Sylwia sprzedawała obwarzanki, usłyszała strzały. „Modliłam się: tylko nie do mnie”
— Wszyscy włączali telewizor, odświeżali newsy. A ja całą strzelaninę widziałem z okna. Widoku tych leżących na ziemi ciał do końca życia nie zapomnę — mówi Łukasz. Pokazuje zdjęcia, więcej i więcej, jakby sam siebie chciał przekonać, że strzelanina zdarzyła się naprawdę. — Chodzę tak tymi uliczkami, ale bez celu. Obco. Jakby nie u siebie.
Po jej lewej biało-czerwona taśma. Zakaz przejścia. Po prawej: taśma, napis: „policja”, zakaz wejścia, wyjścia. Do krakowskiego Rynku jest stąd raptem 400 metrów. Pani Sylwia od trzech lat sprzedaje obwarzanki. Tu, na ulicy Grodzkiej.
Sprzedawała je wczoraj, tuż przed oczami mając czarne Subaru Michała O., który tą ulicą pędził przed siebie, uciekając przed policją i strzelając na oślep. Trafił w tramwaj, w witrynę sklepu, na który codziennie Sylwia patrzy.
Trafił przypadkowego turystę, cudzoziemca, który leżał na chodniku („Kilka osób zaczęło go opatrywać, udzielać pomocy. Był ranny. Ale żyje, na szczęście żyje”), kiedy ona próbowała powstrzymać łzy i jeszcze trzęsącymi rękoma wydawała przerażonym przechodniom kolejne obwarzanki („Ruch tu był, jak nie wiem, chyba chcieli stres zajeść, z tymi obwarzankami przełknąć te wszystkie emocje”).

Komentarze