01 sierpnia 2021

Taka to była „wojenka”. Dzieci w Powstaniu Warszawskim

"Synku, nie patrz pod nogi, ja cię poprowadzę - mama ściska dłoń ośmioletniego Andrzeja i zaczynają się wspinać na pagórek usypany z martwych ludzi". Fragmenty książki Magdaleny Grzebałkowskiej, sagi o cierpieniach dzieci-ofiar historii XX wieku., w tym kilkorga, które przeżyły Powstanie Warszawskie

"Nie pytałam moich bohaterów, kiedy stali się dorośli. Ale wszyscy mówili: Gdy na własne oczy zobaczyliśmy śmierć"

W kolejnej (nr 77) powstańczej rocznicy słyszymy zestaw tych samych patetycznych uniesień nad heroizmem i - jak to ujął Andrzej Duda - "niezłomnym duchem naszego narodu". Prezydent snuł też osobliwą opowieść o "zapleczu, dzięki któremu Powstańcy walczyli do samego końca i do samego końca byli wspierani przez zaplecze, które mogli mieć – niepełne, nie w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli zaplecze, gdzie można odpocząć, ale zaplecze, które dawało im serce. To była ludność Warszawy".

W OKO.press bliższa jest nam inna narracja, choćby z "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, w której patos i heroizm ustępuje miejsca cierpieniom powstańców (zginęło ok. 17-18 tys.) i przede wszystkim cywilnej ludności Warszawy (ok. 150 tys. ofiar), a mit narodowego zrywu korygowany jest rozpaczą i poczuciem niepotrzebnej ofiary.

Szczególnie cenny świadectwem w demitologizacji Powstania jest książka Magdaleny Grzebałkowskiej*, wybitnej reporterki i pisarki, o dzieciach - ofiarach XX wiecznych wojen. Rozbija ona także mit małego powstańca, który - jak z warszawskiego pomnika Małego Powstańca - w za dużym hełmie i uśmiechem na ustach, bez wahania pełni służbę dla ojczyzny.

Grzebałkowska: Płaczę nad każdą ofiarą Powstania. To nie miało sensu

Czy tak właśnie należy czytać jej książkę?

Grzebałkowska: Nigdy nie piszę z tezą, dopiero na końcu okazuje się, co mi z tego wyszło. Ale przygotowując się do rozdziału o dzieciach z Powstania przeczytałam wszystkie te podstawowe książki i

jestem przekonana, że to nie było dobre, ani dla Polski, ani dla Warszawy, ani - co pokazuje moja książka - dla ludzi.

W Powstaniu, w batalionie Chrobry, walczyli mój pradziadek i mój stryj. Ale jako powstańcza prawnuczka nie pochwalam tych, którzy wysłali 1 sierpnia 1944 ludzi na pewną śmierć, jestem oburzona ich brakiem odpowiedzialności. Powstańcy walczyli heroicznie, ale ci, którzy wydali rozkazy popełnili zbrodnię.

Żal mi każdego cywila rozstrzelanego, przygniecionego pod gruzami, żal mi każdej spalonej kamienicy. Zwłaszcza gdy jestem w Warszawie myślę o zniszczonym mieście. Nie znoszę pomnika Małego Powstańca, nie można tak przedstawiać dzieci, trzeba raczej płakać nad ich losem. Nie wiadomo nawet, ile dzieci zginęło w Powstaniu.

O swoich bohaterach Grzebałkowska opowiada: "Nie pytałam, kiedy - w swoim odczuciu - stali się dorośli. Ale wszyscy mówili: Gdy na własne oczy zobaczyliśmy śmierć".

I dalej: "Nie umiemy sobie tego nawet wyobrazić – nagle bomba lub pocisk rozrywają koleżankę, która idzie obok, a ty przeżywasz. I nosisz w sobie ten obraz do końca życia. Wielu moich rozmówców mówiło właśnie o krowach, tych strasznych samobieżnych moździerzach oblężniczych, których Niemcy używali między innymi do pacyfikacji powstania warszawskiego. To była najbrutalniejsza broń, do tego wydająca przy odpalaniu tak przeraźliwy dźwięk – właśnie kojarzony z krową albo przesuwaną szafą, stąd druga popularna nazwa – że aż przygniatał do ziemi. Uparłam się, że muszę tę krowę usłyszeć. Znalazłam w internecie – miałam dreszcze, zmroziło mnie, natychmiast zrozumiałam, co czuły te dzieci powstania, z którymi udało mi się porozmawiać. Po czymś takim nie można już było pozostać beztroskim.

Jedna z kobiet mówiła mi, wciąż przejęta, po ponad 70 latach: Wszyscy umierali, spaleni, poparzeni. Nie było im jak pomóc. Ona wtedy była w wieku mojej córki, Tosia ma dziś 14 lat".

Książka "Wojenka" ma ponad 20 bohaterów - dzieci, które padały ofiarą tragicznej historii XX wieku. W tym sześcioro, które - dziś to starzy ludzie - przeżyły Powstanie Warszawskie.

Dzieci Powstania wśród ofiar innych wojen, zesłań, obozów

Siłą Grzebałkowskiej jest rozmach i skala obserwacji. Starych dziś ludzi, którzy jako dzieci padli ofiarą "wojenek" XX wieku, Grzebałkowska szukała także poza Polską: w Izraelu, Kazachstanie, Niemczech, Białorusi, a nawet w Kalifornii. Jest wśród nich żydowski chłopiec, który przeżył getto, są dzieci zesłane na roboty do Niemiec (w tym babcia Autorki), są urodzeni już w sowieckich łagrach i hiszpańskie dzieci wysłane podczas wojny domowej do ZSRR, jest Niklas Frank, syn "króla Polski", generalnego gubernatora Hansa Franka i jeden z pionierów rodzinnych rozliczeń z nazizmem, a nawet japońscy chłopcy - więźniowie amerykańskiego obozu po ataku Japonii na Pearl Harbour.

Zapytana, czego nauczyła ją praca nad książką, Grzebałkowska mówi: "To zabrzmi banalnie i być może dla kogoś niepoważnie, ale naprawdę – nigdy więcej wojny!

Mam ciarki, gdy myślę, że nasze dzieci mogłyby przeżyć rzeczy podobne do tych, które stały się udziałem moich bohaterów".

"Legenda o Arthurze": Arthur, syn protestanta Ericha Pawlowskiego i Margarete Gertz ze wsi pod Gdańskiem

"Życie roślin": Lilia (córka polskich Żydów, komunistów), Gieorgij (Rosjanin), Władimir (syn Rosjanki i Rosjanina urodzony w łagrze); Garri (syn Rosjanki i Rosjanina urodzony w łagrze);

"Kinderszenen": Niklas Frank, syn generalnego gubernatora Hansa Franka;

"Elementarz zesłańca": Elżbieta Jankowska, z d. Dziarska (spod Łomży, zesłana do Kazachstanu); Weronika Prokopowicz, z d. Barton (z Wołynia, zesłana na Syberię);

"Shikata ga nai": Minoru Tonai i Richard Iseri (synowie imigrantów do USA z Japonii, po ataku Japonii na Pearl Harbour więźniowie amerykańskiego obozu w Tule Lake);

"Z wizytą u radzieckiego wąsatego króla": José María Bañuelos Hidalgo i Serafin Gonzales Martinez, hiszpańskie dzieci wysłane podczas wojny domowej do ZSRR;

"Warszawskie dzieci": Andrzej Bober; Janina Suchorzewska z d. Tatarkiewicz ps. Myszka; Ryszard Sempka ps. Sztychnicki; Agnieszka Wróblewska z d. Barlińska; Krzysztof Barliński; Jan Rybak ps. Tarzan;

"Czego Olek nie wie": Alex Hershaft, Żyd urodzony w Warszawie, był w getcie, przeżył Holokaust;

"Wszystko cacy": Gotfryd Grubowski ps. Fiedia z Białegostoku oraz Hieronim Kowalski ps. Franek spod Włocławka; obaj z Armią Czerwoną doszli do Berlina;

"Księga żywotów Diny": Dina Michajłowna - nieznane pochodzenie, dzieciństwo w sierocińcu w łagrze w Kazachstanie;

"Mischling": Michael Wieck, syn Żydówki i Niemca, urodzony w Konigsbergu-Królewcu;

"Majtki z koca": Władysława Gawryluk z d. Kwiatkowska, urodzona w woj. lwowskim, zesłana na roboty do Niemiec; Emilia Muchewicz z d. Matyśniak z Wielkopolski, rodzice nie podpisali Volkslisty; rodzina zesłana pod Zamość na roboty przymusowe dla Niemców.

Za zgodą Autorki i Wydawnictwa Agora zacytujemy niżej kilka fragmentów pokazujących losy trzech osób, które w czasie Powstania Warszawskiego były dziećmi, i dziećmi być przestały. Po pierwszej śmierci, pierwszym pogrzebie koleżanek i kolegów w płytkiej ziemi podwórek. To:

  • Andrzej Bober (w chwili wybuchu powstania miał 8 lat),
  • Janina Suchorzewska ps. Myszka (14 lat),
  • Ryszard Sempka ps. Sztychnicki (16 lat).

Początek sierpnia. Żoliborz. "Dacie postrzelać?"

ANDRZEJ. Część domu przy ulicy Gdańskiej 2 zajmują powstań­cy (jest wśród nich kuzyn Zbyszek, który dzień wcześniej zabrał ukryte w piwnicy karabiny). Sypią piasek do worków i uszczelniają nimi okna na parapecie. Ośmioletni Andrzej im pomaga.

- Chłopaki, dacie postrzelać? - pyta któregoś z powstańców. Sta­wiają go przy oknie i opierają karabin o worek z piaskiem.

- Jak zobaczysz Niemca, to wal - radzą. Andrzej naciska spust. Karabin ma duży odrzut, chłopiec ląduje pod ścianą.

4 sierpnia. Śródmieście. "Nagle zrozumiałam, że jestem dorosła"

MYSZKA. Wraz z bombą upuszczoną przez niemieckiego pilota na Myszkę zaraz spadnie dorosłość. Ostatnie dwadzieścia minut dzieciństwa ta szczupła, niewysoka czternastolatka z warkoczem, w podkolanówkach tatusia i zimowych butach na gumie, spędza w bocznym korytarzu piwnic pod gmachem PKO przy ulicy Świę­tokrzyskiej. Przed chwilą zameldowała doktor Marii Piekarskiej Jo­annie, że wszyscy pacjenci zostali już bezpiecznie przetranspor­towani ze szpitala przy placu Dąbrowskiego do podziemi banku. Teraz odpoczywa wśród zmęczonych koleżanek z I plutonu Woj­skowej Służby Kobiet. Nie słychać stąd nadlatującego samolotu. Od razu jest huk, zapada ciemność, Myszka traci przytomność.

- Ocknęłam się. Byłam zasypana, nie mogłam się ruszyć. Sły­szałam krzyki. Nie wiem, jak długo to trwało, ale po jakimś czasie skądś zaczęła się lać woda, chyba pękła rura, i poczułam, że mnie wymywa. Wyrwałam się i ruszyłam w ciemności do jakiegoś świa­tełka - wspomina Janina Suchorzewska, z domu Tatarkiewicz.

- Do tego momentu wyobrażałam sobie udział w powstaniu jako prze­dłużenie dobrej, harcerskiej gry. Podobało mi się nawet. Nagle zro­zumiałam, że gra się skończyła, a ja jestem dorosła.

Na dziedziniec banku Myszka wychodzi niemal nago, na sobie ma tylko postrzępioną koszulkę. Jest w szoku. Stąpa boso po stłuczonym szkle okiennym, ale tego nie czuje. Płacze, że chce wracać do mamy. Porucznik Alicja Kadler Wierna narzuca jej na plecy koc i przytula: - Nie możesz iść do mamy, ja cię rozumiem, ale nie możesz. Przynosi jej popielaty uniform ze zdobytych niemieckich magazy­nów, który będzie jedynym ubraniem Myszki do końca powstania.

Oprócz niej bombardowanie przeżyły tylko trzy osoby. Z gruzów ratownicy wyciągają ciała trzydzieściorga czworga ludzi. Myszka rozpoznaje wśród zmarłych Joannę, której przed chwilą składała meldunek.

- Pochowaliśmy ich wszystkich na podwórku. Z jakichś beleczek drewnianych, może framug okiennych; robiliśmy krzyżyki i temu, kto był rozpoznany, zapisywaliśmy sygnaturkę.

6 sierpnia. Stare Miasto. Pięć papierosów w prezencie

SZTYCHNICKI. Zdjęcie jest słabej jakości. Twarze modlących się ludzi to jedynie jasne plamki światła na ciemnym tle filarów kościoła garnizonowego przy ulicy Długiej w Warszawie. Jest jed­nak wystarczająco wyraźne, żeby odróżnić upięte wysoko fryzury kobiet od krótko ostrzyżonych mężczyzn, zauważyć biało-czer­wone opaski na rękawach. Fotograf stanął z lewej strony ołtarza, tuż za powstańcami służącymi do mszy, i nacisnął spust migawki. Wierni, wpatrzeni w księdza, nie zwrócili na niego uwagi. Tylko jeden mężczyzna, z małym wąsikiem pod nosem, spojrzał prosto w obiektyw. Nie mam szans odnaleźć w niewyraźnym tłumie Ry­szarda Sempki, który wraz z innymi powstańcami przysięga wier­ność Bogu, ojczyźnie, prezydentowi, rozkazom naczelnego wodza i dowódcy Armii Krajowej. To już czwarty dzień, jak Rysiek jest żołnierzem. Przyjmuje pseudonim Sztychnicki.

Po nabożeństwie żołnierze batalionu „Gozdawa" czwórkami de­filują spod kościoła w kierunku ulicy Freta.

Ubrani w zdobyczne niemieckie uniformy, nieliczni z bronią, nigdy razem nie ćwiczyli musztry, nie trzymają więc równego kroku.

Jest słonecznie, drze­wa rzucają cień, tłumy ludzi zgromadziły się na chodniku. To do­piero początek powstania, cywile jeszcze nie przeklinają walczą­cych. Sztychnicki widzi, że tuż przy krawężniku defiladę odbiera generał Tadeusz Bór Komorowski wraz z dowództwem Starego Miasta. Fotograf wybiega z kościoła i uwiecznia chwilę na kliszy. Nowo przyjęci żołnierze dostają w prezencie po pięć papierosów z machorki.

13 sierpnia. Stare Miasto. "Strzępy ofiar spadają zwisają z rynien"

SZTYCHNICKI. - To była niedziela. Akurat miałem służbę przy barykadzie po drugiej stronie placu Krasińskich, tam gdzie przed powstaniem tramwaj wjeżdżał przez bramę w budynku - wspomina Ryszard Sempka. - Takiego huku, jaki się nagle rozległ od strony Kilińskiego, jeszcze nie słyszałem, a przecież codziennie leciały na nas krowy.

Ciężki transporter ładunków, który z samego rana Niemcy po­rzucili przy barykadzie na Podwalu, około siedemnastej zostaje przejęty przez powstańców. Objeżdżają nim Stare Miasto, budząc entuzjazm cywilów i żołnierzy. Podczas próby zawrócenia transpor­tera przy barykadzie na ulicy Kilińskiego z maski pojazdu zsuwa się metalowa skrzynia, w której znajduje się pięćset kilogramów mate­riału wybuchowego.

W eksplozji pojazdu ginie około trzystu osób, kilkaset jest rannych. Wybuch rozrzuca rozerwane ciała w pro­mieniu kilku ulic.

Strzępy ofiar spadają na parapety okien, zwisają z gzymsów i rynien. Ryszard Sempka traci wielu kolegów z oddziału. Zdaje sobie spra­wę, że gdyby przypadła mu służba na Kilińskiego, już by nie żył.

Koniec września. Żoliborz. "Głowa do góry!"

ANDRZEJ. - Synku, tylko nie patrz pod nogi, ja cię poprowadzę - mama ściska dłoń ośmioletniego Andrzeja i zaczyna się wspinać z nim na pagórek usypany z martwych ludzi. Jest koniec września, powstanie dogorywa, na Żoliborzu trwa ewakuacja mieszkańców. Grupa, do której zapędzono Andrzeja Bobera z siostrą i rodzicami, zanim ruszy do obozu w Pruszkowie, musi na rozkaz Niemców i Ukraińców wejść do pofabrycznej hali i opuścić ją wyjściem po­łożonym z drugiej strony.

Droga wiedzie przez stos trupów, ofiar egzekucji. Ciała ułożone jak warstwy geologiczne ziemi, sięgają niemal pod sufit.

- Andrzej, głowa do góry! Głowa do góry! -woła matka. Setki ludzi przechodzą w milczeniu po żoliborskich sąsiadach, przypadkowych znajomych, sprzedawcach ze sklepu na rogu, spacerowiczach w parku, dostawcach węgla i mleka, nauczycielach i krewnych. Buty ślizgają się na twarzach, obcasy wplątują we włosy, brodzą wśród rąk i nóg.

Magdalena Grzebałkowska „Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia”

Magdalena Grzebałkowska „Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia”, Wydawnictwo Agora. Fot.: Hanna Szukalska/OKO.press. Posłuchaj też rozmowę o książce Magdaleny Grzebałkowskiej i Mariusza Szczygła

*Magdalena Grzebałkowska, rocznik 1972; reporterka, laureatka m.in. Grand Pressa (2009) w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, autorka bestsellerowych i nagradzanych książek reporterskich:

  • Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego (2011);
  • Beksińscy. Portret podwójny (2014);
  • 1945. Wojna i pokój (2015; nominacja do Nike i nagroda Czytelników);
  • Komeda. Osobiste życie jazzu (2018);
  • Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia (2021)

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Hanna Szukalska

Architektka, dziennikarka i psycholożka. Pisze m.in. o psychologii, psychiatrii i planowaniu przestrzennym. Relacjonuje protesty. Robi ilustracje i infografiki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne