0:00
Prawa autorskie: Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.plJakub Porzycki / Age...
01 listopada 2021

Demograficzne zaduszki. W 2021 roku umrze nawet 520-530 tys., a urodzi się tylko 320 tys. Dlaczego?

Coraz mniej żywych będzie wspominać coraz więcej zmarłych. COVID-19 poza tym, że zabił bezpośrednio i pośrednio może nawet ćwierć miliona Polek i Polaków, zniechęcił nas jeszcze bardziej do posiadania dzieci. Prostacka polityka rządu przegrała już wcześniej z aspiracjami kobiet

Wydrukuj

GUS ogłosił dane o liczbie urodzeń i zgonów w I połowie 2021 roku. Zakładając, że druga połowa będzie równie zła jak pierwsza, przedstawiamy wykres, który - jak mówi się czasem z egzaltacją w mediach - jest porażający:

Uwaga! Powyższy wykres został zaktualizowany o rzeczywistą liczbę zgonów (520,9 tys.), wyliczoną na podstawie informacji z Rejestru Stanu Cywilnego (czyli wydanych aktów zgonu). Prawdziwa liczba mieści się w prognozie 520-530 tys. z tego artykułu.

Przewaga zgonów nad urodzeniami miałaby sięgnąć 220 tys.?

Ile Polek i Polaków umrze w IV kwartale?

Założenie, że liczba urodzeń będzie w przybliżeniu podwojeniem I półrocza jest wysoce prawdopodobne. W poprzednich latach w pierwszych sześciu miesiącach rodziła się mniej więcej połowa dzieci z całego roku: w 2018 - 49,9 proc., w 2019 - 48,7 proc., w 2020 równe 50 proc.

Z liczbą zgonów było trochę inaczej: w 2018 roku - 51,9 proc., w 2019 - 51 proc., ale w 2020 roku - tylko 43,7 proc. Druga połowa roku była tak zła, bo mocno uderzyła jesienna fala COVID-19. Zgonów od koronawirusa zdiagnozowano w II półroczu - 26,5 tys., ale były niewykryte ofiary COVID-19, a także liczne śmierci jako skutek zapaści systemu opieki zdrowotnej.

W całym 2020 roku Polska miała drugi w Unii Europejskiej wskaźnik - 17 proc. - tzw. nadmiarowych zgonów w porównaniu z 2019 rokiem. Więcej było ich tylko w Hiszpanii (18 proc.), statystycznie tyle samo w Bułgarii i Belgii. Gwałtowny wzrost zgonów w IV kwartale 2020 widać na poniższym wykresie:

W I półroczu 2021 liczba zgonów diagnozowanych jako COVID-19 wyniosła aż 46,5 tys., ale w czerwcu epidemia się uspokoiła i w II połowie roku - od 1 lipca 2021 do 30 października - umarło jak na razie na COVID-19 "tylko" niecałe 2 tys. osób.

Trudno przewidywać, jak potężna będzie czwarta fala epidemii, która właśnie się wznosi i jakie skutki - bezpośrednie i pośrednie - wywoła. W sobotę 30 października odnotowano kolejny rekord zakażeń w II półroczu (9 798), a średnia tygodniowa urosła do prawie 7,2 tys. W niedzielę zakażeń było 7 145, w poniedziałek 4 894, ale średnia krocząca urosła do 7,8 tys. I będzie rosła dalej, podczas gdy w analogicznym momencie jesiennej fali 2020 roku średnia właśnie zaczęła spadać:

Kiedy obecna fala się zatrzyma i na jakim poziomie? Ile osób umrze? Na razie odsetek zgonów wśród zakażonych jest niższy niż rok temu. W listopadzie i grudniu 2020 na COVID-19 umierało dziennie po 400-600 osób, obecnie - "tylko" nieco ponad 100: w sobotę podano liczbę 113 zgonów, w niedzielę było to 9 osób, a poniedziałek 1 listopada - 13 osób. Tradycyjnie już w weekendy w szpitalach - wg statystyk podawanych z jednodniowym opóźnieniem - prawie nie ma zgonów, jakby portierzy... nie wpuszczali "kostuchy" do środka (prawdziwą przyczyną jest zapewne przeciążenie pracą zmniejszonego personelu w szpitalach i stacjach Sanepidu i brak czasu na wystawienie odpowiednich dokumentów).

Średnia krocząca do września - minus 204 tys.

Przechodząc od przewidywań do twardych danych podajemy - za analitykiem Rafałem Mudrym - tzw. średnią kroczącą zgonów i urodzeń z ostatnich 12 miesięcy. Znane są już wyniki GUS z września 2021: urodziło się 31,1 tys. dzieci (rok wcześniej 32,8 tys.), zmarło 34,4 tys. osób (rok temu niemal tyle samo - 34,3 tys.) Suma urodzeń w ostatnich 12 miesiącach (od 1 października 2020 do 30 września 2021) wyniosła 334,6 tys. Suma zgonów - aż 538,6 tys. Taki był efekt dwóch fal epidemii: jesiennej 2020 i jeszcze od niej groźniejszej wiosennej 2021.

Deficyt demograficzny ostatnich 12 miesięcy to już 204,2 tys. O tyle więcej Polek i Polaków zmarło niż przyszło na świat.

Już według projekcji Eurostatu (EUROPOP2019) do roku 2050 liczba Polek i Polaków ma zmaleć o blisko 4 miliony, ale jednocześnie osób w wieku 65+ przybędzie aż 3,3 mln i będą stanowić 1/3 populacji (obecnie mniej niż 1/5). Katastrofa lat 2020-2021 sprawia, że te rachuby z 2019 roku mogą okazać się zbyt optymistyczne.

Dlaczego tak jest? Dlaczego rodzi się tak mało dzieci? Dlaczego aż tyle z nas umiera?

Dla rodzenia pandemia gorsza niż stan wojenny. Zabójcza niepewność

Myślenie prostymi analogiami dawało nadzieję, że epidemia może wywołać efekt prokreacyjny. Tak wydarzyło się w stanie wojennym na początku lat 80.

Liczba dzieci urodzonych w 1981 rok (682 tys.), zdawała się zwiastować trend spadkowy ze szczytu z 1980 (696 tys.), ale nastąpiło dwuletnie odbicie: w 1982 roku urodziło się 705 tys. dzieci a w 1983 - 724 tys. Dopiero potem zaczął się zjazd aż do 351 tysięcy w 2003 roku (wszystko to widać na pierwszym wykresie w artykule).

W reakcji na smutę stanu wojennego w odruchu obronnym ludzie zbliżali się do siebie, także w sensie erotycznym. 40 lat później zamknięcie w domach i groza czasów epidemii nie dały wzrostu urodzeń. Wręcz przeciwnie, trwa ostry kurs spadkowy od 2017 roku, a 2021 rok zapowiada się jako powojenny (negatywny) rekord.

Jak zwraca uwagę prof. Irena Kotowska w raporcie Fundacji im. Batorego "Zmiany demograficzne w Polsce", kluczowe znaczenie mogła mieć wywołana przez pandemię "spotęgowana niepewność związana ze zdrowiem własnym kobiety i jej [przyszłego] dziecka", czy szerzej - obawy o dostęp do usług zdrowotnych i ich jakość.

Widoczny chaos, kolejki karetek przed szpitalami, odkładanie planowanych zabiegów, medialne relacje przemęczonego personelu, wszystko to budziło obawy o opiekę nad ewentualną ciążą i porodem. Dodajmy, że pandemia zakłóciła spełnianie standardów "rodzenia po ludzku", przy czym według rozmówców OKO.press ograniczenie praw rodzących było przesadne względem zagrożenia COVID-19.

Zakaz aborcji wprowadzony w październiku 2020 decyzją tzw. Trybunału Konstytucyjnego, uderzający rykoszetem w badania prenatalne, dodatkowo zmniejszył poczucie bezpieczeństwa kobiet. W razie nieszczęścia ciężkiego upośledzenia czy nieuleczalnej choroby płodu, nie mogą już liczyć na legalne przerwanie ciąży.

Jak pisze prof. Kotowska, coraz więcej danych potwierdza, że w kształtowaniu decyzji prokreacyjnych kluczową rolę odgrywa właśnie niepewność, mniej lub bardziej specyficzne obawy kobiety o los swój, swego przyszłego dziecka i całej rodziny, ale także szerzej - o bezpieczeństwo i stabilność kraju, a nawet całej planety zagrożonej przez katastrofę klimatyczną. Pośrednie potwierdzenie "hipotezy niepewności" przynosi sondaż Ipsos dla OKO.press zrobiony jeszcze przed epidemią, w którym pytaliśmy o największe zagrożenia dla Polski w XXI wieku.

IPSOS 2019 SIERPIEŃ OBAWY KOBIET I MĘŻCZYZN 18-39
IPSOS 2019 SIERPIEŃ OBAWY KOBIET I MĘŻCZYZN 18-39

Jak widać, kobiety w wieku 18-39 lat, czyli wtedy gdy podejmują - lub nie - decyzję o dziecku, wskazały na dokładnie te zagrożenia, które nasiliły się w ostatnim czasie: katastrofę klimatyczną (38 proc. wskazań), załamanie systemu opieki zdrowotnej (27 proc.), a także ryzyko Polexitu (25 proc.).

Męskie lęki są znacznie bardziej "ideologiczne" i "prawicowe", kobiety boją się tego, co realnie nadciąga. I dlatego nie chcą rodzić dzieci, rezygnują lub odkładają decyzję.

Bezlitosne trendy. Dekada 2020-2030 ostatniej szansy

COVID-19 był i jest wydarzeniem niespodziewanym, jeszcze pogarszającym trendy demograficzne, które sprawiają, że dzietność w Polsce systematycznie spada. Na wykresie niżej widać, że kolejne roczniki Polek mają coraz mniej dzieci.

Rocznik kobiet 1960 był ostatnim, który rodził dostatecznie dużo dzieci, by następowała zastępowalność pokoleń, co wymaga średnio 2,15 dziecka na kobietę (więcej niż 2, bo niewielki odsetek dzieci umiera przed osiągnięciem dojrzałości). Dziś to kobiety 60-letnie.

Obecne 35-latki mają średnio tylko minimalnie więcej niż jedno dziecko.

Według najnowszych rocznych danych GUS, dzietność w Polsce (liczba dzieci kobiet w wieku 15-49 lat) spadła do poziomu 1,378, co oznacza, że jesteśmy na 215-220 miejscu na 228 krajów świata (podobnie niskie wskaźniki ma Białoruś, Ukraina, Litwa,, Czechy i Rumunia).

Spadek dzietności ściśle łączy się ze wzrostem przeciętnego wieku Polek w momencie urodzenia dziecka: w 1989 roku było to 26,3 lata (a pierwszego dziecka - 23,3,) w 2019 - już 29,7 lat (pierwszego - 27,6 lat). Ten wiek rośnie dalej, zbliżając się do wartości takich krajów jak Hiszpania, Irlandia, Włochy czy Szwajcaria, gdzie przekroczył 32 lata.

Wpływ na spadek dzietności ma też zachwianie tradycyjnego modelu rodziny, w którym presja prokreacyjna na kobietę była silna.

Udział urodzeń pozamałżeńskich zwiększył się z 5,8 proc. w 1989 roku do 26,4 proc. w 2020. Te odsetki będą rosły dalej - w Unii Europejskiej dzieci pozamałżeńskie stanowią prawie jedną trzecią, a we Francji aż 61 proc. wszystkich (rozpowszechnione są tam PACS, czyli związki partnerskie).

Liczba urodzeń musi spadać w wyniku zmian demograficznych, które następowały wcześniej - po prostu maleje liczba kobiet w wieku rozrodczym 15–49 lat (wg prognoz do 2050 roku zmniejszy się o 30 proc.). Kluczowa jest liczba kobiet w wieku 25‒39 lat, bo to ona decyduje o dzietności. Jak widać na wykresie poniżej, najsilniejszy spadek liczby kobiet w tym wieku jest przewidywany do 2030 roku.

Dlatego dekada 2020-2030 jest czasem "ostatniej szansy", by choćby spowolnić spadek liczby urodzeń i proces starzenia się Polski. Jak na razie, dzieje się jednak odwrotnie.

Brak skutecznej polityki propopulacyjnej i uderzenie COVID-19 sprawiły, że katastrofa demograficzna uległa przyspieszeniu.

500 plus miało uratować dzietność, ale płytki efekt dawno się wyczerpał

OKO.press wielokrotnie zwracało uwagę, że sztandarowy program społeczny PiS, czyli 500 plus, który skutecznie zmniejszył obszary biedy, okazał się chybionym pomysłem prokreacyjnym. Minimalny wzrost urodzeń w latach 2017 i 2018 (widoczny na pierwszym wykresie w artykule), nie był - jak zwracaliśmy uwagę - wyrazem odwrócenia najważniejszego trendu - spadającego odsetka kobiet, które decydują się na pierwsze dziecko. Nastąpiła jedynie krótkotrwała korekta - tzw. odroczonych decyzji o urodzeniu drugiego i trzeciego dziecka. Także ten efekt się jednak wyczerpał:

Pokazywaliśmy za dokumentem rządowym, że kluczową rolę dla dwuletniego "odbicia urodzeń" mógł też odegrać spadek bezrobocia. Porównywaliśmy „efektywność demograficzną” 500 plus i rządowego in vitro (zamknięcie tego programu, dzięki któremu urodziło się ponad 21 tys. "dzieci Tuska i Kopacz" było samo w sobie uderzeniem w dzietność).

Niestety Polski Ład oznacza więcej tego samego w polityce rządu PiS, dominuje myślenie, że dzieci można "kupić" transferami i ulgami finansowymi.

Dziecko - za duży wysiłek i ryzyko, czyli zmiany kulturowe

Świadczenie – nawet tak duże jak 500 plus – tylko w niewielkim stopniu odpowiada na wyzwanie, jakim jest dzisiaj posiadanie dzieci przy bardzo wysokich (nadmiernych) aspiracjach rodzicielskich (stąd tak wysokie w Polsce tzw. wypalenie rodzicielskie). Mogłoby skutecznie działać w modelu patriarchalnej rodziny, o której chętnie opowiadają politycy prawicy, ale który odchodzi w przeszłość.

OKO.press wielokrotnie tłumaczyło, że decyzja o posiadaniu dziecka to kwestia racjonalnej kalkulacji, w której kobieta (rodzina) uwzględnia ryzyko:

  • nadmiernego wysiłku (zwłaszcza wobec braku żłobków i innych form opieki instytucjonalnej oraz wciąż zbyt małym zaangażowaniu ojców);
  • utraty pracy lub utrudnienia kariery zawodowej;
  • pogorszenia statusu materialnego rodziny;
  • trudności mieszkaniowych.

Epidemia dodatkowo zwiększyła koszty pokazane na naszej ilustracji. Zwiększyła niestabilność zatrudnienia i dochodów, co było szczególnie dotkliwe dla osób młodych, na ogół nisko opłacanych. Nasiliła niepewność związaną z funkcjonowaniem rynku pracy, możliwości łączenia pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi oraz - o czym była mowa wyżej - obawy o zdrowie własne i bliskich. Nastąpiło też ograniczenie usług edukacyjno-opiekuńczych szkoły, przedszkoli i żłobków, co dodatkowo zwiększyło wysiłek matek (rodzin) i zniechęcało do podejmowania decyzji prokreacyjnych.

Poprawa sytuacji demograficznej wymagałaby radykalnej zmiany polityki społecznej:

  • zasadnicze zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną, tak by przywrócić zaufanie do systemu;
  • obniżanie barier pokazanych na ilustracji: ułatwianie łączenia kariery z wychowywaniem dzieci, radykalny wzrost pomocy instytucjonalnej, zmiana modelu rodziny na bardziej partnerski, uruchomienie programów dających realne szanse na mieszkanie osobom młodym (w systemie na wynajem a nie na własność).

Taka zmiana jest tym pilniej potrzebna, że szybko rośnie poziom aspiracji kobiet, które nie chcą odgrywać roli przemęczonej Matki Polki, której horyzont wyznacza praca domowa i opieka nad dziećmi. W roku 1989 dzieci urodzone przez matki z wykształceniem wyższym stanowiły jedynie 6 proc. ogółu urodzeń, w roku 2020 już - 52 proc.

Dlaczego tak dużo osób umiera?

Omawiane wcześniej trendy demograficzne wyznaczają nie tylko spadek urodzin, ale i wzrost zgonów jako efekt starzenia się społeczeństwa. Epidemia jest tu dodatkowym czynnikiem, który może przyspieszyć te procesy, ale COVID-19 tylko dokłada się do groźnej bariery, na jaką natknęliśmy się już wcześniej - kryzysu systemu ochrony zdrowia.

Jak pisze prof. Kotowska, stan zdrowia Polek i Polaków wyróżnia nas - niestety na niekorzyść - w Unii Europejskiej. Udział wydatków publicznych w wydatkach na ochronę zdrowia w Polsce, wyrażonych zarówno jako odsetek PKB, jak i poziom wydatków na mieszkańca, jest jednym z najniższych w Europie.

Według raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH z 2020 roku, „Zasoby dostępne w ochronie zdrowia w Polsce, ich organizacja, sposoby zarządzania, poziom i struktura finansowania oraz motywacja pracowników systemu nie są w stanie zapewnić wystarczającego poziomu spełniania nie tylko obecnych, ale przede wszystkim narastających potrzeb zdrowotnych".

Konkluzja prof. Kotowskiej jest smutna jak nasze myśli w Święto Zmarłych: Polek i Polaków nie tylko będzie coraz mniej, ale będziemy też żyć krócej niż obecnie:

"Poprawa przeżywalności założona w projekcji ludnościowej EUROPOP2019 jest nierealna. Pogłębiający się od 2020 roku kryzys systemu opieki zdrowotnej wzmacnia moje obawy dotyczące zahamowania wydłużania życia ludzkiego, a przede wszystkim pogarszania się charakterystyk trwania życia w zdrowiu. (...) Szybszy niż założony w projekcji wzrost liczby zgonów wraz z większym spadkiem urodzeń mogą nasilić proces zmniejszania się populacji Polski".

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne