Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
30 kwietnia 2020

Stan nadzwyczajny, wcześniejsze wybory parlamentarne czy wszystko po staremu?

Losy majowych wyborów są dziś w rękach kilku posłów. Zdecydować może też przypadek. Gdyby jednak ustawa o wyborach pocztowych upadła, polityczny thriller wcale się nie skończy. Wyjaśniamy, co w najbliższych dniach wydarzy się na pewno, a co być może. Rysujemy scenariusze - od tych najbardziej prawdopodobnych po fantastyczne

7 maja - to dziś najważniejsza data w kalendarzu politycznym. Choć w demokratycznym kraju największą wagę powinna mieć data wyborów, w Polsce 2020 życie polityczne zawisło na dniu głosowania w sprawie tego, jak te wybory przeprowadzić.

To, co wydarzy się na sali sejmowej w czwartek 7 maja, zdeterminuje dalsze polityczne wypadki. „Wszystkie kamery ustawiłbym na Jarosława Kaczyńskiego. Jego mina przejdzie do historii” - mówi polityk opozycji, który przyznaje, że nie wie, jaki będzie wynik czwartkowego głosowania.

Od decyzji kilku posłów nieznanych szerszej opinii publicznej zależy nie tylko to, czy polski Sejm otworzy drogę do wyborów urągających wszelkim demokratycznym standardom. W konsekwencji ich decyzji zmienić się może również układ sił politycznych.

Podczas gdy wyborcy zastanawiają się czy głosować, czy nie, a jeśli tak, to na kogo, politycy rozważają dziś w swoich gabinetach zupełnie inne scenariusze.

W sejmowych kuluarach krążą spekulacje o rozpisaniu nowych wyborów parlamentarnych, wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego, o wyborach w maju, ale nie dziesiątego, lecz dwudziestego trzeciego, i nie w formie korespondencyjnej, ale takich jak dotąd - osobistych.

Co będzie się działo w najbliższych dniach? Czego się spodziewać?

Majówka: Kuszenie Porozumienia

Kiedy my będziemy spędzać najdziwniejszą majówkę naszego życia, Jarosław Kaczyński i jego emisariusze będą dobijać targów.

Żeby przyjąć ustawę o głosowaniu pocztowym, PiS potrzebuje 7 maja przynajmniej 231 posłów. Klub PiS liczy 235, lecz 18 z nich należy do partii Gowina. Ugrupowanie byłego wicepremiera nie jest formacją spójną ani zdyscyplinowaną. O podziałach w Porozumieniu pisaliśmy tutaj:

Porozumienie było trochę w środku Zjednoczonej Prawicy, a trochę poza. Między hubą Porozumienia a PiS-owskim żywicielem następowała nieustanna wymiana płynów ustrojowych: Gowin brał pieniądze i stanowiska, w zamian dawał głosy w Sejmie i dostęp do bardziej liberalnego ekonomicznie, miejskiego elektoratu.

PiS straszy...

Teraz ma się to skończyć. Wirtualna Polska donosi o groźbach Kaczyńskiego, który ma już nie wziąć kandydatów Porozumienia na listy PiS w przyszłych wyborach, ma też nie dać partii dostępu do subwencji. PiS straszy jednak nie tylko całą formację Gowina, ale też pojedynczych posłów. Używa kwitów obyczajowych, o czym pisze m.in. Gazeta.pl

...i kusi

PiS również kusi: posadami w spółkach skarbu państwa, co opisuje Onet. Przekupiony miejscem w zarządzie poseł Porozumienia byłby dla Kaczyńskiego podwójnym zyskiem. Nie tylko karnie zagłosowałby w czwartek, ale też musiałby zrzec się mandatu poselskiego, a zgodnie z układem list wyborczych z 2019 roku na jego miejsce wszedłby ktoś związany z PiS-em.

Wysłannicy PiS-u pukają również do drzwi Konfederacji, która zapewnia, że odsyła ich z kwitkiem. A PSL? „Kogo mieli od nas wyciągnąć, to wyciągnęli w poprzedniej kadencji” - śmieje się polityk ludowców.

Jaki będzie wynik tego szukania "nowego Kałuży", w tej chwili trudno przesądzić. Przyjaciele z rana, wieczorem stają się wrogami. Kto dał się przekonać kijem lub marchewką, okaże się 7 maja.

6 maja: przygrywka w Senacie

W środę 6 maja ustawą o głosowaniu pocztowym zajmie się Senat. Tu niewiadome są dwie: czy ustawa zostanie odrzucona w całości przez senacką większość oraz czy za jej odrzuceniem zagłosują senatorowie Porozumienia.

Wiele wskazuje na to, że ustawa zostanie odrzucona w całości, bo gdyby Senat poprawki zgłosił, skomplikowałoby to procedowanie w Sejmie. Jednak stuprocentowej pewności nie ma. „W Senacie nic nigdy nie idzie zgodnie z planem. Większość senatorów nie dotrzymuje słowa. Każdy czuje się niezależny i niezwiązany partyjnymi ustaleniami” - narzeka polityk opozycji.

Opozycja nie potrzebuje w Senacie senatorów z Porozumienia Gowina, by przegłosować swoje. Jednak te dwa głosy byłyby ważnym sygnałem przed czwartkowym głosowaniem Sejmie. Tadeusz Kopeć i Józef Zając są senatorami trzecią kadencję, ale ścieżki, które zawiodły ich do partii Gowina, są różne. Kopeć do 2015 roku należał do Platformy Obywatelskiej. Zając - do 2016 był w PSL, następnie przystąpił do PiS-u, w końcu wylądował w Porozumieniu.

Marszałek Grodzki wyśle do Sejmu decyzję Senatu co do ustawy niemal dosłownie za pięć dwunasta - nocą w środę 6 maja. Gdyby zrobił to wcześniej, marszałek Sejmu Elżbieta Witek mogłaby zarządzić ekspresowe głosowanie jeszcze tego samego dnia.

7 maja: Wszystkie kamery na Sejm

Sejm zajmie się ustawą w czwartek 7 maja. W opozycji będzie maksymalna mobilizacja. „Jeśli ktoś nie przyjedzie, wyleci z klubu” - mówi poseł ludowców. Do Warszawy zjadą posłanki i posłowie, którzy przez ostatnie tygodnie głosowali zdalnie.

Opozycja chce zminimalizować możliwość zmanipulowania głosowań przez PiS. Większość może przecież zależeć od jednej osoby. Już raz PiS przegrał głosowanie w sprawie kopertowych wyborów właśnie dlatego, że jeden poseł się spóźnił.

Scenariusz 1: Kaczyński ma większość

Opozycja przegrywa głosowanie. Ustawa zostaje przyjęta i trafia do podpisu prezydenta. Andrzej Duda podpisuje ją tego samego dnia, a zgodnie z zapisami ustawy zacznie ona obowiązywać nazajutrz - w piątek 8 maja.

To wtedy powinny zostać wydane wszystkie decyzje i zarządzenia. Ale jak wiemy, karty do głosowania już się drukują, a Poczta Polska wzięła sobie dane z systemu PESEL.

Wobec wszystkich informacji na temat stanu przygotowań do wyborów, jednocześnie trudno sobie wyobrazić, żeby faktycznie miały się odbyć 10 maja i to w formie korespondencyjnej, a zarazem, że miałyby się nie odbyć - skoro najwyżsi urzędnicy zaryzykowali złamaniem prawa.

Z jednej strony: nie takie rzeczy jednak widzieliśmy od 2015 roku. Z drugiej: z obozu rządzącego coraz więcej dochodzi sygnałów, że termin 10 maja jest wątpliwy.

Premier Morawiecki powiedział 29 kwietnia: "Zdaniem konstytucjonalistów możliwe są wybory w kolejnych terminach: 17 maja lub 23 maja". A Zbigniew Ziobro na pytanie, czy wybory odbędą się 10 maja, odpowiedział w czwartek 30 kwietnia: „To czas pokaże”.

Ten scenariusz rozgałęzia się na kolejne podscenariusze: wybory 17 lub 23 maja (zmiana daty bardziej prawdopodobna), wciąż korespondencyjne lub jednak tradycyjne (powrót do tradycyjnych bardziej prawdopodobny).

Niewiadomą jest też decyzja Sądu Najwyższego: czy uzna takie wybory za ważne, czy nie.

Nawet jednak opcja z - wysoce prawdopodobną - wygraną Kaczyńskiego nie oznacza, że wszystko będzie tak, jak było. Większość rządowa już się zachwiała. Nie wiadomo też, jaki czwartkowe głosowanie będzie miało oddźwięk wśród obywateli.

Być może ta pandemoniczna konsekwencja Kaczyńskiego zniechęci część jego wyborców? Może wyborcy opozycji popadną w jeszcze większą apatię ("nie da się z nim wygrać") i zniechęcenie wobec liderów politycznych ("są słabi"). A może przeciwnie: zmobilizują się i mimo wcześniejszych zapowiedzi wezmą udział w wyborach?

A jeśli większość opozycji i kilku gowinowców ustawę odrzuci? Tu są już same niewiadome i potężny kryzys polityczny na horyzoncie.

Scenariusz 2: Kaczyński przegrywa, wybory w maju

„A ja i tak zrobię wybory” - może stwierdzić Kaczyński. „Zabraliście mi głosowanie korespondencyjne, to zrobię tradycyjne”.

Wtedy 10, 17 albo 23 maja będziemy głosować „po staremu” - w lokalach wyborczych. To stworzyłoby mnóstwo problemów technicznych, ale inne problemy by rozwiązało.

Wciąż obowiązuje przecież zarządzenie marszałek Sejmu o wyborach 10 maja, a część instytucji cały czas przygotowuje się do tradycyjnego głosowania. Mówił nam o tym wójt 5-tysięcznej Płużnicy: „Formalnie przygotowujemy tradycyjne wybory (...) Równolegle trwają nieformalne przygotowania do wyborów korespondencyjnych”.

W tym scenariuszu nie wiadomo, co np. z Państwową Komisją Wyborczą, której PiS odebrał uprawnienia, oraz - podobnie jak w poprzednim scenariuszu - co zdecyduje Sąd Najwyższy.

Scenariusz 3: stan nadzwyczajny, wybory w sierpniu lub wcale

„Wy mnie tak, to ja was tak” - i premier Morawiecki ogłasza stan nadzwyczajny. Który? Być może stan klęski żywiołowej - argumentując, że nie chodzi o przegraną w Sejmie, tylko o suszę za oknami.

A może stan wyjątkowy - wywodząc, że opozycja doprowadziła do kryzysu państwa. Ten drugi jest bardziej uciążliwy dla obywateli, potencjalnie groźny dla wolności obywatelskich, ale PiS nie może sobie pozwolić, żeby zrealizować scenariusz, którego domagała się opozycja.

Dlaczego PiS miałby to zrobić? Po pierwsze - z powodów pragmatycznych. Stan nadzwyczajny przesuwa termin wyborów - w tym scenariuszu mogłyby się odbyć w formie tradycyjnej w sierpniu (gdyby stan nadzwyczajny trwał kilka dni) lub we wrześniu (gdyby trwał miesiąc).

Po drugie - z przyczyn politycznych. Przegrane głosowanie w tak zasadniczej sprawie pokazałoby słabość PiS-u. To nie byłby nokaut, ale nokdaun. Sędzia odlicza czas, trzeba się odwinąć, bo publiczność uzna nas za słabeusza.

Słyszymy fantastyczne scenariusze: „czołgi na ulicach, zamkną część mediów, cenzura".

"Jeśli wprowadzą stan wyjątkowy, to na ostro - w jawny sposób będą łamać konstytucję" - uważa jeden z posłów.

"Zawieszą Sejm, będą rządzić dekretami" - ale PiS Sejmu potrzebuje, żeby wprowadzać kolejne tarcze antykryzysowe. "W stanie wyjątkowym nie będzie potrzebował" - spekuluje polityk opozycji.

W tym scenariuszu jest dziura: żeby wprowadzić stan wyjątkowy, musi go zatwierdzić Sejm po 48 godzinach. Jak miałby to zrobić, skoro opozycja będzie miała większość?

Niektórzy politycy opozycji uważają jednak, że jeśli PiS przegra czwartkowe głosowanie, Kaczyński uzna swoją słabość. Wprowadzi stan nadzwyczajny, żeby pokazać pazury, ale zaraz potem je schowa i wykorzysta ten czas, by podjąć rozmowy z opozycją o zmianie Konstytucji i przedłużeniu kadencji Andrzeja Dudy o dwa lata.

Scenariusz 4: wybory - tak, ale parlamentarne

„Kaczyński nie pozwoli sobie na to, żeby w każdym głosowaniu sprawdzać, czy ma większość. Mówiąc dosadnie: nienawidzi, jak się go trzyma za jaja” - stwierdza doradca opozycji.

I dlatego prezes PiS ma zaryzykować rozpisanie nowych wyborów parlamentarnych.

Czy Kaczyński mógłby chcieć oddać władzę? „Oczywiście, że tak!” - słyszymy od jednego z politycznych doradców. Nasz rozmówca zakłada, że PiS oddaje władzę po to, by za chwilę znów ją odzyskać. Jak miałoby to wyglądać?

Na przykład tak: opozycja zgłasza konstruktywne wotum nieufności wobec rządu. Potrzebuje do tego 231 posłów i nazwiska premiera. Biorąc pod uwagę, że musieliby go poprzeć i posłowie Razem, i Konfederacji, zadanie wybrania takiej osoby, wydaje się karkołomne.

Jeszcze bardziej karkołomne miałyby być rządy takiej Rady Ministrów, po paru miesiącach wszystko się sypie. Rząd traci sejmową większość. Na skutek kolejnych prób stworzenia rządu i wniosków o wotum zaufania nowe wybory albo rozpisuje prezydent, albo Sejm sam się rozwiązuje (koniecznych byłoby 307 posłów). I ponownie wygrywa PiS.

Dlaczego miałby wygrać PiS? Bo opozycja nie jest do wyborów gotowa. Koalicja Obywatelska traci poparcie, a Lewica i PSL, choć są na fali wznoszącej, jest to fala zbyt niska, by pozwolić na rządzenie.

Czy tak się musi skończyć? Tego też nie wiadomo.

Najnowszy sondaż IPSOS dla OKO.press pokazuje zarysy zmian w krajobrazie politycznym. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby np. Szymon Hołownia założył partię? Dziś nie wiemy, czy zmiany poparcia to chwilowe wahnięcia, czy trend.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne