0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: SERGEY BOBOK / AFPSERGEY BOBOK / AFP

Zapowiadana na wiosnę – i nadal oczekiwana i przez ukraińską, i przez zachodnią opinię publiczną – zakrojona na wielką skalę kontrofensywa Sił Zbrojnych Ukrainy nadal się nie rozpoczęła i najprawdopodobniej szybko się nie rozpocznie. Są ku temu konkretne powody.

  • Po pierwsze, wciąż trwają dostawy zachodniego ciężkiego sprzętu dla ukraińskiej armii i zarazem szkolenie ukraińskich żołnierzy, którzy mają z niego skorzystać. O tym, jaki dokładnie sprzęt trafia do Ukrainy, pisaliśmy niedawno w OKO.press.
  • Po drugie, na wschodzie i południu Ukrainy dopiero kończy się wiosenna „rasputica” – uniemożliwiająca prowadzenie działań na szerszą skalę.
  • Po trzecie, Rosjanie dość konsekwentnie rozbudowują wielowarstwowe pozycje obronne wzdłuż całej linii frontu, słusznie spodziewając się możliwego ukraińskiego kontruderzenia. Ukraińcy śledzą te poczynania na bieżąco i uwzględniają je w rosnących rachunkach potencjalnych strat, które niosłoby za sobą przejście do kontrataku.
  • Po czwarte, Ukraińcy wciąż nie mogą liczyć na dostawy zachodnich myśliwców wielozadaniowych, bez wsparcia lotnictwa szanse na udane przełamanie frontu maleją, zwłaszcza w sytuacji, w której Rosjanie oczekują ukraińskiego ataku.

To wszystko sprawia, że nie sposób obecnie odpowiedzieć na pytanie, czy konflikt w Ukrainie nie pozostanie na dłużej pozycyjną wojną na wyniszczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że co kilka dni słyszymy lub czytamy w części mediów, że to już, Ukraińcy właśnie ruszają do generalnego natarcia.

Przeczytaj także:

„Kontrofensywa", której nadal nie ma

Otóż nie, to jeszcze nie już. O ukraińskiej kontrofensywie, która jakoby miała się właśnie rozpocząć, dość intensywnie opowiada w ostatnim tygodniu rosyjska propaganda. Nic w tym niezwykłego – Rosjanie już wielokrotnie wcześniej „informowali” o różnych ukraińskich działaniach ofensywnych, które nigdy nie miały miejsca. Po co? Po to, by następnie szumnie obwieścić, że rosyjskiej armii udało się bohatersko odeprzeć te podstępne ataki. Bywały zresztą momenty – jak na przykład jesienią zeszłego roku pod Łymanem – gdy takie dezinformacyjne gry Rosjan kończyły się realnym i całkowicie skutecznym ukraińskim atakiem.

Stwierdzenia o „kontrofensywie”, jaką podjąć miała ukraińska armia, pojawiają się też w ukraińskiej sferze publicznej. „Nasza armia wzmocniła ataki na rosyjskie pozycje w kierunku bachmuckim, marińskim, awdijiwskim i łymańskim” – ogłosiła w czwartek wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar, co zostało przez część mediów - także w Polsce - zinterpretowane jako oficjalne potwierdzenie, że ukraińska kontrofensywa właśnie się rozpoczęła. I to w Donbasie, będącym zdecydowanie najmniej korzystnym do takich działań rejonem walk. Z innych wypowiedzi wyciągano z kolei wnioski, jakoby ukraińska „kontrofensywa” miała się rozpocząć w obrębie zabudowy Bachmutu. Jedno i drugie to głębokie nieporozumienie.

Bachmut i Donbas? Raczej nie

Sytuacja w Bachmucie pozostaje skrajnie trudna dla obrońców. Już od tygodni mamy tam do czynienia przede wszystkim z intensywną bitwą miejską, której ogólna skala uległa redukcji do poszczególnych budynków, kwartałów zabudowań i ulic. Pamiętamy już etap długotrwałych ciężkich starć o rejon sklepu ogrodniczego i okolicę wybiegu dla psów. Obecnie zaś chyba najbardziej intensywne walki mają miejsce w rejonie Domu Ludowego oraz wzdłuż stanowiących główną ukraińską linię obrony w Bachmucie torów kolejowych przebiegających przez miasto z południa na północ, z grubsza równolegle do przekroczonej już przez Rosjan rzeki Bachmutiwki.

Choć samo miasto jest wielokrotnie mniejsze od drugowojennej Warszawy czy Stalingradu, porównania z realiami Powstania Warszawskiego czy bitwy o Stalingrad są jak najbardziej uzasadnione. Jeśli można więc mówić o jakiejś „kontrofensywie” w obrębie samego miasta, musimy zrozumieć, że może mieć ona jedynie charakter lokalnego kontrataku – skutkującego na przykład odbiciem kwartału zabudowań, czy pojedynczego większego obiektu. Skutkiem takiego lokalnego kontrataku mogłaby być poprawa sytuacji taktycznej w walkach miejskich na terenie Bachmutu, z pewnością jego powodzenie miałoby też istotny wymiar symboliczno-propagandowy dla obu stron. Nie byłby to jednak znaczący cios dla Rosjan ani w skali operacyjnej (czyli w odniesieniu do całości działań w północnej części Donbasu), ani tym bardziej strategicznej – czyli w odniesieniu do całego konfliktu.

Nie tylko samo miasto, ale i cały rejon Bachmutu nie wydaje się być tym odcinkiem frontu, na którym Ukraińcy mogliby liczyć na szansę bardziej rozstrzygającego uderzenia na Rosjan. Na północ i na południe od Bachmutu Rosjanie dość porządnie okopali się na zdobytych wcześniej pozycjach. Wciąż nie porzucili dążenia do zupełnego odcięcia obrońców miasta od linii zaopatrzeniowych, obecnie jednak ograniczają się do osiągania zbliżonego skutku za pomocą stałego ostrzału artyleryjskiego doliny na zachód od miasta, którą przebiega ta jedyna droga umożliwiająca dostarczanie do Bachmutu amunicji, uzupełnień, żywności i lekarstw. Ewentualne natarcie na rosyjskie linie obronne wokół Bachmutu – które miałoby w sobie element realnej szansy na odblokowanie miasta, wymagałoby ze strony Sił Zbrojnych Ukrainy użycia ogromnych sił i pogodzenia się z bardzo poważnymi stratami.

Nawet jeśli za sprawą takiego kosztownego pod każdym względem uderzenia udałoby się znacząco poprawić sytuację obrońców Bachmutu, jest bardzo mało prawdopodobne, by możliwe byłoby uzyskanie jakkolwiek istotnych dalszych postępów.

Podobnie jest zresztą wszędzie w Donbasie – od Marijnki pod Donieckiem aż po rejon Siewierska nad Dońcem. Wszędzie tam po obu stronach frontu rozciągają się wielowarstwowe linie obronne rozbudowywane przez obie armie w miarę postępów walk i zmian przebiegu linii frontu. Można liczyć na odrzucenie wroga o kilka kilometrów w lokalnych kontratakach, które jednak prędzej czy później zatrzymają się na którejś z kolejnych linii obrony.

Jest naprawdę mało prawdopodobne, by ukraińska kontrofensywa miała rozpocząć się właśnie w Donbasie.

Południe? Tak, ale to oczywiste. Trochę za bardzo

Jeżeli w ogóle można jeszcze wskazać jakikolwiek odcinek linii frontu, na którym Siły Zbrojne Ukrainy wciąż mają realne szanse na sukces w działaniach kontrofensywnych na większą skalę, to nieodmiennie pozostaje nim Zaporoże. Tam uderzenie wyprowadzone z rejonu pozostających pod kontrolą Ukraińców miast Hulajpołe i Orechów w kierunku Tokmaku i następnie Melitopola mogłoby przerwać rosyjskie linie zaopatrzeniowe prowadzące w kierunku okupowanej lewobrzeżnej (wschodniej) części obwodu Chersońskiego i Krymu. Kluczowa jest tu zwłaszcza droga M14, czyli autostrada Mariupol-Odessa przebiegająca przez Melitopol. Nawet objęcie jej zasięgiem ukraińskiej artylerii lufowej (mowa o haubicach i armatohaubicach) mogłoby oznaczać wstęp do końca rosyjskiego panowania nad południem Ukrainy.

Innej bezpośredniej lądowej drogi łączącej obwód chersoński i Krym z terytorium Rosji po prostu nie ma.

Rosjanie zdają sobie sprawę z zagrożenia na Zaporożu. Wiedzą, że głównym rejonem koncentracji ukraińskich obwodów nieodmiennie pozostaje obszar miast Dnipro i Pawłograd. Ma to bardzo logiczne uzasadnienie geograficzne – stamtąd prowadzą dość dogodne drogi zarówno na Zaporoże, jak i do Donbasu i wreszcie obwodu charkowskiego. Jednocześnie to na tyle daleko od linii frontu, że ukraińskim odwodom nie grozi ostrzał inny niż rakietowy (w tym także używanymi w roli rakiet balistycznych ziemia-ziemia pociskami przeciwlotniczymi S-300, które są przez Rosjan do tego dość intensywnie wykorzystywane). Najbliżej jednak stamtąd właśnie do linii frontu na Zaporożu.

Dlatego właśnie tam – i we wschodniej części obwodu chersońskiego – Rosjanie zainwestowali chyba najwięcej w rozbudowę kilku wielowarstwowych linii obronnych mających spowolnić i powstrzymać spodziewany ukraiński atak. Składają się one z systemów okopów uzupełnianych stanowiskami strzeleckimi dla pojazdów i bunkrami, zasieków oraz zapór przeciwczołgowych zwanych „zębami smoka”. Linii jest kilka, a najgłębiej ulokowane z nich sięgają Kanału Północnokrymskiego, co oznacza, że Rosjanie liczą się z tym, że ukraińskiego uderzenia nie uda się im zatrzymać od razu, że będą je spowalniać, wykrwawiając nacierające wojska na kolejnych liniach obrony.

Czy to oznacza, że Ukraińcy mają jakąś szansę na uzyskanie elementu zaskoczenia? Owszem, warto pamiętać, że przeprowadzona we wrześniu 2022 roku przez Ukraińców ofensywa w obwodzie charkowskim zakończona odbiciem Bałakliji, Iziumu, Kupiańska i ostatecznie również Łymanu, była dla Rosjan całkowitym zaskoczeniem. Rosyjski wywiad, zwiad lotniczy i satelitarny, jednostki rozpoznawcze w terenie – to wszystko kompletnie zawiodło. Ukraińcom udało się niepostrzeżenie skoncentrować istotne (kilka brygad) siły o dość doborowym charakterze na zachód od Bałakliji, a następnie – już po rozpoczęciu druzgoczącego w skutkach dla Rosjan natarcia – doprowadzić tam w błyskawicznym tempie odwody (czego Rosjanie również zupełnie się nie spodziewali).

Czy coś takiego jest możliwe i dziś? Nie można tego całkowicie wykluczać. Rosyjska propaganda w ostatnim czasie regularnie opowiada o rzekomym zwiększeniu zdolności rozpoznawczych armii dzięki uzyskaniu dostępu do danych z chińskiego zwiadu satelitarnego. Zarazem w tych samych propagandowych mediach można usłyszeć, że stałym problemem dla rosyjskich analityków obrazów satelitarnych pozostają ukraińskie działania pozoracyjne – z wykorzystaniem między innymi dmuchanych makiet pojazdów wojskowych (w niemałych ilościach kupowanych przez Ukrainę i dostarczanych przez kraje NATO). Jeśli te działania uzupełniane są symulowanymi „ruchami ukraińskich wojsk” z wykorzystaniem części realnych pojazdów, a Rosjanom wciąż brakuje zdolności rozpoznawczych i wywiadowczych na ziemi, by odróżnić satelitarne ziarno od plew, takie mistyfikacje mogą być bardzo skuteczne.

Jednak po skróceniu linii frontu za sprawą jesiennych ukraińskich ofensyw w obwodach charkowskim i chersońskim możliwy kierunek kolejnego ukraińskiego uderzenia na większą skalę jest już właściwie tylko jeden. To południe Ukrainy ze szczególnym uwzględnieniem linii na Zaporożu – od Dniepru, po okolice Wuhłedaru. Właśnie tam Ukraińcy mogą uzyskać najwięcej, przechodząc do ataku. I właśnie tam Rosjanie najbardziej się ich spodziewają.

Nie każdy kontratak się udaje

I tu trzeba jeszcze raz się cofnąć do schyłku lata 2022 – tym razem do ofensywy w obwodzie chersońskim. W ostatnich dniach sierpnia Ukraińcom udało się tam sforsować rzekę Ingulec w rejonie miejscowości Dawidyw Brod i uzyskać za nią przyczółek, wykorzystany zresztą w kolejnych fazach kontrofensywy. W natarciu brała udział między innymi ukraińska 128. Zakarpacka Brygada Górska – doborowa i zaprawiona w bojach jednostka. Pierwsza faza tego ataku przebiegła bardzo pomyślnie dla Ukraińców, Rosjanie zostali zmuszeni do wręcz bezładnego odwrotu. Ukraińcy rzucili się w pogoń – błyskawicznie nadeszły jednak rosyjskie odwody, które przy nadspodziewanie silnym wsparciu artyleryjskim i lotniczym bardzo skutecznie zatrzymały dalsze ukraińskie natarcie na przygotowanych wcześniej zapasowych liniach obronnych. Skutkowało to tak poważnymi ukraińskimi stratami, że w obwodzie zakarpackim, gdzie w czasach pokoju stacjonuje 128. brygada, ogłoszono kilkudniową żałobę narodową. Odbudowanie po tym potencjału ofensywnego w północno-zachodniej części obwodu chersońskiego zajęło Ukraińcom prawie dwa miesiące.

W tej wojnie – jak zresztą w większości pełnoskalowych konfliktów zbrojnych – strona broniąca się zyskuje naturalną premię wynikającą z możliwości wykorzystania umocnień i ukształtowania terenu w celu zmniejszenia własnych strat i zwiększenia strat przeciwnika. Zniwelować to może głównie element zaskoczenia (w dodatku połączony z dyletanctwem dowództwa broniącej się strony). Gdy Rosjanie zostali zaskoczeni w obwodzie charkowskim, ich klęskę spotęgował fakt, że nie byli absolutnie przygotowani do stworzenia kolejnych linii obronnych. Już jednak w obwodzie chersońskim w rejonie Dawidywego Brodu – również początkowo zaskoczeni – zdołali odbudować obronę na przygotowanych wcześniej pozycjach i zadać bardzo ciężkie straty Ukraińcom.

O tych doświadczeniach pamiętają dziś dobrze ukraińscy generałowie z Walerijem Załużnym i Ołeksandrem Syrskim na czele - i biorą je pod uwagę w planowaniu dalszych działań swej armii. W tym kontekście nie sposób wykluczać i takiej możliwości, że działania zbrojne w Ukrainie jeszcze przez dłuższy czas będą miały charakter pozycyjnej wojny na wyniszczenie – z punktu widzenia Sił Zbrojnych Ukrainy może to być mniej niekorzystne niż przeprowadzanie spodziewanego frontalnego ataku na umocnione pozycje na Zaporożu i to bez wsparcia z powietrza, bo przecież Ukraińcy wciąż nie mogą się doprosić dostaw nowoczesnych samolotów produkcji zachodniej.

---

Już poniedziałek 24 kwietnia ukaże się nowy odcinek cyklu SYTUACJA NA FRONCIE autorstwa płk. Piotra Lewandowskiego. To cotygodniowe podsumowanie przebiegu działań wojennych w Ukrainie.

MAPA przebiegu działań wojennych w Ukrainie

O mapie: Mapa jest aktualizowana w rytmie odpowiadającym publikacji kolejnych analiz z cyklu SYTUACJA NA FRONCIE – za każdym razem przedstawia zatem ten względnie* bieżący stan działań wojennych, nie zaś ten historyczny zgodny z datami publikacji poszczególnych odcinków. Dla wygody korzystania mapę zdecydowanie warto rozwinąć – służy do tego przycisk w jej lewym dolnym rogu.

Odwzorowany przebieg linii frontu ma charakter przybliżony – zwłaszcza w rejonach, gdzie biegnie ona wzdłuż krętych meandrów rzek Doniec i Ingulec.

* Musimy pamiętać, że część informacji trafia do nas z dobowym (lub i dłuższym) opóźnieniem. Część zaś wymaga weryfikacji. Aktualizując mapę, korzystamy wyłącznie z potwierdzonych danych, choć w analizach wspominamy i o tych nie w pełni jeszcze zweryfikowanych.

;

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta. Pracował w "Dzienniku Polska Europa Świat" i w "Polsce The Times". W OKO.press pisze o polityce i sprawach okołopolitycznych.

Komentarze