0:00
Prawa autorskie: US President Joe Biden (R) meets with French President Emmanuel Macron in the Oval Office of the White House in Washington, DC, on December 1, 2022. (Photo by Ludovic MARIN / AFP)US President Joe Bid...
03 grudnia 2022

Dramatyczny punkt zwrotny dla Unii Europejskiej. Nowy spór handlowy z USA [BURAS W SOBOTĘ]

Europę i Stany Zjednoczone zaczyna dzielić to, co przez lata było spoiwem nie mniej istotnym niż więzi w zakresie bezpieczeństwa: stosunek do wolnego handlu, globalizacji i wzajemnych stosunków gospodarczych

Wydrukuj

Wojna w Ukrainie z całą mocą przypomniała o tym, jak ważna jest spójność i jedność Zachodu, zwłaszcza z perspektywy krajów Unii Europejskiej. Bez amerykańskiego zaangażowania i wsparcia Ukraina nie byłaby w stanie prowadzić walki, zaś bezpieczeństwo Europejczyków byłoby bezpośrednio zagrożone.

Wojna przywróciła wiarę w trwałość partnerstwa transatlantyckiego, usuwając w cień wątpliwości co do przyszłości NATO i amerykańskiej pomocy. Zaś wynik niedawnych wyborów do Kongresu, które wbrew czarnym przepowiedniom nie przyniosły sukcesu trumpowskiej fali, obudził tu i ówdzie nadzieję, że relacje między UE a USA także w przyszłości rozwijać się będą harmonijnie.

Niestety, obraz nowej transatlantyckiej sielanki nie mógłby być dalszy od rzeczywistości.

Nie chodzi tylko o osławiony zwrot USA w kierunku Azji, która długofalowo ma dla Waszyngtonu o wiele większe znaczenie niż konflikt między Rosją a Ukrainą.

Także coraz rzadziej skrywana irytacja USA niedostateczną pomocą Europy dla Ukrainy i ledwie zawoalowane groźby, że Amerykanie nie zamierzają ponosić jej głównego ciężaru, nie są głównym powodem zbierających się nad Atlantykiem czarnych chmur.

Europę i Stany Zjednoczone zaczyna bowiem dzielić to, co przez lata było ich spoiwem nie mniej istotnym niż więzi w zakresie bezpieczeństwa: stosunek do wolnego handlu, globalizacji i wzajemnych stosunków gospodarczych.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

America first. A co z Europą?

Polityka America first Donalda Trumpa, który bezwzględnie posługiwał się polityką ceł (np. na import stali i aluminium) jako instrumentem nacisku także na europejskich sojuszników oraz miał za nic globalne porozumienia, była – jak widać dzisiaj – nie anomalią, lecz jaskółką zwiastującą trwałe kłopoty.

Choć nasze oczy zwrócone są dzisiaj na transatlantyckie zwarcie szeregów w kwestii Ukrainy, nie mniej ważnym tematem na linii Waszyngton - Bruksela jest fundamentalny spór handlowy. Od tego, jak się on rozwinie, zależeć będzie przyszłość strategicznie kluczowych, przyszłościowych gałęzi przemysłu europejskiego – produkcji samochodów elektrycznych, baterii i innych technologicznie zaawansowanych produktów, bez których transformacja klimatyczna i wzrost gospodarczy w Europie nie będą możliwe.

Nie sposób przecenić znaczenia tej konfrontacji, która od 1 stycznia 2023 roku rozpocznie się na dobre.

Wysiłki europejskich polityków, jak Emmanuela Macrona, który tym tygodniu odwiedził Joe Bidena próbując na gwałt szukać rozwiązania konfliktu, raczej nie przyniosą zadowalających rezultatów.

Jeśli w konsekwencji Unia Europejska spróbuje podjąć własne środki zaradcze, nie tylko zmieni to naturę relacji z USA, lecz także zasadniczo wpłynie na charakter integracji europejskiej.

Dlaczego gaz z USA jest taki drogi?

Bezpośrednie powody sporu są dwa.

Po pierwsze, wysokie ceny energii w Europie – i różnica z cenami w Stanach Zjednoczonych. Unia Europejska (choć różne jej kraje w różnych stopniu) ponosi konsekwencje długoletniego i głębokiego uzależnienia od importu gazu, ropy i węgla z Rosji. Niemal całkowite odcięcie go w wyniku sankcji oraz decyzji jednostronnych podjętych przez Rosją lub kraje UE, stało się źródłem turbulencji, które mogą skutkować recesją, wzrostem bezrobocia, a nawet deindustrializacją w niektórych krajach.

Zastąpienie dostaw z Rosji jest bowiem niezwykle trudne i przede wszystkim kosztowne. Ceny surowców na rynkach światowych szybują w górę, a Europejczycy muszą na gwałt dokonywać zakupów. I tu pojawia się właśnie czynnik amerykański i pierwszy zgrzyt w relacjach handlowych z USA.

Ceny energii w USA są kilkukrotnie niższe w Europie, bo Amerykanie sami są jej producentami na wielką skalę. Już to daje im ogromna przewagę konkurencyjną nad Europą: wiele firm choćby z tego powodu może myśleć o przesunięciu produkcji do USA, kosztem europejskich miejsc pracy. Ale trudno z tego robić Amerykanom zarzut, to zwykłe prawa rynku.

Narastająca krytyka w Europie dotyczy czego innego: choć koszty wydobycia gazu łupkowego z USA są bardzo niskie, Europejczycy kupują go po cenach kilkukrotnie wyższych od tych, po jakich sprzedawany jest on w Ameryce.

Innymi słowy, USA zarabiają krocie na tym, że Europejczycy ponoszą główny gospodarczy ciężar sankcji gospodarczych nałożonych na Rosję.

My wypruwamy sobie żyły próbując odciąć Putinowi kurek z pieniędzmi za gaz, a w USA napycha się portfele dzięki sprzedawanemu nam za krocie gazowi płynnemu (LNG), byśmy mogli ogrzać mieszkania i jako tako podtrzymać produkcję przemysłową.

Wina europejskich pośredników

W końcu kryzys gospodarczy w Europie jeszcze bardziej podkopie zdolność krajów UE do stawiania czoła Rosji. A i dla nas, i dla Amerykanów bardzo ważna jest silna Europa.

Podczas gdy problem z cenami energii i nierównowagi między UE a USA jest realny i poważny, zarzut, że USA cynicznie wykorzystują słabość Europy nie wydaje się jednak uzasadniony. To nie rząd amerykański kształtuje ceny, po których firmy energetyczne sprzedają surowiec swoim europejskim partnerom. Trudno zaś od prywatnych przedsiębiorstw oczekiwać, by nie wykorzystywały swojej pozycji rynkowej.

Ale jeszcze ważniejsze jest co innego. Jak ustaliło „Politico”, większość amerykańskich eksporterów ma długoterminowe kontrakty z pośrednikami handlującymi z odbiorcami w UE i sprzedaje im gaz po cenie ustalonej długo przed wybuchem aktualnego kryzysu. To nie od Amerykanów zależy, po jakiej cenie surowiec jest ostatecznie zbywany w Europie.

Innymi słowy, wysokie ceny amerykańskiego gazu na europejskim rynku w dużym stopniu dyktowane są przez… europejskich pośredników. To oni, a nie amerykańscy producenci LNG, napychają sobie portfele. Pretensje Europejczycy powinni więc zgłaszać sami do siebie lub zabrać się na stosowne regulacje na rynku energetycznym w UE.

Inflation Reduction Act grozi dezindustrializacją Europy

Niemniej bez problemów związanych z cenami energii nie sposób w pełni zrozumieć drugiego powodu konfliktu między USA a UE, który ma już dużo bardziej realne podstawy. Choć wpisana jest weń także ambiwalencja czyniąca z niego prawdziwy polityczny węzeł gordyjski. Jego źródłem jest uchwalona w sierpniu br. przez Kongres ustawa o ograniczaniu inflacji (Inflation Reduction Act – IRA).

Nazwa jest nieco myląca, bo ograniczenie inflacji może być pośrednim skutkiem realizacji ustawy, podczas gdy jej prawdziwy cel jest inny: gigantyczne, zwłaszcza jak na warunki amerykańskie, wsparcie dla przemysłu, zwłaszcza w sektorach kluczowych dla zielonej transformacji polityki proklimatycznej.

Rząd amerykański przeznaczy na ten cel 369 miliardów dolarów w postaci subsydiów i ulg podatkowych. Ustawa wchodzi w życie już za miesiąc, od początku nowego roku.

Na czym polega wspomniana ambiwalencja (z punktu widzenia UE)? Otóż wielki amerykański pakiet jest w zasadzie znakomitą wiadomością dla Europy i świata. To niejako odpowiednik Europejskiego Zielonego Ładu, czyli planu przestawienia gospodarki na tory służące ochronie klimatu i środowiska.

Unia Europejska przez lat bezskutecznie apelowała do USA o zwiększenie wysiłków w tym zakresie. Teraz Joe Biden postanowił postawić wszystko na jedną kartę i stworzyć poważne zachęty do zielonych inwestycji, którego mogą zmienić ekonomiczne oblicze Ameryki.

Ale jest też druga strona tego medalu: wielki zastrzyk finansowy z pieniędzy publicznych to nie spotykana dotąd na taką skalę interwencja państwa w procesy gospodarcze, zmieniająca warunki konkurencji na rynku amerykańskim.

Nie chodzi bowiem tylko o klimat, ale także bądź przede wszystkim o radykalne wzmocnienie amerykańskiego przemysłu w globalnej konfrontacji ekonomicznej, zwłaszcza z Chinami. Z tej perspektywy to dość konsekwentna kontynuacja polityki America first. Celem jest bowiem zapewnienie, by to amerykańskie firmy utrzymały bądź uzyskały dominacją w tych sektorach gospodarki, które będą najbardziej liczyły się w przyszłości.

Ulgi na samochody elektryczne

Blady strach padł przede wszystkim na europejskich (głównie niemieckich i francuskich) producentów samochodów elektrycznych w Europie. W ramach IRA rząd amerykański przeznaczy 50 miliardów dolarów na ulgi podatkowe dla klientów kupujących samochody wyprodukowane w USA.

Taka ulga - 7500 dolarów na samochód - przysługiwać będzie kupującym auta o relatywnie niższej wartości. Kluczowe są przepisy definiujące kryteria, jakie spełniać muszą pojazdy.

Aby mogły zakwalifikować się na takie wsparcie, ogromna większość ich kluczowych komponentów będzie musiała być wyprodukowana w Stanach Zjednoczonych.

W ten sposób europejscy producenci będą mogli wprawdzie nadal sprzedawać swoje auta na rynku amerykańskim, ale przestaną być one konkurencyjne… Zaś europejskie firmy staną przed dramatycznym wyborem: pogodzić się z utratą części kluczowego dla nich rynku amerykańskiego lub zacząć przenosić produkcję do Stanów Zjednoczonych, by korzystać z tamtejszych subsydiów i ulg.

W ten sposób rozwój przyszłościowego technologicznie przemysłu i ochrona klimatu w USA przyczyniłaby się do załamania tych kluczowych branż w Unii Europejskiej. Tym bardziej że Europejczycy nie będą w stanie szybko rozwiązać także problemu wysokich cen energii, które, jak widzieliśmy, dają USA i tak komparatywną przewagę.

Czy tak ma wyglądać przyszłość partnerstwa transatlantyckiego?

Amerykanie zgodzili się na wyjątki z tak ściśle zdefiniowanych reguł pochodzenia produktów dla Kanady i Meksyku, ale nie wygląda na to, by skłonni byli majstrować przy uchwalonej już ustawie, by zadowolić Europejczyków. Podczas wizyty Macrona w Waszyngtonie Joe Biden mówił wprawdzie, że nie było w żadnym razie jego intencją uderzać w UE i sugerował, że jakieś drobne korekty na poziomie szczegółowych przepisów mogłyby być możliwie.

Ale nie sposób spodziewać się przełomu. Kiedy Biden ogłaszał IRA w sierpniu mówił o „agresywnej wsparciu” dla amerykańskich interesów i jest w tym dużo prawdy. Kontekst wewnętrzny jest kluczowy. Administracja amerykańska tylko wtedy może liczyć na wsparcie obywateli dla zielonej transformacji (która polaryzuje społeczeństwo i scenę polityczną), jeśli pokaże, że bezpośrednio przekłada się ona na korzyści dla krajowego przemysłu. Subsydiowanie z pieniędzy amerykańskich producentów w Europie nie mieści się w tej koncepcji.

IRA to nie jedyna kość niezgody między USA a Europą w kontekście zmieniających się warunków globalnego handlu i gospodarczej rywalizacji mocarstw. UE nie jest głównym obiektem na celowniku USA, dostaje w niej niejako rykoszetem.

USA zmierzają do odcięcia Chin od najnowszych technologii w produkcji półprzewodnikowych układów scalonych tzw. czipów, czyli najważniejszego surowca gospodarki XXI wieku. Czas nieskrępowanego handlu i globalizacji prowadzącej rzekomo do „płaskiego świata” odchodzi w przeszłość. Zaś Stany Zjednoczone używać będą narzędzi protekcjonistycznych bez większego zażenowania i bez zahamowań.

Europa w tej rywalizacji znajduje się między młotem a kowadłem. Chce utrzymać strategiczny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, ale Waszyngton stawia ją w sytuacji nie do pozazdroszczenia: oczekuje bowiem, że Europejczycy zasadniczo ograniczą swoje relacje z Chinami, a jednocześnie zamyka im dostęp do swojego ryku stosując praktyki niezgodne z obowiązującymi dotąd zasadami globalnego handlu (należy do nich zakaz preferencji dla producentów lokalnych).

Co może zrobić Unia Europejska?

Najlepiej byłoby się dogadać i na to stawia dziś Bruksela. W poniedziałek 5 grudnia odbędą się rozmowy – być może ostatniej szansy – w ramach transatlantyckiej Rady Handlu i Technologii (Trade and Technology Council, TTC). Ale widoki na porozumienie zadowalające UE są minimalne.

Niektórzy wskazują na klasyczną drogę: mamy Światową Organizacje Handlu (WTO), czyli kluczowe forum międzynarodowe, na którym rozstrzyga się takie spory handlowe i dochodzi sprawiedliwości. Ale to już trąci myszką.

Choć Unia Europejska w dalszym ciągu chce szanować wielostronne porozumienia, to Stany Zjednoczone nie uznałyby żadnej decyzji wydanej przez organy WTO.

Taki spór prawny trwałby zresztą bardzo długo i kosztowałby dużo krwi w relacjach transatlantyckich. Nie ma więc sensu.

Ale inne opcje są nie mniej ryzykowne lub trudne do zrealizowania. Unia może odwdzięczyć się pięknym za nadobne. W UE też są programy subsydiowania zazieleniania przemysłu (w tym ten kluczowy to pokowidowy Fundusz Odbudowy i Odporności, z którego 37 procent ma iść na zielone inwestycje), a one - inaczej niż IRA - nie dyskryminują żadnych partnerów.

Preferencje dla swoich producentów?

Może wprowadzić takie same preferencje dla europejskich producentów jak robią to Amerykanie dla swoich? Ale na gruncie prawa UE to skomplikowane, a UE nie chce też konfliktować się z innymi partnerami, jak Koreą Południową, Kanadą, Japonią czy Wietnamem. Akurat właśnie próbuje zacieśniać z nimi współpracę w dziedzinie gospodarczej.

Poza tym ostra odpowiedź wobec Amerykanów nie wchodzi w rachubę jak długo transatlantyckie zwarcie szeregów jest dla nas priorytetem ze względu na agresję rosyjską…

Zostaje inne droga: nikt nie zabroni Europejczykom rozbudować swoich subsydiów i innego rodzaju wsparcia dla przemysłu do takiego stopnia, by zniechęcić producentów do odpłynięcia za Atlantyk. Amerykanie nawet wprost sugerują takie rozwiązanie. Być może wiedząc, że to szybko nie nastąpi.

Wyścig na subsydia

Wyścig na subsydia z USA mógłby Europę bardzo drogo kosztować. Ale kluczowe pytanie brzmi, skąd miałyby one płynąć. Jeśli każdy rząd miałby wypłacać je firmom we własnym kraju, wspólny rynek wewnętrzny oparty na równej konkurencji stałby się szybko fikcją. Niemcy może dałyby radę dorzucać pieniądze do swojego przemysłu samochodowego. Ale czy Polska lub Czechy znalazłyby fundusze na wsparcie jego poddostawców?

Sensowniej byłoby stworzyć unijny fundusz centralny, na który złożyliby się wszyscy. Albo raczej – wspólnie zapożyczyli na taki cel. Tak jak to było z Funduszem Odbudowy. Ale czy tamten fundusz nie był przewidziany jako jednorazowy wyjątkowy i nie do powtórzenia?

Opór przed powtórką tego modelu będzie wielki. Minister finansów Niemiec twardo stoi na stanowisku, że nowe próby wspólnego zadłużania się w UE nie wchodzą w rachubę. Podobnie myślą inne zamożne kraje UE.

Nie należy mieć też złudzeń: podjęcie takich zobowiązań byłoby kolejnym bardzo poważnym krokiem w kierunku głębszej integracji. Ku niezadowoleniu tych wszystkich, którzy chcieliby bronić resztek tradycyjnie rozumianej suwerenności.

Trudno dziś przewidzieć, gdzie zaprowadzi Unię próba znalezienia odpowiedzi na wyzwanie rzucone jej przez Stany Zjednoczone. Ale największym błędem byłoby udawać, że go nie ma. Czas ucieka szybko.

Udostępnij:

Piotr Buras

szef warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations, współautor wydanej we wrześniu 2022 analizy „Survive and thrive. A European plan to support Ukraine in the long war against Russia"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne