Zebraliśmy już ponad milion!

Dołącz do zbiórki „Pomóżmy Ukraińcom"

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Z pozoru wojnę w Ukrainie i Zatoce Perskiej łączy niewiele. Im dłużej się jednak przyglądać, tym więcej podobieństw. Zarówno Władimir Putin, jak i Donald Trump rozpoczęli wojny bez uzasadnionego powodu i bez mandatu międzynarodowego. Owszem, wojny mogą być uzasadnione i zgodne z prawem międzynarodowym. Te dwie nie są.

Obaj przywódcy od początku deklarowali, że celem wojny jest zmiana władz w zaatakowanych krajach. Putin chce obalenia rządu w Kijowie, Trump deklarował, że chce tego w Teheranie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy przywódców obydwu krajów-agresorów. Obaj deklarują, że wygrywają. Putin twierdzi, że „wojskowa operacja specjalna” w Ukrainie idzie zgodnie z planem. Trump, że wojnie przeciw Iranowi odnosi same sukcesy.

Czy Ameryka wygrywa, jak twierdzi Trump? Przyjrzyjmy się temu twierdzeniu.

Przeczytaj także:

Blokada blokady, czyli co się dzieje w cieśninie Ormuz

W połowie maja, gdy piszę ten tekst, panuje rozejm i pat jednocześnie. Wstrzymano działania zbrojne, ale kluczowa dla światowego handlu ropą Cieśnina Ormuz pozostaje zablokowana.

28 lutego USA i Izrael rozpoczęły bombardowania Iranu wymierzone głównie w cele wojskowe, choć Izrael atakował także rafinerie, zaś USA niektóre cele „podwójnego przeznaczenia” (mosty, elektrownie). Niestety rakiety dosięgnęły także cywilów.

Odtąd Iran przepuszczał przez Cieśninę Ormuz jedynie wybrane statki, głównie chińskie, bowiem Chiny są głównym odbiorcą irańskiej ropy. Od armatorów innych państw od początków marca domagał się myta w wysokości 2 milionów dolarów, co uzasadniał kosztami odbudowy po amerykańskich i izraelskich nalotach.

13 marca USA w odpowiedzi na nieudane rozmowy pokojowe z Iranem prowadzone w Islamabadzie, stolicy Pakistanu, zablokowały Cieśninę także dla chińskich tankowców z irańską ropą. 19 marca rozpoczęły operację wojskową przeciwko celom wojskowym, głównie składom amunicji położonym u irańskich wybrzeży. 2 kwietnia Bahrajn złożył w Radzie Bezpieczeństwa ONZ projekt rezolucji w celu odblokowania Cieśniny, jednak winą za blokadę obciążył Iran, a wniosek zablokowały Rosja i Chiny. 8 kwietnia mediacje prowadzone przez Pakistan między USA a Iranem doprowadziły przynajmniej do zawieszenia broni.

11 kwietnia Donald Trump stwierdził, że USA rozpoczęły „oczyszczanie” Cieśniny, wpłynęły do niej niszczyciele amerykańskiej marynarki wojennej (donosił „Wall Street Journal”). Dzień później wiceprezydent USA JD Vance oznajmił, że prowadzona w Islamabadzie kolejna runda negocjacji pokojowych zakończyła się niepowodzeniem. Prezydent Donald Trump ogłosił blokadę Cieśniny Ormuz (w teorii już zablokowanej od miesiąca) i zadeklarował, że statki, które zapłaciły Iranowi myto i przekroczą cieśninę, będą zatrzymywane.

23 kwietnia prezydent USA wydał rozkaz niszczenia irańskich kutrów kładących miny morskie w Cieśninie. 3 maja Trump oznajmił, że następnego dnia rozpocznie się „Project Freedom”. Statki będą mogły przepływać przez Cieśninę pod ochroną amerykańską.

Okazało się to jedynie życzeniem Trumpa. Żaden z kapitanów około półtora tysiąca jednostek, które utknęły w Ormuzie, nie kwapił się do przekroczenia Cieśniny.

(To kalendarium wojny streszczam za anglojęzyczną Wikipedią: hasłami „Strait of Hormuz Campaign” oraz „Strait of Hormuz Crisis”.)

Epicka Furia, Projekt Wolność i pat w Ormuzie

5 maja sekretarz stanu Marco Rubio powiedział, że głównym celem USA jest doprowadzenie Cieśniny Ormuz „z powrotem do stanu poprzedniego: by każdy mógł z niej korzystać bez min pod wodą, bez opłacania myta”. Są to działania „humanitarne i obronne”, o wojnie będzie można mówić, jeśli amerykańskie okręty będą ostrzeliwane. Zostały ostrzelane tego samego dnia.

6 maja Rubio przekonywał, że operacja wojskowa o nazwie „Epic Fury” osiągnęła cel, którym było zawarcie rozejmu. Teraz toczy się operacja „Project Freedom”. Jej celem jest eskortowanie statków, które chcą przepłynąć cieśniną.

Tego samego dnia na konferencji prasowej Pentagonu sekretarz obrony Pete Hegseth stwierdził, że USA z powodzeniem zabezpieczyły szlak żeglugi przez cieśninę, a w kolejce ustawiły się setki komercyjnych statków. „Wiemy, że zawstydza to Iran. Twierdzili, że kontrolują cieśninę. Nie kontrolują”.

Jeszcze tego samego dnia Donald Trump ogłosił zawieszenie akcji „Project Freedom”, uzasadniając to „wielkimi postępami” w negocjacjach z Iranem. Te rzekome postępy polegały zaś na tym, że Irańczycy jedynie stwierdzili, iż rozważą liczące czternaście punktów memorandum amerykańskie, mające na celu zakończenie wojny, podczas przyszłych spotkań z pakistańskimi mediatorami.

Mick Mulroy, były zastępca sekretarza stanu do spraw Bliskiego Wschodu, stwierdził w rozmowie z BBC, że związek między zawieszeniem „Project Freedom” i ewentualnym porozumieniem pokojowym pozostaje niejasny. „Nie jest jasne, czy przerwa w Projekcie Freedom wynika z tego jednostronicowego memorandum czy z tego, że 1500 statków, które utknęły [za Cieśniną Ormuz], nie spieszą się do jej przepłynięcia nawet pod ochroną zapewnioną przez USA. Iran też prawdopodobnie stara się to wyjaśnić”.

Taki impas trwa, bowiem Donald Trump zajął się wizytą w Chinach, która rozpoczęła się w środę, 13 maja. W czwartek przywódcy USA i Chin zgodzili się, że Cieśninę Ormuz trzeba odblokować — bez wchodzenia w szczegóły, jak to miałoby się odbyć.

Wojna, która zatrzymała jedną czwartą światowej ropy

Blokada Cieśniny Ormuz jest dla Iranu bardzo dogodnym narzędziem wojny handlowej. Przez nią przepływają — a raczej przepływały — tankowce transportujące około 20 milionów baryłek ropy dziennie. Stanowi to mniej więcej 20-25 procent całej ropy transportowanej drogą morską na całym świecie.

Większość, 84 procent, trafiała do krajów Azji, około 14 proc. do Europy (podaje „Oil Price”). Nie pochodziła jedynie z Iranu. Przez Ormuz przepływały surowce z Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru oraz Iraku.

Blokada Cieśniny przez Iran i kontrblokada przez USA podniosły ceny ropy na światowych rynkach. Szczególnie dotkliwie uderzyło to transport lotniczy, bowiem przez Ormuz przepływało około 20 proc. paliwa lotniczego, a jego brak mógł uziemić nawet 7 proc. samolotów, szacował The Atlantic Council. W Europie nafta z krajów Zatoki Perskiej pokrywała 60 proc. zapotrzebowania na paliwo lotnicze.

W Polsce produkuje je Orlen, więc ten aspekt kryzysu w Cieśninie Ormuz nas omija. Jest jednak dotkliwy dla portów lotniczych w Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii. Dotykają nas natomiast wysokie ceny paliw drogowych. Ten wzrost przekłada się na ceny wielu innych produktów, także żywności (pisał „Business Insider”).

(Nawiasem mówiąc o ewentualnym zamiarze blokady Cieśniny Ormuz Iran najwyraźniej uprzedził Chiny. Jak pisał „New York Times”, władze w Pekinie skupowały ropę na zapas już od końca ubiegłego roku. Zgromadziły około 1,4 miliarda baryłek, podawał NDTV. Dla porównania zapasy amerykańskie wynosiły w końcu kwietnia nieco ponad 400 milionów baryłek, a 32 krajów członkowskich Międzynarodowej Agencji Energii łącznie 1,2 miliarda baryłek).

Biały Dom ma same złe opcje

W Cieśninie Ormuz trwa zatem pat. To, co miało być szybką zmianą reżimu w Iranie, przerodziło się w wojnę handlową na wyniszczenie (war of attrition). Nie jest wcale pewne, że Iran ją przegra. Ataki USA i Izraela na Iran zabiły wielu przywódców irańskich władz, ale lud nie wyszedł na ulice ze względu na okrutny terror stosowany przez reżim wobec przeciwników. Z tego powodu w Iranie nie ma opozycji, ani nawet umiarkowanej frakcji, która mogłaby przejąć władzę.

Jak oceniał to w „The Conversation” prof. Christian Emery z University College of London sukcesy, które amerykański prezydent i jego doradcy ogłaszają, owszem są faktem. Amerykańsko-izraelskie uderzenia nadwyrężyły potencjał irańskiego przemysłu zbrojeniowego, armii i jego marynarki wojennej. Niemniej w przypadku marynarki szkody okazały się niewystarczające, by zapewnić swobodę żeglugi przez Ormuz. Zaś ataki raczej umocniły irański reżim i zmarginalizowały umiarkowane głosy w Iranie, co utrudni pokojowe negocjacje.

„Jedynym pozytywem krótkiego eksperymentu Trumpa z militarnym awanturnictwem, będącym aberracją nawet jak na jego pokrętną polityczną trajektorię, jest to, że się kończy” – konkluduje Emery.

Wojny może i wygrywa się militarnie, jednak pokoje zawiera poprzez dyplomację. Tymczasem, jak mówi w wypowiedzi dla Al-Jazeery Allison Minor, szefowa Atlantic Council do spraw Bliskiego Wschodu, „Białemu Domowi pozostały same złe opcje”.

Brak strategii to błąd

Od początku wojny na Bliskim Wschodzie ceny benzyny w USA wzrosły już do około 4 dol. za galon (około 3,785 l), czyli są o niemal jedną czwartą wyższe niż przed jej wybuchem. Amerykanie za ten stan rzeczy obwiniają Trumpa. Przedłużający się konflikt może wpłynąć na wybory połówkowe (midterm elections), które odbędą się w listopadzie tego roku. Wybrnięcie z wojny z Iranem może wymagać ustępstw na rzecz Teheranu, przypomina Al Jazeera.

Teheran zaś chciałby zakończyć wojnę wywołaną przez USA, także działania zbrojne Izraela przeciw Hezbollahowi w Libanie, wspieranemu przez reżim irański. Dopiero potem chce dyskutować o swoim programie nuklearnym, przy czym odrzuca jego całkowity demontaż. Chce też zniesienia sankcji ekonomicznych i uznania irańskiej kontroli nad Ormuzem. Takie postulaty są nie do przyjęcia dla Amerykanów (Trump nazwał je trash, śmieciami).

Trudno uznać ten stan rzeczy za amerykańskie zwycięstwo. Fałszomierz musi wskazać fałsz. Wbrew wypowiedziom administracji Trumpa, w Cieśninie Ormuz mamy pat i niewiele wskazuje na to, by Amerykanie byli blisko wygrania wojny z Iranem. Z wojskowego punktu widzenia Amerykanie odnieśli taktyczne zwycięstwo, ale strategicznie położyli sprawę.

„Na poziomie strategicznym decydujemy, czy prowadzimy wojnę, czy negocjujemy, z kim się sprzymierzamy, jak zabezpieczamy zasoby i jaki przyjmujemy model użycia sił zbrojnych jako całości. Na przykład czy wykrwawiamy przeciwnika w obronie, czy wybieramy model ofensywny, czy prowadzimy głębokie ataki na wrogie terytorium, a jeśli tak, to czy uderzamy w przemysł, transport, zasoby potrzebne do prowadzenia wojny (paliwo, energetyka). Strategia zakłada, czy chcemy przeciwnika zniszczyć, izolować od dostaw, a może sparaliżować wrogi kraj i wywołać ciężki kryzys władzy”, pisali w Polityka.pl Michał i Jacek Fiszerowie.

Dlaczego czas działa na niekorzyść USA

Na wojnę w Iranie warto spojrzeć z perspektywy teorii gier, przekonuje na łamach tygodnika „New Scientist” prof. Petros Sekeris, ekonomista z Touluse Business School.

W konwencjonalnym starciu zbrojnym niewiele krajów mogłoby dorównać potencjałowi USA i Izraela. Ich arsenały są nowoczesne, a precyzyjne uderzenia zadały wymierne szkody Iranowi. W każdym tradycyjnym rozumieniu wojny jako starcia zbrojnego, amerykańsko-izraelski sojusz wygrał.

Jednak nie jest to konwencjonalne starcie zbrojne, jest to wojna na wyniszczenie (war of attrition). Jest to rodzaj konfliktu, który ma na celu stałe uszczuplanie zasobów przeciwnika. Takie starcie trwa, póki pewne strategiczne zasoby przeciwnika się nie wyczerpią lub gdy uzna, że dalszy konflikt jest zbyt kosztowny. W wojnie na wyniszczenie rosnąca asymetria kosztów liczy się bardziej niż uzbrojenie i zapasy amunicji. Wygrywa ta strona, która dłużej może ponosić straty – nie tylko militarne.

(Tę strategię przyjęła Rosja w wojnie z Ukrainą. Rosyjskie ataki prowadzone są w celu uszczuplenia zasobów ludzkich, materialnych oraz osłabienia morale społeczeństwa do tego stopnia, by kryzys ekonomiczny i zniechęcenie wojną doprowadziły do upadku władz lub zawarcia pokoju na rosyjskich warunkach. Czas miał działać na korzyść Rosji, jednak wiele wskazuje na to, że przyjmując tę strategię Rosja się przeliczyła. Z czasem Ukraina zaczęła produkować drony dalekiego zasięgu, a obrona przeciwlotnicza rozległego rosyjskiego terytorium okazała się niemożliwa. To ukraińskie uderzenia zadają Rosji coraz większe straty.)

W Zatoce Perskiej czas działa na korzyść słabszego militarnie Iranu. Koszty, które ponosi są znaczące, ale dla reżimu do zniesienia. Znacznie tańszą od amerykańskiej amunicję i równie tanie drony może produkować szybciej, niż je zużywa (przypomina Sekeris).

Czas działa natomiast na niekorzyść USA. Dla nich wojna jest kosztowna ekonomicznie (używają dużo droższego uzbrojenia i amunicji), dyplomatycznie (podzieliła ich sojuszników) i społecznie (spada poparcie dla wojny i administracji Trumpa, rośnie frustracja wzrostem cen ropy).

Teoria gier, czyli celowy brak (jasnych) celów

To może tłumaczyć, twierdzi Sekeris, coś, co zadziwia wielu komentatorów i obserwatorów, mianowicie to, dlaczego administracja Trumpa nie zdefiniowała, jakie chce w tej wojnie osiągnąć cele. Gdy już je ogłosiła, kilka razy je zmieniała. Na początku twierdziła, że jest nim zatrzymanie irańskiego programu nuklearnego, potem zmiana reżimu, później blokada Cieśniny Ormuz.

Z pozoru wygląda to na najgorszy błąd strategiczny, jaki można popełnić. Nie zdefiniować celu konfliktu i nie wiedzieć co chce się osiągnąć – to prosta droga do porażki w wojnie. Nie jest to jednak błąd ani przypadek, uważa ekonomista.

Jeśli nie sprzyja nam arytmetyka pola walki, teoria gier podpowiada, że rozmycie celów staje się strategiczną korzyścią. Gracz, który nie zadeklaruje jasnych celów, ma jedną przewagę – zawsze może ogłosić zwycięstwo i opuścić rozgrywkę.

Ta strategia ma jeszcze jedną zaletę. Gdy cel rozgrywki nie został precyzyjnie zdefiniowany, nie da się rozliczyć gracza z nieosiągnięcia celu. Gracz może za to ogłosić sukces, gdy osiągnie jakikolwiek cel.

Coś to Państwu przypomina? Owszem, to strategia często przyjmowana przez polityków. Składają nieprecyzyjne obietnice, by nie musieli przyznawać się do porażki, gdy ich nie spełnią. Jednocześnie ta sama strategia pozwala im ogłosić sukces, gdy uda im się osiągnąć coś, co zmieści się w ramach wcześniejszych, nieprecyzyjnych deklaracji.

Tę strategię Trump często stosował podczas poprzednich kadencji, przypomina Sekeris. Jednak tym razem czas działa na jego niekorzyść. Z badań nad ekonomią konfliktów (praca w „Public Choice”, 2024) wynika, że preferencje polityków i społeczeństw są rozbieżne: politycy wolą przedłużać konflikty zbrojne, obstawiając wygraną. Jednak im bliżej terminu wyborów, tym większa presja społeczna na zakończenie konfliktów. Im wyższy koszt takich konfliktów, tym bardziej prawdopodobne jest, że rządzący się z nich przed wyborami wycofają.

(To, nawiasem mówiąc, tłumaczy sugestie Rosji, że kadencja prezydenta Zełenskiego upłynęła, a warunkiem skutecznych rozmów pokojowych jest rozpisanie wyborów w Ukrainie. Zostało to odebrane na Zachodzie jako absurdalna próba wpływu na wynik wyborów na okupowanych terytoriach, by zainstalować w Kijowie prorosyjskie władze. Nie jest jednak wykluczone, że Rosja liczyła na to, iż po ogłoszeniu wyborów frustracja i zmęczenie wojną Ukraińców doprowadzą do politycznej woli zakończenia tej wojny na wyniszczenie, która okazała się znacznie bardziej kosztowna dla Rosji, niż ktokolwiek przypuszczał.)

Zbliżający się termin wyborów uzupełniających do amerykańskiego kongresu sprawia, że opcje „wyjścia z rozgrywki” (zwłaszcza z twarzą) administracji Trumpa zawężają się z tygodnia na tydzień, konstatuje Sekeris.

Dwa kryzysy naftowe z lat 70. naraz

Jak mówił w marcu Fatih Birol, szef Międzynarodowej Agencji Energii, dwa kryzysy naftowe, w 1973 i w 1979 roku, sprawiły, że na rynki trafiało 5 milionów baryłek ropy dziennie mniej. Od rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainę w lutym 2022 roku na rynkach jest o 75 miliardów metrów sześciennych mniej gazu.

Wojna USA z Iranem i blokada Ormuzu sprawiły, że na rynkach jest o 11 milionów baryłek ropy i 140 miliardów metrów sześciennych gazu dziennie mniej. Ta wojna jest dla rynków dwa razy bardziej dotkliwa niż kryzysy naftowe lat siedemdziesiątych XX wieku. Sytuację łagodzi jedynie to, że na rynkach paliw na początku roku panował nadmiar surowców.

Wpływ tego braku paliw na rynek żywności jest niebywale rozległy, analizował pod koniec marca na łamach „New Scientist” Michael LaPage. Wojna z Iranem już doprowadziła do wzrostów cen żywności. Indeks cen żywności monitorowany przez FAO (uwzględniając inflację) jest najwyższy od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Do produkcji nawozów oraz środków chemicznej ochrony roślin potrzebne są paliwa. Największym producentem nawozów azotowych jest Katar, zapewniający 15 proc. światowej podaży, a wiele krajów do ich produkcji wykorzystuje importowany z państw Zatoki Perskiej gaz i dziś ich fabryki się zamykają. Kraje Zatoki są też ważnym producentem innych nawozów (siarkowych). Natomiast diesel jest paliwem do większości maszyn rolniczych.

Ten kryzys będzie narastał, nawet gdyby wojna zakończyłaby się dzisiaj. W obliczu rosnących kosztów wielu rolników zasadziło wiosną mniej lub zrezygnowało z upraw, mniejsze więc będą zbiory, a ceny żywności w drugiej połowie roku jeszcze bardziej wzrosną. Dołożą się do tego wysokie już ceny transportu żywności spowodowane wzrostem cen paliw.

Z kolei rosnące ceny ropy sprawiły, że w Stanach Zjednoczonych oraz Australii planuje się zwiększenie upraw biopaliw. Sensowność takich upraw jest od dawna kwestionowana (na przykład w USA na biopaliwa przeznaczana jest jedna trzecia upraw kukurydzy, co zapewnia jedynie kilka procent popytu na paliwa). Zwiększenie produkcji biopaliw podniesie ceny żywności jeszcze bardziej.

Za wojnę Trumpa zapłaci cały świat. Jak zwykle, największy koszt poniosą najbiedniejsi, którzy najwięcej wydają na żywność.

Czy wojna może być uzasadniona i sprawiedliwa

Tyle o tej wojnie mówią ekonomia i teoria gier, czyli matematyka. Jednak warto spojrzeć na nią i od innej naukowej strony: etycznej.

Czy można agresję Izraela i Stanów Zjednoczonych usprawiedliwić tym, że Iran wzbogacał uran, co potencjalnie mogłoby w końcu doprowadzić do skonstruowania broni jądrowej? Albo tym, że Iran założył i finansuje Hezbollah i wspiera Hamas, które atakowały Izrael? Tym, że reżim w Teheranie krwawo tłumi protesty i torturuje więźniów politycznych?

Dr Maciej Zając, filozof i etyk z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, przypomina, że Teheran twierdził, iż wzbogaca uran do celów pokojowych, by móc wykorzystać go w elektrowniach jądrowych. Te same instalacje mogą posłużyć do produkcji uranu zawierającego więcej rozszczepialnego izotopu, co można wykorzystać do produkcji broni jądrowej.

W lipcu ubiegłego roku Izrael i USA przeprowadziły naloty wymierzone w te instalacje. Według słów Białego Domu irański uran został wtedy bezpowrotnie pogrzebany głęboko pod górami. Tegoroczne ataki Biały Dom nadal usprawiedliwiał koniecznością zniszczenia potencjału nuklearnego Iranu. Sekretarz obrony Pete Hegseth, przyparty do muru przez dziennikarzy, stwierdził, że uran został pogrzebany, ale istnieje ryzyko, że Iran w ciągu kilku lat, może dekady, do niego dotrze.

View post on Twitter

„Każda z tych kwestii: program jądrowy, krwawo tłumione protesty, finansowanie Hamasu i Hezbollahu, mogłaby stanowić sprawiedliwy powód do wojny — dla kompetentnego podmiotu z odpowiednimi możliwościami, intencjami, planami. Rząd Trumpa nie ma żadnej z tych rzeczy. Nie ma też nawet minimum wiarygodności, twierdząc, że chce osiągać dobre cele.

Jednocześnie deklaruje, że chce wyzwolić Irańczyków i grozi, że zniszczy wszystkie elektrownie i mosty, cofając kraj do epoki sprzed cywilizacji. Chce rozwiązywać kryzys nuklearny, który sam spowodował w pierwszej kadencji, odrzucając dla kaprysu istniejącą wówczas międzynarodową umowę z Iranem — i który podobno rozwiązał jednym nalotem w lipcu 2025”.

„Działania USA nijak się mają do ich wzajemnie sprzecznych deklaracji i nie są w stanie spełnić warunków konieczności, efektywności, proporcjonalności, które musi spełniać każda dopuszczalna etycznie wojna. Jeśli powodujemy światowy kryzys gospodarczy, to musi to się wydarzyć w imię konkretnych, możliwych do osiągnięcia celów, a nie mglistych wizji, którymi prezydent znudzi się trzy dni później. Podobnie jak na poziomie strategicznym, na poziomie etycznym mamy do czynienia z amatorami małpującymi działania poprzedników bez zrozumienia, na czym właściwie polegał sens tych działań.

Tymczasem krótka, zwycięska wojna zamienia się w długi, ciężki kryzys, którego rząd USA zwyczajnie nie jest w stanie ani zakończyć, ani przerzucić na barki kogoś innego”.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Michał Rolecki
Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.

Komentarze