Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Rys. Iga KucharskaRys. Iga Kucharska

Alicja w swojej pierwszej ciąży co tydzień sprawdzała, czy jej synek czuje już ból. Natalię uratował lekarz, który był na emeryturze i się nie bał. Na Ewie przez kilkanaście lat małżeństwa mąż wymuszał współżycie – kobieta dopiero dziś potrafi przyznać, że wyboru nie miała. Co chciałyby powiedzieć pani prezydentowej?

I co oznacza „stanie przed wyborem” w dzisiejszej Polsce?

Przeczytaj także:

Z miłości

„Ojej, człowieczek!” – ucieszyła się Alicja, widząc na ekranie osobę mieszkającą w jej brzuchu. Zawsze chcieli z Jackiem być rodzicami. Ala pracuje w żłobku, już na studiach opiekowała się maluchami. Na własne potomstwo zdecydowali się po zakupie mieszkania. Szybko zaszła w ciążę. – To był mój wymarzony synek – mówi. Koleżankom w pracy pochwaliła się w ósmym tygodniu. W dziesiątym poszła na urlop zdrowotny. W dwunastym miała rutynowe USG u ginekolożki. Pamięta, jak lekarka jeździła głowicą po skórze i milcząc, wpatrywała się w ekran. „Nie wiem, jak to Państwu powiedzieć… – zaczęła w końcu. – Ale to jest bardzo chory człowieczek”.

Wtedy usłyszeli o Zespole Edwardsa po raz drugi.

Za pierwszym razem, w 2020 roku, mówiło się o nim na Czarnym Proteście. Ala nie potrafiła sobie wyobrazić, co muszą czuć ciężarne, kiedy ich dziecko nie ma szans na przeżycie, jest skazane na ból, a prawo zabrania mu odejść w spokoju. Teraz wyobrażać sobie nie musiała. Czuła lęk.

Zespół Edwardsa to zespół wad wrodzonych, uwarunkowany genetycznie. U synka Ali i Jacka objawiał się między innymi ciężką wadą serca. Jego ciało było opuchnięte, ale trudno to ocenić komuś, kto ciążowe USG widzi po raz pierwszy.

Choć ciąże takie kończą się zwykle poronieniem, zdarza się, że dziecko dożyje porodu. Większość z nich umiera w pierwszym tygodniu życia. Cierpią nie tylko z powodu ubytków przegród serca, przepukliny, nieprawidłowości mózgu czy nerek, ale też przez bezdechy senne, napady drgawkowe, karmienie dojelitowe i ciężkie infekcje. Są głęboko upośledzone psychoruchowo, nie rozwijają się, nie komunikują. Jedyne, co można dla nich zrobić, to uśmierzać ból.

Od momentu diagnozy Alicja zastanawiała się, czy jej syn już ten ból czuje. Kiedy nie mogła zasnąć, albo zostawała sama w domu, wpisywała w wyszukiwarkę: „Rozwój układu nerwowego płodu”, sprawdzała tydzień trzynasty czy czternasty i myślała o aborcji – z miłości. Żeby ochronić dziecko, widziała trzy opcje.

Zamiast żałoby

Pierwsza: zabieg za granicą. Czechy, Niemcy, Skandynawia. Kilkugodzinny dojazd, klinika, obcy język i system brzmiały jak ostateczność w drugim trymestrze ciąży i kiepskim stanie psychicznym, ale research i organizację wziął na siebie brat Ali – Tomek.

– Nie wyobrażałem sobie nie pomóc – mówi mężczyzna. – Na szczęście koszty nie były dla nas przeszkodą, a że sam wspieram aktywistów, wiedziałem, gdzie szukać kliniki, kogo zapytać o pomoc i który psychiatra będzie dobrym adresem.

Skierowanie od psychiatry było opcją numer dwa, ale kłamanie byłoby dla Alicji jak splunięcie chorym na depresję w twarz. – Zmyślać, że mam myśli samobójcze? W takiej sytuacji? To upokarzające – podkreśla kobieta. Choć sama deklaracja myśli samobójczych nie jest jednoznaczna z uzyskaniem odpowiedniego zaświadczenia u psychiatry.

Ktoś zatem mógłby zapytać: w czym problem? Było wsparcie, pieniądze. Mogła pojechać. Joanna Gruhn-Devantier, psycholożka i certyfikowana psychoterapeutka przekonuje jednak, że to życzeniowe myślenie. – Przekonanie, że skoro istnieje możliwość wyjazdu za granicę, to istnieje wybór, pozwala osobie z zewnątrz poczuć ulgę – mówi. – Wtedy, mimo że widzę czyjeś cierpienie, nie muszę zmieniać swoich poglądów. Tyle tylko, że przynosi to ulgę mi, a nie cierpiącej osobie – dodaje.

Czego zatem potrzeba, żeby o faktycznym wyborze mówić? – Bezpieczeństwa – tłumaczy. – Przekonania, że możemy wybrać którąkolwiek z opcji, nie ponosząc skrajnie dramatycznych konsekwencji, prawnych czy osobistych. Jeśli możesz „wybrać”, ale wyłącznie kłamiąc, naginając prawdę albo narażając bliskich, to jest to wybór tragiczny, albo wręcz złudzenie wyboru.

Jacek, mąż Alicji, z tego okresu pamięta poczucie beznadziei. Rozmowy z lekarzami, którzy omijali temat i dopytywali o wiarę (odpowiedź „nie wierzymy” zwiększała szanse na szczerą rozmowę), ale też ze znajomymi. Bo Ala opowiadała ludziom o chorobie dziecka. Najczęściej spotykali się wtedy ze zdziwieniem, że to takiej sytuacji dotyczyły protesty w 2020 roku. – Nie no, w twoim przypadku aborcja powinna być dostępna! – oburzał się znajomy chrześcijanin.

Alicja wybrać nie zdążyła. Kiedy na kontroli w piętnastym tygodniu ciąży okazało się, że serce dziecka przestało bić, poczuła ulgę. Chłopiec nareszcie był bezpieczny. Dziś Ala jest w trzecim trymestrze drugiej ciąży i choć w wypowiedzi prezydentowej słyszy: „Nie jesteś ważna”, chciałaby opowiedzieć jej swoją historię.

Czy pani wie, co się dzieje?

Wybór legalnej aborcji jest w Polsce możliwy w dwóch sytuacjach. Kiedy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia ciężarnej i kiedy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że powstała w wyniku gwałtu lub kazirodztwa. W przypadku ciąży z przestępstwa kluczowy jest jednak czas. Zabieg może odbyć się tylko do końca dwunastego tygodnia ciąży, a żeby go wykonać, konieczne jest nie tylko wcześniejsze zgłoszenie przestępstwa, ale też uzyskanie specjalnego zaświadczenia od prokuratora. Niezależnie od psychicznego i fizycznego stanu zdrowia kobiety lub dziewczynki.

Przez prawie 28 lat (do stycznia 2021) aborcja była w Polsce legalna także w trzecim przypadku: ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu – to sytuacja Alicji i jej synka. Postanowienie Trybunału Konstytucyjnego usunęło z ustawy te przesłankę, co doprowadziło do tragedii Izabeli z Pszczyny, która zmarła wskutek wstrząsu septycznego, ponieważ lekarze zbyt długo zwlekali z przerwaniem ciąży, czekając na samoistne obumarcie płodu.

Obecny stan prawny nie gwarantuje zatem bezpieczeństwa nawet tym kobietom, których sytuacje teoretycznie spełniają przesłanki ustawy. Doświadczyła tego Natalia. W dziewiętnastym tygodniu ciąży, podczas rutynowego badania, lekarz zdiagnozował u niej zbyt krótką szyjkę macicy, ale nie skierował kobiety do szpitala. W dwudziestym drugim tygodniu obudziła się w łóżku, pełnym krwi. Brzuch pobolewał ją całą noc, ale nie pomyślała, że może to być coś niepokojącego.

Wychowana przez mamę pielęgniarkę. Od małego na każde „boli” słyszała „a, przesadzasz!”. U lekarza na „gorzej się czuję” – „proszę schudnąć”. W ciąży przestała narzekać, a tamtego feralnego poranka sprawdzała, czy krwawienie w dwudziestym drugim tygodniu ciąży nie jest przypadkiem normalne.

Nie było. Kobieta miała dziesięciocentymetrowe rozwarcie i postępujący poród. Szyjka macicy zaraz po połowie ciąży uległa całkowitemu skróceniu.

W szpitalu Natalia dowiedziała się, że to, co czuje, to skurcze porodowe. Była jeszcze przed szkołą rodzenia, zaraz po badaniach połówkowych. To była jej pierwsza w życiu wizyta w szpitalu jako pacjentki. Od razu zabroniono jej wstawać z łóżka, przewieziono na salę porodową, przykryto kocem, podpięto kroplówki. – Ja w ogóle nie wiedziałam nic – wspomina. Nikt o niczym jej nie informował, nie wiedziała, o co może pytać. Donoszono jej kolejne kroplówki, zacewnikowano – również nie pytając o zdanie, a ona nie wiedziała, czy powinna się martwić, czy nie?

– Powiedzieli tylko, że dzwonek alarmowy w tej sali nie działa, więc dali mi numer telefonu na dyżurkę. I że jakby mi wody odeszły, to mam dzwonić. – Została w sali sama, z mężem. Dopiero po zmianie dyżuru przyszedł lekarz: – Czy pani w ogóle wie, co się dzieje?

Wtedy się dowiedziała, że rodzi.

Dopóki jest tętno

Tamtego lekarza Natalia już nie spotkała. Widziała innych, zmieniali się. Jeden powiedział, że dobrze, że dziecko to dziewczynka, bo te są silniejsze. – Ale w dwudziestym drugim tygodniu… – dodał – ma jeden procent szans na przeżycie.

Sytuacja Natalii wciąż się jednak nie wyjaśniała. W czwartek wieczorem brzuch bolał już bardzo, dzwoniła na podany numer. W piątek rano był obchód, pobrano jej krew – po co, co dalej? Nie wiedziała. Wiedziała, że czasem do jej pokoju wchodzą położne i patrzą ze współczuciem.

W sobotę była pewna, że dłużej już tak nie wyleży. Komunikowała, że ma dość, żeby dali jej urodzić. Wtedy po raz pierwszy usłyszała od lekarki, że dopóki jest tętno dziecka, nie można zrobić nic.

– Dwa razy dziennie pobierali mi krew. Sprawdzali, czy zaczęła się sepsa – tłumaczy kobieta. O zakażenie rzeczywiście nie byłoby trudno: otwarte drogi rodne, krwawienie, Natalia przez nikogo nie była myta, sama także nie mogła się umyć. Był marzec 2022 roku, pół roku po śmierci Izabeli z Pszczyny, kobieta znała jej historię i była przerażona. W końcu zaczęła czuć jeszcze mocniejsze skurcze parte. Mąż Natalii pobiegł do dyżurki mówiąc, że żonę strasznie już brzuch boli. Wtedy przyszedł kolejny lekarz.

– To był taki starszy pan, w wieku emerytalnym. Chyba dlatego się nie bał. Powiedział otwarcie, że żeby to dziecko miało jakikolwiek szanse, musiałabym leżeć z nogami do góry przez kolejne dziesięć tygodni. Z tym cewnikiem, z tymi skurczami i z tą krwią – wymienia Natalia.

Wtedy odpięto jej kroplówki.

– Gdybym wiedziała, że to jest kwestia popchnięcia jednego skurczu, zrobiłabym to wcześniej – wzdycha. Dziś jest mamą zdrowego chłopca. W drugiej ciąży szyjka także szybko się kurczyła, ale urodziła później. Zmieniła szpital, miała bardzo dobre doświadczenia. Była informowana, czuła się szanowana i słuchana. Nie planuje jednak kolejnych ciąż.

Bohaterki na siłę

Jakie są skutki odmowy aborcji kobietom, które jej potrzebują? Szukając odpowiedzi na to pytanie, naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadzili w 2017 roku wywiady z prawie tysiącem Amerykanek, chcących zrobić aborcję. Wszystkie kobiety zgłosiły się w tym celu do odpowiedniej kliniki, a badania (The Turnaway Study) pokazały, że te z nich, którym odmówiono zabiegu, po pięciu latach zgłaszały więcej objawów lęku, niższą samoocenę i niższą satysfakcję z życia, niż kobiety, których ciąże terminowano.

Jakie mogą być tego konsekwencje? – Obniżony poziom dobrostanu matki będzie wpływał również na jej więź z dzieckiem, a bez odpowiedniego wsparcia także na rozwój samego dziecka – tłumaczy Joanna Gruhn-Devantier. – Poczucie bycia zmuszoną do decyzji w tak ważnej sprawie może zwiększać obciążenie psychiczne i wywołać obniżenie nastroju. I choć nigdy nie jest to zależność stuprocentowa, widzimy, że statystycznie to ryzyko może się zwiększać.

– Ciesze się, że Marta Nawrocka miała wybór – mówi Natalia, kiedy pytam o emocje po wywiadzie z prezydentową. Choć sama nie wie, czy jej partner wsparłby ją w decyzji o przerwaniu ciąży, ona wsparłaby każdą koleżankę. I tę, która decyduje się na aborcję i tę, która chce urodzić chore dziecko. – Nie róbmy tylko z ludzi bohaterów na siłę – przekonuje.

Co Polacy myślą o aborcji?

– Od lat wiemy, że sama aborcja nie wiąże się ze zwiększonym ryzykiem zaburzeń psychicznych u kobiet i w większości przypadków nie jest źródłem skrajnie trudnych stanów emocjonalnych – tłumaczy Joanna Gruhn-Devantier, odwołując się do raportu Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego z 2008 roku. – Jednak brak wsparcia, silny stres czy konieczność radzenia sobie z dodatkowymi barierami mogą być poważnym obciążeniem psychicznym. W takich warunkach rośnie ryzyko trudnych reakcji emocjonalnych, a czasem także dalszych negatywnych konsekwencji dla zdrowia psychicznego. Nie z powodu samego zabiegu, lecz ze względu na towarzyszące mu doświadczenia.

Badania pokazują, że taka perspektywa jest Polakom bliska. – Zaskoczył nas w Polsce wyjątkowo silny fundament troski. Silniejszy, niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy w Stanach Zjednoczonych – tłumaczy dr Zofia Włodarczyk, socjolożka i współautorka raportu międzynarodowej organizacji More In Common „Z troską i empatią. Polki i Polacy o prawie do przerywania ciąży” z 2024 roku. – Owszem, polscy politycy mówią o przerywaniu ciąży raczej z perspektywy bezosobowej legislacji, ale Polki i Polacy patrzą na ten temat z perspektywy kobiety – podkreśla badaczka.

Według raportu tylko 9 proc. Polaków uważa, że przerywanie ciąży powinno być całkowicie zakazane przez prawo, z kolei 59 proc. Polek i 54 proc. Polaków – że kobieta powinna mieć możliwość przerwania ciąży z ważnych przyczyn osobistych bez konieczności ich podawania. W centrum stawiają ich bezpieczeństwo i zdrowie, w tym także psychiczne. Dlaczego debata publiczna w Polsce często rozmija się z tą perspektywą?

– Z jednej strony polaryzujące stawianie sprawy lepiej się klika w mediach, z drugiej polscy politycy są bardziej konserwatywni niż społeczeństwo – przekonuje dr Włodarczyk. – Może to wynikać z tego, że w polityce jest dużo więcej starszych mężczyzn, niż w społeczeństwie w ogóle. A starsi mężczyźni są najbardziej konserwatywni, szczególnie jeśli chodzi o aborcję.

Kluczem w debacie publicznej, a co za tym idzie, w poczuciu bezpieczeństwa ciężarnych Polek, okazuje się także język. Polacy odrzucają komunikaty nacechowane silnym ładunkiem ideologicznym. Z hasłami takimi, jak „aborcja to morderstwo” czy – z drugiej strony – „aborcja jest ok” w badaniu More In Common Polska nie zgodziło się po równo 60 proc. osób. Jednocześnie 73 proc. badanych zgodziło się z twierdzeniem „brak dostępu do aborcji zagraża życiu i zdrowiu kobiet”.

Dla bezpieczeństwa

Kolejna historia mogłaby być lustrzanym odbiciem doświadczeń Marty Nawrockiej. Niestety jednak, w krzywym zwierciadle. Bo Ewa dopiero ostatnio zrozumiała, że wyboru nie miała.

Tak jak Nawrocka i zdecydowana większość nastolatek nie planowała ciąży w liceum. To, że w niej jest, okazało się kilka miesięcy przed maturą. Nie używali z chłopakiem antykoncepcji, bo to jeszcze większy grzech niż samo współżycie. Starali się chronić stosunkami przerywanymi, a Ewa liczyła dni według „kalendarzyka” i trzymała swój sekret w tajemnicy.

Jej dorastanie to regularne spotkania wspólnoty neokatechumenalnej, dwugodzinne msze w każdy sobotni wieczór i zero rozmów o seksualności. Na biologii wstydziła się otwierać stronę podręcznika z nagimi ciałami, a przebierając się w łazience zakrywała ciało tak, żeby Bóg nie widział jej nagiej.

O tym, jak działa ludzki organizm, dowiedziała się w praktyce.

Kiedy chłopak powiedział jej, że musi urodzić i wyjść za mąż, uwierzyła. Kiedy popchnął ją, ciężarną, po raz pierwszy, dała się przekonać, że bez niej się zabije. Ubierając w dniu ślubu białą sukienkę, czuła, że jest już za późno. Nikt nie nauczył jej, że może powiedzieć „nie”.

I że przemoc zwykle eskaluje.

Koniec życia

Podczas pierwszego porodu doszło u niej do pęknięcia szyjki macicy. Ale kiedy tylko minęło sześć tygodni połogu, mąż oczekiwał współżycia. „To sakrament” – nie dawał się przekonać. Ewa ważyła 45 kilogramów i znów nie miała wyboru. Czuła w sobie sztylet, prosiła: wyjdź, kończ. On powtarzał: „jeszcze chwilę”. – Dawałam sobie wmówić, że jestem żoną, a on ma swoje potrzeby. Przecież jest młodym mężczyzną – wspomina.

Po drugim porodzie lekarz odradzał jej kolejną ciążę. Szyjka zabliźniła się i nie było wiadomo, ile wytrzyma, Ewa spędziła w szpitalu dwa tygodnie pod kroplówką, z sondą do żołądka i noworodkiem. Antykoncepcja hormonalna nie wchodziła w grę przez konflikt z innymi lekami. Ginekolog zaproponował wkładkę domaciczną, ale tu pojawił się problem. Dla męża wkładka to mordowanie dzieci, tak samo zresztą słyszeli w kościele. Prezerwatyw używać nie chciał. Nie lubił, a poza tym – to grzech. Co mogła wybrać, nie mając dostępu do wspólnego konta?

Kilka lat po urodzeniu trzeciego dziecka, Ewa przeżyła pierwsze współżycie z mężem bez przemocy. Pierwszy raz wyjechali razem sami, kieliszek wina pomógł jej się nie bać. Dziś jest w trakcie rozwodu, terapii, po leczeniu farmakologicznym depresji i stanów lękowych. Ma nastoletnie dzieci. Kocha je nad życie. Ale kiedy pytam ją o wybór, powtarza: – Ja go nie miałam. – I dodaje: – Dla mnie być „za życiem”, to również dbać o to, żeby życie nastolatek, które wsparcia nie mają, nie kończyło się, kiedy widzą pozytywny wynik testu ciążowego.

Chciałaby o tym opowiedzieć prezydentowej.

Dla kobiet w naszej rodzinie

– U nas przy drugim dziecku mieliśmy taki dylemat. Było duże prawdopodobieństwo, że dziecko może się urodzić z zespołem Downa. Mimo to zdecydowaliśmy się kontynuować ciążę, ale ważne było dla nas to, że sami o tym zadecydowaliśmy – mówiła w badaniu organizacji More In Common Polska pani Marcelina, trzydziestolatka. Tak, jak Marta Nawrocka, przyznaje, że mogła wybrać. Co to zmienia?

– Daje poczucie sprawczości i wpływu na własne życie – tłumaczy Joanna Gruhn-Devantier i dodaje: – Nawet jeżeli później mierzę się z trudnościami, mam poczucie, że postąpiłam w zgodzie ze swoimi wartościami i przekonaniami, a to wzmacnia poczucie podmiotowości i pomaga lepiej radzić sobie z wyzwaniami. W zupełnie innej sytuacji będzie osoba, która podjęła dramatyczną decyzję z przekonaniem, że wyboru nie ma. Dodatkowo, trudniejsza sytuacja zdrowotna, ekonomiczna czy brak wsparcia bliskich jeszcze bardziej utrudniają poradzenie sobie w takiej sytuacji.

W badaniu organizacji More In Common Polska, aż 31 proc. badanych Polek i Polaków przyznało, że zna osobę, która zdecydowała się na aborcję. Zgodnie z najnowszymi danymi Narodowego Funduszu Zdrowia w 2025 roku wykonano w Polsce co najmniej 846 legalnych zabiegów terminacji ciąży. W tym samym czasie Fundacja Aborcja Bez Granic wspierała kobiety w 38,5 tysiącach zabiegów poza systemem. Według jej szacunków w Polsce co roku przerywanych jest około 100 do 120 tysięcy ciąż.

Co zmienia bezpośrednie zetknięcie się z taką sytuacją? – Kiedy chodziliśmy na protesty, wiedziałem, że to prawo krzywdzi wiele osób – odpowiada brat Alicji, Tomek. – Ale nie myślałem o tym, że robimy to także dla kobiet w naszej rodzinie. Dla mojej siostry.

Komentarze