Weto wobec ustawy o języku śląskim nikogo na Górnym Śląsku nie rozczarowało, bo nikt nie spodziewał się innego scenariusza. Na szczęście nie wszystko zależy od światopoglądu tego czy innego prezydenta. Trwa rewolucja górnośląska, ludzie rozwijają i umacniają śląszczyznę – pisze Zbigniew Rokita
Na zdjęciu: autor tego tekstu, pisarz Zbigniew Rokita. Jest reporterem, autorem książek, m.in. nagrodzonego podwójną Nike „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku„, „Odrzanii” i najnowszej „Aglo. Banką po Śląsku”. Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach.
Inaczej było w 2024 roku, gdy po raz pierwszy parlament uznał śląszczyznę za język regionalny – drugi obok kaszubszczyzny. Wówczas debata i głosowanie w Sejmie były historyczne, oglądało je wielu Ślązaków, wielu również miało nadzieję, że Andrzeja Duda jednak ustawę podpisze (nadzieję na konsensus ponad podziałami dawał np. list otwarty zainicjowany przez Szczepana Twardocha, a podpisany m.in. przez profesora Andrzeja Nowaka).
Karol Nawrocki już wcześniej nie pozostawiał jednak złudzeń, co zamierza. Zwłaszcza że rozwetowany prezydent jesienią odrzucił inną propozycję nowelizacji tej samej ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym – wówczas chodziło o język wilamowski, język maciupki, którym biegle posługuje się kilkadziesiąt osób w Wilamowicach, na pograniczu Małopolski i Śląska.
W przypadku czwartkowego weta (12 lutego 2026) najbardziej emocjonalne reakcje wyrazili politycy walczący o uznanie śląskiego (nie, jak czasem pada w mediach, o jego „zalegalizowanie” – śląszczyzna nie jest nielegalna). Nie jest jednak tak, że wszyscy spośród blisko pół miliona osób deklarujących posługiwanie się na co dzień śląskim popierają uznanie śląszczyzny za język. Gdyby przeprowadzić w tej sprawie wśród Ślązaków plebiscyt, nie wiem, jaki byłby jego rezultat. Najlepiej bowiem, żeby zanim Warszawa uzna śląski za język, Ślązacy sami go zań uznali.
To bowiem w swojej istocie nie spór językoznawczy, a tożsamościowy, spór o wizję polskości.
Decyzję prezydenta rozumiem jako opowiedzenie się za wizją państwa ciążącego w stronę homogeniczności, uznającego jedynie kilka mniejszości niekolizyjnych i niekonkurencyjnych dla polskości, jak Karaimi czy Tatarzy, będącymi jednocześnie bezpiecznymi listkami figowymi, które pozwalają mówić o polskiej wielokulturowości. To też kwestia humanistyczna i etyczna: kwestia tego, czy państwo ma być miejscem, gdzie większość pomaga mniejszości, silniejszy pomaga słabszemu.
Tak, uznanie śląszczyzny to nie spór językoznawczy, gdyż językoznawcy są zgodni, że nie ma jasnych kryteriów naukowych, które odróżniałyby dialekt od języka. To sprawa kulturowa i polityczna. Uznanie śląskiego za dialekt polskiego lub odwrotnie, polskiego za dialekt śląskiego jest uznaniowy. Istotnym jest też to, że o zdanie w tej sprawie pyta się przede wszystkim filologów polskich, ignorując fakt, że na uniwersytetach czy w Polskiej Akademii Nauk są również filolodzy śląscy – badający godkę.
Być może za mało na Śląsku akcentujemy też to, jaki pożytek uznanie śląszczyzny za język regionalny przyniosłoby polskiej większości. A mogłoby przynieść znaczny: według projektu nauka śląskiego miałaby zajmować trzy godziny lekcyjne (to na edukację poszłaby zdecydowana większość funduszy, które w wysokości 300-400 milionów złotych rocznie państwo przekazywałoby na śląski).
W praktyce jednak część czasu poświecono by na faktyczną naukę języka, a część – najpewniej większość – na edukację regionalną. W ten sposób Ślązacy mogą być tym, czym nie stali się Kaszubi: awangardą upominania się o decentralizację państwowej opowieści o historii, kulturze itd., a edukacja regionalna mogłaby na stałe zagościć w innych regionach kraju. Zresztą: nie ma też większego sensu porównywać się do Kaszubów i pytać, dlaczego im się udało, a nam nie. Im się rzeczywiście udało, ale w zupełnie innym świecie: w roku 2005, w czasie wchodzenia do Europy i optymizmu. Czy udałoby im się to w 2026 roku? Być może nie.
Czytając obszerną, 32-stronicową argumentację weta, pomyślałem o czymś jeszcze. Prezydent deklarował tam swoje wsparcie dla śląszczyzny. Jeśli więc założyć dobrą wolę obu stron sporu, można szukać kompromisu – polityka jest sztuką możliwego, a język śląski za język może nie być uznany przez kolejne 10 czy 20 lat. To jedno pokolenie, a dziś to nie rasa czy religia, ale – obok coraz bardziej polonizującej się i współdzielonej pamięci – język jest najjaskrawszą cechą odróżniającą większość polską od śląskiej mniejszości. I dlatego walka o godkę to także walka o przetrwanie śląskiej tożsamości jako tożsamości odrębnej.
Stąd byłbym skłonny do kompromisu: wbrew swoim przekonaniom zgodzić się na nazwanie śląszczyzny dialektem czy etnolektem, tak aby parlament i prezydent w ramach tej czy innej ustawy umożliwili uczenie go w szkołach. Wolę, żeby masy znały „śląską gwarę”, niż jednostki śląski język, mogę zgodzić się nawet na zakopaną w legislacyjnej paplaninie frazę o „śląskim szczepie polskiego plemienia mieszkowego”, aby tylko Ślązacy za parę pokoleń nie skończyli w skansenie. Taki gest byłby również sprawdzianem dla dobrej woli prezydenta – czy rzeczywiście istotą sporu jest dla niego sformułowanie „język”, czy coś innego?
Na szczęście jednak nie wszystko zależy od światopoglądu tego czy innego prezydenta. Wciąż trwa rewolucja górnośląska, są ludzie, którzy rozwijają i umacniają śląszczyznę, jest społeczeństwo, które sprawia, że jest ona żywa każdego dnia. Dziś godka jest skodyfikowana w około 90 proc. – dokonało się to błyskawicznie, przynajmniej w porównaniu do polszczyzny, której od Mikołaja Reja do ostatniej dużej reformy ortograficznej w międzywojniu przyjęcie obecnego kształtu zajęło kilkaset lat.
Dzieje się dużo, nieustannie. Kilka dni temu w Teatrze Śląskim rozpoczęły się próby do sztuki Tragedyjō Hamleta, ksiyncia Dynymarku, szekspirowskiego Hamleta w przekładzie Mirosława Syniawy i w reżyserii Roberta Talarczyka.
Za najlepszy spektakl 2025 roku na międzynarodowym i prestiżowym festiwalu Boska Komedia uznano z kolei spektakl Tkocze w przekładzie na śląski Syniawy według Gerharta Hauptmanna w reżyserii Mai Kleczewskiej.
Ukazuje się dużo książek po śląsku, od przekładów po te oryginalnie pisane w godce, np. znakomity Gump. Pies, co nauczōł ludzi żyć czeskiego pisarza Filipa Rožka, który w Czechach rozszedł się w nakładzie przeszło ćwierć miliona egzemplarzy (przekład Kamil Czaiński).
W kinach pełne sale gromadzą śląskie dubbingi filmów: od Lśnienia przez Shreka po Pulp Fiction (te w tłumaczeniu Grzegorza Kulika). Dziś jako organizatorzy festiwalu Aglo w Bytomskim Centrum Kultury zastanawialiśmy się, jaki film zaprezentować po śląsku publiczności podczas trzeciej edycji w październiku: Casablancę czy Śniadanie u Tiffany’ego?
Dzieje się to i wiele więcej, a obecnie Ślązacy dyskutują np. o znajomości śląskiego u doktor Joanny Wadowskiej-Król w netfliksowych Ołowianych dzieciach (kontrfaktycznie przedstawionej w serialu jako przyjezdna, choć urodziła się na Górnym Śląsku). I tak dalej, i tak dalej.
A być może najpiękniej podsumował to profesor Henryk Jaroszewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor m.in. pracy Zasady pisowni języka śląskiego po wecie napisał: „Robimy swoje i nie oglądamy się na innych”. Później zaś dodał: „W 2027, jeśli nic się nie zmieni, wyjdzie nowoczesny słownik polsko-śląski i gramatyka języka śląskiego. Tyle mogę obiecać”.
I właśnie takie podejście wśród śląskiej inteligencji dziś dominuje: utylitarne, pozytywistyczne – robimy swoje.
Jest reporterem, autorem książek, m.in. nagrodzonego podwójną Nike „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" i „Odrzanii". Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach.
Jest reporterem, autorem książek, m.in. nagrodzonego podwójną Nike „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" i „Odrzanii". Pochodzi z Gliwic, mieszka w Katowicach.
Komentarze