0:00
Prawa autorskie: Maciek Jazwiecki / Agencja GazetaMaciek Jazwiecki / A...
29 sierpnia 2022

Rządowy projekt uderza w prawo do strajku. Przebiegły plan, czy zwykły bubel? [ROZMOWA]

Rząd szykuje się na fale jesiennych protestów i knuje, jak zdusić strajki w zarodku? Takie podejrzenia wywołał rządowy projekt Ustawy o sporach zbiorowych. Czy to zasadne obawy? Rozmowa z Grzegorzem Ilinickim, prawnikiem OPZZ „Konfederacja Pracy”

Wydrukuj

Dynamika społecznych niepokojów ma to do siebie, że z reguły spada w okresie wakacyjnym, a wraz z początkiem jesienni potrafi wystrzelić do góry. A w tym roku powodów do niezadowolenia Polacy mają aż nadto.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w czerwcu i lipcu przez IBRIS, najbardziej niepokoi nas szalejąca inflacja, czyli rosnące ceny i coraz wyższe koszty życia. Nasze obawy budzi, co naturalne, wojna w Ukrainie, ale niepokoi nas też widmo wojny politycznej w kraju, którą przyniosą zbliżające się wybory parlamentarne. Martwimy się, co przyniosą kolejne miesiące – i to dosłownie, bo straciliśmy pewność, jak ogrzejemy nasze mieszkania zimą.

Poza tym, co wskazano w badaniach, na horyzoncie majaczy widmo nawracającej pandemii i kolejnych lockdownów, a także konsekwencji katastrofy klimatycznej, czego zapowiedzią mogą być choćby wysychające dziś rzeki.

To wszystko tworzy mieszankę wybuchową – a ostrze społecznej krytyki i frustracji zostanie skierowane w stronę rządu, nawet jeśli nie odpowiada on za wszystkie nasze problemy. Czy to znaczy, że czeka nas fala jesiennych protestów?

Projekt Ustawy o sporach zbiorowych może świadczyć o tym, że rząd taką diagnozę już postawił i teraz za wszelką cenę chce bronić się przed gniewem ludu. Jak na razie udało mu się ściągnąć na siebie gniew związków zawodowych – i to wszystkich.

Związkowcy uważają, że projekt nowej ustawy znacząco ogranicza prawo do strajków, pozbawia też siły działania małych związków zawodowych. Co więcej, rząd zamachnął się także na prawo do strajku solidarnościowego, czym naraził się nawet „Solidarności”.

Konsultacje w sprawie projektu mają odbyć się w trzecim kwartale roku – ale o tym, czy do tego dojdzie i co dokładnie znalazło się w jego zapisach rozmawiamy z Grzegorzem Ilinickim, prawnikiem OPZZ „Konfederacja Pracy”.

Bartosz Rumieńczyk: Mówią, że rządowi udało się zjednoczyć związkowców.

Mec. Grzegorz Ilnicki, OPZZ „Konfederacja Pracy”: I mówią trochę na wyrost. Związki często mówią jednym głosem, zwłaszcza gdy chodzi o wspólne interesy.

I teraz te interesy zostały zagrożone?

Oczywiście! Przecież ta nowa ustawa o sporach zbiorowych jest niekorzystna dla pracowników.

Dlaczego?

Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych służy temu, by łagodzić istniejące spory, które w sposób naturalny i oczywisty występują między pracodawcami a pracownikami reprezentowanymi przez związki zawodowe. Jednym z argumentów, które związki mogą wysunąć w ramach sporu jest strajk. Ale ustawa, o której rozmawiamy, nie jest ustawą o strajkowaniu. To ustawa o tym, jak rozwiązywać spór i kiedy strajk może być użyty.

Strajk, jak mówi podręcznik prawa pracy, który czytają studenci na czwartym roku studiów, jest prawem człowieka. Każdy człowiek ma prawo do odmówienia pracy, by wyrazić niezgodę na niegodne warunki pracy. Jeśli więc nazywamy coś prawem człowieka, to znaczy, że wszystkie przepisy, które narastają wokół tego prawa, mogą mieć funkcję wyłącznie organizatorską.

Co to znaczy?

To znaczy, że przepisy mogą zabezpieczać wykonywanie tego prawa, ale nie mogą go ograniczać. Mamy prawo wyborcze, czyli prawo do udziału w wyborach i wyłaniania swojej reprezentacji. Wyobraźmy sobie więc przepisy, które sprawiają, że obywatel oczywiście może wrzucić swój głos do urny, ale będzie miał przy tym tyle kłopotów, że realnie z tego prawa skorzysta. Wyobraźmy sobie, że przy wyborach ogólnokrajowych możemy głosować wyłącznie w Warszawie – oczywiście można do Warszawy dojechać, ale czy to będą wybory realnie dostępne dla osób uprawnionych?

I podobnie jest z proponowaną ustawą. Ona nie rozwiązuje żadnego problemu, który łączy się z zagwarantowaniem prawa do strajku i czyni to prawo iluzorycznym. Ale tu nawet nie chodzi o sam strajk, my nie protestujemy przeciw ustawie, dlatego że chcemy strajkować. Istotą prawa do strajku, jest to, że podczas rozmów i negocjacji z pracodawcą pracownik ma ten ostateczny argument, jakim jest odmowa pracy, a to dla pracodawcy niesie konkretne problemy oraz realne straty finansowe. Ale to, że związki zawodowe mają ten argument, nie znaczy, że zawsze go używają. To jak naładowany pistolet w kaburze. To, że ktoś go ma, nie znaczy, że z niego wystrzeli. I ta ustawa ten ostateczny argument jeszcze bardziej ogranicza.

W jaki sposób? Przecież propozycje ustawy poszerzają samą definicję sporu zbiorowego, trzymając się pana porównania - dają więcej amunicji pracownikom.

To jedyna zmiana, która jest pozytywna, bo doprecyzowuje, co może być źródłem sporu zbiorowego, tak aby pracodawcy nie podważali jego zasadności. Np. pracodawca początkowo nie uznawał sporu w zakresie ograniczenia umów na czas określony, czyli umów śmieciowych w Parocu, gdzie doszło w zeszłym roku do wielkiego strajku. Mimo że merytorycznie ta zmiana wiele nie wnosi, bo jest zmianą redakcyjną – to odbiera pracodawcom argument, że spór zbiorowy może być wąsko traktowany.

Z drugiej strony ustawa odbiera prawo do strajku solidarnościowego. Brzmi groźnie, bo solidarność w polskim słowniku ma szczególny ciężar gatunkowy. Ten zakaz mona tez łatwo wyciągnąć na sztandary.

Tyle że w Polsce nie ma strajków solidarnościowych. To zmiana z całą pewnością daleka od propracowniczej, ale o niewielkiej sile rażenia. Choć oczywiście są takie miejsca, w których ten strajk jest możliwy, bo strajk solidarnościowy to udzielenie wsparcia grupie, która nie ma możliwości strajkowania.

Co to za grupy?

To pracownicy, którzy nie mogą opuścić swojego miejsca pracy z uwagi na jej strategiczny charakter, zagrożenia BHP, czy zagrożenia zdrowia lub życia. Aby nie podawać przykładu lekarzy, weźmy pracowników huty – od niektórych stanowisk po prostu nie można odejść. Można pozostawać w trybie dozoru, ale nie można opuścić miejsca pracy.

Mamy grupy kapitałowe, składające się z wielu spółek, które tak naprawdę są jednym wielkim zakładem pracy, np. grupy energetyczne, w których strajk solidarnościowy może mieć zastosowanie.

Ale skoro nie jest to popularna forma protestów, to po co ją ograniczać?

Prawo zmienia się po coś – prawnicy nazywają to ratio, cel i sens zmian. A jakie tu jest ratio? Ja nie widzę żadnego.

A jakie jeszcze widzi pan zagrożenia?

Zmuszanie związków do wyłaniania wspólnej reprezentacji, co jest skandaliczne. Bo jeśli w zakładzie pracy działa tzw. żółty związek zawodowy, czyli prowadzący pozorną działalność związkową i będący przedłużeniem interesów pracodawcy, bo staje po jego stronie, to jest to zmuszanie uczciwej reprezentacji pracowniczej do wyłaniania wspólnej reprezentacji z nieuczciwą — co uderza w interesy pracowników.

A to nie jest tak, że jeśli wszystkie związki się dogadają, to wówczas będą reprezentować większe grono pracowników?

Ale nie można utrudniać małym związkom prowadzenia sporów zbiorowych. A jeśli spór zbiorowy, w przypadku braku porozumienia, zakończy się strajkiem, to przecież o przystąpieniu do niego pracowników nie decydują związki zawodowe, a każdy pracownik indywidualnie.

A wcześniej musi być przeprowadzone referendum związkowe, w którym związek musi zdobyć ponad 50 proc. głosów. To wysoki próg.

I już samo referendum strajkowe jest antypracownicze i narusza prawo do strajku. Przecież w referendum pracownicy nie decydują o tym, czy zakład staje, czy nie. W referendum pracownicy decydują, czy dana grupa zawodowa, albo indywidualni pracownicy mogą podjąć własną decyzję, czy chcą przystąpić do strajku, czy też nie.

Oczywiście wyznaczenie zasad, takich jak złożenie postulatów, przystąpienie do negocjacji, jest jak najbardziej potrzebne, ale sytuacja, w której cały zakład decyduje, czy ktoś może, czy nie może zdecydować się indywidualnie na strajk, jest niczym innym jak odbieraniem prawa do strajku.

Są przecież w zakładach pracy grupy zawodowe, które są w gorszej sytuacji pracowniczej niż inne. I jeśli są to grupy o małej liczebności, to tak naprawdę muszą prosić o zgodę wszystkich dookoła, by skorzystać ze swojego prawa do strajku.

I do tych ograniczeń dokładamy kolejne – każemy małym związkom prosić duże, by mogły wejść w spór zbiorowy. Czyli mamy potrójne ograniczenie: najpierw mały związek musi dogadać się z dużym, potem wygrać referendum strajkowe, a potem namawiać pracowników, by dołączali do strajku.

A pracownicy mają różne interesy. Pracowałem w dużych portalach internetowych, w których tak naprawdę redaktorzy, czy dziennikarze stanowili mniejszość i ich interesy różniły się np. od interesów działów IT, promocji, czy administracji, i na odwrót.

Z kolei w halach fabrycznych stosunek pracowników umysłowych do fizycznych to często 30 do 70. Informatycy, projektanci, sprzedaż, administracja – tłumy ludzi, którzy niekoniecznie rozumieją problemów ludzi na produkcji. Ludzie na produkcji mają swoje sprawy – i tu chodzi nie tylko o wynagrodzenia, ale okresy rozliczeniowe, specyficzne godziny pracy, pracę w weekendy, niedobory pracowników – i nie będą mogli przystąpić do akcji strajkowej, bo ci, których to nie dotyczy, nie wezmą udziału w referendum. I niech w tej grupie pracowników będzie mały związek zawodowy, któremu każemy dogadywać się z dużym związkiem zawodowym tzw. błękitnych kołnierzyków, żeby móc wejść w spór zbiorowy. Przecież to się po prostu nie uda.

W ustawie proponuje się też wyznaczenie ram czasowych sporu zbiorowego. 9 miesięcy plus 3 miesiące, o które można go przedłużyć.

Już teraz pracodawcy często przedłużają w sposób sztuczny przebieg sporu, np. spotykają się raz w miesiącu, grając na czas. Trudno oczekiwać, by raptem w te dwanaście miesięcy chcieli się dogadać.

A co jest złego w tym, że ustawodawca chce sądownie badać ważność referendum, to kolejna propozycja. Przecież jeśli związek dopilnuje wszystkich formalności, to sąd to klepnie i po sprawie.

Zanim sąd to klepnie, związek będzie musiał przejść wielomiesięczną drogę przez mękę rozpatrywania sprawy, bo żaden sąd nie obrobi tego w kilka dni. Ta ustawa mówi też, że strajk nie może być ogłoszony krócej niż z pięciodniowym wyprzedzeniem, aby także pracodawca miał szansę się przygotować.

Czyli z jednej strony dajemy pięć dni na rozpoczęcie strajku, a z drugiej postuluję się przepis, który de facto sprawi, że strajk nie będzie możliwy przez wiele miesięcy. A strajk ma sens wtedy, kiedy w zakładzie pracy jest dynamika, także dynamika emocji.

Proszę sobie wyobrazić, że ktoś chce zorganizować protest w centrum Warszawy, a my będziemy przez kilka miesięcy sprawdzać, czy ten protest będzie legalny, czy nie.

Gdy sąd wyda zgodę, pewnie nie będzie już przeciw czemu protestować.

I taka samo będzie ze strajkiem. Proszę też zwrócić uwagę, że za rządów PiS i wcześniejszych PO zlikwidowano około stu sądów pracy. Nie jeden, dwa czy pięć – z mapy Polski zniknęło około stu sądów pracy! Sto powiatów straciło sądy pracy. Co to oznacza? Że w Polsce w kwestiach pracowniczych nie ma komu orzekać! W Warszawie na termin w sprawie niesłusznego zwolnienia czekałem ostatnio półtora roku. Takich przykładów jest ogromnie dużo.

A przecież w interesie pracodawcy nie będzie leżało jak najszybsze ustalenie, czy referendum strajkowe było przeprowadzone poprawnie czy nie – tylko to, aby do strajku nie doszło.

Narzędziem pacyfikacji nastroju strajkowego będzie przeciąganie postępowania sądowego. Są w Polsce kancelarie, które żyją z utrudniania działalności związkowej, to będzie dla nich świetny biznes.

Zresztą, pracodawcy zawsze podnosili swoje zastrzeżenia co do rozmaitych formalności, ale przecież istnieje odpowiedzialność post–factum, a organizator nielegalnego strajku ponosi odpowiedzialność karną. To nie jest tak, że można sobie przeprowadzić jakieś tam referendum.

Dlaczego "socjalny" PiS staje po stronie pracodawców?

Mogę się tylko domyślać. Ten projekt stawia rząd w trudnej sytuacji, bo PiS naraża się wspierającej go „Solidarności”. Jak na razie to trochę wygląda tak, jakby ktoś miał pomysł, by coś zmienić, ale nie rozeznał się w sytuacji społecznej. Pamiętamy projekt dwóch Kodeksów pracy – zbiorowego i indywidualnego. Sam pomysł, żeby popatrzeć na prawo pracy i zaproponować reformę był dobry, w pracach brało udział wiele autorytetów, a finalnie powstał potworek, który nie zaspokajał ani potrzeb pracodawców, ani pracowników.

Zaraz, zaraz. Chce pan powiedzieć, że te zmiany to nie sprawa polityczna?

Wiem, że mówi się, że to próba utrudniania strajków, żeby powstrzymać falę protestów, która może wybuchnąć jesienią przez inflację i coraz wyższe koszty życia.

Ale ja się skłaniam ku temu, że ktoś w ministerstwie przyniósł ustawę, którą wrzucono bezmyślnie i bez zrozumienia, jakie emocje może wzbudzić.

Zresztą ta ustawa wygląda, jakby pisał ją teoretyk, a nie praktyk.

Czyli co? Bubel prawny?

Jeśli przyjmuję się ustawę – to w celu unormowania jakiegoś obszaru życia społecznego, czyli ma się jakiś pomysł, by coś zmienić na lepsze. A ja tu takiej zmiany na lepsze nie widzę, z wyjątkiem doprecyzowania, czym jest przedmiot sporu, przy czym tak jak mówiłem na początku, to poprawka redakcyjna, niemerytoryczna. Natomiast, jakie zmiany na lepsze w prowadzeniu sporów zbiorowych może przynieść ta ustawa?

Poza tym ministerstwo sama sobie zaprzecza. Adrianna Rozwadowska słusznie zauważa, że w uzasadnieniu ustawy jest mowa, że strajki solidarnościowe są nadużywane, a minister Marlena Maląg mówi, że to instytucja nieużywana, więc niepotrzebna. Tam nie ma żadnej głównej myśli, więc obawiam się, że to nie czynniki polityczne wyszły z tą ustawą.

Lobby pracodawców?

Nie wykluczam, są przecież różne grupy interesów. Póki co jednak widzimy, że nikt z rządu nie chce zostać twarzą tego projektu, a skoro nikt nie ma interesu politycznego w tym, by tę ustawę przeforsować, to moim zdaniem nastąpi wycofanie się z tego projektu i nawet nie wejdzie pod obrady Sejmu. I słusznie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne