14 października 2022

Jej szkołę w Mariupolu zburzyli Rosjanie. Odbudowała ją w Warszawie. Opowieść nauczycielki

„Ukraina nie może stracić swoich dzieci. Musimy rozwijać ich potencjał. Ukraińskie szkoły w Polsce są po to, żeby tym dzieciom było łatwiej wracać do Ukrainy” - mówi Natalia Rowyćka, nauczycielka, która kieruje "Pierwszą ukraińską szkołą" w Warszawie

Natalia Rowyćka, dyrektorka szkoły nr 66 w Mariupolu, mieszka w Polsce od końca marca. Jest jedną z ponad 22 tys. ukraińskich nauczycielek, które z powodu wojny wyjechały z Ukrainy. Połowa z nich jest w Polsce. Wiosną Natalia przyczyniła się do stworzenia „Pierwszej ukraińskiej szkoły w Polsce”, którą w Warszawie założyła Fundacja „Niezniszczalna Ukraina”. Jest jej dyrektorką. O swojej ucieczce z oblężonego Mariupola i budowie podstaw ukraińskiej edukacji w Polsce opowiedziała Krystynie Garbicz.

JESTEŚMY TU RAZEM

Powoli wyczerpują się zasoby dobrej woli i możliwości pomocy ukraińskim rodzinom, które ratując się przed rosyjską agresją, próbują w Polsce mieszkać, pracować i uczyć się. Państwo nie wspiera już Polek i Polaków, którzy przyjmują uchodźców. Czas na nowo ułożyć relacje i szukać rozwiązań. Chcemy w OKO.press opisywać historie gości z Ukrainy, usłyszeć je od was. Czekamy też na listy polskich pracodawców, gospodarzy, wszystkich osób, które chcą napisać komentarz lub zgłosić pomysł. Piszcie na adres [email protected].

МИ ТУТ РАЗОМ

Поволі вичерпуються ресурси доброї волі та можливості допомоги українським родинам, які, рятуючись від російської агресії, намагаються жити, працювати та навчатися в Польщі. Держава більше не підтримує польок та поляків, які приймають біженців. Настав час заново формувати стосунки та шукати рішення. В OKO.press ми хочемо описати історії гостей з України, почути їх від вас. Також чекаємо на листи від польських роботодавців, господарів та всіх, хто бажає написати коментар чи подати ідею. Пишіть на [email protected].

Dalsza część tekstu pod ramką.

Powoli wyczerpują się zasoby dobrej woli i możliwości pomocy ukraińskim rodzinom, które ratując się przed rosyjską agresją, próbują w Polsce mieszkać, pracować i uczyć się. Państwo nie wspiera już Polek i Polaków, którzy przyjmują uchodźców. Czas na nowo ułożyć relacje i szukać rozwiązań. Chcemy w OKO.press opisywać historie gości z Ukrainy, usłyszeć je od was. Czekamy też na listy polskich pracodawców, gospodarzy, wszystkich osób, które chcą napisać komentarz lub zgłosić pomysł. Piszcie na adres [email protected]

Поволі вичерпуються ресурси доброї волі та можливості допомоги українським родинам, які, рятуючись від російської агресії, намагаються жити, працювати та навчатися в Польщі. Держава більше не підтримує польок та поляків, які приймають біженців. Настав час заново формувати стосунки та шукати рішення. В OKO.press ми хочемо описати історії гостей з України, почути їх від вас. Також чекаємо на листи від польських роботодавців, господарів та всіх, хто бажає написати коментар чи подати ідею. Пишіть на [email protected]

Natalia Rowyćka, dyrektorka "Pierwszej ukraińskiej szkoły" w Warszawie, fot. Elvina Memetova

Jest wieczór 22 lutego 2022 roku. Natalia z sąsiadką oglądają przemówienie prezydenta Federacji Rosyjskiej o uznaniu niepodległości Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Nie sądzą, że za dwa dni wybuchnie wojna na pełną skalę. Już przeżyły podobne zagrożenie w 2014 roku, kiedy separatyści z armią rosyjską próbowali zająć Mariupol. Wtedy armia ukraińska ich wygnała.

Natalia z wykształcenia jest nauczycielką chemii, 13 lat zajmuje stanowisko dyrektorki szkoły nr 66 w Mariupolu. Rano 24 lutego Natalia każe rodzicom zostawić dzieci w domu, biegnie do szkoły. Razem z nauczycielami chowają dokumenty i komputery oraz inny sprzęt i zamykają budynek, żeby uchronić szkołę od szabru.

Kolejne dni Natalia z mężem chodzi sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Zaledwie cztery lata temu szkoła przeszła remont kapitalny. W internecie do tej pory można zobaczyć zdjęcia budynku, pomalowanego w żółto-niebieskie kolory. Ostatni raz Natalia przyjdzie tu 9 marca.

26 lutego po raz pierwszy w mieście przerwano dostawę prądu. Pojawił się następnego dnia, żeby znowu zniknąć na dłużej. Natalia z mężem mieszka w pięciopiętrowym domu w samym centrum Mariupola. Z jednej strony jej domu znajduje się teatr dramatyczny i poczta główna, z drugiej – budynek urzędowy i szpital położniczy, czyli „obiekty strategiczne”, które wkrótce zniszczą Rosjanie.

Pierwszego marca po raz pierwszy pocisk trafił w jej dom.

W mieście nie ma gazu. Ludzie gotują jedzenie na ogniu. Grupkami mieszkają w piwnicach. Mariupolanie już na pamięć znają rozkład ostrzałów: rano strzelają, potem jest przerwa, w południe znowu godzina ciszy, nocą – cisza. Tak było do 8 marca, potem przerw nie było.

„Nie chodźcie już do szkoły”

W piwnicy, gdzie ukrywają się 24 osoby jest też trzymiesięczna dziewczynka. Natalia z sąsiadką biegają do znajomej nauczycielki, u której jest butla gazowa, żeby ugotować kaszę manną dla matki, żeby ta nie straciła pokarmu. Spuszczają wodę z kaloryferów w domu, później to samo robią w liceum obok. 8 marca pada śnieg, zbierają go i topią. To jedyne źródło wody.

10 marca do domu dyrektorki przychodzą rodzice uczniów. – Niech pani już nie idzie do szkoły, zniszczyli ją – mówią i pokazują zdjęcia. – W pierwszych dniach wojny Rosjanie zbombardowali szkołę nr 46 oraz szkołę nr 16, gdzie był jeden z naszych uczniów z 11. klasy. Zginął.

Nasze dzieci, mieszkające blisko szkoły, widziały nalot. Płakały ー dodaje dyrektorka.

– Staliśmy z mężem przy oknie i widzieliśmy, jak bombardowali ten słynny szpital położniczy. Fala wybuchu była tak mocna, że rzuciło nas na korytarz – wspomina.

Po tym ataku coraz więcej czasu spędzają w schronie. Tam razem z sąsiadami słuchają maleńkiego radia: jest to ich jedyne źródło informacji. Ludzie chcą usłyszeć, kiedy skończy się już ich piekło. Niestety, każdego dnia jest coraz gorzej.

Pod rosyjskimi bombami

5 marca miała być przeprowadzona ewakuacja cywili z Mariupola. Rosjanie jednak nie dali ludziom wyjechać – podpalili domy na drodze z miasta. Przez dym nie dało się jechać.

Ludzie znaleźli schronienie w teatrze dramatycznym. 16 marca budynek, gdzie przebywało ponad 1200 osób, zostanie zaatakowany, zginą setki osób. W czerwcu Agnès Callamard, sekretarz generalna Amnesty International, komentując raport organizacji na temat ataku na teatr dramatyczny w Mariupolu, powie:

„Po miesiącach drobiazgowego śledztwa, analizy zdjęć satelitarnych i wywiadów z dziesiątkami świadków, stwierdziliśmy, że ten atak jest ewidentną zbrodnią wojenną, popełnioną przez siły rosyjskie”.

Natalia z mężem też chcą wyjechać. W piwnicy z nimi siedzą mężczyźni w wieku około 30 lat, chcą ratować swoje rodziny. Decydują się wyrwać z miasta, póki ich samochody mają dobre opony.

– Chcieliśmy wyjechać na tydzień-dwa na wieś blisko Mariupola. Nie braliśmy za dużo rzeczy. Wzięliśmy dokumenty, psa, jakieś ubrania, garnek z przygotowanym ryżem, worek ziemniaków, trochę wody – mówi Natalia.

Kiedy uciekali z miasta, nie istniały jeszcze procedury „filtracji”.

– Rosjanie nie wiedzieli, co z nami robić, a my nie wiedzieliśmy, jak mamy się zachowywać – dodaje Natalia.

Przez cmentarz do życia

Od tego momentu tracą rachubę dni. Kobieta pamięta tylko, że wyjechali w dniu, kiedy Rosjanie zbombardowali teatr dramatyczny. Kilka godzin po ich wyjeździe zniszczono też jej mieszkanie. Na dom spadły dwie bomby fosforowe, pożar trwał trzy dni.

Większość dróg jest zaminowana przez Rosjan. Trudno znaleźć bezpieczną trasę. Po drodze mijają ostrzelane samochody z ludźmi. Natalia przez cały czas próbuje znaleźć zasięg. Dzwoni do syna, który jest w obwodzie winnickim razem z żoną i dzieckiem.

W końcu udaje im się dojechać do Wasyliwky w obwodzie zaporoskim. Tam ich zatrzymują kadyrowcy. Jest godzina 18:00. Będą stać tam do 7 rano. Nocą jest minus 7 stopni Celsjusza. Most z Wasyliwky na Zaporoże został zerwany.

– Musieliśmy jechać przez cmentarz po grobach, ratując życie – mówi cicho Natalia.

W Zaporożu zostają na noc, rano jadą do Winnicy, do syna.

Z Winnicy do Warszawy

Po dwóch dniach Natalia odbiera telefon. Dzwoni Wiktoria Gnap, założycielka Fundacji „Niezniszczalna Ukraina”, która w Polsce zakłada ukraińskie szkoły dla uchodźców. Proponuje Natalii stanowisko dyrektora warszawskiej szkoły ukraińskiej.

Nie znały się wcześniej. Ktoś zarekomendował Natalię, kiedy Wiktoria szukała pracowników. Natalia się waha. Syn namawia, żeby jechała.

– Zadzwoniłam do Wiktorii, a ona mówi: przyjeżdżajcie, będziemy pracować – wspomina Natalia.

– Nie znałam wcześniej takich ludzi jak Wiktoria. Ona stawia sobie cel, widzi problem i dąży do jego rozwiązania, wydaje się, 24 godziny na dobę.

Dyrektorka jedzie z mężem i psem z Winnicy do Polski objąć stanowisko w nowej szkole, ale nie ma gdzie mieszkać. W Warszawie, jak i w innych polskich miastach, brakuje mieszkań dla uchodźców. W znalezieniu mieszkania pomaga jej Alla, z którą Natalia 40 lat wcześniej dzieliła pokój w akademiku. Z Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka, skontaktowała się z wolontariuszami w Polsce.

– Jechaliśmy przez Lwów, gdzie zostaliśmy na noc. Wtedy dowiedzieliśmy się, że wolontariusze znaleźli nam mieszkanie w Warszawie – mówi Natalia.

Właścicielka, pani Lila, za darmo udostępniła im mieszkanie swoich rodziców. – Przyjęła nas, jak bliskich, jak rodzinę. Kupiła dla nas kołdry, ręczniki, poduszki, zadbała o wszystko. Gdyby nie ona, myślę, że bym nie przeżyła – mówi Natalia.

– Jadąc do Polski, jeszcze nie wiedziałam, że mojego domu nie ma. Nie wiem, jak poradziłabym sobie z utratą, gdyby nie Lila. Jest bardzo dobrym człowiekiem.

Zapomnieć o bólu

Natalia przyjechała do Warszawy 29 marca, a już 1 kwietnia zaczęła pracę w ukraińskiej szkole. Jeszcze w Winnicy przyszła dyrektorka bierze udział w rozmowach rekrutacyjnych nauczycieli. Na miejscu w ciągu kilku dni udaje się zorganizować naukę stacjonarną popołudniami, w pomieszczeniach warszawskiego liceum prywatnego. Ukraińskie dzieci, które dotąd uczyły się online, mają wreszcie normalne lekcje. – Bardzo dobrze nas przyjęli – wspomina Natalia.

Pierwszy semestr letni w ukraińskiej szkole w Warszawie ukończyło około 100 uczniów i uczennic, wśród nich 13 z Mariupola, troje ー ze szkoły nr 66, w której pracowała Natalia.

– Fundacja „Niezniszczalna Ukraina” nie tylko daje setkom ukraińskich dzieci możliwość nauki w komfortowych warunkach. Dzięki niej nauczycielki mogą zapomnieć chociaż na chwilę o swoim bólu. Nie wiem, jakbym sobie poradziła, gdyby nie ta praca. Mam 60 lat i straciłam wszystko. Jedyne co mam, to ta szkoła – podsumowuje Natalia.

Kiedy pytam Natalię o jej motywację, odpowiada: – Ukraina nie powinna stracić swoich dzieci. Musimy rozwijać ich potencjał. Ukraińskie szkoły w Polsce są po to, żeby tym dzieciom było łatwiej wracać do Ukrainy. One są przyszłością.

We wrześniu 2022 roku w szkole Fundacji „Niezniszczalna Ukraina” w Warszawie rozpoczęło rok szkolny 400 dzieci. Fot. Fundacja "Niezniszczalna Ukraina"
dzieci w klasie
Obecnie szkoła mieści się na 4. piętrze Galerii Handlowej Blue City w Warszawie. W szkole pracuje 27 nauczycielek z Ukrainy. We wrześniu ocen jeszcze nie wystawiały: nie wszystkie dzieci miały możliwość uczyć się w zeszłym semestrze. Fot. Fundacja "Niezniszczalna Ukraina"

Udostępnij:

Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką, „ambasadorką” Ukrainy w Polsce. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne