Lekarze bez Granic dokumentują celowe niszczenie systemu opieki zdrowotnej w Ukrainie. Robin Meldrum, szef misji w Ukrainie: „Ataki [na szpitale, karetki pogotowia] są zbyt regularne, zbyt częste i zbyt precyzyjne, by można je było uznać za przypadkowe”
Najnowszy raport Lekarzy bez Granic liczy 52 strony. Skupia się na przypadkach ataków na placówki opieki zdrowotnej, których świadkami byli pracownicy tej organizacji na Ukrainie. Jego siłą są liczne świadectwa zarówno medyków, jak i pacjentów.
Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w lutym 2022 do końca 2025 roku Światowa Organizacja Zdrowia odnotowała 2811 takich ataków. Z kolei ukraińskie Ministerstwo Zdrowia informuje, że w tym samym okresie siły rosyjskie uszkodziły lub zniszczyły ponad 2,5 tys. placówek medycznych. 327 z nich zostało doszczętnie zniszczonych.
Lekarze bez Granic (Medecins Sans Frontieres, w skrócie MSF) obecni w Ukrainie praktycznie od początku konfliktu, od kwietnia 2022 do grudnia 2025 roku, odnotowali ponad 20 ataków na placówki medyczne związane z działalnością organizacji.
Cztery szpitale, w których działali Lekarze bez Granic, zostały całkowicie zniszczone.
Siedem baz karetek pogotowia musiało zostać opuszczonych. Organizacja straciła dostęp do ponad 80 wsi w sześciu regionach, które wspierała za pomocą klinik mobilnych podstawowej opieki zdrowotnej.
„Ataki te są zbyt regularne, zbyt częste i zbyt precyzyjne, by można je było uznać za przypadkowe” – mówi Robin Meldrum, szef misji Lekarzy bez Granic w Ukrainie.
I dalej: „To nie jest zbieg okoliczności, gdy szpitale są wielokrotnie atakowane, karetki pogotowia stają się celem precyzyjnych ataków dronów, a pracownicy ochrony zdrowia giną w drodze, chcąc przekazać leki w wyraźnie oznakowanych pojazdach. To schemat, a za schematami kryje się zamierzony cel” – przekonuje Robin Meldrum.
Kiedy w październiku 2025 roku pytałem Christophera Stokesa, przez dłuższy czas szefa projektu Lekarzy bez Granic w Ukrainie o bezpieczeństwo działań służb medycznych na terenach objętych wojną, mówił: „Codziennie musimy sprawdzać wiadomości, oceniać, gdzie bezpiecznie możemy pojechać. W Ukrainie nawet szpitale mogą być celem ataku”.
Rosjanie wiedzą, że jesteście służbą medyczną? – dopytywałem.
„Wszystkie nasze pojazdy są białe, z czerwonym znakiem, z emblematem MSF” – odpowiadał mój rozmówca. „Widoczność jest dla nas kluczowa. Ale wie pan, wiele szpitali też było widocznych – można je znaleźć w Google Maps – i mimo to zostały zbombardowane. Widoczność nie daje nam więc poczucia bezpieczeństwa”.
„Według WHO od początku wojny w atakach na ochronę zdrowia – obejmujących placówki medyczne i karetki pogotowia – zginęło 233 pracowników ochrony zdrowia i pacjentów, a kolejnych 930 zostało rannych” – czytamy w Raporcie MSF.
„Przyzwyczailiśmy się do pracy w takich warunkach. Nieustannie towarzyszy nam lęk".
„Nikt nie wpada w panikę, ale wszyscy są w ciągłym napięciu” – mówi 27-letnia pielęgniarka MSF pracująca w szpitalu wspieranym przez organizację we wschodniej Ukrainie.
Ataki na personel medyczny – podczas dojazdu do pacjentów, udzielania pomocy w sytuacjach nagłych czy pracy w szpitalach i ośrodkach zdrowia – stanowią poważne zagrożenie nie tylko dla samych medyków, lecz także dla społeczności, które są od nich zależne.
W takich okolicznościach gwarancje ochrony przewidziane w konwencjach genewskich – mające zapewnić bezpieczeństwo personelowi medycznemu, rannym oraz ludności cywilnej – są systematycznie łamane.
„Podstawowa zasada międzynarodowego prawa humanitarnego – ochrona personelu medycznego oraz osób wymagających opieki – w praktyce przestała być respektowana” – alarmuje Raport.
Wojna zmieniła już jakiś czas temu charakter. Większość urazów powodują dziś drony, nie artyleria i bomby – zaznaczają autorzy dokumentu.
Zespoły Lekarzy bez Granic we wschodniej i południowej Ukrainie działają pod ciągłym zagrożeniem atakami dronów typu FPV (First-Person View) – broni, która pozwala żołnierzom precyzyjnie identyfikować i atakować cele w czasie rzeczywistym.
29 września 2025 roku Valentyna Kolomatska, pielęgniarka pracująca dla Lekarzy bez Granic, i Andrii Rebrov, dyrektor ośrodka zdrowia wspieranego przez MSF, dostarczali leki w Łymanie w obwodzie donieckim.
“Mój samochód, biały Duster, był wyraźnie oznaczony medycznym czerwonym krzyżem. Ale czerwony krzyż mnie nie ochronił” – opowiada Andrii Rebrov.
„Prowadziłem, zerkając w lewy, górny róg, czy nie ma dronów, a Valentyna pilnowała prawej strony. Na początku nic nie widzieliśmy. Ale w ostatnim ułamku sekundy zobaczyłem coś lecącego prosto na maskę samochodu. Dron [FVP] uderzył na moich oczach, powodując duży wybuch. Prawdopodobnie na parę sekund straciliśmy przytomność, bo później stwierdzono, że mamy uszkodzone bębenki. Dym i ostry zapach spalenizny wypełniły samochód. Zaciągnąłem ręczny hamulec, otworzyłem drzwi i moją jedyną myślą było, jak wydostać się z samochodu, bo bałem się, że może być kolejny atak drona”.
„Wypadłem z samochodu, myślałem, że wstanę i zacznę biec, ale kiedy spojrzałem na swoją nogę, wyglądała jak przepuszczona przez maszynkę do mielenia mięsa. Nogawka spodni była rozdarta, wystawały kawałki kości. Odczołgałem się od samochodu".
„Dwoje ukraińskich żołnierzy, którzy nas mijali i widzieli atak, podbiegli i założyli mi opaski uciskowe na nogę, ratując życie. Zabrano mnie do wsi Rajhodorok, przeniesiono do karetki i wysłano do szpitala w Słowiańsku, gdzie miałem pierwszą operację. Dzień później Lekarze bez Granic przewieźli mnie do szpitala w Dnieprze”.
„Ta chwila pokazuje, jak precyzyjne i dobrze zaplanowane mogą być te ataki. Ten horror musi się skończyć. To niszczy ludzi i całe społeczności”.
Zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym celowe atakowanie wyraźnie oznakowanego personelu medycznego lub pojazdów medycznych może stanowić zbrodnię wojenną – podkreślają autorzy Raportu.
Pracownicy MSF działający w pobliżu linii frontu oraz w ośrodku wczesnej rehabilitacji w Czerkasach, są świadkami tego, jak działania wojenne z wykorzystaniem dronów wyprzedzają możliwości reagowania służb medycznych. Tam, gdzie niegdyś obrażenia były spowodowane głównie przez artylerię, obecnie coraz większy odsetek przypadków urazów wynika z ataków dronów.
Czym charakteryzują się rany odniesione w ataku dronowym? Opowiada 30-letni chirurg i kierownik działań medycznych na wschodzie Ukrainy, pracujący dla Lekarzy bez Granic.
„Zwykle drony powodują wiele ran, małych, z poczerniałymi brzegami. Skóra jest często ciemna od oparzeń. Pod koniec stycznia 2026 roku leczyłem młodego mężczyznę, który wiózł swojego ojca i brata. Dron uderzył w nich od strony pasażera. Ojciec zmarł natychmiast. Synowie mieli liczne obrażenia, w tym rany klatki piersiowej i jamy brzusznej oraz złamania otwarte. Jeden z nich przeżył pierwszą operację, ale ryzyko śmierci nadal pozostaje wysokie z powodu sepsy, bo całkowite wyczyszczenie ran jest niemal niemożliwe”.
„Dzieje się tak, ponieważ urazy w następstwie ataku dronem są spowodowane przez liczne fragmenty penetrujące ciało w różnych kierunkach, tworząc głębokie i nieregularne rany, do których niezwykle trudno dotrzeć, a następnie w pełni usunąć martwe tkanki. W przypadku takich ran nie możesz przeprowadzić w pełni chirurgicznego opracowania rany, bo trzeba by usunąć za dużo tkanki. Ale jeśli je zostawisz, rany ulegną zakażeniu. W rezultacie odsetek infekcji wyraźnie wzrósł”.
„Pierwszą walkę toczy się przeciw krwawieniu. Jeśli pacjent przeżyje, druga walka jest przeciw infekcji. Wiele osób przegrywa tę drugą walkę” – ciągnie chirurg.
„Szrapnele w dronach bywają różne. Często są improwizowane, wypełnione śrutem lub innymi, dostępnymi fragmentami metalowymi, z powodu których wzorce urazów są różne. Rezultat jednak pozostaje taki sam: rozległy, wyniszczający uraz. Jeśli dron uderzy w górną część ciała, szanse na przeżycie są niskie. A kiedy uderzenie nie następuje bezpośrednio, lecz dochodzi do zderzenia z drzewem, ziemią czy słupem, odłamki rozpryskują się i trafiają w ważne narządy życiowe. Powoduje to największe możliwe szkody”.
„Tak wygląda współczesna wojna. W porównaniu z 2023 rokiem widzimy zdecydowanie więcej urazów górnej części ciała. Kiedy dron się zbliża, ludzie instynktownie podnoszą ręce, żeby chronić głowę, co prowadzi do ciężkich urazów dłoni i rąk. Wybuchy rozrzucają odłamki z dużą prędkością po całym ciele, rękach, nogach, tułowiu i głowie, często doprowadzając jednocześnie do wielu poważnych urazów".
"Leczyłem pacjenta z amputowaną prawą nogą, otwartym złamaniem lewej nogi, otwartym złamaniem prawej ręki, odłamkiem w lewej ręce i licznymi ranami klatki piersiowej, brzucha i głowy. Pięciu chirurgów operowało go jednocześnie przez jakieś 6 godzin”.
Raport MSF wskazuje na szczególnie niepokojącą formę ataków sił rosyjskich określanych jako „double-tap”. Polegają one na tym, że po pierwszym uderzeniu następuje drugie, celowo wymierzone w ratowników oraz osoby, które przybyły na miejsce, aby udzielić pomocy poszkodowanym.
„Mechanizm takich ataków jest prosty i przemyślany: pierwszy ma przyciągnąć służby ratunkowe, a drugi – przeprowadzony często już po kilku minutach – jest wymierzony właśnie w osoby prowadzące akcję ratunkową” – czytamy w dokumencie.
I dalej: „Odstęp czasu między uderzeniami jest zwykle na tyle krótki, że ratownicy nie mają możliwości bezpiecznego opuszczenia miejsca zdarzenia, a jednocześnie wystarczająco długi, by zdążyli zgromadzić się wokół rannych”.
W rezultacie niesienie pomocy samo staje się śmiertelnie niebezpieczne. Liczba ofiar wzrasta, a jednocześnie – niezależnie od tego, czy taki był zamierzony cel ataku – ratownicy mogą w przyszłości obawiać się podejmowania działań w podobnych sytuacjach.
Dla zespołów medycznych oznacza to dramatyczny dylemat. Decyzja o dotarciu na miejsce ataku nie może być podejmowana wyłącznie na podstawie potrzeb medycznych, lecz musi uwzględniać ryzyko kolejnego uderzenia. Ratownicy, których podstawowym obowiązkiem jest jak najszybsze dotarcie do rannych, zostają zmuszeni do podejmowania decyzji dosłownie dotyczących życia i śmierci.
Jak wygląda rzeczywistość ataku „double-tap”?
Chirurg i kierownik działań medycznych na wschodzie Ukrainy pracujący dla Lekarzy bez Granic wspomina atak na autobus przewożący cywilnych górników w pobliżu Terniwki (70 km od wschodniej linii frontu), w rejonie Pawlohrad w obwodzie dniepropetrowskim, który miał miejsce 1 lutego 2026.
„Doszło do pierwszego ataku, a wkrótce potem do drugiego. Na miejscu zginęło ok. 12 osób. Gdy ranni trafili do szpitala, natychmiast rozpoczęliśmy triaż. Łącznie przyjęliśmy 16 pacjentów. Dziewięciu zaklasyfikowano jako przypadki czerwone. Oznacza to, że wymagali natychmiastowej interwencji ratującej życie. Odsetek ten jest niezwykle wysoki. W większości zdarzeń masowych przypadki czerwone stanowią zazwyczaj ok. 15-20 proc. ogółu”.
„Jeden z moich pacjentów wyjaśnił, że po pierwszej eksplozji rzucił się, by pomóc swoim kolegom. Wtedy nastąpił drugi atak i został trafiony. Na szczęście nie odniósł poważnych obrażeń zagrażających życiu, ale doznał urazu twarzy, w tym oka. W porównaniu z wieloma innymi osobami tego dnia miał szczęście".
„Ten incydent ilustruje to, co coraz częściej obserwujemy w Ukrainie: niezwykle wysoki odsetek pacjentów w stanie krytycznym, spośród których trzeba wybierać, komu udzielić pomocy w pierwszej kolejności, kto przeżyje, a kto umrze”.
Raport MSF pokazuje nie tylko rzeczywistość wojenną, ale dokumentuje stopniowy rozkład tutejszego systemu ochrony zdrowia. Najpierw niszczone są budynki. Atakowany jest personel medyczny. Część medyków wyjeżdża, niektórzy giną. Pozostali pracują ponad siły. W efekcie pacjenci tracą dostęp do leczenia.
„Nie boję się przychodzić do szpitala ani pracować” – mówi autorom Raportu 51-letni pracownik medyczny MSF, pracujący w szpitalu wspieranym przez organizację w południowej części obwodu mikołajowskiego. „Nie boję się nawet tego, że mogę stracić nogę. Bardziej boję się, że zabraknie jedzenia, środków albo ludzi do niesienia pomocy i leczenia pacjentów”.
„Wszyscy się boją. Nasze oczy się boją, ale ręce nadal pracują. Bo kto, jeśli nie my?”.
„Wielu lekarzy i pielęgniarek odeszło z tego szpitala z powodu wojny. Braki kadrowe dotyczą wszystkich szpitali położonych blisko linii frontu. Leków nam nie brakuje. Brakuje natomiast personelu medycznego, który mógłby je podawać i leczyć pacjentów. Wyjechało wielu młodych pracowników ochrony zdrowia, zwłaszcza tych, którzy mają dzieci”.
“Medycy na froncie ratują życie żołnierzy. My też mamy swój front… front cywilny”.
Placówki opieki zdrowotnej, które nadal funkcjonują, borykają się z ogromnym niedoborem personelu: w jednym ze szpitali w Chersoniu, wspieranym przez Lekarzy bez Granic, liczba lekarzy od 2022 roku spadła o 66 proc.
Badanie ankietowe Lekarzy bez Granic przeprowadzone wśród 187 cywilów z regionów bliskich linii frontu wykazało, że odsetek osób, które „zawsze” lub „przez większość czasu” mają dostęp do opieki zdrowotnej, zmniejszył się z 72 proc. przed eskalacją wojenną do 35 proc. po jej nastąpieniu. Liczba osób, które mają dostęp do opieki „rzadko” lub „nigdy” wzrosła z 7 do 35 proc.
Przekłada się to bezpośrednio na cierpienie, a nawet śmierć z powodu schorzeń, które można leczyć – chorób układu krążenia, cukrzycy, padaczki. Stały się one zagrażające życiu z powodu przerw w leczeniu i opóźnień w dostępie do opieki.
W tym roku mija dziesięć lat od przyjęcia rezolucji nr 2286 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która jednoznacznie potwierdza konieczność ochrony personelu humanitarnego i medycznego, pacjentów oraz infrastruktury opieki zdrowotnej w konfliktach zbrojnych. Lekarze bez Granic wzywają w Raporcie wszystkie strony do wypełniania zobowiązań wynikających z międzynarodowego prawa humanitarnego.
Organizacja apeluje do państw mających wpływ na Rosję o wykorzystanie tego wpływu i domaganie się zaprzestania ataków na placówki opieki zdrowotnej. Lekarze bez Granic wzywają również Radę Bezpieczeństwa ONZ do przeprowadzenia odpowiedniego śledztwa i publicznego potępienia ataków na placówki opieki zdrowotnej, jako wyrazu zaangażowania w realizację rezolucji nr 2286 Rady Bezpieczeństwa ONZ.
„Dochodzenia powinny obejmować również wcześniejsze zdarzenia z całego okresu trwania wojny” – czytamy w Raporcie.
„Nie można dopuścić do tego, aby ataki na ochronę zdrowia stały się akceptowaną normą”.
Rosja
Ukraina
Zdrowie
atak dronowy
drony
lekarze
Lekarze Bez Granic
pomoc humanitarna
Rada Bezpieczeństwa ONZ
ratownicy
szpitale
WHO
wojna w Ukrainie
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Komentarze