Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Ferenc ISZA / AFPFoto Ferenc ISZA / A...

Choć Viktor Orbán doszedł do władzy na fali walki ze skorumpowanymi i zdyskredytowanymi socjaldemokratami, sam okazał się nieodporny na zepsucie. Od kiedy zasiada w fotelu premiera najlepiej powodzi się jego znajomym i rodzinie.

Najbogatszym człowiekiem w kraju z majątkiem szacowanym na 3,2 mld dolarów jest Lőrinc Mészáros, niegdyś hydraulik i były sołtys Felcsút – rodzinnej wsi premiera, którego zamożność zaczęła lawinowo rosnąć od chwili dojścia Fideszu do władzy w 2010 roku, czy też miliarder István Tiborcz – prywatnie zięć szefa rządu, przeciw któremu Europejski urząd ds. Zwalczania nadużyć finansowych (OLAF) prowadzi dochodzenie, a który uważa się za “ofiarę politycznych represji biurokratów z Brukseli”.

Według brytyjskiego dziennika “Financial Times”, w latach 2010-2025 firmy należące do 13 osób powiązanych z węgierskimi władzami wygrały 14 proc. wszystkich państwowych przetargów i otrzymały umowy warte 12 mld euro z funduszy UE, w tym 700 mln euro już po tym, jak UE zaczęła wstrzymywać środki dla Węgier.

Dla porównania te same firmy w ciągu pięciu lat przed objęciem władzy przez Fidesz dostały zaledwie 379 mln euro z funduszy unijnych – napisała gazeta.

Przeczytaj także:

Gdzie jest jądro korupcji?

Indeks percepcji korupcji publikowany co roku przez Transparency International pokazuje, że sytuacja Węgier za rządów Orbána systematycznie się pogarsza i obecnie z czterdziestoma punktami i na 84 miejscu kraj znajduje się gdzieś między Burkiną Faso a Ukrainą, ex aequo z Bułgarią. Tymczasem to Kijów władze w Budapeszcie wskazują jako jądro korupcji w Europie, choć od Węgier Ukrainę dzielą zaledwie cztery punkty. Zaś Rosja, z którą Budapeszt bardzo blisko współpracuje, z 22 punktami jest na pozycji 157, gdzieś na samym dole rankingu.

Nagły wzrost węgierskiego zadłużenia wynika z jednej strony z uzasadnionych wydatków państwa na ochronę przed pandemią z 2020 roku, jak i mniej racjonalnego przedwyborczego rozdawnictwa z kampanii z 2022 roku. Z budżetu było finansowane również zamrożenie rachunków za energię gospodarstw domowych, po wyborach niemal natychmiast wygaszone.

Z czasem nałożyły się na to rosnące koszty obsługi długu międzynarodowego, wstrzymanie transferów z UE w rezultacie nieprawidłowości w realizacji unijnych projektów oraz braku przejrzystości wydatków, jak i rozluźnienie dyscypliny finansowej i wzrost inflacji (według oficjalnych danych do ponad 17% w 2023).

Wreszcie stopniowo względem innych walut osłabił się forint. Te wszystkie czynniki bezpośrednio przełożyły się na pustki w portfelach Węgrów i tego, jak dziś w stosunku do pozostałych obywateli UE realnie zbiednieli, gdyż zadłużenie w ogromnym stopniu (od 75 do nawet 90%) zniwelowało wzrost gospodarczy kraju, w 2025 roku wyliczony na 0,3% PKB, prognozowany w 2026 roku na 2,3% PKB.

Ingerencja państwa w działania firm

Uczestniczyłem niedawno w spotkaniu wysoko postawionych węgierskich kół biznesowych, związanych z inwestycjami zagranicznymi. Pomimo niskiego opodatkowania (najniższego w całej UE – CIT na Węgrzech wynosi 9%) biznesmeni skarżyli się na coraz większą ingerencję państwa w działania firm, kres węgierskich przewag w postaci taniej i świetnie wykształconej siły roboczej, coraz większe rozczarowanie inwestorów innych niż chińscy, ale przede wszystkim stłumioną przedsiębiorczość obywateli Węgier – kraju, który na przełomie lat 90. i 2000 był liderem gospodarczym i finansowym całej Europy Środkowej.

Porównywali też współczesne Węgry z Polską: mówili, że Węgry zatrzymały się w rozwoju, podczas gdy Polska dogoniła Europę Zachodnią, o czym świadczy wielkość rynku, odporność na kryzysy, rosnąca zamożność obywateli i malejące nierówności, ilość i działalność firm, jak i nowoczesna infrastruktura.

Massmedia w jednym ręku

Zwykli Węgrzy o tym nie wiedzą. Władza praktycznie od 2020 roku całkowicie kontroluje wszystkie środki masowego przekazu, co miało swoją kulminację w wyrzuceniu z redakcji Szabolcsa Dulla, szefa ostatniego dużego niezależnego portalu informacyjnego Index.

W trakcie tegorocznej kampanii, być może w celu zastraszenia innych dziennikarzy, służby postawiły zarzuty szpiegostwa Szabolcsowi Pannyiemu, niezależnemu reporterowi śledczemu zajmującego się Europą Środkową portalu VSquare, który od lat ujawnia nieprawidłowości orbanowskiego systemu, jak i coraz rozleglejszą sieć wpływów rosyjskich.

Od 2017 roku rząd Fideszu systematycznie atakuje organizacje pozarządowe i niezależne instytucje. W 2019 roku Orbánowi udało się wyrzucić z Budapesztu finansowany przez George’a Sorosa, amerykańskiego filantropa węgierskiego pochodzenia, Uniwersytet Środkowoeuropejski (CEU).

Ostatecznie w ubiegłym roku węgierski parlament przyjął ustawę wymierzoną w finansowane ze źródeł zagranicznych NGO, będące kalką przepisów o “agentach zagranicznych” 10 lat wcześniej wprowadzonych w putinowskiej Rosji. Wcześniej zdołał przejąć kontrolę nad szkołami i fundacjami, przeciw czemu przez kilka miesięcy 2020 roku strajkowali studenci i profesorowie prestiżowego Uniwersytetu Sztuk Teatralnych i Filmowych w Budapeszcie (SZFE), wspierani przez czołowych aktorów i twórców światowych.

Spada dzietność, rosną zgony

Kryzysu demograficznego, który Fidesz planował zatrzymać za pomocą różnych programów wsparcia dla rodzin, przy jednoczesnym blokowaniu imigracji, nie udało się zastopować. Dzietność po chwilowym wzroście w 2023 roku spadła (wg danych z 2024 i 2025 r.) do 1,38 dziecka na kobietę, mimo tego od 1980 roku nie pozwala na zastępowalność pokoleń, co od pandemii nakłada się na rekordową liczbę zgonów.

Jednocześnie pośród haseł o tradycyjnej rodzinie, dwóch płciach, ostrych atakach na społeczności LGBT+ oraz na polityki różnorodności i włączenia społecznego, co rusz na światło dzienne wychodzą niehetetonormatywne i nieprzystające do obrazu tradycyjnych węgierskich ojców i matek skandale.

Najpoważniejszy to ułaskawienie pedofila, po którym do dymisji podała się w 2024 roku prezydent Katalin Novák, gorąca orędowniczka wartości konserwatywnych. Półtoramilionowy Budapeszt tymczasem wbrew oświadczeniom władz stał się miastem wielokulturowym, pełnym imigrantów z różnych stron świata. W dzielnicy Kőbánya funkcjonuje jedno z największych chińskich osiedli w Europie, gdzie według oficjalnych szacunków żyje około 15 tysięcy Chińczyków, choć przypuszcza się, że jest ich dużo więcej.

Nieliberalna demokracja jak demoludy

W rzeczywistości system nieliberalnej demokracji jest tak samo demokratyczny jak demokratyczne republiki ludowe z okresu 1945-1989, czyli owszem – mają parlament (nawet komunistyczne Chiny raz w roku organizują zjazd delegatów ludowych) – ale pełni on tylko i wyłącznie funkcję fasadową. Nie ma otwartej dyskusji, oficjalne media reprezentują tylko jedną opcję polityczną, a demokracja pełni rolę wydmuszki, która pięknie i kształtnie wygląda z zewnątrz, ale w środku zawiera wyschnięte, zgniłe jajo.

Święta spędziłem na wsi w komitacie Tolna, w południowych Węgrzech. W jakiś sposób wyjazd pomógł odciąć się i odpocząć od panującej w Budapeszcie politycznej burzy, bo na prowincji nic, poza kilkoma plakatami Fideszu i neofaszystów z Mi Hazánk nie wskazywało na toczący się w kraju zaciekły bój o przyszłość i kierunek kraju. W pogodny świąteczny weekend cieszyłem się sielskim krajobrazem, który nieznacznie zakłócały zbyt głośne silniki motorów ścigających się po wiejskich szosach.

Również mieszkańcy sprawiali wrażenie, że sytuacja nie odbiega od panującej od lat normy, że te wybory niczym nie różnią się od poprzednich i ze wzruszeniem ramion odpowiadali na pytania o to, czy idą głosować i co to dla nich znaczy. Ich gesty i słowa wyrażały – chyba prawdziwe – przekonanie, że dla nich na wsi w najbliższym czasie i tak się nic nie zmieni, więc moje dopytywanie jest zupełnie zbędne. Mieli przecież na głowie świątecznych gości, zbliża się sezon prac polowych, na dniach winogrona wypuszczą pierwsze pąki, więc trzeba będzie zająć się konkretną robotą, bez względu na to, kto zajmie fotel premiera czy jaka partia będzie miała większość w parlamencie.

Trochę inaczej już było w stolicy regionu, w Szekszárdzie. Pomniki Józefa Bema i Sándora Petőfiego nadal zdobiły świeże wieńce, w końcu niecały miesiąc wcześniej Węgrzy obchodzili święto rewolucji węgierskiej z 1848 roku. A do tego miasto szykowało się na przyjazd Pétera Magyara, który odwiedził je jako pierwszy polityk opozycji od długiego czasu. Politycy innych opcji dotychczas ograniczali swoje wystąpienia do budapesztańskiej strefy komfortu.

Ruscy do domu

W tych wyborach, między innymi za przyczyną energii i ciężkiej pracy sztabu Magyara, nastąpiło przesunięcie. Nie dość, że szef Tiszy odwiedza wszystkie regiony Węgier oraz ogromną liczbę miejscowości najróżniejszej wielkości, zdołał pokazać, że reprezentuje obraz całkowicie inny od przedstawiającej go w złym świetle propagandy. Węgrzy, nawet jeśli nie do końca są do niego przekonani, nie uwierzyli wizerunkom rodem z listów gończych, według których miałby on wraz z prezydentem Ukrainy Wołodomyrem Zełenskim wciągnąć kraj w wojnę czy był marionetką Brukseli.

Marionetkami na usługach Moskwy stali się dla obywateli premier Viktor Orbán i szef węgierskiej dyplomacji Péter Szijjarto. Obaj politycy, co wyszło w ujawnionych niedawno przez dziennikarzy śledczych nagraniach, ulegle składali hołd Rosji poprzez różnorakie deklaracje przyjaźni i współpracy, jak i wbrew interesom i bolesnym doświadczeniom Węgrów. Stąd reakcje obywateli niejednokrotnie przerodziły się we wściekłość, skutkujacą wygwizdaniem Orbána na wiecu w Győr, regularnym skandowaniem na różnych spotkaniach hasła “Ruscy do domu”, czy wreszcie wiralowego zagrania Magyara na Placu Bohaterów, który niby zwrócił się do Rosjan, ale tak naprawdę do swoich węgierskich przeciwników politycznych: “Towariszczi, kaniec!”.

Tisza według ostatnich sondaży ma nawet 11 pkt. procentowych przewagi nad Fideszem. Jeśli osiągnie taki wynik w niedzielnych wyborach, Orbán wraz z towarzyszami będzie rzeczywiście musiał się pożegnać z władzą.

Na wielkim koncercie zorganizowanym w piątek wieczorem w Budapeszcie opozycja śpiewała “Pieśń narodową” Petőfiego:

Pora, Węgrzy! Czas, narodzie!

Dziś lub nigdy! Powstawajcie!

Żyć w niewoli, czy w swobodzie?

Albo – albo! Wybierajcie!

- Przysięgamy! Ty nad nami,

Boże sam!

Nigdy już niewolnikami

Nie być nam”.

Na zdjęciu Michał Zabłocki
Michał Zabłocki

Dziennikarz i aktywista klimatyczny, dawny wieloletni pracownik działu zagranicznego PAP, w tym korespondent w Moskwie (2006), Pradze i Bratysławie (2010-2012), były współpracownik zajmującego się Europą Środkową think-tanku Visegrad Insight. Autor książki „To nie jest raj. Szkice o współczesnych Czechach”. Od 2019 roku dzieli życie między Warszawę i Budapeszt. Wkrótce ukaże się jego kolejna książka „Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska”.

Komentarze