przekazywania danych, nawet jeśli znajdują się one na serwerach w innych krajach. A światłowody przechodzące przez USA są nadal przekierowywane do tajnych pomieszczeń, gdzie ich zawartość jest analizowana przez zautomatyzowane systemy.

Stoimy wobec nowej rzeczywistości i oczekujemy na nowe Bretton Woods, skoncentrowane na globalnych wyzwaniach. Na razie jednak wieją głównie wiatry konfliktu, a bomby zabijają ludzi. Wystąpienie Marco Rubio w Monachium w 2026 roku było niepokojące – nie tylko dla Europy, zaproszonej do udziału w ofensywie, lecz także dla reszty świata.

Czy z tego wyjdziemy?

Jak nisko musimy upaść, by nastąpiła reakcja strukturalna – swoisty sursaut [zryw, odrodzenie – przyp. red.], jak mówią Francuzi – która pozwoli podejściu opartemu na dobru wspólnym uzyskać wystarczającą siłę polityczną? Pozwólcie, że podzielę się refleksjami na temat naszej słabości w podejmowaniu decyzji.

Przede wszystkim w trakcie wielu spotkań i negocjacji w różnych krajach i środowiskach zawsze było mi niezwykle trudno wprowadzić do dyskusji wyzwania długoterminowe – nawet tak konkretne, jak zmiana klimatu i jej katastrofalne skutki. Rok 2050 jest już wyznaczony jako moment zakończenia wielu procesów, niezależnie od tego, co zrobimy dziś. CO2, który już wyemitowaliśmy, pozostanie w atmosferze przez bardzo długi czas.

A jednak dla większości ludzi rok 2050 wydaje się odległą, nieokreśloną przyszłością, choć wydaje się, że rok 2000 – również oddalony o 25 lat – był „wczoraj”. Tymczasem z perspektywy zmian strukturalnych 25 lat to mgnienie oka. To czyni nas ślepymi na długoterminowe zagrożenia. Naukowcy je widzą i przedstawiają dane, ale nie przekłada się to na realną siłę polityczną.

Jeśli jednak nasze dzieci urodziły się około 2000 roku, będą żyły do około 2080 – nasza perspektywa czasowa musi być znacznie dłuższa.

Drugi problem to brak myślenia systemowego. Stoimy wobec złożonych wyzwań: dramatycznych nierówności, gwałtownych kryzysów środowiskowych, chaotycznych odpływów finansowych i nieustannej dezinformacji, która zalewa naszą uwagę. Większość ludzi ucieka w ideologiczne uproszczenia, wybierając, komu wierzyć i kogo wspierać, co pozwala im potwierdzać własne przekonania i odrzucać resztę. Giganci przemysłu uwagi doskonale odnajdują się w tym środowisku manipulacji.

Szczególnie problematyczny jest rozdźwięk między bezpośrednim doświadczeniem a wiedzą statystyczną. Możemy być głęboko poruszeni widokiem wypadku, aktu przemocy czy upokorzenia, ale informacja o 6 mln dzieci umierających rocznie z głodu pozostaje jedynie statystyką. Media szeroko to wykorzystują, aby wywołać emocje – często zgodnie z określoną narracją – pokazując dramatyczne obrazy dzieci cierpiących w wojnach, ale jednocześnie brakuje realnej mobilizacji wokół kluczowych globalnych problemów. Bierność, z jaką akceptujemy tę „katastrofę w zwolnionym tempie” (slow-motion catastrophe), prowadzi do mieszanki obojętności, bezradności i lęku. Czas się obudzić.

Stany Zjednoczone stały się niewątpliwie poważnym zagrożeniem.

Nie są już potęgą przemysłową – przemysł stanowi jedynie około 8 proc. ich PKB. Są jednak ogromną potęgą militarną, sprawują dominację poprzez globalny przemysł uwagi oraz kontrolują światowe finanse – zarówno dzięki sile gigantów zarządzania aktywami, jak i dzięki wartości dolara, który mogą emitować i którego przepływy kontrolują. Wraz z pogłębiającymi się nierównościami oraz narastającą frustracją i lękiem w większości społeczeństwa coraz większe znaczenie zyskują mowa nienawiści i retoryka wojenna, a pozostałości demokracji stają się coraz bardziej kruche. W rozmowie z Peterem Senge usłyszałem, że to właśnie połączenie rosnących nierówności, polaryzacji politycznej i dominacji militarnej stanowi jedno z największych zagrożeń. Jest ono niebezpieczne dla samych Amerykanów – ale jeszcze bardziej dla całego świata.

Na zakończenie: dysponujemy wystarczającymi zasobami finansowymi; produkujemy już tyle, by wszyscy mieszkańcy świata mogli prowadzić komfortowe i godne życie; wiemy też, co należałoby zrobić; mamy niezwykle zaawansowane technologie – a mimo to zbliżamy się do punktów krytycznych tej „katastrofy w zwolnionym tempie”. Jedynym wyjściem jest skoordynowanie działań wokół kluczowych, krytycznych trendów. W tym celu potrzebujemy globalnego paktu, a nie dominacji „twardej siły”.

Powyższy tekst jest wersją skróconą oryginalnego eseju opublikowanego w najnowszym Almanachu Concilium Civitas 2026/2027, dostępnego tu. Tytuł i większość śródtytułów pochodzą od redakcji OKO.press.

Ladislau Dowbor

Ladislau Dowbor – brazylijski ekonomista pochodzenia polskiego, profesor i wykładowca akademicki, działacz społeczny, jeden z najważniejszych doradców ekonomicznych prezydenta Brazylii Luli da Silvy

Komentarze