Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Unia EuropejskaFot. Unia Europejska

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Czwartkowy (19 marca) szczyt Rady Europejskiej był w znacznym stopniu poświęcony wojnie na Bliskim Wschodzie i temu jak wpływ na rynek energii.

Jednym z trudniejszych tematów była przyszłość ETS, czyli unijnego systemu opłat za emisje CO2. Pozyskiwane z niego pieniądze mają z jednej strony zachęcać wysokoemisyjne przedsiębiorstwa do ograniczania emisji, a z drugiej – zasilać budżety państw, by mogły finansować transformację energetyczną.

Na zdjęciu u góry: Donald Tusk podczas obrad Rady Europejskiej rozmawia z prezydentem Cypru Nikosem Christodoulidesem oraz kanclerzem Austrii Christianem Stockerem.

Systemu bronią przede wszystkim państwa najmniej zależne od importu paliw kopalnych i sama Komisja Europejska. Ich zdaniem ETS jest kluczowym narzędziem do ograniczania nie tylko emisji, ale i zależności od importu paliw. A ta jest ogromna, bo państwa UE importują większość energii (57 proc.), w tym ok. 85-90 proc. gazu i niemal 100 proc. ropy.

Tak duża zależność od zagranicznych surowców oznacza też dużą wrażliwość na wstrząsy, których współczesna geopolityka dostarcza coraz więcej.

Ale jest i druga strona. To grupa państw argumentująca, że koszty związane z ETS zbytnio obciążają energochłonne sektory, a przez to przedsiębiorstwa (bezpośrednio) i obywateli (pośrednio, bo firmy przerzucają na nich koszty). W gronie tym jest m.in. Polska, która jechała na Radę Europejską z celem poluzowania zasad mechanizmu.

Tuż po szczycie premier Donald Tusk ogłosił sukces.

Przeczytaj także:

Tusk: Polska otrzyma pomoc

„Polska będzie w grupie państw objętych pomocą, która będzie możliwa dzięki mechanizmowi związanemu z uprawnieniami” – powiedział Tusk w drodze powrotnej ze szczytu.

Chodzi o uwolnienie z rezerw części puli bezpłatnych uprawnień do emisji CO2. Większa podaż powinna przełożyć się na obniżenie cen na rynku handlu emisjami, a to – na niższe ceny samej energii. Warto mieć przy tym na uwadze, że chodzi o objęte ETS energochłonne i wysokoemisyjne sektory, takie jak elektrownie węglowe, a nie ceny paliw na stacjach benzynowych.

Jak relacjonuje Tusk, pomoc ma być udzielona państwom, w których ETS jest „istotnym obciążeniem” w cenach energii, albo które są mocno uprzemysłowione. Jedno i drugie dotyczy naszego kraju. „Dokładnie tak zdefiniowano tę grupę państw, aby Polska w 100 proc. się w niej znalazła” – zapewnia premier.

Według niego Komisja Europejska „wrzuci” bezpłatne uprawnienia na rynek już w najbliższych dniach.

Do tego w kolejnych latach pula uprawnień do emisji ma być zmniejszana wolniej (co wpłynie na wolniejszy wzrost cen) – i ma być dostępna również po 2034 r., który do tej pory stanowił rok kończący wszelkie ustępstwa. Zdaniem premiera szczegóły mają być przedstawione do czerwca.

UE mówi po polsku

Zdaniem Tuska niezwykle ważne jest też to, że „kompletnie zmieniła się filozofia” we wspólnocie. Co prawda Polska w krytyce ETS nie była odosobniona już od dawna, ale i nie miała wielu sprzymierzeńców. Teraz reformy systemu domaga się już 10 państw, a najbardziej ambitne klimatycznie państwa – jak twierdzi Tusk – udało się przekonać, aby nie kwestionowały potrzeby indywidualnego podejścia sytuacji każdego kraju.

„Udało się dokonać naprawdę przełomu. To jest w jakimś sensie polityczna rewolucja w Unii Europejskiej, że instytucje i wszystkie państwa zaczęły mówić naszym językiem. Czyli że potrzebne jest podejście do każdego państwa z osobna, tak żeby uwzględnić jego interesy i kłopoty oraz towarzyszące okoliczności” – twierdzi premier.

Jednocześnie podkreśla, że decyzje unijne nie dają gwarancji obniżenia cen energii, bo i nie od decyzji samej wspólnoty wszystko zależy. „Chciałbym, żebyśmy nie mieli takiego złudzenia, że nasze decyzje na 100 proc. będą miały wpływ na ceny energii, bo równocześnie toczy się wojna – ze wszystkimi jej fatalnymi konsekwencjami” – tłumaczy Tusk.

Warto też mieć na uwadze, że niedawno przesunięto w czasie wejście w życie ETS2, który obejmie transport drogowy i indywidualne ogrzewanie budynków (czyli poza siecią ciepłowniczą). Nowe opłaty mają zacząć obowiązywać nie od 2027, lecz 2028 r., a zanim to się stanie mechanizm również ma zostać poddany przeglądowi. O zmiany te od początku walczyła m.in. Polska, która z czasem powiększała grono sojuszników.

Czy faktycznie kraje UE zaczęły więc biegle władać językiem polskim, przynajmniej w rozmowach o ETS?

ETS to wciąż podstawa

Tuż przed Radą Europejską grupa 10 krajów zaapelowała w liście do KE o błyskawiczne zmniejszenie ciężaru wynikającego z mechanizmu i jego jak najszybszą rewizję. W gronie tym znalazły się Polska, Włochy, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Grecja, Węgry, Rumunia i Słowacja.

Jeszcze dwa lata temu tak szeroka koalicja byłaby niemożliwa. Co jednak najważniejsze – koalicja ta nie domagała się wyeliminowania ETS. Co prawda pojedyncze kraje (Włochy i Słowacja) chciały zawieszenia systemu na okres kilku lat, ale od początku wiadomo było, że nie ma to szans. Postulat koalicji był więc znacznie bardziej pragmatyczny: uelastycznienie mechanizmu z powodu piętrzących się kryzysów.

Friedrich Merz, kanclerz Niemiec, przedstawił ETS jako „wielki sukces”, w którym możliwe są „nieliczne korekty”. Jego utrzymanie nie jest jednak kwestionowane.

Portal Euronews ocenił, że dyskusje nie przyniosły żadnych „poważnych szoków”. „Mimo »głośnego« sprzeciwu większość krajów UE dostrzega wartość i znaczenie tego mechanizmu w generowaniu przychodów na zielone technologie przy jednoczesnym ograniczaniu emisji” – podsumowano w relacji.

Tak naprawdę najważniejsze ustalenia w sprawie przyszłości ETS dopiero nadejdą. Komisja Europejska, zgodnie z oczekiwaniami państw walczących o złagodzenie mechanizmu, zadeklarowała, że dokona jego rewizji do lipca. Oznacza to więc przyspieszenie prac o kilka miesięcy (początkowo rewizja miała pojawić się w trzecim kwartale).

Przynajmniej na razie nie ma jednak wątpliwości, że cel wspólnoty jako całości jest jasny: pożegnanie z paliwami kopalnymi.

Transformacja przede wszystkim

„Jest oczywiste, że jednym z największych wyzwań dla konkurencyjności Unii Europejskiej są wysokie ceny energii. Obecny kryzys na Bliskim Wschodzie i jego wpływ na światowe dostawy energii potwierdzają, że wybraliśmy właściwą drogę. To znaczy, że musimy stać się bardziej autonomiczni i polegać na własnych źródłach energii. Dekarbonizacja i lokalne źródła energii to właściwa droga ograniczania niebezpiecznych zależności i obniżania cen energii w perspektywie długoterminowej” – twierdzi Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej.

„Niedawne gwałtowne wzrosty cen importowanych paliw kopalnych pokazują, że transformacja energetyczna pozostaje najskuteczniejszą strategią osiągnięcia strategicznej autonomii Europy, wzmocnienia odporności, strukturalnego obniżenia cen energii oraz zapewnienia dużych ilości czystej rodzimej energii, która jest potrzebna do zasilania gospodarki przyszłości. Przyspieszenie wprowadzania i integracji odnawialnych i niskoemisyjnych źródeł energii i magazynów energii ma zasadnicze znaczenie dla zmniejszenia zależności od niestabilnych rynków paliw kopalnych i dla zwiększenia bezpieczeństwa dostaw” – napisano z kolei w oficjalnej konkluzji z Rady Europejskiej.

Dopiero w kolejnym punkcie stwierdzono, że w perspektywie krótkoterminowej potrzebne są „ukierunkowane rozwiązania” uwzględniające neutralność technologiczną i – to, o czym wspominał Tusk – szczególną sytuację państw członkowskich i niektórych sektorów przemysłu.

Rada Europejska chce też, by jeszcze w tym roku uzgodniono „ambitny pakiet” dotyczący modernizacji sieci energetycznych na poziomie krajowym i transeuropejskim. Celem jest m.in. usprawnienie i przyspieszenie procedur wydawania zezwoleń i stworzenie bardziej zintegrowanego i elastycznego rynku (a przez to odporniejszego na wstrząsy).

Do tego von der Leyen zapowiedziała „impuls inwestycyjny”, który ma przyspieszyć wdrażanie czystych technologii. To wart 30 mld euro program, który ma być utworzony z opłat za emisje.

W UE najmniejsze obciążenie to ETS

Jednocześnie KE zamierza przyjrzeć się wszystkim elementom składowym rachunków za energię, nie tylko ETS. Jak wyjaśniła, opłaty za emisje CO2 stanowią w UE średnio 11 proc. tej kwoty. Najwięcej kosztuje samo wytworzenie energii (56 proc. kwoty na rachunkach), a następnie opłaty sieciowe (18 proc.) oraz pozostałe podatki i opłaty (15 proc.).

W Polsce wpływ ETS jest największy w Europie, bo przez lata potrzebę transformacji i widmo rosnących opłat ignorowano. W rezultacie żadne inne państwo nie polega na węglu tak, jak nasze.

;
Na zdjęciu Szymon Bujalski
Szymon Bujalski

Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.

Komentarze