„Coraz więcej sygnalistów mówi publicznie o mechanizmach korupcyjnych. Szereg nieprawidłowości ujawnił główny ekonomista urzędu ochrony konkurencji. Głos zabierają też policjanci, wojskowi i byli funkcjonariusze służb” – mówi OKO.press Márta Pardavi z Węgierskiego Komitetu Helsińskiego
Opozycyjna wobec rządzącego Fideszu TISZA walczy o większość konstytucyjną, czyli dwie trzecie mandatów w parlamencie. Część sondaży, m.in. pracowni Medián, wskazuje, że są na to niewielkie szanse, ale jednak są.
„Nie chcemy nieograniczonej władzy, ale pragniemy odbudować system kontroli i równowagi, uchwalić nową ordynację wyborczą oraz zapisać w Konstytucji, że kadencja premiera musi być ograniczona do dwóch kadencji. Wszystko po to, abyśmy mogli szybciej pozbyć się marionetek Fideszu, które utrzymują przy władzy ten skorumpowany i nieludzki system” – mówił Peter Magyar, lider TISZY i główny konkurent wyborczy Viktora Orbána w wywiadzie z węgierskim portalem 24.hu 6 kwietnia 2026 roku.
Jak bardzo zabetonowany jest zbudowany przez Fidesz system? Na ile skutecznie opór rządzącym stawiały organizacje obywatelskie? Jakie wyzwania staną przed nowym rządem, jeśli w wyborach parlamentarnych w niedzielę 12 kwietnia Węgrom uda się pozbawić Viktora Orbána władzy?
Rozmawiamy z Mártą Pardavi, jedną z najbardziej znanych węgierskich obrończyń praw człowieka, współprzewodniczącą Węgierskiego Komitetu Helsińskiego.
Paulina Pacuła, OKO.press: Przez 16 lat rządów Fideszu Węgry przeszły drogę od liberalnej demokracji do systemu hybrydowego o cechach autorytarnych. W niedzielę 12 kwietnia Viktor Orbán może stracić władzę. Gdyby miała Pani jakoś podsumować 16 lat władzy Fideszu, co by Pani powiedziała?
Márta Pardavi, współprzewodnicząca Węgierskiego Komitetu Helsińskiego: Z perspektywy przeciętnego obywatela życie na Węgrzech nie jest dziś lepsze niż w 2010 roku, gdy Viktor Orbán doszedł do władzy. Wiele obaw – o przyszłość dzieci, opiekę nad starzejącymi się rodzicami, perspektywy rynku pracy – pozostało albo wręcz pogłębiło się.
Ogólna sytuacja społeczna uległa pogorszeniu, co przekłada się na duże niezadowolenie społeczne.
Najwyraźniej widać to w przypadku osób w najtrudniejszym położeniu. Ubogie romskie dziecko ma dziś jeszcze mniejsze szanse na awans społeczny niż kiedyś. Dostęp do dobrej edukacji się nie poprawił, a w wielu mniejszych miejscowościach – zwłaszcza na wsi – dostęp do usług publicznych, w tym ochrony zdrowia, jeszcze się pogorszył. Wieloletnie niedoinwestowanie infrastruktury społecznej przełożyło się na stagnację gospodarczą i spadek jakości podstawowych usług. Choć rządy Orbána przyniosły duże korzyści osobom blisko władzy, sytuacja najbardziej potrzebujących się nie poprawiła.
Z perspektywy organizacji broniącej praw człowieka obserwowaliśmy przez te 16 lat, jak władza z większością konstytucyjną może głęboko przebudować system, podważając podstawowe prawa i wolności – bez formalnego łamania prawa, bo przecież zmieniona została konstytucja. W odróżnieniu od Polski wiele tych zmian przygotowano bardzo finezyjnie, co utrudniało ich kwestionowanie.
Dla nas jako prawników oznaczało to nowe wyzwania – sytuacje bez precedensów i gotowych rozwiązań. Trzeba było stale dostosowywać się i redefiniować strategie działania.
Jednocześnie, choć dziś jesteśmy silniejsi i bardziej doświadczeni niż w 2010 roku, obserwowanie stopniowej erozji praworządności i instytucji państwa – przy ograniczonych możliwościach reakcji – było bardzo frustrujące. Ta frustracja uruchomiła jednak dużą kreatywność i otwartość na naukę. Organizacje pozarządowe na Węgrzech zaczęły ściślej współpracować między sobą i z partnerami w Europie. To nas wzmocniło i może się jeszcze okazać cenne – jeśli po zmianie władzy pojawi się przestrzeń dla dialogu i realnej debaty publicznej.
Na przestrzeni lat Fidesz przyjął szereg ustaw, których celem było istotne ograniczenie funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Były to regulacje uderzające w organizacje pozarządowe, rozwiązania wzmacniające kontrolę rządu nad mediami czy przepisy ograniczające prawo do zgromadzeń i protestu. W jakim stopniu zmiany te faktycznie spowodowały ograniczenie aktywności obywatelskiej?
Działania rządu Viktora Orbána częściowo przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego – zmobilizowały wiele ludzi i organizacji. U nas oznaczało to np. ogromną intensyfikację działań prawnych i rzeczniczych.
Od początku staraliśmy się kwestionować antydemokratyczne regulacje i doprowadzić do ich uchylenia, co okazało się procesem długim i skomplikowanym.
Wspólnie z partnerami zabiegaliśmy o to, by instytucje europejskie, rządy państw UE i Rada Europy dostrzegły problematyczny charakter wielu przyjmowanych przez rząd Orbána przepisów – jak choćby ustawy o „zagranicznych agentach” z 2017 roku. Wymagało to skoordynowanej kampanii rzeczniczej i działań prawnych na poziomie międzynarodowym. Ostatecznie w 2020 roku ustawę uchylono. Mimo kolejnych prób rządu, na Węgrzech wciąż nie ma ograniczeń dotyczących zagranicznego finansowania NGO.
Choć media skupiały się głównie na kolejnych restrykcjach wprowadzanych przez Fidesz, znacznie mniej mówiono o profesjonalnej i często skutecznej reakcji społeczeństwa obywatelskiego.
Odporność i zdolność adaptacji to klucz do zrozumienia ostatnich 16 lat – bo mimo presji wiele działań władzy nie przyniosło oczekiwanych efektów.
To nie znaczy, że represje nie istnieją. Obecnie toczą się np. sprawy organizatorów marszów Pride w Budapeszcie i Peczu, którym zapewniamy obronę. Władza stosuje różne formy nacisku, ale to tylko część obrazu. Tegoroczny marsz Pride w Budapeszcie był największy w historii kraju – i dobrze pokazuje mechanizm, w którym rosnąca presja ze strony władzy spotyka się z coraz silniejszą reakcją społeczną.
Jednocześnie organizacje musiały się dostosować – często za wysoką cenę. Czasem oznaczało to odejście od pierwotnej misji albo od społeczności, którym miały służyć. Niektóre, by przetrwać, rezygnowały z publicznego komentowania działań rządu, co ograniczało pluralizm debaty.
Widać to szczególnie wśród dużych organizacji charytatywnych i mniejszych podmiotów działających lokalnie. Wiele z nich opiera się na finansowaniu publicznym, co tworzy niekorzystną zależność od rządu. W praktyce często oznacza to wybór: milczeć i działać dalej albo zabierać głos i ryzykować utratę środków i stanie się przedmiotem kampanii oszczerstw.
Działalność na rzecz praw człowieka jest też coraz częściej postrzegana jako ryzykowna.
Dla części organizacji wejście w spór z władzą oznaczało konieczność całkowitej zmiany sposobu działania, a dla tych skupionych na usługach publicznych – poważne wyzwanie dla ich misji.
Te procesy pogłębiły też podziały w samym sektorze pozarządowym. Władza promuje podział na „dobre” i „złe” organizacje. W mniejszych miejscowościach powstają podmioty powiązane z partią rządzącą, dysponujące ogromnymi środkami, które pod pozorem działalności społecznej wykorzystywane są do działań politycznych. Niezależne organizacje często tracą dostęp do finansowania, jeśli nie są politycznie lojalne, co podważa niezależność całego sektora.
Jednocześnie badania – m.in. Koalicji Civilizáció – pokazują stopniowy wzrost zaufania do organizacji obywatelskich. Przy niedofinansowanych usługach publicznych coraz więcej osób zwraca się do nich po pomoc i widzi w nich wiarygodnych partnerów. To bardzo optymistyczny trend.
Od 2022 roku, gdy Rada UE zamroziła dużą część środków unijnych dla Węgier z powodu problemów z niezależnością sądów i korupcją, kraj zobowiązał się do reform – m.in. wzmocnienia sądownictwa, wdrożenia orzeczeń TSUE i stworzenia skutecznego systemu antykorupcyjnego. Wiemy, że nie zrobiono niemalże nic. Jakie wyzwania czekają na nowy rząd w sądownictwie?
Węgierskie sądownictwo od lat pozostaje polem ostrego sporu politycznego. Przez ostatnie 16 lat podejmowano różne próby ograniczania niezależności sędziów. Początkowo przypominały one rozwiązania znane z Polski, ale z czasem – gdy nie przyniosły oczekiwanych efektów – zaczęto sięgać po bardziej subtelne, techniczne narzędzia.
Zamiast otwartej przebudowy systemu, rząd zaczął kształtować system sądownictwa go „od góry”.
Kluczowe było powołanie politycznie lojalnego prezesa Kurii, czyli Sądu Najwyższego, i wyposażenie go tak szerokie kompetencje administracyjne, by był w stanie wpływać zarówno na orzecznictwo, jak i kariery sędziów. Celem nie było stworzenie niezależnej kontroli władzy, lecz sądownictwa, które ją wspiera.
Ten polityczny wpływ na wymiar sprawiedliwości często umykał uwadze opinii publicznej, bo sprowadzał się do wielu decyzji kadrowych i administracyjnych. Przy słabym oporze – także wewnątrz środowiska – okazał się skuteczny. Kierownictwo Kurii jest dziś powszechnie postrzegane jako polityczne, spolegliwe wobec władzy. Jednocześnie w wymiarze sprawiedliwości wciąż są sędziowie przywiązani do zasad niezależności, co powoduje wyraźne napięcia. Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zdarzyło się reprezentować np. sędziego odwołanego z funkcji za publikacje naukowe sprzeczne ze stanowiskiem prezesa sądu, w którym pracował.
W sądach niższych instancji sytuacja jest bardziej złożona. Sądy działają dość sprawnie, m.in. dzięki cyfryzacji, ale przez lata zaniedbywano warunki pracy sędziów. Niskie płace – zwłaszcza w porównaniu z prokuratorami – wywoływały frustrację. Ostatnie podwyżki częściowo ją złagodziły.
Zamrożenie środków unijnych w jakimś stopniu wpłynęło na pewne wzmocnienie zasady pierwszeństwa prawa UE, zwłaszcza że rządowi długo zależało, by choć część środków unijnych dla Węgier została odblokowana, co zresztą w którymś momencie się stało. Ale szerszy program reform – związany z warunkowością wpisaną w fundusze spójności oraz kamieniami milowymi Krajowego Planu Odbudowy – jest w proszku.
Stawia to przyszły rząd przed złożonym wyzwaniem. Z jednej strony konieczne będzie spełnienie technicznych wymogów określonych w unijnych kamieniach milowych. Z drugiej – rozwiązanie problemu betonujących system osób na wysokich stanowiskach w sądownictwie powołanych na długie kadencje, takich jak sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, czy Prokurator Generalny. To oni zapewniają Fideszowi stały wpływ na wymiar sprawiedliwości, a odwołanie ich zwykłą większością parlamentarną będzie budzić poważne wątpliwości z perspektywy standardów państwa prawa.
Nowy rząd, żeby być w stanie naprawić sądownictwo, musiałby mieć możliwość zmiany ram konstytucyjnych, albo przynajmniej być w stanie wypracować mechanizmy skutecznie izolujące sądownictwo od wpływów politycznych. To dlatego partii opozycyjnej tak bardzo zależy na uzyskaniu większości konstytucyjnej. Najważniejsze zmiany będą wymagać większości kwalifikowanej oraz starannie zaprojektowanych, solidnych rozwiązań legislacyjnych. To wyzwania podobne do tych, z którymi mierzy się Polska.
Tak więc sama wymiana kadr nie wystarczy. Kluczowe są trwałe gwarancje niezależności – prawne i instytucjonalne. Bardzo ważne będzie włączenie w ten proces samych sędziów.
Jeśli natomiast Viktor Orbán utrzyma władzę, sądownictwo najpewniej pozostanie jednym z głównych celów jego nacisków politycznych. Premier wielokrotnie zapowiadał działania odwetowe wobec „nielojalnych” sędziów, używając ostrej retoryki. Można się więc spodziewać, że obok obecnych mechanizmów kontroli, pojawią się bardziej bezpośrednie, represyjne działania wobec konkretnych osób.
Ogromnym wyzwaniem dla nowego rządu, jeśli taki powstanie po wyborach, będzie walka z korupcją. Péter Magyar uczynił z niej absolutnie główny temat kampanii, argumentując, że bez rozbicia obecnego systemu zinstytucjonalizowanej korupcji nie da się odbudować państwa. Tymczasem z roku na rok liczba skazań za korupcję na Węgrzech spada. Brak też efektów w ściganiu korupcji na najwyższych szczeblach władzy. Co musiałby zrobić nowy rząd, żeby stworzyć skuteczny system walki z korupcją?
Tu też możliwości są do pewnego stopnia ograniczone ze względu na zabetonowanie stanowiska Prokuratora Generalnego. Dlatego najważniejszym krokiem nowego rządu byłoby przystąpienie do Prokuratury Europejskiej – to, co istotne, nie wymaga większości konstytucyjnej. Można też wzmocnić Urząd ds. Integralności oraz uporządkować procedury i praktyki w zamówieniach publicznych.
Część reform rzeczywiście wymagałaby większości konstytucyjnej, ale wiele można przeprowadzić zwykłą większością – jeśli jest polityczna wola. I to jest jeden z głównych przekazów środowiska TISZY: korupcja oznaczała transfer publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni i przyczyniła się do problemów gospodarczych Węgier. Dlatego jej zwalczanie będzie absolutnym priorytetem dla ewentualnego przyszłego rządu.
W społeczeństwie widać też ogromne oczekiwanie rozliczeń. Chodzi o realne pociągnięcie polityków do odpowiedzialności.
Otwarte pozostaje pytanie, jak to zrobić, biorąc pod uwagę ograniczenia w funkcjonowaniu zabetonowanej przez Fidesz prokuratury.
Ale prawda jest taka, że coraz więcej jest miejsc, w których system Orbána pęka. W ostatnich tygodniach pojawia się coraz więcej sygnalistów, którzy mówią publicznie o mechanizmach korupcyjnych. Szereg nieprawidłowości ujawnił główny ekonomista urzędu ochrony konkurencji. Głos zabierają też policjanci, wojskowi i byli funkcjonariusze służb, wskazując na polityczne wykorzystywanie tych instytucji.
To pokazuje, jak głęboko skorumpowany jest system stworzony przez Orbána. Ale też, że utrata władzy przez Viktora Orbána będzie dla utrzymania tego systemu ogromnym wyzwaniem. To daje nadzieje tym, którzy będą chcieli prawdziwie walczyć z korupcją.
A co z mediami? Około 80 proc. rynku medialnego na Węgrzech jest zdominowane przez media przyjazne Orbánowi. Karmią ludzi prorządową propagandą. W jaki sposób przywrócić pluralizm mediów na Węgrzech?
To bez wątpienia jedno z kluczowych wyzwań. I jednocześnie obszar, w którym Unia Europejska okazała się najmniej skuteczna. Przez długi czas nie do końca rozumiano, jak wygląda erozja pluralizmu mediów na Węgrzech – bo dokonywała się głównie przez mechanizmy rynkowe, a nie otwarte zmiany prawa.
Choć ustawa medialna z 2010 roku wprowadziła istotne zmiany do organizacji rynku mediów, to nie była najważniejszym narzędziem zmian. Kluczowe okazały się politycznie motywowane przejęcia prywatnych mediów, które formalnie nadal działały na zasadach rynkowych – co utrudniało reakcję Komisji Europejskiej.
Najlepszym przykładem jest powstanie w 2018 roku fundacji KESMA, która skonsolidowała setki prorządowych mediów. Rząd wyłączył tę operację spod kontroli koncentracji, powołując się na „strategiczny interes narodowy”. Komisja Europejska nie była w stanie nic z tym zrobić. Albo unijne narzędzia okazały się ograniczone, albo zabrakło woli, by je skutecznie zastosować.
To zresztą szerszy problem. Unijny akt o wolności mediów obowiązuje od niedawna, ale – o ile mi wiadomo – nie przełożył się jeszcze na żadne konkretne działania wobec Węgier. Skargi węgierskich mediów bywały latami nierozpatrywane, a reakcja Komisji pozostawała bardzo ograniczona.
W praktyce deformacja rynku mediów na Węgrzech wynika więc głównie z koncentracji własności i sposobu dystrybucji reklamy państwowej. Publiczne pieniądze trafiają przede wszystkim do mediów prorządowych, wzmacniając ich pozycję – nawet jeśli ich realny zasięg był ograniczony.
Najbardziej możliwym do podjęcia przez nowy rząd działaniem byłoby więc zakończenie finansowania tego systemu z pieniędzy publicznych. Drugim – odbudowa niezależnych i wiarygodnych mediów publicznych.
To jednak nie będzie proste. Już przed 2010 rokiem media publiczne były pod wpływem polityki, ale dziś są silnie scentralizowane i działają jak aparat propagandowy. Spójny przekaz narzucany jest odgórnie, zamiast powstawać w niezależnych redakcjach. Reforma musiałaby objąć zarówno kierownictwo, jak i strukturę oraz misję tych mediów.
Na koniec dochodzi jeszcze rola mediów społecznościowych. Coraz częściej służą one np. do obchodzenia zasad dotyczących reklamy politycznej – zarówno unijnych, jak i tych wprowadzanych przez platformy takie jak Meta czy Google. Skuteczna odpowiedź na to wyzwanie będzie musiała mieć wymiar europejski.
W lutym rząd powołał Urząd Ochrony Suwerenności, który – przy wsparciu organów ścigania – miał podejmować działania wobec „organizacji mających kontakty zagraniczne”, cokolwiek to znaczy. Wiadomo np., że pod zarzutami „działania w interesie zagranicy” sprawdzano m.in. dziennikarzy i redakcje. Co nowy rząd mógłby zrobić z instytucją, która została ewidentnie zaprojektowana jako narzędzie ograniczania wolności obywatelskich?
Formalnie urząd można zlikwidować tylko większością dwóch trzecich, bo działa na podstawie tzw. ustawy kardynalnej, czyli takich, których zmiany wymagają większości konstytucyjnej. Ale są też inne sposoby ograniczenia jego wpływu – przede wszystkim przez znaczące obcięcie finansowania.
Taki postulat pojawia się w programie TISZY, która wprost mówi o likwidacji tej instytucji. Jeśli więc dojdzie do zmiany władzy, można się spodziewać wyraźnego ograniczenia roli Urzędu.
Tak więc częściowa poprawa w zakresie wolności społeczeństwa obywatelskiego będzie możliwa nawet bez zmian wymagających większości konstytucyjnej.
W ostatniej dekadzie Węgry przyjęły szereg przepisów ograniczających prawa osób LGBT+ – od konstytucyjnej definicji rodziny, przez zakaz uzgodnienia płci, po ustawę z 2021 roku o tzw. ochronie dzieci. Biorąc pod uwagę to, że Peter Magyar jest politykiem bardzo konserwatywnym, czy można się tu spodziewać zmian?
Ich motorem mogą być spodziewane jeszcze w tym roku wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE. Co do ustaw anty-LGBT+, opinia rzecznika generalnego z czerwca 2025 daje jasny sygnał – można się spodziewać, że Trybunał uzna te przepisy za sprzeczne z prawem UE i Kartą Praw Podstawowych.
To będzie miało ogromne znaczenie dla przyszłego rządu TISZY, jeśli taki powstanie. Niezależnie od własnych poglądów będzie on musiał te wyroki wykonać – taki jest podstawowy wymóg praworządności.
W tym sensie prawo unijne może stać się ważnym motorem niezbędnych zmian na Węgrzech.
Zamiast polegać wyłącznie na woli politycznej, rząd powinien działać w ramach jasnego obowiązku dostosowania prawa do standardów europejskich.
To oczywiście nie rozwiąże wszystkich napięć społecznych wokół praw osób LGBT+, ale wyznaczy realną ścieżkę zmian – opartą na zobowiązaniach prawnych, a nie tylko decyzjach politycznych.
Polityczna zachłanność Viktora Orbána na władzę nie ominęła uczelni. W ostatniej dekadzie Węgry gruntownie przebudowały system szkolnictwa wyższego, przekazując większość uczelni tzw. fundacjom interesu publicznego, ściśle powiązanym z władzą. To od początku budziło poważne obawy o polityczny wpływ na instytucje akademickie i ograniczanie wolności nauki. Jak bardzo ten model jest dziś utrwalony? Czy przyszły rząd będzie miał narzędzia, by przywrócić niezależność uczelni?
Tak, w ciągu ostatnich dziesięciu lat pod kontrolę tych fundacji przekazana została większość węgierskich uniwersytetów – choć szczęśliwie nie wszystkie. Ten model wykracza jednak poza samo szkolnictwo wyższe. Obejmuje również instytucje takie jak Matthias Corvinus Collegium, działające w podobnej formule i służące kształtowaniu nowego pokolenia elit związanych z obozem Viktora Orbána. Mamy więc do czynienia nie tyle z reformą jednego sektora, ile z szerszą architekturą instytucjonalną.
System został zaprojektowany tak, by jego demontaż był maksymalnie utrudniony – zarówno prawnie, jak i politycznie. W niektórych przypadkach wymagałoby to nawet większości konstytucyjnej. Prowadzono już kilka rund negocjacji z Komisją Europejską, która zablokowała w związku z tym Węgrom udział w wielu programach akademickich, m.in. Horyzoncie czy Erasmusie. Rząd węgierski oferował w tych rozmowach jedynie ograniczone ustępstwa, uznane za niewystarczające.
Choć opozycja zapowiada przywrócenie pełnego dostępu do unijnych programów, nie mówi, jak miałoby wyglądać rozwiązanie tych problemów strukturalnych. To znacznie trudniejsze, niż sugerują polityczne deklaracje.
Kluczową rolę w tym systemie odgrywa Matthias Corvinus Collegium. To instytucja o ogromnym znaczeniu ideologicznym, wyposażona w ogromne zasoby, zdecydowanie większe niż w przypadku innych węgierskich uczelni. Jednym z wymogów Komisji Europejskiej dotyczących przywrócenia wolności nauki jest zajęcie się jej statusem, ale ten temat jak dotąd nie został jasno podjęty ani w debacie publicznej, ani w kampanii wyborczej.
Tak więc opozycja mówi o potrzebie rozwiązania problemów związanych z wolnością akademicką, ale konkretnych planów działań nie przedstawiono. Nie wiadomo więc, jakie kroki podjąłby nowy rząd.
Na ile sama kwestia przywracania praworządności jest obecna w toczącej się obecnie kampanii wyborczej? Czy deklaracje polityczne Pétera Magyara w tej kwestii są Pani zdaniem jasne, czy czegoś w nich brakuje?
Głównym tematem kampanii jest konieczność walki z korupcją, a nie przywracania praworządności. Natomiast ważne jest to, że, tak czy inaczej, w temat praworządności zaczęto łączyć z codziennymi problemami społecznymi i gospodarczymi. To duży krok. I Péter Magyar też o tym mówi. W jego wystąpieniach widać zrozumienie, że bez niezależnych instytucji nie da się skutecznie walczyć z korupcją. Dlatego w jego wypowiedziach coraz częściej pojawiają się kwestie niezależnych sądów, przejrzystości i konieczności zaprzestania wykorzystywania państwa do prywatnych interesów.
Kierunek jest więc coraz wyraźniejszy, ale w wielu kwestiach wciąż brakuje konkretów.
I to jest główna luka: nie tyle, co zrobić, ale jak to zrobić. Jak nowy rząd ułoży relacje ze społeczeństwem obywatelskim? Czy stworzy realne mechanizmy konsultacji? Czy będzie przestrzegał procedur legislacyjnych, które w ostatnich latach często pomijano? Jak potraktuje media – czy dziennikarze będą mogli swobodnie zadawać pytania? Na te kwestie nadal nie ma jasnych odpowiedzi.
Są też bardziej techniczne kroki, które mogłyby pomóc odbudować zaufanie. Na przykład powrót do inicjatyw takich jak Open Government Partnership, czyli międzynarodowego zrzeszenia państw i organizacji społecznych, których celem jest budowa bardziej otwartego, przejrzystego i rozliczalnego rządu. Do OGP należą dziś dziesiątki krajów, które zobowiązują się do wprowadzania konkretnych reform zwiększających transparentność życia publicznego, udział obywateli w podejmowaniu decyzji oraz walkę z korupcją. W praktyce każde państwo uczestniczące w OGP przygotowuje tzw. krajowe plany działań – zestawy konkretnych zobowiązań, np. dotyczących dostępu do informacji publicznej, jawności wydatków, cyfryzacji usług czy konsultacji społecznych. To byłby czytelny sygnał realnej woli zmiany – także wobec partnerów w Europie.
Ostatecznie nie chodzi bowiem tylko o zmiany prawa czy układ sił w parlamencie, ale o odbudowę zaufania – a to zostało poważnie nadwyrężone. Dotyczy to relacji państwo–obywatele, relacji z partnerami w UE, ale też zaufania wewnątrz instytucji.
To będzie długi proces i nie wydarzy się automatycznie po zmianie władzy. W sytuacji, gdy nawet podstawowe fakty bywają kwestionowane, skali tego wyzwania nie da się lekceważyć.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze