Podpisanie tej umowy może oznaczać, że wbrew wcześniejszej retoryce Trumpa, USA nie stracą zainteresowania Ukrainą. Wiele wskazuje na to, że Kijów i Waszyngton są bliskie dogadania się. Czy – jak komentują ukraińskie media – będzie to „PR dla Trumpa, sukces dla Ukrainy"?
Umowa surowcowa ze Stanami Zjednoczonymi może być przełomem w staraniach Ukrainy o utrzymanie zaangażowania USA w obronę tego kraju, pomimo zmiany władzy. Pomysł umowy powstał wiele miesięcy temu i był niejako skrojony na miarę Trumpa. „Po latach przekonywania, że warto walczyć o demokrację, Ukraina szybko wykalkulowała, że Donald Trump będzie bardziej skłonny sądzić, że kraj warto ocalić ze względu na obfite bogactwa mineralne” – pisało Politico.
Długoterminowo obecność firm z USA mogłaby też odstraszyć Rosjan przed atakiem na Ukrainę. Kijów liczy na to, że po uzyskaniu pokoju lub zawieszenia broni zyska dodatkowe zabezpieczenie swoich interesów i zagraniczne inwestycje. Te będą wyjątkowo cenne po ekstremalnie trudnym gospodarczo okresie aktywnej obrony przed wrogiem.
Negocjacje były jednak trudne. Prezydent Zełenski wskazał, że podpisanie umowy w kształcie zaproponowanym pierwotnie przez administrację Donalda Trumpa oznaczałoby dekady gospodarczego uzależnienia od USA.
15 lutego Zełenski ogłosił, że nie podpisze dokumentu, który „niewystarczająco chroni” interesy Kijowa. Po tej zapowiedzi Trump zaczął atakować ukraińskiego odpowiednika i naciskać na przeprowadzenie wyborów w ogarniętym wojną kraju (niemożliwe w czasie stanu wojennego), nazywając Zełenskiego „dyktatorem bez wyborów". Według informacji medialnych proponowana przez USA pierwotna wersja umowy opiewała na nawet 500 mld dolarów zysku dla Waszyngtonu. Trump powtarzał, że tyle miała wynieść dotychczasowa pomoc USA dla Kijowa, która powinna zostać zwrócona Stanom. Według niemieckiego Kiel Institute kwota wsparcia dla Ukrainy wynosi jednak znacznie mniej, bo 120 mld dolarów.
„Nie podpiszę tego, co spłacać będzie musiało 10 pokoleń Ukraińców” – stwierdził Zełenski.
Do szczegółów odrzuconej propozycji dotarli dziennikarze brytyjskiego „The Telegraph”. USA miałyby zapewnioną połowę przychodów z wydobycia i połowę wartości finansowej „wszystkich nowych licencji wydanych stronom trzecim”. Takie warunki gazeta nazwała „gospodarczą kolonizacją".
O odrzuceniu przez Ukrainę pierwszej wersji umowy pisała w OKO.press Krystyna Garbicz:
Szczegóły poprawionej – aktualnej – wersji wyciekały do kolejnych mediów w USA i Wielkiej Brytanii. Wokół tematu panował jednak informacyjny chaos i na pewno było wiadomo jedynie, że zarówno USA, jak i Ukraina dążą do podpisania dokumentu. Podczas spotkania z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem amerykański prezydent zapowiedział jednak, że spodziewa się Zełenskiego w Waszyngtonie już w ten piątek.
Do ukraińskich mediów wyciekła jednak ostateczna treść umowy. Opublikowała ją „Ukraińska Prawda".
W 18 punkach umowy jest mowa przede wszystkim utworzeniu kontrolowanego wspólnie z USA funduszu odbudowy, w którym znajdzie się połowa zysków z wydobycia.
W ukraińskiej prasie czytamy pozytywne komentarze. „PR dla Trumpa, sukces dla Ukrainy” – pisze o ostatecznej treści umowy Europejska Prawda. Ukraiński serwis zwraca uwagę na twarde negocjacje administracji Zełenskiego i chaos po stronie amerykańskiej. Delegacja Waszyngtonu według portalu kilkukrotnie zmieniała skład. Wiceprezydent USA J.D. Vance szantażował z kolei prezydenta Zełenskiego, naciskając na szybkie podpisanie niekorzystnej wersji porozumienia. Miał zagrozić, że w innym przypadku przekaże Trumpowi, że Kijów zupełnie wycofuje się z rozmów z USA o pokoju dla Ukrainy.
Z informacji dziennikarzy wynika, że w rozmowach pojawiło się pięć różnych wersji umowy. W każdej poza ostateczną była mowa o potrzebie zwrotu pieniędzy za wielomiliardową pomoc Ukrainie, choć w żadnym z draftów nie wymieniono konkretnej kwoty, której wymagałaby strona amerykańska.
„Nie pójdę nawet na 10 centów uznania długu. Stworzy to precedens, otworzy puszkę Pandory” – mówił prezydent Zełenski.
Zwrócił w ten sposób uwagę na możliwość wykorzystania tego przypadku w negocjacjach z innymi partnerami międzynarodowymi, którym Stany udzieliły w przeszłości pomocy.
Najważniejsze jednak, że „zmieniła się filozofia umowy” – zwraca uwagę Europejska Prawda. Jednym z ustępstw, na które poszedł Waszyngton, jest porzucenie wyłącznego prawa amerykańskich firm do inwestowania w wydobycie złóż. Argumentem przeciwko temu mogła być niezgodność takiego zapisu z prawem UE o wolnym przepływie kapitału i usług wewnątrz Unii. Stany miały też odpuścić postulat dostępu do wszystkich terminali gazu skroplonego i portów.
Podsumowując, Trump zgodził się na znaczne złagodzenie tonu i zmianę najbardziej kontrowersyjnych dla Ukraińców punktów dokumentu.
Zdaniem Ukraińskiej Prawdy powołany w styczniu prezydent potrzebuje sukcesu, którego wizję mógłby sprzedać swoim wyborcom, wobec spadających notowań swojej ekipy.
Wynegocjowanie obecnego kształtu umowy rzeczywiście może być postrzegane jako sukces Kijowa. Dokument jest wiążący, jednak wiele jego punktów podlega dalszym negocjacjom, które przebiegać mogą w atmosferze rosnących problemów Trumpa z utrzymaniem poparcia w kraju. Jednocześnie Wołodymyr Zełenski na papierze otrzymał zapewnienie o poparciu dla bezpieczeństwa i niezależności Ukrainy, jak i punkt zakładający ewentualne członkostwo swojego kraju w Unii Europejskiej.
Spójrzmy, o co dokładnie w wymiarze gospodarczym toczy się rozgrywka.
Najpierw parę słów wyjaśnienia. W debacie o surowcach krytycznych i metalach ziem rzadkich najczęściej mówi się o licie i kobalcie, używanych między innymi w bateriach do samochodów elektrycznych. Kto ma do nich dostęp, może w przyszłości rozdawać karty na rynku motoryzacyjnym. Dlatego wielu państwom tak bardzo zależy na wydobyciu „białego złota”, jak często nazywa się lit.
I tak między innymi Niemcy i Włochy naciskają na rozpoczęcie wydobycia w dolinie rzeki Jadar w Serbii, które może ruszyć mimo protestów obrońców środowiska, obawiających się katastrofy ekologicznej, w tym przede wszystkim zanieczyszczenia wody. Czechy mają nadzieję wykorzystać swoje zasoby litu w Sudetach, przy granicy z Niemcami. Skorzystałaby z tego między innymi Škoda, będąca częścią motoryzacyjnego konglomeratu kontrolowanego przez Volkswagena.
Jednak nie tylko lit i kobalt klasyfikowane są jako surowce krytyczne. Według listy sporządzonej przez Komisję Europejską do takich surowców należy między innymi bizmut, chrom, grafit, fosfor, hel czy węgiel koksowy. Wśród tych dostępnych w Ukrainie Międzynarodowa Agencja Energetyki wyróżnia tytan, uran, lit, skand, apatyt, niob, aluminium i rubid. NATO dodaje do tego również beryl czy mangan.
Wszystkie z tych surowców są powszechnie używane w przemyśle i są niezbędne w wielu jego dziedzinach, choć nie muszą być wykorzystywane w zaawansowanych technologiach. Zdecydowanie nie kojarzy się z nimi węgiel koksowy, wciąż konieczny do funkcjonowania hutnictwa, dla którego nadal nie ma wykorzystywanej masowo bezemisyjnej alternatywy. Zestaw tych surowców zmienia się w zależności od zapotrzebowania branż najważniejszych dla działania gospodarki.
Mimo że pojęcia „surowce krytyczne” i „metale ziem rzadkich” bywają używane wymiennie, to nie wszystkie pierwiastki z tej listy są metalami (choć lit i kobalt należą do tej grupy). Same metale ziem rzadkich współwystępują z innymi minerałami, od których trzeba je oddzielić. Choć najgłośniej jest ostatnio o ich wykorzystaniu w sektorze elektromobilności, to metale ziem rzadkich wykorzystywane są również w dyskach twardych, procesorach, nowoczesnych reflektorach czy zaawansowanej technologii medycznej.
„Szacuje się, że już w 2030 r. światowy roczny popyt na same magnesy ziem rzadkich tylko do budowy samochodów elektrycznych sięgnie nawet 70 tys. ton, podczas gdy jeszcze w 2019 r. branża motoryzacyjna potrzebowała ok. 5 tys. ton tego surowca„ – czytamy w specjalistycznym „Magazynie Przemysłowym” „Do tego trzeba doliczyć co najmniej ponad 100 tys. ton metali rzadkich, które będą niezbędne przy produkcji obrabiarek, robotów czy różnych elementów związanych z wytwarzaniem energii odnawialnej. W ostatniej dekadzie produkcja metali ziem rzadkich wzrosła dwukrotnie. Patrząc jednak na obecne zainteresowanie tymi pierwiastkami, można oczekiwać znacząco szybszego przyrostu zapotrzebowania na nie".
Nic dziwnego więc, że wyścig po te zasoby jest zacięty, a gospodarki poszczególnych krajów poszukują do nich dostępu również poza swoimi granicami. Przemysłowe potęgi nie zawsze mają dostęp do niektórych z nich w swoich granicach, a nawet jeśli, to zapotrzebowanie gospodarki może być większe, niż krajowe rezerwy.
Zapewnienie sobie dostępu do każdego dodatkowego złoża wpływa na konkurencyjność kraju, a podporządkowanie sobie tych ukraińskich może być cenne przynajmniej w przypadku kilku surowców. Jeszcze przed wojną kraj należał do grona 10 największych dostawców surowców (choć nie tylko tych krytycznych). Mimo trwającej obrony przez rosyjskim agresorem Kijów utrzymuje kluczową pozycję na mapie dostawców tytanu (używanego w technologii lotniczej, morskiej, obronnej czy medycznej), którego ukraińskie rezerwy stanowią siedem procent światowych zasobów. Ukraina posiada też 20 proc. całego grafitu obecnego na kuli ziemskiej.
Niezwykle ważny w tej układance jest beryl, używany między innymi w konstrukcjach reaktorów jądrowych i instrumentów precyzyjnych (w tym teleskopów). Ukraińska Służba Geologiczna podaje, że jego ukraińskie zasoby mogłyby wystarczyć na zaspokojenie potrzeb światowej gospodarki na 40 lat. Nieco skromniej wyglądają na tym tle ukraińskie zasoby litu, składające się na ok. 3 proc. światowych rezerw.
Warto też pamiętać o żelazie, pomijanym na listach krytycznych materiałów, w którego wydobyciu Ukraina jest potęgą, jeszcze przed wojną dostarczając do UE 43 proc. używanej we Wspólnocie stali. Trzeba przy tym brać pod uwagę, że przemysł metalurgiczny mocno ucierpiał przez wojnę, a Rosjanie zdewastowali i zajęli potężny kompleks hutniczy w Mariupolu.
Bardzo trudno dokładnie oszacować wartość bogactwa naturalnego Ukrainy. Ukraińskie źródła szacują jednak, że zasoby z powyżej 20 tys. złóż mogą być warte 11,5 biliona dolarów – oczywiście, o ile uda się je wydobyć.
Liczby dotyczące ukraińskich surowców mogą robić wrażenie. Trzeba jednak pamiętać, że otwarcie każdego zakładu wydobywczego wymaga nie tylko woli politycznej, ale i uzyskania wymaganych zgód. Teren wydobycia musi też znajdować się wystarczająco daleko od zasięgu konfliktu. Niektóre z ukraińskich złóż leżą z kolei albo niemal na linii frontu (jak złoże Szewczenko z możliwym do wydobycia berytem i litem), albo już na obszarze kontrolowanym przez Rosję.
Należy też spodziewać się protestów społecznych, które może wywoływać problem skażenia środowiska. Beryl – najlżejszy ze znanych pierwiastków o wysokiej temperaturze topnienia – może być silnie toksyczny dla środowiska, a ekspozycja na jego obecność jest przyczyną licznych schorzeń, w tym ostrego toksycznego zapalenia płuc. W procesie pozyskania litu zużywa się z kolei potężne ilości wody (1,9 mln litrów na tonę surowca), wydobycie może też zanieczyścić lokalne wody gruntowe i rzeki. To dlatego plan stworzenia wielkiej kopalni w Serbii wywołał tak potężne protesty społeczne, które doprowadziły do jego wstrzymania na parę lat.
W końcu działanie każdego zakładu wydobywczego powinno się opłacać. Wiele inwestycji upada na długo przed wbiciem pierwszej łopaty. Z tych wszystkich powodów o bogactwach ukraińskiej ziemi należy mówić z ostrożnością.
Donald Trump w surowcowej umowie może otrzymać więc obietnicę dużego zysku, ale jest on odległy i nieokreślony. Tymczasem – i to jest najistotniejsze dla Kijowa – wojna z Rosją toczy się tu i teraz.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze