“Potwierdzają się nasze hipotezy, że kobiety sobie nie radzą z sytuacją, w której muszą kontynuować ciążę bez względu na to, jak bardzo uszkodzony jest płód i rozwijają się u nich zaburzenia psychiczne” – mówi dr Aleksandra Krasowska
Od pięciu lat żyjemy w rzeczywistości, w której wykrycie ciężkiej, nieuleczalnej choroby płodu nie jest podstawą do zakończenia ciąży. Niektóre kobiety nie radzą sobie z tak traumatyczną sytuacją. Cierpienie związane z koniecznością kontynuowania ciąży może na tyle pogorszyć ich stan psychiczny, że zagraża to ich życiu i zdrowiu. Zidentyfikowanie takiego zagrożenia stanowi nadal wystarczający powód, by ciążę przerwać.
Dlatego zdesperowane kobiety szukają pomocy u lekarzy psychiatrów. Niektórzy z nich jej odmawiają zasłaniając się (lub nie) światopoglądem. Inni, jak nasza rozmówczyni dr Aleksandra Krasowska, po zbadaniu pacjentki i stwierdzeniu, że jej stan psychiczny rzeczywiście zagraża życiu czy zdrowiu, wypisuje zaświadczenie stwierdzające ten fakt. Nie wszyscy lekarze ginekolodzy traktują je jednak poważnie, na zasadzie, że psychiatria nie jest wystarczająco „twardą”, precyzyjną dziedziną medycyny.
Używanie przez niektórych lekarzy terminu furtka psychiatryczna świadczy o bagatelizowaniu losu kobiet, które zgłaszają się do nas w cierpieniu, w kryzysie – twierdzi dr Krasowska.
Sławomir Zagórski, OKO.press: Rozmawialiśmy blisko 5 lat temu, kiedy w wyniku wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaostrzono prawo aborcyjne w Polsce uniemożliwiając przerywanie ciąży w przypadku „dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. Przyznała pani wówczas, że jako lekarz psychiatra wydaje pani kobietom noszącym uszkodzony płód zaświadczenie o zagrożeniu ich życia lub zdrowia. Na podstawie takiego zaświadczenia ginekolog może zgodnie z prawem dokonać terminacji ciąży.
Ponad miesiąc temu w Krakowie odbyła się XXII Konferencja Szkoleniowa z zakresu ginekologii i położnictwa, w którym wzięli udział lekarze, a także prawnicy. Fragmenty obrad znalazły się na profilu Kolektywu Legalna Aborcja. To, co zdarzyło się w trakcie Konferencji, wywołało pani reakcję upublicznioną na Facebooku. Co panią skłoniło, by zabrać głos w tej sprawie?
Dr n. med. Aleksandra Krasowska*: Treści, które padły podczas tego spotkania, były moim zdaniem niezgodne z obowiązującą wiedzą medyczną w zakresie psychiatrii. Niezgodne z tym, jak dzisiaj podchodzimy do problemów z zakresu zdrowia psychicznego. W jaki sposób należy traktować osoby, u których podejrzewamy istnienie choroby czy zaburzeń psychicznych. Wreszcie jak traktujemy osoby, które były już ocenione przez lekarza psychiatrę i stwierdzono u nich zaburzenia psychiczne, które wymagają dalszych interwencji medycznych. Nie tylko psychiatrycznych, ale – akurat w tym konkretnym przypadku – również w zakresie ginekologii.
I to było moim zdaniem na tyle sprzeczne z tym, w jaki sposób podchodzimy współcześnie do problematyki z zakresu zdrowia psychicznego, że postanowiłam zareagować.
Psychiatria jest trochę, jak to się mówi, „czarną owcą medycyny”. Istnieje wiele przekonań, mitów, stereotypów na jej temat.
Dlatego oczekiwałabym, by grupa lekarzy wypowiadała się na tematy związane z psychiatrią nie tylko z większym szacunkiem, ale też z większą ostrożnością.
Proszę zwrócić uwagę, że w szkoleniu brała też udział profesor psychiatrii z Łodzi.
Przysłuchiwałam się jej wypowiedziom. Oczywiście szanuję zdanie kolegów specjalistów. Natomiast w momencie, gdy specjalista wypowiada się w sposób sprzeczny z obowiązującą wiedzą medyczną, a także stanowiskami licznych autorytetów w Polsce, zarówno w zakresie medycyny, jak i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia czy Rzecznika Praw Pacjenta, to moim zdaniem należy zaprotestować.
Powiedzmy w takim razie, co konkretnie panią wzburzyło. Zacznijmy od stwierdzenia wspomnianej profesor psychiatrii z Łodzi, że nie powinno się wydawać zaświadczeń o zagrożeniu życia lub zdrowia na podstawie wizyty online. Podobnego zdania jest Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Przyznała pani na Facebooku, że sama nie lubi przyjmować w ten sposób pacjentów. Jednocześnie podkreśliła, że konsultacja online jest dziś całkowicie zgodna zarówno ze sztuką, jak i z prawem.
To prawda. Zdaję sobie sprawę, że w stanowisku Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego pojawia się sformułowanie, iż wizyta w przypadku oceny czy kontynuacja ciąży stanowi zagrożenie dla zdrowia lub życia kobiety i są ewentualnie wskazania do terminacji ciąży ze względu na to zagrożenie, powinna odbyć się stacjonarnie, a nie online.
Musimy patrzeć na wytyczne towarzystw, na zalecenia, w sposób krytyczny, używając własnego rozumu i rozsądku.
Nie może być tak, że tylko od jednej grupy pacjentek czy pacjentów we współczesnej medycynie wymaga się, żeby te konkretne osoby, musiały być badane w psychiatrii stacjonarnie. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma takiego oczekiwania wobec pacjentów z psychozą, ze schizofrenią, z epizodem depresyjnym. Takie oczekiwanie dotyczy wyłącznie kobiet w ciąży.
To budzi mój głęboki sprzeciw. Uważam, że w tej sytuacji powinniśmy patrzeć krytycznie na zalecenia płynące z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Zwłaszcza że prawo mówi wyraźnie, iż wizyty online są równoważne z wykonywanymi stacjonarnie.
Zarówno w psychiatrii, jak i we wszystkich innych dziedzinach medycyny, można na ich podstawie wystawić receptę, zwolnienie lekarskie. Te wizyty są honorowane i są ważne. To, że ja preferuję kontakt stacjonarny, to mój sposób pracy. Natomiast nie jest tak, że ja go stosuję wyłącznie wobec jednej grupy pacjentek. Po prostu wolę pracować stacjonarnie. Zarówno z kobietami w ciąży, jak i kobietami, które nie są w ciąży, z mężczyznami, z osobami starszymi. Czyli de facto ze wszystkimi pacjentami, którzy się do mnie zgłaszają.
Znam psychoterapeutę, który nie podejmuje się w ogóle terapii online. Nawet jeśli zna dłużej pacjenta. Rozumiem, że on dostrzega wyższość sytuacji, gdy przyjmuje kogoś u siebie w gabinecie.
Ja też zazwyczaj uznaję wyższość takiej wizyty. Natomiast widzę również przewagę badania online w sytuacjach, które tego wymagają. Np. gdy dana osoba mieszka wiele kilometrów od miejsca, w którym znajduje się lekarz psychiatra i nie ma możliwości dojazdu. Ze względu np. na ograniczenie ruchomości czy na to, że sprawa jest bardzo pilna i konsultacja powinna odbyć się jak najszybciej.
Są więc okoliczności, w których powinniśmy doceniać i doceniamy wizyty online. Tyle tylko, że powinniśmy z tego zasobu korzystać, znowu, w sposób rozsądny. Tzn. jeśli z jakiegoś powodu w procesie terapeutycznym nie jest wskazane, by wizyty odbywały się online, dlatego że np. widzimy, że ta forma komunikacji wpływa na relację terapeutyczną, zaleca się, żeby takiej konsultacji nie robić.
Znam lekarzy psychiatrów, którzy z założenia nie pracują zdalnie. I ja to szanuję. Natomiast to pokazuje, że my używamy tego narzędzia, tak jak wszystkich innych, czyli zgodnie ze swoimi kompetencjami. Zgodnie z tym, czy czujemy się komfortowo w wykorzystywaniu tej drogi komunikacji, ale też w zgodzie z obowiązującym w Polsce prawem. A także informując z góry, że ten konkretny lekarz, ten psychoterapeuta, nie przyjmuje pacjentów zdalnie, tylko pracuje w gabinecie osobiście. I to jest w porządku.
Natomiast sytuacja, w której wyróżniamy jedną konkretną grupę pacjentów i uniemożliwiamy jej skorzystanie z konsultacji online, w moim przekonaniu jest silnie stygmatyzująca. Jeśli bowiem dany lekarz przyjmuje zdalnie pacjentów, którzy są w kryzysie emocjonalnym, którym coś złego dzieje się w pracy i nie wytrzymują napięcia, na skutek czego pojawiają się u nich problemy ze snem, z apetytem czy z nastrojem, a także osoby, które np. leczą się przewlekle z powodu depresji czy zaburzeń lękowych, w taki sam sposób powinien traktować kobiety, które są w ciąży i potrzebują konsultacji do oceny swojego stanu psychicznego.
Jeżeli lekarz prowadząc badanie online stwierdzi, że nie jest w stanie ocenić stanu psychicznego badanej osoby, powinien zaprosić ją do gabinetu. Ale podstawa takiego działania powinna być merytoryczna! Jeżeli z jakiegoś powodu nie jestem w stanie wykonać swojej pracy online, zaproszę pacjentkę/pacjenta na kolejną wizytę do gabinetu. A jeżeli jestem w stanie, to to zrobię.
Przechodzimy do drugiej kwestii. Podważyła pani opinię prawnika Radosława Tymińskiego, który w Krakowie dziwił się: „Jak na jednej wizycie można rozpoznać chorobę pacjenta i to, co mu pomoże w zakresie psychiatrii? Ja tego trochę nie rozumiem. Zwłaszcza dlatego, że ocena poczytalności sprawcy, tego, czy ktoś jest poczytalny, zajmuje od 4 do 8 tygodni obserwacji. A tutaj na jednej wizycie od razu możemy powiedzieć”. Wytknęła mu pani niewiedzę.
Bo to, co powiedział, jest błędem. Pozostaje niezgodne z obowiązującą wiedzą medyczną, ale również z normami prawnymi.
I takie przekonania, takie hasła rzucone, wydaje się, spod małego palca, należy korygować, ponieważ doszło tu do poważnego przekłamania.
Po pierwsze, sytuacja, w której człowiek podejrzany o popełnienie przestępstwa jest badany przez psychiatrów, by stwierdzić, czy jest zdolny do rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem, to zupełnie inne badanie i zupełnie inna procedura niż wtedy, gdy ktoś przychodzi po pomoc do lekarza psychiatry.
Po drugie, nawet to, co powiedział prawnik na temat badania poczytalności, jest nieprawdą. Zdecydowana większość badań w ramach procedury oceny zdolności rozpoznania znaczenia czynu, pokierowania swoim postępowaniem, ma bowiem charakter jednokrotnego badania przez psychiatrów. Zdarza się, że psychiatrzy po jednokrotnym badaniu nie są w stanie ocenić stanu psychicznego danej osoby i tego, czy była ona poczytalna, bądź miała poczytalność ograniczoną w stopniu znacznym lub zniesioną. Informują o tym prokuratora i wtedy rozpatrywana jest kwestia umieszczenia takiej osoby na obserwacji psychiatrycznej.
I dopiero ta obserwacja rzeczywiście może trwać kilka tygodni. A zatem dotyczy to wyłącznie wybranych sytuacji, nie stosuje się zaś tego rutynowo. Rutynowo psychiatrzy oceniają poczytalność podczas jednokrotnego badania.
Rozumiem, że jako prawnik ten mówca może nie wiedzieć, jak pracuje psychiatra. Ja chętnie wyjaśnię, że jest możliwe postawienie diagnozy na pierwszej wizycie. Ponieważ nas się do tego szkoli. I dlatego jesteśmy specjalistami, żeby wiedzieć, w jaki sposób badać człowieka i postawić rozpoznanie. Jeśli nie jesteśmy w stanie postawić rozpoznania na pierwszej wizycie, bo tak też się zdarza, zapraszamy na kolejną.
W pani praktyce zdarzyło się, że prosiła pani pacjentkę o powtórne przyjście?
Tak. Miałam co najmniej kilka takich sytuacji, kiedy rzeczywiście miałam wątpliwości co do tego, co się dzieje. I jaka będzie dynamika, jeżeli chodzi o stan psychiczny pacjentki.
Miałam również takie sytuacje, kiedy uznawałam, że nie ma podstaw do stwierdzenia, że kontynuacja ciąży zagraża życiu i zdrowiu kobiety ze względu na jej stan psychiczny.
Kolejna podważona przez panią kwestia – „furtka psychiatryczna” jako możliwość terminacji ciąży. To sformułowanie, za które zresztą zrugała mnie pani przy poprzednim wywiadzie, mówiąc, że nie jest to żadna furtka. Nic takiego, co kobiety sobie wybrały, bo one niczego nie wybrały. Jak pani widzi, określenie to nie znikło i funkcjonuje nadal.
Co świadczy o bagatelizowaniu losu kobiet, które zgłaszają się do nas w cierpieniu, w kryzysie. Ale także powszechnym bagatelizowaniu psychiatrii. Można sobie naturalnie wyobrazić sytuację, kiedy lekarz ginekolog kwestionuje rozpoznanie wydane przez innego specjalistę niż psychiatra, np. kardiologa. Moim zdaniem trzy razy by się zastanowił, zanim doszedłby do takiego wniosku.
Podobnie bardzo mało prawdopodobne jest, że ginekolog przyszedłby np. na SOR i powiedział, że jego zdaniem specjalista neurologii się myli, bo przebywający tam pacjent nie ma udaru. Natomiast w odniesieniu do psychiatrii, jak słychać w zapisie z krakowskiego spotkania, ginekolodzy, którzy w nim uczestniczyli, już nie mają takich hamulców.
Jeśli chodzi o furtkę, to jest nią coś, co ma stanowić celowe, intencjonalne obejście przepisów. I dlatego „furtką psychiatryczną” nazywa się w tym wypadku rzekomy sposób obejścia obowiązującego prawa, zakazującego aborcji. To nic innego jak bagatelizowanie tego, co dzieje się z kobietami. Bagatelizowanie ich cierpienia, tego, dlaczego idą do psychiatry. Bo one idą nie dlatego, że chcą obejść obowiązujące w Polsce prawo. Idą w związku z tym, co przeżywają, z tym, co czują.
Następnie siadają naprzeciwko specjalisty, który dokonuje oceny ich stanu psychicznego. Weryfikuje ich objawy i na podstawie badania stwierdza: „Tak. Moim zdaniem ze względu na stan psychiczny kobiety kontynuacja ciąży stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia”. Albo: „Moim zdaniem nie ma takiego ryzyka”. Albo: „Nie potrafię się wypowiedzieć. Proszę przyjść za trzy dni”.
Jeżeli mamy do czynienia z sytuacją numer jeden, to lekarz ginekolog nie ma podstaw i nie ma prawa kwestionować wniosku na podstawie pozamerytorycznych przekonań, jak taka wizyta powinna wyglądać. Tymczasem właśnie z tym mamy do czynienia. Bo ja nie mam nic przeciw temu, żeby ginekolog – i takie sytuacje też konsultowałam – wziął zaświadczenie, przeczytał je i stwierdził, że jego zdaniem zawarty w nim opis, nie odpowiada temu, co obserwuje u pacjentki. I wtedy oczywiście merytorycznie jest to podstawa, by poprosić o drugą konsultację.
Ale – powtarzam – to mają być zastrzeżenia merytoryczne, a nie kwestia tego, że ginekologowi pacjentka “nie wygląda na depresję”.
Bo pacjenci często nie wyglądają, że cierpią na epizod depresyjny, tymczasem są ciężko chorzy.
Prof. Piotr Sieroszewski, ginekolog, podczas krakowskiej konferencji powiedział: My jako ginekolodzy „nie możemy podważyć takiego zaświadczenia. Bo po pierwsze się na tym nie znamy, po drugie, prawo nam na to nie pozwala. Ale jeżeli uważamy, że ten dokument to w ogóle nie wiadomo, co to jest, mamy prawo zwołać konsylium”. Bardzo lekceważące stwierdzenie.
Co to ma znaczyć? Czy tak samo poszedłby do zaświadczenia, które wystawił neurolog?
Psychiatrzy są często w takiej sytuacji? Czy pani, przyjmując kobiety, wypisując zaświadczenia, współpracując też pewnie z ginekologami, położnikami, widzi, że to się jednak zmienia w dobrym kierunku? A może wszystko jest tak upolitycznione i podlega światopoglądowi, że część ginekologów nadal podważa waszą pracę i kompetencje?
Moja współpraca z ginekologami jest z roku na rok coraz lepsza. Dostrzegam, że wielu ginekologów albo chce rozmawiać na ten temat, albo podchodzi do tego na zasadzie: „OK. Specjalista zrobił badanie, ocenił stan kliniczny pacjentki, wydał zaświadczenie o stanie jej zdrowia. W związku z powyższym traktuję to zaświadczenie na serio. A jeżeli są wątpliwości, to dzwonię”.
I ja odbieram telefony typu: „Pani doktor, mam wątpliwość, bo ta pacjentka zachowuje się tak i tak”. Wtedy jestem w stanie powiedzieć: „Rzeczywiście, coś się zmieniło”. Albo: „Moim zdaniem, nie. Podtrzymuję swoją opinię”. Wtedy zachowujemy się jak lekarze, czyli dyskutujemy o pacjencie. I to jest normalne.
Natomiast sytuacja, w której ktoś bierze zaświadczenie i mówi, że to „jakieś nie wiadomo co”, oznacza brak szacunku nie tylko dla pacjentów, ale także kolegów lekarzy. Moim zdaniem cała sytuacja wokół kobiet i kontynuacji ciąży ujawniła co tak naprawdę myślimy o psychiatrii. Że problemy natury psychicznej to coś, co można łatwo zakwestionować, podważyć. Co jest jakimś widzimisię, jakąś furtką, a może manipulacją, może oszustwem? A może to w ogóle nie jest nic poważnego?
Najczęściej takie podejście wynika z niewiedzy. Niewiedzy, że lekarz psychiatra, to ktoś, kto przeszedł odpowiednie szkolenie, by móc tego rodzaju badanie kompetentnie wykonać. Na takiej samej zasadzie, jak pracuje specjalista ginekolog.
Nam się nie wydaje, że czyjeś życie lub zdrowie jest zagrożone. My to wiemy. A taki był wydźwięk tej dyskusji.
Padły sformułowania, że psychiatrę można okłamać. Owszem, można. Ale przecież tak samo można okłamać lekarza kardiologa, że ma się bóle w klatce piersiowej. A on i tak przeprowadzi swoje badania i na koniec stwierdzi, czy ktoś ma zawał, czy nie. Każdy lekarz jest zobowiązany, by zweryfikować informacje podawane przez pacjenta.
Z drugiej strony, my nie podchodzimy do chorego z założeniem, że on chce nas okłamać. Wiemy jakie obszary musimy zweryfikować zanim postawimy diagnozę. To nie jest tak, że przychodzi człowiek do psychiatry i mówi, że jest smutny, nie może spać, nie może jeść i nie ma motywacji. A lekarz wyciąga komputer i wystawia zwolnienie, wystawia recepty.
Procedura badania ma swój konkretny przebieg. Są pewne rzeczy, które trzeba sprawdzić, ocenić, opisać, tak by móc postawić rzetelną diagnozę.
Lekarz psychiatra opiera swoje działanie, swoje wnioskowanie, swoją procedurę diagnostyczną, na wiedzy medycznej. Wyobraża pan sobie, że ktoś przychodzi na SOR, mówi, że boli go brzuch, a człowiek, który jest na triażu, pyta: “Na pewno boli pana brzuch? A może pan przesadza? Może ten ból nie jest wcale poważny?”
My jednak idąc do lekarza z założenia oczekujemy, że on nie będzie kwestionował bólu i cierpienia, z którym się zgłaszamy.
Ostatnia sprawa z pani wypowiedzi na FB. Prof. Joanna Dangel, kardiolożka, opowiedziała w Krakowie, że przyszła do niej pacjentka w ciąży mówiąc, że u jej rozwijającego się dziecka wykryto wadę serca. Lekarka rozpoznania nie potwierdziła, tymczasem pacjentka powiedziała, że i tak ma zaświadczenie „na wszelki wypadek”. To akurat chyba nie najlepiej świadczy o psychiatrze, który je wydał?
Trudno mi ocenić tę konkretną sytuację, bo nie wiem, co dokładnie zaszło w gabinecie.
Powtarzam, że jeżeli lekarz widzi zaświadczenie, i stwierdza, że informacje w nim zawarte nie są komplementarne ze stanem psychicznym pacjenta, to to jest podstawa, by zweryfikować poprawność procesu diagnostycznego. Trzeba poprosić drugiego konsultanta o pomoc.
Tak samo jeżeli dostaję zaświadczenie np. od specjalisty z zakresu ortopedii, że pacjent doznał jakiegoś urazu, ale mam wątpliwości co do rokowania, to nie wyrzucam tego zaświadczenia do kosza twierdząc, że to oszustwo, tylko proszę innego specjalistę: „Zweryfikuj mi to”. Ale to jest merytoryczna dyskusja pomiędzy specjalistami, a nie forma deprecjonowania pacjenta, który z tym zaświadczeniem przyszedł.
W czasie dyskusji w Krakowie wystapiła prawniczka, cywilistka, która stwierdziła, że nie wydaje jej się, by liczba przypadków chorób psychicznych w Polsce po wyroku TK się zwiększyła, natomiast liczba osób, powołujących się na przesłankę o zagrożeniu zdrowia lub życia kobiety bardzo wyraźnie wzrosła.
Tak może być. Dlaczego? Musimy pamiętać, że przesłanka dotycząca zagrożenia życia lub zdrowia, nie jest nowością w polskim systemie prawnym.
Ona funkcjonowała od momentu, gdy powstał tzw. kompromis aborcyjny. Więc to nie jest tak, że nagle po wyroku TK z 2020 r. psychiatrzy nabyli dodatkowe, niewiarygodne możliwości, żeby weryfikować, czy ktoś powinien mieć terminację ciąży, czy nie. Okoliczności się zmieniły.
Kobiety, u których stwierdzono ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu, muszą ciążę kontynuować bez względu na to, jak bardzo uszkodzony jest płód. I część kobiet sobie z tym radzi. Ale część z nich, tak jak rozmawialiśmy pięć lat temu (pod tym względem nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, jestem tylko bardziej pewna tego, co panu mówiłam i podtrzymuję to nadal), sobie nie radzi.
Nie radzi z kontynuacją tej ciąży. Z wizją, że płód w każdej chwili może umrzeć. Że ona w każdym momencie może dostać sepsy. Że może być tak, że będzie poród tego dziecka i ono umrze na jej oczach. Część kobiet nie wyobraża sobie takiego scenariusza. Nie jest w stanie z tym funkcjonować, emocjonalnie tego znieść.
I to prowadzi do pogorszenia stanu psychicznego na tyle, że to zagraża ich zdrowiu i życiu. To kobiety, które rozważają, że lepiej przestać żyć niż kontynuować ciążę. To kobiety, które przeprowadzają do mnie ze sobą dzieci i mówią, że gdyby nie to starsze dziecko, którym się zajmują, odebrałyby sobie życie.
To myśmy sprowokowali tę sytuację. Bezmyślną, bezrefleksyjną zmianą prawa, nie zastanawiając się nad tym, jakie konsekwencje przyniesie dla kobiet.
Pani to sama widzi w swojej codziennej praktyce, że w tej nienormalnej sytuacji trwamy pięć lat i nic się nie zmienia.
I to jest przerażające. Bo wydawało się, że sytuacja zmieni się w momencie, gdy będzie jakaś lepsza perspektywa polityczna.
No bo oczywiście to była decyzja polityczna, a nie medyczna. Wycofania przesłanki do przerwania ciąży ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu nikt z medykami nie konsultował. Niestety, tak to się kończy, gdy politycy zaczynają gmerać w ustawach i przepisach wiążących się z ludzkim życiem i zdrowiem. A odwrócenie tego to znów problem polityczny.
Dziś nie można znaleźć politycznego rozwiązania, ponieważ jest polityczny kryzys. Z tym że tymi kobietami politycy nieszczególnie się przejmują. Poza tym, że raz na jakiś czas wyrażają swoje zaniepokojenie, co nie przekłada się na żadną zmianę prawa.
Za czasów obecnej koalicji powstały wytyczne dotyczące terminacji ciąży. Tymczasem zdaniem prawnika wypowiadającego się w Krakowie nie mają one żadnego znaczenia prawnego.
Trudno mi się do tego odnieść, bo to zadanie dla prawnika. Natomiast wytyczne, które powstały w Ministerstwie Zdrowia, są o tyle istotne, że porządkują sposób postępowania i sposób myślenia co robić, gdy do gabinetu przychodzi kobieta w takiej sytuacji. I choćby z tego powodu są ważne i nie powinny bagatelizowane. Zwłaszcza przez osobę, która chwilę wcześniej skompromitowała się rażącą niewiedzą w zakresie prawa.
Zdaniem prof. Joanny Dangel zapotrzebowanie na pomoc ze strony hospicjów prenatalnych w Polsce dotyczy rocznie ok. 4 tys. kobiet.
No i co się z tymi kobietami dzieje? Co się z nimi działo wcześniej a co się dzieje teraz? My oczywiście nie oszacujemy jaki jest odsetek kobiet, które w takiej sytuacji rzeczywiście mają zaburzenia psychiczne, zgłaszają się do psychiatry i ze względu na pogarszający się stan zdrowia dokonana jest u nich terminacja ciąży. Ponieważ jest jeszcze cała rzesza kobiet, która decyduje się na wyjazd za granicę.
W tej grupie kobiet są takie, które decydują się, żeby jednak kontynuować ciążę. Takie, które być może zrobią sobie w końcu krzywdę. I wreszcie takie, u których dochodzi do samoistnego poronienia. Więc to bardzo zróżnicowana grupa i trudno jest nam oszacować statystyki.
Tych kobiet będzie więcej. Dlaczego? Ponieważ coraz więcej lekarzy decyduje się im pomagać i w związku z tym nie są skazane tylko i wyłącznie na wyjazd za granicę. Więc idzie to z oporami, ale jednak coraz więcej kobiet rzeczywiście ma szansę uzyskać pomoc w Polsce.
Z mojego punktu widzenia liczy się w tym wypadku to, że kobieta w kryzysie psychicznym nie musi jechać daleko, do obcego kraju, gdzie są obcy ludzie, mówiący innym językiem. Liczą się procedury związane z pogrzebem, pochówkiem płodu, dziecka. Ważna jest też dostępność do psychiatry w Polsce, a więc to, że jesteśmy w stanie np. poprosić szybko o drugą konsultację, bo stan psychiczny kobiety się pogarsza.
Ważna oczywiście jest pomoc na miejscu. Ale czy przyjmując kobietę noszącą chory płód i wypisując zaświadczenie, nie myśli pani jednak: „No nie. To nie jest normalne”.
Podpisuję się pod każdym słowem, które pan teraz wypowiedział. W moim przekonaniu, my w ogóle nie powinniśmy doprowadzić do takiej sytuacji.
Gdyby politycy, zanim podniosą rękę, zanim podpiszą się pod jakąś procedurą, jakąś zmianą prawa, konsultowali się ze specjalistami w zakresie medycyny, być może dowiedzieliby się, że w momencie, w którym odbiera się kobiecie możliwość wyboru i zmusza się ją do kontynuowania ciąży w sytuacji, w której ten płód jest ciężko uszkodzony, najprawdopodobniej u dużej części z nich spowoduje to rozstrój zdrowia psychicznego, a u części doprowadzi do zaburzeń psychicznych. Więc to nie jest sytuacja, której nie mogliśmy przewidzieć.
Załóżmy jednak, że nie mogliśmy przewidzieć. No to w tej chwili od pięciu lat obserwujemy w Polsce eksperyment na ludziach. I potwierdzają się nasze hipotezy, że rzeczywiście jest tak, że kobiety sobie z tym nie radzą i rozwijają się u nich zaburzenia psychiczne. W tym momencie możemy powiedzieć, że już teraz jesteśmy pewni, bo widzimy to na własne oczy.
Mówiliśmy jednak, że w obecnej sytuacji politycznej nie widać szans na zmianę.
Niestety. Choć ja cały czas mam nadzieję, że coś się w końcu zmieni. Że wyjdziemy naprzeciw nie tylko pacjentkom, ale wiedzy medycznej, której nie będziemy mieszać z ideologią, przekonaniami i partyjną dyscypliną. Jestem idealistką i bardzo głęboko wierzę, że nadejdzie taki moment.
Póki on nie nadszedł, musimy robić to, co możemy. I to, co jest możliwe w zgodzie z obowiązującym prawem i w zgodzie ze sztuką medyczną. Dlatego właśnie wypowiedzi takie, od których zaczęliśmy rozmowę, są dla mnie absolutnie karygodne. One nie powinny padać w przestrzeni publicznej. Zwłaszcza z ust autorytetów, które w tak trudnej sytuacji jeszcze podkręcają niepokój, niepewność i poczucie zagrożenia wśród pacjentek, lekarzy ginekologów, ale także wśród psychiatrów.
My wiemy, co robić. Wiemy, jak ta procedura ma wyglądać. I wiemy, jak w obecnym systemie prawnym mamy zafunkcjonować, żeby pomóc pacjentkom.
Podkręcanie niepokoju i udowadnianie, że kobiety usiłują wykorzystać system do tego, by uzyskać terminację ciąży, jest nieetyczne.
Zna pani kolegów ze swojej specjalizacji, którzy boją się do dzisiaj wypisywania tych zaświadczeń?
Oczywiście, że znam. Zdarza się, że przesyłają kobiety do innych psychiatrów. Część odsyła, dlatego że ma wątpliwości jak badanie przeprowadzić. Tymczasem to ocena stanu psychicznego tak samo jak każda inna. No, ale OK.
Część z tych lekarzy kieruje się światopoglądem. Te osoby przynajmniej szanuję za to, że są szczere. Znam kilku takich lekarzy. Przysłali do mnie pacjentki, mówiąc im wprost, że sami nie są w stanie tego zrobić z różnych powodów. Ale przekazują pacjentce przynajmniej konkretną informację, gdzie mogą otrzymać pomoc.
Natomiast jest jeszcze część osób, które trudno mi zrozumieć. To lekarze, którzy mówią, że nie będą konsultować kobiet, bo nie. Bo może to im jakoś zagrozi, a może ktoś się przyczepi. Czyli dla własnego komfortu, dla poczucia, żeby nie robić czegoś, co może być w jakikolwiek sposób dla nich potem problemowe, umywają ręce. Tego nie rozumiem i takich osób nie szanuję.
Pięć lat temu pytałem, czy z racji swoich poglądów i swojej działalności nie spotkały panią przykrości. Mam nadzieję, że nadal nic złego z tego powodu panią nie spotkało.
Nic się w tej sprawie nie zmieniło. Nie miałam żadnych nieprzyjemności.
Wiem, że były jakieś prowokacje dziennikarskie. I to jest coś, co mnie bardzo boli. Natomiast wykonuję swoją pracę najrzetelniej jak potrafię i nie mam sobie nic w zarzucenia. Nie widzę też w swoim działaniu żadnej przestrzeni do tego, żeby ktoś mógł mi zarzucić działania niezgodne z prawem. Ale jeżeli będzie jakakolwiek postępowanie przeciwko mnie, z przyjemnością mu się poddam i będę się bronić.
*Dr n. med. Aleksandra Krasowska, lekarka, specjalistka psychiatrii i seksuologii. Pracuje na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Prezeska Polskiego Towarzystwa Seksuologii Sądowej.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Komentarze